*Dwaj ludzie weszli do świątyni, aby się modlić: jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanąwszy modlił się sam w sobie tak: Boże, dzięki Ci składam, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo i jak ten oto celnik. Poszczę dwakroć w tydzień, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co posiadam.* > > *Celnik zaś stojąc z daleka nie chciał nawet oczu podnieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu.* > > *Powiadam wam: ten odszedł do domu swego usprawiedliwiony, tamten zaś nie. Albowiem każdy, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony.*
(Łk 18, 10–14)
Ze wszystkich zajęć, którym człowiek może poświęcić swój czas, żadne nie dorównuje modlitwie. Modlitwa jest największym i najwznioślejszym dziełem, jakiemu człowiek może oddać swój czas i swoje siły. W niej wszystkie władze jego istoty wchodzą w działanie i skupiają się na najwyższym i najświętszym przedmiocie kontemplacji i uwielbienia — na Bogu Wszechmogącym samym. To w modlitwie, gdy człowiek staje sam na sam z Bogiem, dusza jego wybucha pieśniami chwały i dziękczynienia, bądź też wydaje z siebie akty pokory i skruchy, błagając o przebaczenie, wypraszając siłę, by sprostać zmiennym kolejom losu, z których składa się ta złożona rzecz zwana życiem. Modlitwę można by nazwać czasem audiencji człowieka u Króla Wiekuistego, który zna naturę naszą i pamięta, żeśmy prochem; czas to tedy, kiedy musimy być szczerzy i prości jak dziecko. Jakąkolwiek rolę człowiek zdecyduje się gdzie indziej odgrywać, przed Bogiem żadnej odgrywać nie może; musi być sobą, swoim prawdziwym ja. Udawać wówczas, że jest kimś, kim nie jest, byłoby nie tylko głupotą, lecz i grzechem — świadomym przecież staniem na klęczkach w obecności Tego, przed Którym człowiek jest nie tym, za kogo się mianuje, lecz tym, czym naprawdę jest.
Modlitwa, będąc powinnością tak uroczystą i świętą, jestem pewien, że nikt tu obecny nie mógłby nawet wyobrazić sobie, iż byłoby mu możliwe być kimś innym niż szczerze prostym i prawdomównym, gdy klęczy przed swoim Stwórcą i Sędzią; a jednak, mówiąc o tym przedmiocie, sam Boski Pan nasz stawia nas na straży, ostrzegając, byśmy nie byli pyszni, lecz pokorni, nie udani, lecz prawdziwi, nie fałszywi, lecz wierni sobie w odmawianiu modlitw. I aby przybliżyć nam i dać nam niejako odczuć, że modlitwa, jak to w rzeczy samej bywa, nie zawsze jest tym, czym być powinna w tej właśnie mierze, Zbawiciel nasz zestawia modlitwę faryzeusza z modlitwą celnika: pierwszy złożył Bogu to, co było tylko szyderą, drugi zaś wypowiedział to, co było rzeczywistością; jeden ukrywał wszystkie swoje rany, drugi odsłonił je wszystkie, faryzeusz chwaląc się tym, czym był, celnik zaś obwiniając się za to, czym nie był.
Zanim jednak bliżej przyjrzymy się modlitwom, które, jak nam Pan mówi, zanosili ten faryzeusz i ten celnik w świątyni, zatrzymajmy się na chwilę, aby przypomnieć sobie pewne znamienne rysy tak wyraźnie widoczne w obu klasach ludzi reprezentowanych przez faryzeusza i celnika, na których Pan nasz kieruje naszą uwagę.
Kim tedy byli faryzeusze? Byli to ludzie, którzy zawodowo udawali, że są ściślej religijni niż ich bliźni. W istocie stanowili odrębne stronnictwo religijne wśród Żydów, wyznając na przykład, wbrew nauce saduceuszów, że oprócz pisanego prawa Mojżeszowego istnieje również prawo ustne, wyjaśniające i rozszerzające prawo pisane. Istotnie, ledwie znajdował się jakiś tekst w Piśmie, dla którego faryzeusze nie mieliby pod ręką gotowego ustnego wyjaśnienia i dalszego prawa ustnego.
