HomiliaDB

Bernard Vaughan SJ · Grzechy towarzystwa

U02

Gdy walczę z pokusą albo nałogiemGdy chcę zacząć od nowa Etyka społecznaNawrócenie
W skrócie. Kazanie kontynuuje temat syna marnotrawnego, skupiając się na hazardzie jako grzechu społecznym trawiącym angielskie towarzystwo — od salonów Mayfair po ulice East Endu. Vaughan analizuje naturę hazardu, odróżniając jego umiarkowane uprawianie od nałogu prowadzącego do ruiny, i kończy gorącym wezwaniem do nawrócenia skierowanym do wszystkich, którzy trwonią swoje dobra. Powrót do Ojca jest zawsze możliwy — nigdy nie jest za późno.

„Zatrzymajcie się na chwilę i policzcie, jeśli możecie, godziny cennego czasu zmarnowanego w grze; tak, czas na nią poświęcony, pieniądze w nią rzucone, namiętności przez nią wyzwolone, wady przez nią wywoływane, kłótnie z niej wyrastające, bogactwo przez nią utracone;”

z przeszłości, każde gospodarstwo przywoływało jakąś scenę chłopięcej radości; a w miarę jak okolica stawała się coraz bardziej znajoma, budziła w jego duszy wspomnienia, które zdrzemnęły się i nie przebudziły od owego dnia nieszczęsnego odejścia. Możecie sobie dobrze wyobrazić, jak temu biednemu Marnotrawnemu ojczyste powietrze wydawało się słodsze, słońce cieplejsze, łąki zieleńsze, a drzewa piękniejsze od wszystkiego, co napotkał od chwili, gdy zbyt dawno temu je porzucił.

Czas nie pozwala mi opisywać szczegółowo powitania, które czekało na zbłąkałego chłopca, gdy nareszcie dotarł do swego drogiego, drogiego domu. Lecz o, jakże piękne, jakże miłosierne, jakże pełne pociechy! Patrzcie na ojca, wyniszczonego i posiwia­łego z niepokoju i oczekiwania na powrót syna. Oto stoi on — a raczej oto wychodzi naprzeciw, biegnie śpiesznie, by spotkać swego Marnotrawnego Syna i objąć go ramionami najtkliwszej miłości — podczas gdy chłopiec, złamany skruchą, błaga jedynie o miłosierdzie i przebaczenie. O, zauważcie dobrze ów rys wzruszenia, ową nutę łaski, ową linię piękna wprowadzoną tutaj w ten obraz przez naszego Boskiego Pana. Zapewnia nas On, że ojciec jest tak oczarowany powrotem syna, tak uradowany, że go widzi i znowu go ma przy sobie, iż zupełnie nie zważając na okrutną i zbrodniczą niewdzięczność przeszłości, nie może uczynić nic innego, jak tylko trzymać chłopca zamkniętego w ramionach i wciąż wołać do wszystkich przyjaciół, którzy się gromadzą wokół: „Syn mój umarł i ożył, zaginął i odnalazł się." Znacie dalszy ciąg i znacie naukę o miłosierdziu Bożym, którą ta przypowieść ma przekazać, tak samo jak znacie naukę o sprawiedliwości Bożej, którą przypowieść o Bogaczu i Łazarzu ma pouczyć.

Jakże cudownie do naszych własnych czasów stosuje się ta przypowieść o Synu Marnotrawnym! Czy nie rozpoznajecie go, czy nie spotykaliście go wielokrotnie na Mayfair lub Belgravia? Ja sam znam niejednego młodego człowieka tak wiernie przypominającego portret namalowany przez Wielkiego Mistrza, że ledwo można pojąć, iż ów Marnotrawny, o którym mówi Ewangelia, nie przebywa gdzieś w Clublandzie po dziś dzień. Młody człowiek z wielkimi nadziejami nie ma w dzisiejszych czasach zbyt wielkich szans, by się utrzymać, gdy napadną nań kobiety ze „Światowego Towarzystwa". Rzucają się na niego, szarpią go, a jeśli mogą, chwytają go i — użyczając wyrażenia naszego Pana — „pożerają jego substancję". Tak, pożerają ją żarłocznie, wyjąc z pożądania za swą ofiarą niczym pantera, tygrysica i hiena, które krzyczą w porze karmienia w Regent's Park na surowe mięso im rzucane.

