*Pewien człowiek miał dwóch synów. Rzekł tedy młodszy z nich do ojca: Ojcze, daj mi część majętności, która na mnie przypada. I podzielił im majętność. A niedługo potem zebrawszy wszystko syn ów młodszy, odjechał w daleką krainę i tam roztrwonił majętność swoją, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał wielki głód w tej krainie, i on zaczął cierpieć niedostatek. I poszedł, i przystał do jednego z obywateli owej krainy. Ten posłał go na pola swoje, aby pasł świnie. I pragnął nasyćić brzuch swój strąkami, które jadły świnie, ale nikt mu ich nie dawał.* > > *A opamiętawszy się, rzekł: Ileż to najemników w domu ojca mego ma pod dostatkiem chleba, a ja tu od głodu ginę! Wstanę i pójdę do ojca mego, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i przeciw tobie; już nie jestem godzien nazywać się synem twoim; uczyń mię jako jednego z najemników twoich. I wstawszy, przyszedł do ojca swego.* > > *A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go ojciec jego i wzruszył się litością, i wybiegłszy przytulił go, i pocałował. Syn zaś rzekł mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i przed tobą; już nie jestem godzien nazywać się synem twoim. A ojciec rzekł sługom swoim: Przynieście prędko szatę pierwszą i obleczcie go, i dajcie pierścień na rękę jego, i obuwie na nogi; i przywiedźcie cielę tuczone, i zarżnijcie je, i jedzmy, i weselmy się, bo ten syn mój umarł, a ożył; zginął, a znalazł się. I poczęli się weselić.* > > *A syn starszy był na polu. Gdy zaś wracał i zbliżył się do domu, usłyszał muzykę i tańce. I przyzwawszy jednego ze sług, pytał, co to jest. Ten zaś rzekł mu: Brat twój wrócił, a ojciec twój kazał zarżnąć cielę tuczone, bo go zdrowego odzyskał. Rozgniewał się tedy i nie chciał wejść. Ojciec jego tedy wyszedłszy prosił go. A on odpowiadając rzekł ojcu: Oto tyle lat służę ci i nigdy nie przestąpiłem przykazania twego, a me dałeś mi nigdy koźlęcia, abym się z przyjaciółmi moimi rozweselił. Lecz gdy ten syn twój, który pożarł majętność swoją z nierządnicami, wrócił, zabiłeś dla niego cielę tuczone. A on rzekł mu: Synu, ty zawsze jesteś ze mną i wszystko, co moje, twoje jest. A weselić się i radować trzeba było, bo ten brat twój umarł, a ożył; zginął, a znalazł się.*
(Łk 15, 11–32)
Cóż, pytam was, dolegało młodszemu z dwóch braci, o których mowa w rozpatrywanej przypowieści, że tak gnuśniał w domu i tak żarliwie pragnął się z niego wyrwać? Z tego, co opowiada nam owa historia, oraz z tego, co sam Syn Marnotrawny wyznaje nam w chwili trzeźwości, skłonny jestem sądzić, że dom ów mógłby służyć za wzór domu przykładnego. Być może właśnie ta okoliczność stanowiła w oczach młodszego syna jego zasadniczy mankament: zbyt wiele było tam porządku i ładu, zbyt wiele rutyny, by mógł mu do gustu przypaść. Ojciec był zbyt staroświecki i nużył go nie do wytrzymania, a starszy brat zbyt wymagający i działał mu na nerwy; słowem, życie domowe zdawało mu się zbyt jednostajne i nudne, toteż postanowił je porzucić i gdzie indziej wypróbować losu. Na miłość boską — pytał się w duchu chłopiec — po co wysłano nas na ten świat, skoro nie możemy żyć po swojemu? Życie jest przecież i tak za krótkie, by nie dać mu się choć raz dobrotliwie we znaki; czemu więc człowiek ma być bez powodu wstrzymywany i przywoływany do porządku? Prawdę mówiąc, Syn Marnotrawny, niczym rwący się do skoku źrebiec, kopał i wyrywał pod twardą ręką domowej dyscypliny — postanowił więc, cokolwiek by go czekało, wyzwolić się z tego jarzma i popędzić własną drogą na własne ryzyko.