Na przykład nauczali, że jest grzechem spożywanie pokarmów, od których nie zapłacono należnej dziesięciny, albo które były dotykane lub zarzynane przez poganina. Lecz nawet między sobą nie mogli łatwo dojść do porozumienia w wielu kwestiach swoich tradycji. Zwolennicy szkoły Szammaja mówili, że jajko zniesione w dzień sabatu wolno jeść, podczas gdy uczniowie Hillela czynili z tego grzech dla każdego, kto by się na to odważył.
Cóż jednak mamy myśleć o faryzeuszach? Na to pytanie będę mógł lepiej odpowiedzieć, gdy powiem wam, co sami o sobie myśleli. Jeśli mieli bardzo niskie mniemanie o wszystkich poza sobą, a dla celników w szczególności najwyższą pogardę, to o sobie samych faryzeusze mieli mniemanie jak najlepsze, unosząc swoją zarozumiałość do granic przemożnych.
Nic bardziej im nie leżało na sercu niż demonstrowanie swoich przekonań religijnych; toteż gromadzili się w zatłoczonych częściach miasta, na targu i na rogach ulic, gdzie popisywali się przed ludem, starając się zjednać sobie jego cześć i pozdrowienia. Gdy było publiczne uczty, doskonale wiedziano, przy którym stole ich szukać, a gdy była nabożna służba Boża, można się było spodziewać, gdzie ujrzy się ich pozy w modlitwie. Słowem, kończąc mój opis słowami Tego, który czyta serca, jak widzi czyny: „Wszystkie uczynki swoje czynili, aby być widzianymi od ludzi" — co znaczy, jak rozumiem, że byli zawodowymi obłudnikami.
Łatwo pojąć, jak wstrętny był Jezusowi Chrystusowi ten typ człowieka — faryzeusz. Nie mniej niż osiem razy w jednej mowie słyszymy, jak Pan woła: „Biada wam, faryzeusze!" Pobożna obłuda faryzeusza, formalizm zewnętrzny faryzeusza, nierealność, zarozumiałość i życie skupione wyłącznie na sobie były dla Pana naszego tak odpychające, tak obraźliwe i tak wstrętne, że nie wahał się głosić, co o nich myśli, nazywając ich „grobami pobielanymi", „obłudnikami", „pełnymi kości umarłych i wszelkiej nieczystości", ludźmi „odcedzającymi komara a połykającymi wielbłąda", „zamykającymi przed innymi bramy niebieskie, do których sami nie wchodzą".
Gdyby czas pozwalał, chciałbym wam pokazać, jak ta sekta faryzeuszów od samego początku marshaliła swe siły przeciw Panu naszemu: sprzeciwiając się Mu i napadając nań, ilekroć i gdziekolwiek nadarzyła się sposobność, a wreszcie zastawiając sidła, by Go pochwycić i doprowadzić do Jego śmierci.
Ale tu muszę na chwilę opuścić faryzeuszów, bo chcę zwrócić waszą uwagę na ową tak bardzo znienawidzoną klasę ludzi zwanych celnikami. Celnicy, czyli poborcy podatkowi, byli tą grupą społeczeństwa, która utrzymywała się ze ściągania podatków na rzecz Rzymu. Nie ma chyba potrzeby przypominać wam, że Rzymianie mieli zwyczaj wydzierżawiać podatki i cła w podbitych krajach kapitalistom, którzy zobowiązywali się wpłacać do skarbu rzymskiego pewną sumę rocznie. Kapitaliści z kolei podnajmowali te źródła dochodów ludziom, których zajęciem było objeżdżanie kraju i zbieranie podatków. Byli to przeważnie ubodzy Żydzi, zwani celnikami, którzy podejmowali to zajęcie i — jak to zazwyczaj bywa nawet dziś w krajach, gdzie urzędnicy niższego szczebla są źle płatni — pobierali więcej niż należało za towary wywożone z miast lub do nich wwożone, ilekroć czuli, że mogą to bezkarnie uczynić.