Choć są to damy eleganckie i wytworne, gdy raz oddały się w kielichu rozkoszy „Mamonie nieprawości", nie są wiele lepsze od dzikich, nie mniej okrutne, a znacznie chytrzejsze. Kobieta bowiem nie jest tym, czym mężczyzna; znając kodeks moralności lub niemoralności mężczyzny — zależnie od przypadku — można niemal z pewnością przewidzieć, jak w danych okolicznościach postąpi; natomiast bez względu na to, jakie pojęcia o moralności ma kobieta, jedyną rzeczą, co do której można być naprawdę pewnym, jest to, że wcale nie wiadomo, co w jakichkolwiek okolicznościach zrobi. Gdy raz ośmieliłem się wyrazić tę opinię przed pewną elegancką damą, jedyną jej odpowiedzią było: „Jakże mógłby Pan wiedzieć, skoro i my same nie wiemy?" Któż na przykład nie słyszał, jak kobieta chełpi się, że nikt nigdy nie wszedł w jej życie, kogo nie mogłaby w każdej chwili z niego wyrzucić, zapomniawszy w niecałe pięć minut, że ów człowiek w ogóle istniał. Jest to sztuka, której mężczyzna dokonać nie potrafi — jest ona wyłącznym przywilejem kobiety. Mężczyzna powie wam, jeśli w ogóle się odezwie, że tam, gdzie raz zagościło czyste i dobre uczucie, pozostanie ono, choćby nawet nieudzielone wzajemnością, aż do końca jego życia. U niejednego mężczyzny „miłość jest miłością na zawsze", podczas gdy u zbyt wielu kobiet „przelatuje jak ptak z drzewa na drzewo". Takie są składowe elementy ich istoty, że u kobiet zmiana jest łatwiejsza do ćwiczenia niż stałość, a sprzeczność

lepiej się rozrasta niż charakter. Człowiek głupi myśli głośno, lecz kobieta głupiutka odczuwa głośno. Kobiety zapewne będą się oburzać na moje słowa i będą mi zapewniać, że żadna kobieta nie mówi nigdy bez namysłu. Być może wyjaśnia to, dlaczego tak wiele z nich cierpi na bezsenność — skoro mówią cały dzień, to oczywiście muszą myśleć całą noc. Nadto, z rzadkimi wyjątkami, kobieta, o której mówi się, że serce jej rozbite jest bólem, niebawem odkrywa środki jego uleczenia i zwykła potem wspominać o tej próbie jako o czymś minionym; podczas gdy u mężczyzny o jakiejkolwiek głębi charakteru —

Głęboki smutek nie jest przeszłym zdarzeniem. To życie, to stan, Który nawyk czyni straszliwszym, A wiek — bardziej opustoszałym.

Jeśli zapytacie go, jakże zatem znosi go w tak doskonałym poddaniu? Odpowie słowami Kardynała-Poety —

Lecz głębiej w sercu moim niż boleść Jesteś Ty, mój Pan i Bóg.

Jedno jednak jest pewne dla każdego, kto waży się wejść w Światowe Towarzystwo: jeśli wejdzie z jakimiś pieniędzmi, wyjdzie bez żadnych. Nawet ja w moim ograniczonym doświadczeniu znam mężczyzn, którzy byli przetrzymywani przy brydżu i zmuszani wbrew sobie do gry — do gry wysokiej, do gry długiej, do gry dopóty, dopóki nie zostało już nic, o co grać. Mężczyźni, o których mówię, zostali zrujnowani wraz z żonami i dziećmi przez szalone hazardownictwo tych szalonych istot.

Niechże mówią, co chcą, lecz ta ruina przy stole karcianym wcale nie zanika, jak twierdzą niektóre dzienniki codzienne — kwitnie w pełni i wszyscy o tym wiemy. Byłoby może błogosławieństwem, gdyby niektórym z tych hazardowych harpii przyznano coś, co się zwie „prawami kobiety", bo wówczas, jak sądzę, zrzekłyby się przywilejów kobiecych i mężczyzna miałby może szansę zobaczyć, że „grają uczciwie".