Nieraz pytano mnie, dlaczego ojciec uległ żądaniu syna, dał mu pieniądze i pozwolił odejść. Otóż, widzicie, żadnemu celowi nie służy przetrzymywanie syna w domu, gdy stał się on utrapieniem dla siebie samego i dla wszystkich domowników, skoro raz powziął nieodwołalne postanowienie, by odejść, ruszyć przed siebie i zobaczyć, co raczy nazywać życiem. Zapewne to właśnie czuł ojciec, toteż złożywszy swój protest, niechętnie go puścił.
Dzień, w którym ów młodszy syn odszedł, zabierając ze sobą wszystkie swoje dobra i mienie, był dniem smutnym dla całego domu, bo choć chłopiec był roztrzepany i lekkomyślny, nikt nie potrafił nie kochać jego porywczej żywotności; a przy tym miał dobre serce i dla każdego — czy to sługi w domu, czy też pachołka pracującego poza nim — miał zawsze dobre słowo. Przez długi czas z jego wspomnieniem wiązało się zapewne wiele opowieści o pomocy, jakiej w tajemnicy udzielał ubogim w sąsiedztwie. „Bóg mu pobłogosław — mówili — i niechaj go wróci bezpiecznie."
A teraz, odwróciwszy się od domu plecami, z całym światem otwartym przed sobą, dokądże się udał? Nie wiemy tego dokładnie, lecz powiedziane jest: „odjechał w daleką krainę" — innymi słowy, zabrał się jak najdalej, aby nie narażać się na spotkanie nikogo ze swoich dawnych znajomych.
Ktoś może tu zapytać: co sprawiło, że chłopiec tak bardzo różnił się od starszego brata? Częściowo, być może, przyrodzony temperament, lecz najpewniej nauki jakiegoś złego towarzysza albo przykład któregoś ze służby, który wywarł na niego zgubny wpływ, popsuł go i wzbudził w nim niezadowolenie i niepokój.
Całkiem możliwe, że jeszcze przed zmierzchem pierwszego dnia poza domem Syn Marnotrawny zaczął się żałować po cichu i niemal pragnąć powrotu; lecz rano uczucie to minęło. Pokrzepiony snem, zerwał się na równe nogi, zachwycony perspektywą oglądania prawdziwego życia i rozkoszowania się nim. Jakiekolwiek było miasto, w którym się najpierw zatrzymał, znajdowało się dostatecznie daleko od domu, by czuł się pewny, że bez względu na to, jak daleko by się w swych wybrykach posunął, matka nie dowie się o niczym — a to było dlań najważniejsze.
Gdy człowiek jest młody i uchodzi za bogatego, nie ma większej trudności w torsoaniu sobie drogi i zdobywaniu znajomości; z pewnością będzie poszukiwany, a ze złotym kluczem w dłoni nie ma drzwi, które nie otworzyłyby się przed nim z łatwością. Cóż za niezwykłe, nowe doznanie dla tego chłopca w kwiecie lat, gdy znalazł się w otoczeniu, gdzie zamiast sprzeciwu i nagany spotykał pochlebstwa i pochwały; zamiast być wstrzymywany, był popychany naprzód, słysząc, że „jest na dobrej drodze", a nie — co tak często słyszał przedtem — że jest „na złej". Zawsze znajdą się tacy, którzy uczą, że nie może być złem czynić to, na co ma się ochotę, byleby można było za to zapłacić.