Łatwo zrozumieć, że ludzie zajmujący się tak kompromitującym zawodem jak pobór podatkowy nie cieszyli się wielką miłością swych rodaków. Ale celnicy do krzywdy dodawali jeszcze zniewagę, bo Żydzi, prócz urazy za sam obowiązek płacenia podatków, uważali za niemal zbrodnię uiszczanie ich znienawidzonemu cudzoziemcowi za pośrednictwem ludzi własnej rasy. Toteż lud, a zwłaszcza faryzeusze, przedstawiciele stronnictwa narodowego, patrzyli na celników jak na zdrajców ojczyzny, na podłych i nikczemnych pośredników, którzy przez swoje stosunki z znienawidzonym Rzymem wyzbyli się narodowości i stali się nieczystymi i wyklętymi. Stąd celnicy i grzesznicy byli przez sprawiedliwych faryzeuszów traktowani jednakowo. Kapłani nie chcieli mieć z nimi nic wspólnego ani z ich pieniędzmi, odmawiając nawet przyjęcia jałmużny do skarbony świątynnej zwanej Korbanem. Co więcej, nieszczęsnemu celnikowi, gdyby w ogóle odważył się ukazać w świątyni, wzbraniano przekraczać Soreg — barierę, która niegdyś oddzielała pod karą śmierci poganina od Żyda.
Lecz chyba nic nie daje nam lepszego wyobrażenia o tym, jak wstrętni i odrażający byli dla narodu izraelskiego celnicy i grzesznicy, niż fakt, że jednym z głównych zarzutów, jakie faryzeusze stawiali Panu naszemu — tym, na którym głównie się opierali wobec ludu — było to, że był znany jako przyjaciel celników i grzeszników.
Mając przed oczyma te zasadnicze różnice między faryzeuszem a celnikiem, możemy teraz pójść za owymi dwoma do świątyni, dokąd, jak nam mówi Pan, weszli, by się modlić.
Patrzcie tedy na nienagannie odzianych faryzeusza, gdy wychodzi ze swego domu i przechodzi przez zachodnią część miasta, kierując się ku Wzgórzu Świątynnemu. Przeszedłszy przez Bramę Piękną do samej świątyni, kroczy po marmurowej posadzce wielu barw, tak doskonale wypolerowanej, że może pochylić się, by podziwiać w niej odbicie swojej starannie udrapowanej postaci, przemierzając pod kolumnadą śnieżnobiałych filarów, które zdają mu się stać tam umyślnie, by mu oddawać cześć. Zbliżając się do Soregu, jego uwagę przykuwa pochylona sylwetka celnika, który bije się w piersi, szlochając jakąś modlitwę skruchową. Odruchowo faryzeusz szczelnie owija się obfitymi fałdami swego płaszcza i przyśpiesza kroku, lękając się, by oddychając tym samym powietrzem co ów grzesznik, sam nie zaciągnął jakiejś zmazy. Przekroczywszy barierę, poza którą ani celnikowi, ani poganinowi wstęp nie przysługuje, ten człowiek pełen samousprawiedliwienia po raz wtóry strzepuje fałdy szat i wstępując po szerokich schodach wiodących do Dziedzińca Niewiast, kroczy majestatycznie naprzód, aż wreszcie dosięga Dziedzińca Izraela, za drugą lotem schodów. Dalej iść mu nie wolno. Przed nim stoi Święte Świętych, gdzie objawił się Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba; za jego plecami jest świątynia z jej licznymi dziedzińcami i licznymi wielbicielami. Jest to jedyne stosowne miejsce w Domu Bożym dla modlitwy faryzeusza; zatrzymuje się tedy i przybiera pozę, podnosząc zarazem głos, by nikt obecny nie ominął doborowego sformułowania jego modlitwy. Słuchajcie: „Boże, dzięki Ci składam, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo i jak ten celnik. Poszczę dwakroć w tydzień, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co posiadam." Wygłosiwszy te sentencje z stosownymi gestami, faryzeusz poczuł, że nie ma już nic więcej do uczynienia; wypełnił swój obowiązek z nawiązką, toteż kłaniając się nisko przed Miejscem Świętym, odwraca się na obcasach i kroczy raz jeszcze wzdłuż świątyni, mijając ponownie skulonego w modlitwie celnika, któremu wyniosłe obdarza spojrzeniem najwyższej litości i pogardy. Wychodząc ponownie na wolne powietrze, faryzeusz przemierza ruchliwsze części miasta, zatrzymując się przy rogach ulic i jeszcze raz pozując na targu, aż wreszcie dociera do swego domu, gdzie po raz drugi dziękuje Bogu, że nie jest jak inni ludzie.