Lecz jest zbrodnia gorsza od „oskubywania" młodych mężczyzn, a mianowicie ruinowanie przy stole hazardowym młodych kobiet. Jakiż straszliwy szereg obrazów mógłbym przed waszymi oczyma rozwinąć, malując upadek i zagubienie pięknych angielskich dziewcząt przy stole karcianym! Niejeden, tak, mówię z namysłem: niejedna debiutantka wciągnięta została w ten wir — niekiedy przez samą gospodynię domu — i pochłoniętą została, nim

skończyła się gra, niemal do najniższego poniżenia, do jakiego kobieta może stoczyć się. Albo może zdarzyło się, że wstała od stołu zupełnie nieświadoma tego, co się stało, dopóki nie poinformowano jej z najsłodszym „dobranoc", że jej straty w brydżu wyniosły tyle a tyle. Niestety! lekarz rodzinny i adwokat rodzinny mogliby powiedzieć wam lepiej ode mnie, ilu ich młodych klientów doprowadzonych zostało na skraj grobu przez bezwstydne udręki, spowodowane nie whistem ani bakara, lecz brydżem. Ta klątwa ciążąca na dziewczynie pogrąża ją w rozpaczy; musi spłacić długi; skąd wziąć pieniądze? Czy zwróci się do matki lub ojca? Nie, wstyd jej na to nie pozwala; więc ucieka, sama nie wiedząc dokąd, aż wreszcie jakiś diabeł w ludzkiej postaci staje jej na drodze, dobija targu i pieniądze są jej; dług zostaje spłacony. Lecz o! biedna dziewczyna — jest tak przerażona tym, co się stało, że powie wam, że nigdy już nie będzie sobą.

Nie dbam o to, kto będzie mi zaprzeczał — jestem tak pewny, jak mojego własnego istnienia, że to ten przeklęty brydż jest jak kamień młyński na szyi Towarzystwa, wciągający je w głębiny tej kloaki ohydnej plugawości. Mówiłem o dziewczętach zrujnowanych przez brydż — cóż by można nie powiedzieć o mężatkach!

Ta namiętność do hazardu nie ogranicza się, przykro mi to stwierdzić, do Eleganckiego Towarzystwa; rozszerzyła się niczym zaraza — nie, niczym dżuma — wzdłuż i wszerz całego kraju, a jej zjadliwa trucizna przenika i przesiąka organizm społeczny tak gruntownie, że prawdziwie błogosławieni są ci, którym uda się ujść jej niemal miazmowego wpływu. Cóż za widok na ulicach East Endu, gdy gazeciarze biegają z ostatnim wydaniem wieczornego dziennika podającym „ostatnie" informacje przed następnym wyścigiem albo nazwisko zwycięzcy w ostatnim wyścigu — lub obwieszczającym jakiś wynik czy zdarzenie, na które nawet ulicznicy postawili swoje pieniądze. I tak to trwa przez wszystkie klasy i przez wszystkie pory roku — każdy spragniony podniecenia, lecz jeszcze bardziej spragniony wygranych z wyścigów.

Pragnę tu skorzystać ze sposobności i odpowiedzieć publicznie, w miarę zwięźle, na liczne pytania, które ostatnio do mnie kierowano

w sprawie moralności hazardu. W różnych czasach napisano o tym wiele — trochę zdrowego rozsądku, więcej obłudy. Niektórzy, jak się zdaje, pozwalają uczuciom doprowadzić się do wniosku, a potem szukają naukowego oparcia dla swych poglądów i szkodzą swej sprawie, wysuwając twierdzenia etycznie nie do obronienia.

Moje przerażenie złymi następstwami hazardu jest równie żywe i intensywne, jak u typowego purytanina, lecz nie zamierzam dać się ponieść uczuciu. Chcę kroczyć prosto na naukowych zasadach ku logicznym wnioskom. Nie chcę próbować tworzyć większej liczby przykazań, niż ich w rzeczywistości jest. I tak jest ich nazbyt mało jak na większość z nas, biorąc pod uwagę nasze położenie.