Stojąc na progu życia, gdy świat towarzyski otwiera przed nim perspektywę za perspektywą zachwycającej piękności, młodość czuje się u bram jakiejś zaklętej krainy czarów, a pokusa, by rzucić się naprzód i zanurzyć w niej, wchłonąć się w nią i stać się jej częścią, jest niemal nieodparta. Być może nikt nie odczuwa tego z większą gwałtownością niż młody człowiek w chwili, gdy Bóg wzywa go, by poświęcił to wszystko dla cnoty. Wtedy to właśnie, gdy postanawia wyrzec się świata, tak zwani przyjaciele otaczają go zewsząd, zaklinając, by nie był takim tchórzem, który ucieka przed tym, co wyraźnie jest jego powołaniem — podczas gdy on sam boleśnie zdaje sobie sprawę, że potrzeba mu całej odwagi, jaką zdoła w sobie zebrać, by pozostać wiernym Bogu, który go wzywa. Zaczynają mu wypominać, ile dobrego mógłby uczynić, pozostając tam, gdzie jest; a jednak jego sumienie zapewnia go, że nic lepszego nie może uczynić, jak pójść tam, gdzie Bóg, jego Pan, mu nakazuje. Jak to wszystko jest wyczerpującą walką — wie tylko ten, kto przez nią przeszedł. Być oskarżonym o egoizm, gdy się pragnie jedynie być szczodrym; spotykać się z niczym prócz chłodu i cynizmu, gdy dusza woła z bólem o dobroć i współczucie — jest to naprawdę ciężkie brzemię dla ciała i krwi, w pełni swej namiętności i sił, znieść choćby dla samego Boga.
Lecz nasz Boski Pan przybywa zawsze na ratunek swym sługom w chwili krytycznej; wówczas kandydat do życia zakonnego jasno dostrzega, że jeśli ma być kiedyś naprawdę użyteczny bliźnim, może to osiągnąć jedynie wsparty trwalej o dłoń Bożą; że w rzeczy samej może dać innym tylko tyle, ile wyjmie z siebie samego; a ze swego własnego serca nie ma czego czerpać dla drugich, dopóki sam Bóg nie napełni go swą Łaską i swoją Miłością. Gdy raz to wszystko stanie się jaśniejsze od dnia przed tym, kto jest powołany do służby Bożej w zakonie, wówczas adept życia zakonnego może wreszcie wyrwać się z domu, który mu wydaje się najpiękniejszym na ziemi, by rzucić się do stóp swego Stwórcy i oddać się Bogu bezwarunkowo — ażeby być ukształtowanym, jak glina w rękach garncarza, w naczynie wybrane na chwałę Stwórcy i pożytek ojczyzny. Blask rozlany na błyskotki i cacka tego świata oślepia, dopóki nie przeniknie go „wewnątrz płynnego eteru czyste oko Boga".
Lecz gdy jaśniejszy Twój, czystszy blask spłynie na jego wzrok, zniknie wdzięk tamten, jak cień przemija, a co był dzień — stał się mrok.
Wyrzeczenie się świata może być najprawdziwszym i najdzielniejszym patriotyzmem, ale „nie wszyscy pojmują to słowo, lecz ci tylko, którym jest dane", bo „u ludzi to jest niemożliwe, ale u Boga wszystko jest możliwe". Gdy Bóg stawia pytanie: „Jeśli chcesz być doskonałym?" — oznacza to, że gotów jest udzielić Łaski potrzebnej do jego spełnienia.
Jakąż oświecającą Łaską jest ta, która pozwala człowiekowi uświadomić sobie, że w porównaniu z tym, co go czeka w przyszłości, obecny świat jest niczym więcej niż drobnym pąkiem róży, rzuconym przez gnuśny wiatr z bezkresnego ogrodu; owszem, że jest czymś mniej niż kropla rosy na liściu różanym, gdy mierzyć go owym oceanem wieczności, w który „wierni aż do śmierci" wkrótce zanurzą się, by igrać bez obawy rozbicia na zawsze. Świat zapewnia nas: „To same róże, róże wszędzie do kresu drogi" — lecz ten, kto ją przemierzył, wie, że to ciernie, ciernie na większej jej części.
Ale wróćmy do Syna Marnotrawnego. Przekonał się on ze szkodą dla siebie, że świat mody i towarzyskich zabaw był dlań praktycznie rzecz biorąc nie do oparcia. Wkrótce poczuł, jak go wchłania, i dał się ponieść. Słowa naszego Pana opisujące ten etap jego życia, kiedy pędził w dół po zboczu, są zwięzłe, wymowne i plastyczne. Powiada, że nieszczęsny młodzieniec „roztrwonił majętność swoją, żyjąc rozrzutnie". Czy kiedykolwiek namalowano słowami lepszy obraz, czy kiedykolwiek historię życia pełnego upadku, zagłady i ruiny opowiedziano tak doszczętnie w czterech słowach?