Pan nasz Boski daje do zrozumienia, że ta modlitwa była tak obrzydliwa Jego Ojcu, jak miłą zdawała się faryzeuszowi. Dlaczego zaś? Po pierwsze ów „pobielany grób" człowieka dzieli rodzaj ludzki na dwie części: jedną obejmującą wszystkich zdzierców i wszystkich niesprawiedliwych i cudzołożnych, wśród których umieszcza widzianego w świątyni celnika, drugą zarezerwowaną wyłącznie dla siebie samego. Otworzywszy modlitwę podziękowaniem Bogu za to, czym nie jest, faryzeusz przeszedł do congratulowania sobie za to, czym jest, jakby przypominając Wszechmocnemu — lękając się zapewne, że zapomni — o licznych cnotliwych uczynkach składających się na jego samousprawiedliwione życie. Zdawał się być tak przytłoczony myślą o tym wszystkim, czym jest, że nie przyszło mu nawet przez chwilę do zarozumiałego umysłu, by prosić o przebaczenie za to, czym nie jest; jego głównym źródłem pociechy było to, że jest tak różny, to znaczy tak o wiele lepszy od wszystkich innych. „Dzięki Ci składam, że nie jestem jak inni ludzie."
Tymczasem, pozwólcie, że zapytam was: co stało się z celnikiem? Jak spędził czas modlitwy w świątyni? Kiedy szliśmy za faryzeuszem, mieliśmy ledwie chwilę, by rzucić pośpieszne spojrzenie na niego spod skupienia jońskich kolumn otaczających Dziedziniec Pogan; teraz możemy zbliżyć się do niego i zatrzymać, by popatrzeć na jego postać stojącą zakurzoną, z tak smutną twarzą pochyloną naprzód i oczyma pełnymi łez, gdy raz po raz bije się w piersi niemal gwałtownie, w natarczywości swej skruchowej rozpaczy. Nieszczęsny człowiek! Przez nikogo nie uznany i przez wszystkich znienawidzony, ciężar życia był dla niego niemal nie do zniesienia. Tydzień w tydzień musiał wypełniać swoje rzemiosło, wyciskając, ile mógł, od wszelkiego rodzaju ludzi, aby sprostać swoim zobowiązaniom i zarobić na marny grosz, z którego ledwie opłacało się utrzymywać egzystencję, w najlepszych razach ledwie wartą przeżycia. Biedny celniku! Ma serce jak każdy inny, lecz nie ma nikogo, kto by karmił jego głód miłości; potrzebuje, jak my wszyscy, słońca współczucia, a nikt mu go nie udziela. Nie utrzymuje co prawda, że wiódł życie bez skazy, lecz, jakkolwiek grzesznik, nie jest chyba aż tak zły, jak go malują. Kto tak nędzny, tak opuszczony jak on? Dziki osioł na zboczu góry, nawet pies padlinożerny na ulicy zdaje mu się być łagodniej traktowany niż on. Gdyby nie zbawienna myśl o Bogu Wszechmocnym, Wszechświętym, Wszechpięknym i Wszechmiłosiernym, dawno by już skończył ze swoim życiem, bo tu nie miał dla czego żyć; a tam poza tym, jak czuł, to, co najgorsze, ledwie mogło być straszniejsze od tego, co zawsze znał. Lecz myśl o Bogu i Ojcostwie Bożym podtrzymywała go przez cały ten czas i wyprowadziła go teraz z sykiem tłumu i blasku miasta do kojącego pokoju świątyni, gdzie, rzucony na twarz przed Bogiem wszelkiej pociechy, daje upust stłumionym uczuciom i woła o siłę, by nieść jeszcze dalej, jeśli tak musi, ciężar życia, lub o wyzwolenie z jarzma, które zdaje się wgryzać w samą jego duszę. Cicho! Słuchajcie! Łówcie dźwięki modlitwy tego biednego człowieka: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu." Zauważcie: nie ma tu żadnej pozy, żadnego odgrywania roli, żadnego stawiania siebie w porównaniu z innymi, żadnego samochwalstwa, lecz przeciwnie: celnik jest tak żywo świadomy kontrastu między świętością Boga a własną grzesznością, że czuje, iż nie pozostaje mu nic innego, jak rzucić się na miłosierdzie swego Stwórcy, wyznając z nieudawanym żalem wszystkie grzechy i uchybienia swego dotychczasowego życia.