Niechaj zatem będzie jasno ustalone, czym jest hazard. Pojęcie hazardu obejmuje wszelkie umowy, w których strony nie wiedzą, co dają i co biorą, i w których nie mogą wpływać na wynik. To, co zwykło się zwać legalnym handlem, nie mieści się w tym opisie, albowiem strony wiedzą lub zakładają, że przed zakończeniem transakcji nie nastąpią żadne istotne wahania wartości;

lecz skoro tylko natkniemy się na formy handlu, w których strony wyraźnie liczą się z wahaniami, mamy do czynienia w istocie z hazardem, z zakładem o wzrost lub spadek, i popierają one trafność swego przewidywania równie dobrze, jak gdyby obstawiały konia, drużynę lub załogę. Spekulacyjne interesy wszelkiego rodzaju są formami hazardu i należy je oceniać dokładnie wedle tych samych zasad, co oddawanie się grze w brydża czy ruletę. Oczywiście pierwiastek hazardu w handlu staje się tym bardziej wyraźny, im szybsze są wahania wartości, toteż w ten sposób wyścigi konne, gra w karty oraz rzut monetą cieszą się gorszą sławą u publiczności niż obrót bawełną terminową, choć wszyscy wiemy, że to wszystko jest procesem hazardowania.

Proszę, pozwólcie mi wyjaśnić, że zajmuję się tu zasadą hazardu, nie zaś szczególną postacią, w jaką może być on odlany. Mając jasno przed oczyma, czym jest hazard, chcę teraz przypomnieć wam, że wszelki hazard — czy to na giełdzie, czy w sali karcianej, czy na torze wyścigowym, czy gdziekolwiek indziej — połączony jest z pewnym przyjemnym podnieceniem, na które jedni są znacznie bardziej wrażliwi niż inni, lecz na które zaiste bardzo niewielu, o ile w ogóle ktokolwiek, jest całkowicie nieczułym.

Jeśli zechcecie zbadać to zagadnienie, zobaczycie, że owo podniecenie jest mniej lub bardziej niezależne od ilości pieniędzy przegranych lub wygranych. W istocie znałem przypadki osób tak owładniętych tą namiętnością, że nie wahały się jej dogadzać nawet wtedy, gdy wszystkie szanse zdawały się być przeciw nim. Oczywiście o wiele milej jest wygrywać niż przegrywać, lecz któż może wątpić, że niejeden mężczyzna znalazł w grze hazardowej pociąg zupełnie niezależny od pieniędzy?

Wiem, że niektórzy moi rodacy powiedzą mi, iż nie ma żadnego powodu do owego przyjemnego podniecenia, ale zawsze będą się zdarzać ludzie okazujący nieznajomość tych elementów, które składają się na istotę bytu społecznego zwanego człowiekiem. Bez wahania stwierdzam, że instynktu hazardowego w człowieku nie da się poddać analizie; jest on jednym z tych elementarnych faktów ludzkiej natury, jak zmysł harmonii, miłość krajobrazu i im podobne. A teraz może wolno mi będzie powiedzieć tym osobom, które pisały

w prasie, twierdząc, że chcę usunąć wszelką elegancję stroju, wszelkie wytwory kuchni i wszelką radość życia — że nic podobnego nie zamierzam. Chcę jedynie, by przestrzegana była piękna maksyma świętego Augustyna: „Korzystaj z rzeczy doczesnych z umiarem pracodawcy, nie z gorliwością kochanka."

Opowiadam się za elegancją stroju, lecz nie za rozrzutnością; lubię wytworne jedzenie, lecz nie samo tylko wyszukane; jestem za radością życia, lecz nie za radością szaloną. Nie możemy żyć wyłącznie rozrywką, jak nie można żyć samą bitą śmietaną, a ludzie spędzający życie na próbie wyłuskiwania z niego samej rozrywki lepiej by zrobili, szarpając pakuły.