Cóż jest życiem w grzechu, jeśli nie życiem marnotrawstwa — a życie marnotrawstwa, czymże zwykle jest, jeśli nie życiem rozrzutności? Bo czymże jest grzech, jak nie bezprawiem, nieprawością — to jest właśnie buntem? „Wszelki grzech — powiada święty Jan — jest nieprawością." Co za szaleństwo! Jak dobrze rozpoznaje je Pan, który zna nas najlepiej, i stąd Jego usprawiedliwienie grzeszników: „Nie wiedzą, co czynią."
Lecz podążmy za tym rączym młodzieńcem, do którego mimo woli czuje się coś w rodzaju przywiązania. Ja osobiście nie potrafię czytać żadnego rozdziału z jego dziejów bez tęsknoty, by rzucić się za nim i błagać go, by pamiętał, że wielki świat towarzyski jest w gruncie rzeczy jedynie straszliwą sceną odmieńców; że blask i połysk mieniący się na jego licznych obliczach nie są trwałe; że kuszące obietnice i przynęty, jakie oferuje beztroskim i lekkomyślnym przechodniom, są mniej warte przyjęcia przez człowieka niż ulotna pantomima jest warta przyjęcia przez dziecko. Świat, o którym mówię, jest uosobieniem kłamstwa; zasadą jego działania jest oportunizm; miarą słuszności — powodzenie; a jego obietnice są — jak wszyscy prędzej czy później się przekonujemy — czynione po to, by je łamać. Jest on najokrutniejszą i najpodlejszą rzeczą na Bożej ziemi; otworzy szeroko ramiona i przytuli do łona każdego ulubieńca losu; wysysze go do cna, a gdy wyciśnie z jego dłoni ostatni błyszczący grosz, porzuci go jak kamień rzucony w staw i bezzwłocznie zapomni, że w ogóle istniał.
Kto by nie chciał wyrwać przyjaciela z ramion takiej Syreny; kto by nie krzyknął pełnym głosem, ostrzegając go przed jej uwodzicielskim urokiem?
Żeby nie można było powiedzieć, że ta refleksja o świecie towarzyskim jest wyłącznie płodem mego umysłu i że poza nim nie istnieje, proszę, byście skierowali raz jeszcze wzrok na naszego przyjaciela, Syna Marnotrawnego, który wsiada do złoconego rydwanu rozkoszy i rzuca wodze powinności na grzbiety rumaków namiętności, by bez troski o następstwa popędzić szeroką drogą wiodącą ku wrotom piekła. Kto go powstrzyma? Kto go ostrzeże? Ba, kogóż obchodzi, co się z nim stanie? Czy świat go obchodzi? Sam żyje roztrwanianiem sposobności, roztrwanianiem talentów, roztrwanianiem myśli, roztrwanianiem energii, roztrwanianiem samej miłości. I to samo czynił Syn Marnotrawny. Zauważcie: gdy nasz Pan mówi, że „roztrwonił majętność swoją" — majętność tak duszy, jak ciała — ma na myśli nie tylko brak użytkowania, lecz złe użytkowanie, owszem, nadużycie wszystkich darów Bożych złożonych w jego młode dłonie dla wypełnienia określonego posłannictwa, dla osiągnięcia wspaniałego przeznaczenia; innymi słowy, nie po to, by budować nędzną, niezgrabną drabinę społeczną — najkrótszą drogę ku urwisku kończącemu się przepaścią bez dna — lecz szlachetne schody wznoszące się ku Tronowi Bożemu, gdzie człowiek, przyodziany w światło i piękność jak w szatę, będzie królował i odpoczywał w Prawdzie, jedno z Bogiem na wieki.