Oto człowiek naprawdę przejęty, który przynosi do modlitwy duszę świadomą grzechu; który przyznaje, że uchybił swemu powołaniu; który uznaje, że najwyższym prawem życia jest pełnienie i znoszenie woli Bożej. Tej misji celnik widzi, że nie wypełnił; wstydzi się tedy swego życia i postanawia, z pomocą Bożą, zacząć od nowa, i bez względu na trudności jest zdecydowany wytrwale przez wszystko przebijać się naprzód i w przyszłości być dzielnym dla Boga, ufając Mu najwyżej i jedynie, choćby „pośród cienia śmierci".
Dobrnąwszy przez swą modlitwę, celnik wychodzi ze świątyni pokornie skruszony, lecz dzielnie postanowiony stawić czoło próbom, które mogą czekać na niego w codziennym trudzie.
Wysłuchaliśmy teraz, co faryzeusz i co celnik, którzy weszli do świątyni, by się modlić, mieli każdy do powiedzenia. Nie będę prosił was o komentarze do obu modlitw, bo nasz Boski Mistrz już nam powiedział, co Sam o nich sądzi. Najważniejsze jest zawsze wiedzieć, co myśli Pan nasz. Otóż zdaje się On bardzo źle sądzić o modlitwie faryzeusza, lecz bardzo dobrze o modlitwie celnika. Pan nasz przypomina nam bowiem, że to celnik, a nie faryzeusz odszedł z modlitwy usprawiedliwiony — przywrócony pokojowi Bożemu. Dla faryzeusza modlitwa była zwykłym pozorem, dla celnika — surową rzeczywistością.
I cóż mamy z tego wynieść? Jak faryzeusz i celnik, i my jesteśmy grzesznikami, i jak oni, niektórzy z nas przynajmniej przychodzą w oznaczonych porach do świątyni na modlitwę. Pytanie, jak sądzę, z którym musimy się zmierzyć, jest następujące: czy nasza pobożność przypomina modlitwę faryzeusza, czy modlitwę celnika? Na to pytanie każdy z was musi odpowiedzieć sobie sam. Ale to jedno, może, wolno mi zasugerować: życie — a zwłaszcza życie towarzyskie klas próżnujących — będąc tym, czym jest, mianowicie sztucznym i konwencjonalnym, wystawia was, powiadam, na niebezpieczeństwo bycia, jak faryzeusz, formalnym i nieszczerym w modlitwie.
Jeśli życie w ogóle przypomina dramat, w którym każdy z nas odgrywa swoją rolę, to życie ludzi pośpiesznych, szykownych ma jeszcze bardziej charakter sztuki teatralnej. Otóż na scenie prawie wszystko jest nierzeczywiste, sztuczne — odgrywana rola, okazywana miłość, wyrażana nienawiść; nawet same rekwizyty sceniczne — przybranie, stroje, biżuteria — są wszystkie, nieraz, czy nie tak, nierzeczywiste i sztuczne jak sama mise-en-scène.
Jak tedy wygląda tak zwane życie towarzyskie, jakie wiedzie się, powiedzmy, w naszym środowisku w Mayfair? Czy jest mniej nierzeczywiste, mniej sztuczne, mniej konwencjonalne od życia scenicznego, do którego się odwołałem? Jestem pewien, że sami pierwsi przyznajcie, że trzy miesiące, powiedzmy, sezonu londyńskiego, nie są wcale niepodobne do trzech aktów sztuki, na którą, gdy kurtyna opadnie, zbyt często jesteście zmuszeni patrzeć jak na głupią farsę, jeśli nie okaże się straszliwą tragedią.
Nie mam zamiaru opisywać szczegółowo aktów i scen składających się na ten społeczny korowód, który snuje swój blask po trzech najpiękniejszych miesiącach roku, pragnę jednak zwrócić waszą uwagę na nie, by usprawiedliwić sobie postawienie wam tego pytania: gdy tak niemal wbrew sobie jesteście w życiu nałogowo odgrywającymi rolę, czy nie ma pewnego niebezpieczeństwa, że będziecie ją odgrywali nadal nawet na modlitwie?