Lecz teraz przejdźmy do pytania zasadniczego: czy wolno dogadzać temu upodobaniu do hazardu? Na pytanie to odpowiadam: upodobanie do hazardu może być rozsądnie zaspokajane na tych samych warunkach, które rządzą innymi podobnymi upodobaniami. Na przykład jeden człowiek ma upodobanie do opery lub do dramatu, albo do zbierania rycin lub osobliwości, i zakładamy, że jego warunki materialne pozwalają mu wydawać stałą kwotę rocznie na zaspokajanie swych upodobań; inny ma zamiłowanie do obstawiania na torze wyścigowym lub

w sali karcianej — i kto, pytam, ma prawo go skazywać za grzech, byle tylko nie płacił bukmacherom ani partnerom karcianym więcej, niż jest uprawniony wydać na swe osobiste przyjemności?

Powiedziano mi jednak, że jest wielce złą rzeczą grać o pieniądze. Po tym, jak niektórzy mówią o pieniądzach, można by niemal sądzić, że zamieszkuje w nich jakieś bóstwo, że same w sobie są przedmiotem czci, a nie jedynie środkiem do użytku; celem samym w sobie, nie tylko środkiem do celu bliższego. Taki jest szacunek, a niemal cześć, jaką niektórzy żywią do złota, że zaiste wierzę, iż gdyby znowu ustawiono złotego cielca jako przedmiot adoracji, zgromadziłoby się wokół niego zgromadzenie przewyższone liczebnością jedynie przez tłum widzów na boisku krykietowym, stadionie futbolowym lub torze wyścigowym, których dla większości pociąga tam nie tyle upodobanie do gry, ile uwielbienie złota.

Nie sam fakt gry o pieniądze jest z natury swej czymś złym. Gdyby tak było, musielibyśmy potępić wszystkich ludzi prowadzących interesy spekulacyjne, wszystkie osoby na

giełdzie i wszelkie ich obroty akcjami lub bawełną terminową. Ten zarzut jest śmieszny i moim zdaniem świadczy o jawnym braku angielskiego zdrowego rozsądku. Jeśli obstawianie bawełny nie musi być czymś złym, to obstawianie konia może być rzeczą właściwą. Wszelkie warunki uczciwej umowy mogą być zachowane w zakładzie; każdy koń w biegu ma swoją cenę rynkową, tak jak bela towaru w jakimkolwiek magazynie. Człowiek stawiający pieniądze na konia lub na towar wierzy, że wartość ich wzrośnie na rynku, przeto kupuje po aktualnej cenie, zamierzając sprzedać w przyszłości. Popiera trafność swego przewidywania; jeśli wygra, pieniądze są jego. Podnosi się zarzut, że gracz nie dał nic za to, co otrzymuje. Czy nie naraził się na ryzyko przegranej, podczas gdy druga strona wyraziła zgodę na zawarcie umowy? Aby jeszcze bardziej to rozjaśnić, weźmy przypadek pewnego nonkonformistycznego właściciela domu, który płaci kilka szylingów za ubezpieczenie od ognia i nazajutrz otrzymuje od nieszczęsnej kompanii setki funtów. Postawił na spalenie swego domu i jego przypuszczenie okazało się trafne. Chwali się go za roztropność i żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie oskarża go o nieuczciwe przejęcie pieniędzy, których nie zarobił. Nawet nonkonformista z nonkonformistycznym sumieniem dręczącym go jak koszmar nocny nie odmówiłby w tych okolicznościach pieniędzy, choć będzie się starał ganić moją doktrynę. To samo odnieść można do człowieka ubezpieczającego życie, do tego, który obstawia konia, gra w brydża albo stawia na futbol, krykiet lub drużynę polo.

Lecz tutaj, po wyjaśnieniu zasady hazardu i ukazaniu okoliczności, w których może on nie być złym, pozwólcie, że z całą mocą mej duszy ostrzegę was przed hazardem.