Świat, w który Syn Marnotrawny się zanurzył, różnił się od świata każdej innej godziny jego krótkiego dnia na tej małej planecie jedynie powierzchownością. Co uczynił dla Syna Marnotrawnego? Nauczył go nie tylko pomijać Boga milczeniem, zaniedbywać duszę, zapominać o modlitwie i śmiać się z grzechu, lecz zmusił go również do przyjęcia owych niepisanych praw, które rządzą jego niespokojnym życiem, do wyznania artykułów jego bezbożnego credo i głoszenia ewangelii wyzwolenia od wszelkich zasad i obowiązków, które stanowią o człowieczeństwie. Pamiętajcie bowiem ze słów poety:
Bo człowiek nie jest jako Bóg — a przecież Najbardziej Bogu podobnym jest, gdy jest najbardziej człowiekiem.
Wiele przejmujemy od otoczenia, w którym żyjemy, i biedny Syn Marnotrawny wkrótce poczuł, jak wszystkie słodkie wspomnienia dziecięcych lat blakną, jak drogie zwyczaje z dzieciństwa po prostu z niego opadają; a w zamian — tak mu się zdawało — owijały go wokół i przylegały jak ściśle skrojona szata doznania przesiąknięte trucizną plugawego i odrażającego grzechu; czuł się niemal tak, jakby wrzucono go do któregoś z miejskich ścieków. Wbrew własnej woli nie mógł się nie przyznać przed samym sobą, że jest innym człowiekiem, że cały nurt jego życia ma teraz inne ujście, a cała siła jego istoty — inny cel. Co się właściwie stało? Roztrwonił wszystko, co miał — jak mu potem zarzucił brat — na nierządnice, które, mówiąc językiem naszego Pana, „pożarły jego majętność". Jakiż zdradziecki był ten świat złocistego towarzystwa, w którym Syn Marnotrawny hulał!
Nim minęło kilka miesięcy pod tym urokiem, świat ów wyrwał mu z duszy każdy rys, po którym nawet biedna matka mogłaby go rozpoznać — jego żywotność i burzliwość, jego wesoły śmiech, jego błyszczące oczy, zdrową cerę, mężną postawę, sprężysty krok — wszystko to przepadło. Niestety! „Kwiat młodości i piękności duma — utracona na zawsze!" Nie dość, że Syn Marnotrawny wymieniał Boga za Mammonę, Wieczność za Czas, Duszę za Ciało, Cnotę za Występek — doszło do tego, że zrządzenie losu zmusiło go do wymiany nawet nierządnic na wieprze, a rozkoszy biesiadowania na brud chlewnego koryta. O, jakże żałosne są te słowa: „Pragnął nasyćić brzuch swój strąkami, które jadły świnie, ale nikt mu ich nie dawał." Świat daje tylko po to, by brać; gdzie nie ma czego brać, nie ma też nic do dania. Syn Marnotrawny głodował i był w kajdanach:
Dokoła ciągnął się niewidzialny łańcuch, Co skryte rany zadawał — choć niewidoczny — I ciążył bez brzęku; zgryzotą strawiony.
Jakąż klęskę — pytam was — poniósł ten wytworny młodzieniec, dla którego tylko to, co najlepsze, było dość dobre? Roztrwonił majątek. Nie miał pieniędzy. Jakiegoż nieszczęścia w oczach świata można by z tym porównać? Nie wiem, ile miał Syn Marnotrawny, gdy po raz pierwszy wyruszył oglądać świat, lecz jakkolwiek wielka by to była suma, żadna szkatuła nie wytrzyma nieustannego rozrzutnictwa. Biedak obudził się pewnego ranka i stwierdził, że jest — jak to mówią ludzie — „bez grosza przy duszy", nie widząc zaś sposobu na pożyczenie ani zastawienie czegokolwiek, bo rozstał się już ze wszystkim, co miało jakąkolwiek wartość. „Wydał wszystko" — mówi nasz Boski Pan.
Po raz pierwszy w życiu rozrzutnik odczuł, co to znaczy pragnąć posiłku, być pozbawionym tego, co dotąd czekało na niego gotowe, kiedy tylko miał na coś apetyt.