Aktorzy, jak wiadomo, niekiedy tak pochłaniają się odgrywaną rolą i tak utożsamiają z przyjmowanymi postaciami, że personifikują je nadal, nawet gdy opuścili już rampy i wrócili do własnych domów. Otóż wydaje mi się, że szykowni, eleganccy ludzie Towarzystwa, którzy niemal przez cały dzień, owszem, i przez całą noc, może nieświadomie, odgrywają rolę, muszą z konieczności znajdować niezwykle trudnym, najłagodniej mówiąc, przywołanie siebie do siebie, gdy nagle bicie dzwonu wzywa ich na modlitwę. A potem, gdy znajdą się na klęczkach, z pewnością niełatwo jest im zapomnieć o swojej pozycji towarzyskiej, o swoich sukcesach, jak je zwą, o swoich różnicach klasowych, o dobrach doczesnych i o bezpośrednim entourage'u, i nagle sobie przypomnieć, że nie są tym, czym zdają się być w oczach świata, lecz tym, czym naprawdę są przed Bogiem. Aby zilustrować, co mam na myśli: czyż nie musi być nieco trudnym dla debiutującej piękności, by w jakikolwiek sposób pojąć, że przed Bogiem Wszechmocnym może być o wiele mniej godna Jego łaski niż jej pokojówka wymęczona nocnym czuwaniem na nią każdej nocy? Wielka dama, przyzwyczajona do wszelkiego rodzaju uniżoności, biorąc udział w jakimś nabożeństwie kościelnym, zaledwie może pojąć, że w oczach Bożych może być o wiele mniej wartą niż najlichszy z jej służących w kuchni. I czyż nie można tego samego powiedzieć o eleganckim bywalcu salonów albo o milionerze z majątkiem wystarczającym do kupienia połowy kontynentu? Czy jest choć trochę bardziej prawdopodobne — natura będąc tym, czym jest — że pojmie prawdę, iż najuboższy parobek w jego stajni może być właśnie tym jednym członkiem jego domostwa, któremu Pan raczy okazać łaskę, a nie jemu samemu, którego wola jest w domu i poza domem nieodwołalnym prawem?
Mówcie co chcecie, istnieje szczególne niebezpieczeństwo — i to bynajmniej nie odległe — że szykowne Towarzystwo zapomni w modlitwie powrócić do swego prawdziwego ja. Jeśli wyznawcy rozkoszy nie będą się strzec, z samej natury rzeczy będą pozować nawet przed samym Bogiem Wszechmocnym. Stąd czyż nie jesteśmy wszyscy przestrzegani słowami Pisma: „Przed modlitwą przygotuj duszę swoją i nie bądź jako ten, który kusi Boga"?
Czy nie jest tedy słuszne, byśmy wszyscy byli przestrzegani przed naśladowaniem przykładu faryzeusza zarówno w chlubeniu się tym, czym jesteśmy, jak i tym, cośmy uczynili? Raczej zachęcajmy się do naśladowania celnika, bijąc się w piersi, płacząc, żeśmy nie czynili — żeśmy zaniedbali zarówno czynić, jak i znosić — wiecznie błogosławioną Wolę Bożą.
Ale tu pozwolę sobie zapytać: czy pewna część Towarzystwa, czy owa pośpieszna elegancka kompania chodzi do kościoła w ogóle? Gdzie, pytam, i jak spędza niedzielę? Czy, na Boga, na rzece, czy w automobilu, czy też w łóżku? Jedno jest, obawiam się, aż nadto pewne: nie w kościele — nie nawet pół godziny z niej. Oto w tej gęsto zaludnionej dzielnicy Mayfair zamienia się kościoły w mieszkania lub jadłodajnie. Kościołów nie potrzeba. Cóż one zawadzają na miejscu? Precz z Domem Bożym, a niech wstanie Pałac Mamony! Prawda jest, że nie ma wolnego miejsca nigdzie w Londynie, tylko w kościołach.
Gdzie tedy, pytam raz jeszcze, idą ci ludzie, którym Bóg tyle dobrego użyczył, by Mu w niedzielę dziękować za Jego dary? Pewnie powiedzą mi, że nie mogą wcale dostać się do kościoła; w istocie nie ma czasu nawet na przelotną myśl o Bogu w ów Dzień Odpoczynku dla szarych ludzi, bo dla nich, jako członków eleganckiej kompanii, niedziela jest ze wszystkich dni tygodnia zdecydowanie najbardziej zajęta. Tak, ach, jakże prawdziwie! Jest przepełniona, nie ma w niej dla Niego miejsca: „On był na świecie, a świat przez Niego uczyniony jest, i świat Go nie poznał"; „przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli".