„Wszystko mi wolno" — mówi święty Paweł — „ale nie wszystko jest pożyteczne." I przede wszystkim zło hazardu, jak wszyscy wiemy, polega na podatności na nadużycie; na niemal magnetycznym uchwyceniu człowieka, które pozbawia go rozumu, serca i siły woli, tak że raz uwolniwszy tę namiętność może on — jeśli nie od razu, to później — znaleźć ją nader trudną do opanowania. Skoro człowiek zaczyna wydawać na tę rozrywkę więcej, niż może sobie na nią pozwolić,

popada w nałóg; stanął na płaszczyźnie pochyłej i niebawem stwierdzi, że bezsilnie zjeżdża tobogganem w dół po stromiźnie wiodącej ku przepaści ruiny.

Najbezpieczniejszym i najlepszym sposobem postępowania z instynktem hazardowym dla większości z nas jest trzymanie się od niego z daleka i nieangażowanie się weń w jakikolwiek sposób; tym bardziej, że gracz nigdy nie wie, w jaką pokusę może wciągać innych; pamiętajcie bowiem, że hazard jest umową dwustronną, w której jeśli jeden musi wygrać, drugi partner musi przegrać.

Hazard w takiej lub innej postaci jest wyraźnie wadą dnia dzisiejszego i musimy z nim walczyć — nie histerycznie, lecz racjonalnie. Jeśli naprawdę leży nam na sercu dobro bliźnich i pomyślność naszej ojczyzny; jeśli żarliwie wzywamy Bożego błogosławieństwa dla siebie i dla naszego Imperium; jeśli jesteśmy szczerze poważni i postanowiliśmy wzbić się do poczucia naszych obowiązków jako obywateli i jako chrześcijan; jeśli jednym słowem chcemy być prawdziwi i gruntowni, śmiejąc się wydobyć z siebie to, co w nas najlepsze, abyśmy mogli stać się sprawniejszymi narzędziami w rękach Bożych dla zbudowania i zbawienia bliźniego

— wówczas powiadam, niech każdy z nas postanowi wyrwać ze swojej istoty, bez względu na cenę dla ciała i krwi, ową szczególną rzecz złą, czy to będzie gra na pieniądze, czy skąpstwo, zmysłowość czy zazdrość, obmowa czy złośliwość, która krzyżuje zamysły Boże w naszych duszach. Niech każdy wraz z poetą zapyta sam siebie —

Cóż mi po tym, by pielęgnować, co rodzi jedynie gorzki owoc? Wyrwę to z łona mego, choćby serce było u korzenia.

Zauważcie: to „nieuporządkowane przywiązanie" do tych zajęć czuję się w obowiązku bezwzględnie potępić, nie tyle ich umiarkowane uprawianie. Jako Anglik opłakuję ponad wszelką miarę zaniedbanie — między innymi — szlachetnego, dzielnego sportu, tak widoczne w dniu dzisiejszym. Chcę widzieć mych rodaków jeżdżących konno wprost przed siebie, strzelających prosto, patrzących prosto i mówiących prosto — bo wówczas większy ich odsetek mógłby całkiem możliwie działać prosto. Życzę sobie, żeby było więcej dobrych jeźdźców, dobrych krykiecistów, dobrych wędkarzy i dobrych strzelców — bo wówczas byłoby może więcej nadziei na większą liczbę dobrych chrześcijan. Lecz przy dzisiejszym

pędzie z wsi do miasta budowa fizyczna naszego rodu się obniża, a zamiłowanie do czynnego udziału w dzielnych grach w związku z tym szybko zanika wśród nas. Jak Rzymianie w godzinie swego upadku, i my chcemy być widzami zamiast uczestnikami. Niedawno słyszałem, jak pewien wybitny generał zauważył, że jednym z wyjaśnień trzeźwości dzisiejszej młodzieży jest fakt, iż nie ma ona głowy do zniesienia tego, co jej rówieśnik z minionych pokoleń mógłby wychylić bez namysłu. Nasze wschodzące pokolenie pozbawione jest hartu i krzemienia.

Zbieramy się dziś w dziesiątkach tysięcy, by plątać się wokół boiska futbolowego lub murawy krykietowej, paląc szkodliwe papierosy, śledzeni z zainteresowaniem nie to, jak rywalizujące drużyny grają w meczu, lecz jak nasze zakłady kołyszą się tam i z powrotem na szali przeciętnych.