Zatrzymajcie się na chwilę i zastanówcie się nad głębszym znaczeniem tych słów: „Zaczął cierpieć niedostatek." Niedostatek fizyczny jest już dość ciężki, a dla kogoś, kto nigdy nie pozwalał sobie czegoś zapragnąć, na co miał ochotę, boleści fizycznego głodu musiały być doświadczeniem straszliwie nowym. Lecz cóż był wart niedostatek jego głodnego ciała wobec niedostatku jego wygłodzonej duszy? Jeśli głos ciała wołał o chleb, o napój — pragnieniem duszy był spokój, współczucie, pokój; tak, pokój z własnym sumieniem, pokój, słowem, z Bogiem. Wołał o pokój, o pokój — a nie było pokoju. Niestety! biedni grzesznicy — jakże bardzo zasługują na litość. Nawet głodujący robotnik ze wschodnich slumsów, szukający nadaremno pracy, nie może zaznać czegoś podobnego do gorzkich boleści grzesznika w niedostatku. Jest to niedostatek Boga.
Gdy człowiek zaczyna poważnie rozmyślać nad możliwościami swego istnienia — tak cudownie, tak przejmująco ukształtowanego — gdy zatrzymuje się, by pomyśleć, czego dokonali inni, hojniej niż on sam obdarzeni; gdy przeczuwa, choćby mgliście, rachunki, jakie może niebawem być zmuszony złożyć — z talentów roztrwonionych, a skarbu nie zgromadzonego, z czasu utraconego, a wieczności niepozyskanej — wówczas dopiero zaczyna rozumieć, co znaczy „cierpieć niedostatek". O, jak lichy, nędzny i żałosny to targ, gdy kto wymienia następny świat na ten, wieczność na czas, wiecznotrwałe na to, co nigdy teraźniejsze! Czemu jest tak ślepy?
Ślepy jest człowiek przez grzech swój; Objawienie pewność mu daje. Bez niego ten, co w siebie patrzy, Patrzy daremnie — ciemność wszędzie.
Dopóki piłka jest w grze i się kręci, dopóki lampy płoną i widownia bije brawo, dopóki spektakl trwa i życie się toczy, świat ten może zdawać się młodości zaślepionej przez grzech jedynym, co pewne; owszem, jedynym wartym życia. Lecz jak ów wielki aktor w szczycie swego pierwszego sezonu powraca często do domu z teatru, by rzucić się na łóżko i szlochać z poczucia zupełnej samotności, choć chwilę temu otaczał go tłum wielbicieli — tak i Syn Marnotrawny pośród całego tego blasku i wesela zdawał się czuć, jak kurtyna opada na jego życie, a wszystko wokół staje się nagle zimne i ciemne. Z pozycji widowni sztuka życia może wydawać się zachwycająco piękna — ale gdy samemu stoi się na scenie i gra swoją rolę, zaczyna się widzieć życie innymi oczyma.
Ulubieńcowi losu może się zdawać, że światowo mądrym jest przyjąć za dewizę to, co tak często słyszymy dziś od młodych ludzi: „Krótko, ale wesoło" albo „Jedzmy, pijmy i bądźmy weseli, bo jutro pomrzemy." Lecz zanim objął się wesołe życie, nazbyt często wchodzi w nie życie smutne: wtedy to więdną róże, gasną światła, ciało pada ofiarą choroby, a dusza wewnątrz leży pobita.
O, gdyby każdy złocisty syn fortuny, zanim wyruszy na poszukiwanie szczęścia, zechciał mi towarzyszyć do pewnych szpitali — pokazałbym mu widoki, które prześladowałyby go dniem i nocą i powstrzymałyby od jego zamierzeń.
Niestety, niestety — zbyt rychło z ust tych, które śpiewały: „Uwijmy sobie wieńce z róż, nim zwiędną", wyrywają się słowa: „Znużyliśmy się na drodze nieprawości i zguby, i chodziliśmy po trudnych drogach, a drogi Pańskiej nie poznaliśmy. Cóż nam pomogła pycha? I cóż przyniosło nam bogactwo przez wyniosłość?" „My głupcy — my głupcy!"
Bóg jest dobry i umie zsyłać błogosławieństwo w pozornym nieszczęściu. Największym błogosławieństwem w burzliwym życiu Syna Marnotrawnego było postępowanie z nim jego własnego środowiska, gdy rozniosła się wieść, że jest człowiekiem zrujnowanym. Po raz pierwszy od czasu, gdy opuścił dom, Syn Marnotrawny obrócił się, by spojrzeć w twarz swemu dawnemu „ja". Ledwie mógł uwierzyć we wszystko, co się wydarzyło od owego nieszczęsnego dnia, gdy wyrwał się z objęć płaczących krewnych i przyjaciół, by wyruszyć i zobaczyć to, co nazywał życiem. Przeszłość, gdy na nią spoglądał, wyrastała przed nim jak zły sen — a jednak nie mógł się nie przyznać sobie, że była to straszna rzeczywistość. Ani razu od owej fatalnej chwili pożegnania nie schodził z drogi ku zagładzie — a teraz zbliżał się ku jej kresowi. Naprzeciw niego stały bramy piekła, na których wyobraźnia jego mogłaby przeczytać przestrogę: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie." Niestety! Ileż nocy gorączkowej bezsenności, świadomego poczucia winy, wyrzutów sumienia graniczących niemal z rozpaczą spędził biedny, doświadczony przez los młodzieniec w owym szopie przy chlewach, których mieszkańcy zdawali mu się teraz jedynymi towarzyszami pozostałymi mu na ziemi. Bez wątpienia nasunęła mu się myśl o samobójstwie, bo cóż innego, pytał sam siebie, pozostawało, by zagłuszyć zmysły w zapomnieniu i we śnie? Czuł się zupełnie sam w samotnym świecie, w którym nie było ani słońca, ani trawy, ani strumienia, ani drzewa — tylko bezdrożna pustynia; i pragnął rozedrzeć siebie na strzępy, byle tylko uciszyć owe szatańskie głosy Wyrzutu i Rozpaczy, które wyły mu w duszy dniem i nocą: „Za późno, za późno." Jakimże głupcem był, że dał się oczarować i uśpić czymś, co było ledwo złudzeniem na jałowej pustyni. Złudzenie prysło — a przed nim leżała już tylko szara, nieprzyjazna pustka. Zatoczył się, runął na ziemię i padł twarzą na grunt, szlochając i szlochając, aż zdawało mu się, że serce mu pęknie. Zastanawiał się w duchu, jakże ludzie mogą być tak tchórzliwi, twardzi i okrutni, jak byli dla niego — niczym pantery na pustyni, jak węże pod jej kamieniami, jak sępy wyrywające mu dosłownie oczy i serce, zanim jeszcze skonał. Wciąż na nowo pytał sam siebie, jak to możliwe, że nie posłuchał ojca, który przewidział i zapowiedział mu wszystko, co się teraz naprawdę wydarzyło. Po chwili jak orzeźwiająca rosa spłynęło na niego poczucie pokoju, gdy ukazała mu się wizja domu ojcowskiego i owych wszystkich sług, których znał i kochał w dzieciństwie, gromadzących się wokół niego troskliwie i obstępujących go z najczulszą miłością — aż wreszcie, podniósłszy się z trudem na nogi i ścierając zimny pot z czoła, spojrzał w jasność dnia i pytał, opamiętawszy się, czy zdoła zdobyć się na odwagę powrotu do domu. „Najemnicy w domu ojca mego" — rozumował — „mają pod dostatkiem chleba, a ja tu od głodu ginę."
Czegożby nie dał, by znaleźć się znów w domu, choćby pod jakimikolwiek warunkami, jakie ojciec zechciałby postawić. Lecz dopiero wtedy, gdy przebił się przez wiele zmagań i wątpliwości w modlitwie, zdołał sformułować postanowienie: „Wstanę i pójdę do ojca mego, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw niebu i przed tobą; już nie jestem godzien nazywać się synem twoim; uczyń mię jako jednego z najemników twoich."
I zaczęła się droga powrotna. Jakąż długą pielgrzymką była — każdy zakręt drogi przynosił widma…