O, dla owych dni, gdy mężczyźni polowali z psami i przechadzali się po wrzosowiskach; gdy brodzili w rzece i skakali przez górski potok; gdy z kawałkiem chleba i sera za pożywienie i z wartkim strumieniem za napój

zmuszali swe zahartowane ciała do posłuchu swej woli i szli w pocie czoła na zwierzynę tropem lub pieszo — małą czy wielką. Niestety! żyjemy w dobie, „gdy nikt się nie poci, jeśli nie dla awansu." Zaiste dzisiejsza zbytkowna wygoda jest równie szkodliwa dla naszej kondycji fizycznej, co dla naszego moralnego dobrostanu. Żadnego człowieka, a Anglika w szczególności, ciężka praca nie zabija. Wszyscy jej potrzebujemy, by pozostać czystymi i silnymi, zdrowymi i trzeźwymi tak w duszy, jak i w ciele. Pozwólcie, że napominam was, byście czerpali przestrogę — dopóki jeszcze czas — z tego, co wiemy o Rzymie w jego dobie upadku; lecz nade wszystko zaklinam was, byście nie spieszyli bogacić się królewską drogą głupca do bogactwa — hazardem, który choćby na chwilę nasypał złota do waszej kasy, wydrze prawdę z waszego umysłu i wypruje z was wszystko, co życie słodzi, łagodzi i uświęca.

Zatrzymajcie się na chwilę i policzcie, jeśli możecie, godziny cennego czasu zmarnowanego w grze; tak, czas na nią poświęcony, pieniądze w nią rzucone, namiętności przez nią wyzwolone, wady przez nią wywoływane, kłótnie z niej wyrastające, bogactwo przez nią utracone;

a następnie rozważcie nędze, które ona pociąga za sobą, ruiny, jakich jest przyczyną, wrogości, które wznieca, i zły przykład, jaki daje — a potem powiedzcie mi, czy mylę się, gdy twierdzę, że gracz jest marnotrawnym, który „trwonił swoje dobra żyjąc rozrzutnie"? Jeśli tak jest — a wyzywam kogokolwiek, by temu zaprzeczył — to czy mogę uczynić mniej niż błagać was z całą siłą mego jestestwa: zaniechajcie swej hulanki, zanim nadejdzie koniec, zanim „głód wielki" się wszcznie, zanim „poczniecie cierpieć niedostatek" i wszystko, co mieliście, minie?

Nie czekajcie, błagam was, aż znajdziecie się w takiej nędzy, że pragnęlibyście napełnić się „strąkami, którymi żywią się wieprze"; nie, lecz powróćcie do siebie teraz, gdy nadarza się sposobność, teraz póki jeszcze dzień i macie światłość, by widzieć, i łaskę, by czynić to, co słuszne. Wstańcie, powiadam, i wróćcie do Ojca swego, bijąc się w piersi, wyznając swój grzech wobec nieba i przed Nim.

O! niech żaden mężczyzna ani kobieta nie będą słyszani, jak wołają: „Za późno, za późno." U Boga nigdy nie jest za późno, a gdzie jest życie, tam jest nadzieja. Wątpicie — zapytajcie Błogosławionego Piotra, zapytajcie kajającego się łotra; a jeszcze lepiej, zapytajcie

samego Marnotrawnego — kto to był, który przywrócił mu pierwszą szatę i włożył pierścień na jego rękę i obuwie na nogi; kto to był, który przebaczył i zapomniał owo życie spędzone na hulankach w grzechu, tarzaniu się w błotnistych rozkoszach, szaleniu w lekkomyślnych praktykach, na trwonienie wszystkiego, co miał, i wszystkiego, czym był?

Wróćcie, powiadam, jak Marnotrawny z dalekich krain, po których już zbyt długo wędrowaliście i trwoniliście; wróćcie jak zagubiony do domu Ojca swego; wróćcie jak on z bólem i wstydem, a zaręczam wam, że i wy zaznacie ojcowskiego przebaczenia, i wy poczujecie ojcowski uścisk, i wy też usłyszycie głos ojcowski wołający: „Syn mój! byłeś umarłym i ożyłeś, zaginąłeś i odnalazłeś się."

← wróć do odkrywania