Widzicie, „spędzanie weekendów" stało się częścią brytyjskiej konstytucji, a dziś każdy, kto jest kimś, musi być w sezonie poza miastem, powiedzmy od soboty do wtorku. Niedziele tedy, które ojcowie nasi poświęcali chwale Bożej, uczcie duszy i odpoczynkowi ciała, dziś przeznaczone są na grę w golfa lub w karty, na dogadzanie ciału i głodzenie duszy. Tak, dzisiejsi eleganccy ludzie są tak pochłonięci troską o ciało, że zupełnie zapominają o głodzącychsię duszach; co więcej, obawiam się, że tak zatracili z oczu swoje dusze, o których Pan nasz przypomina nam, że żadna zamiana nie może być za nie uczyniona, iż, praktycznie mówiąc, można by o nich powiedzieć, że są równie bez duszy, co bez Boga i bez nadziei. „Quid prodest?" Niestety! „Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł?"
Wyobraźcie sobie ten kraj, który jeszcze nie pół wieku temu chlubił się tak dumnie surowym przestrzeganiem sabatu, że dochodzi do stanu, gdy Dzień Boży jest obchodzony jako najbardziej zajęty, najweselszy i najbardziej zbezczeszczony ze wszystkich zbezczeszczonych dni całego tygodnia. Zastanówcie się na chwilę, jak jest on teraz obchodzony przez eleganckich szykownych ludzi w ich szykownych angielskich posiadłościach na wsi, z kościołem może stojącym za bramą parku. Gdy wstają w niedzielę, to — jak powiedziałem — po to, by karmić i ucztować ciało niezliczonymi daniami, za które, bardzo się obawiam, nie przyjdzie im nawet na myśl, by dziękować Bogu. Cóż za pospolita niewdzięczność, z którą zacząć kolejny tydzień życia, traktując Boga z mniejszym szacunkiem niż służących, którzy przynoszą gorące dania.
Gdy śniadanie skończone, chyba że jako żart, nie mówi się o kościele w ogóle, lecz tylko o spacerach lub przejażdżkach, lub stajniach, lub golfie, albo o grze w karty pod drzewami na trawniku, co oznacza więcej niż potrzebuję ujawniać. „Oto bogowie twoi, Izraelu!"
Z niedzielą — Dniem Pańskim, jak zwykło się go niegdyś nazywać w protestanckiej Anglii — rozpoczętą w ten sposób, łatwo wyobrazić sobie, co się z nią dzieje, zanim dobiegnie końca.
Cóż za profanacja! Dzień Pański bez przelotnej myśli o tym, czym On jest sam w sobie, lub czym jest dla nich; co więcej, bez jednej jedynej myśli o tym, czym nie są, lub czym powinni być. Jeśli jest to znak czasu, możemy śmiało powiedzieć, że Anglia idzie w dół. Ach, biada, biada! Słusznie możemy zawołać za prorokiem: „Lud mój popełnił dwie złości: mnie opuścił, źródło wód żywych, i wykopał sobie cysterny dziurawe, które wody zatrzymać nie mogą." „Synów wychowałem i wywyższyłem, a oni mną wzgardzili."
Ale ktoś może zapytać, co mnie obchodzi, gdzie i jak elegancka szykowna kompania spędza niedzielę; i powie mi się, że cokolwiek innego, z pewnością nie mogą być katolikami. Bardzo, bardzo niewielu z nich, dzięki Bogu, udaje, że do nas należy, choć zawsze można znaleźć, nawet wśród tak zwanych katolików, takich, których najwyższą ambicją w życiu jest uchodzenie za należących do tego zepsutego kółka, tej godnej pogardy eleganckiej kompanii, która pośród innych swoich przestępstw bezcześci niedzielę, dając najgorszy przykład licznym służącym.
Jako Anglik, który kocha swój kraj, i jako katolik, który kocha swój Kościół, i jako kapłan, który kocha swój lud, podnoszę głos przeciw tym straszliwym profanacjom ze wszystkim, co za sobą pociągają — nie dlatego, bym był tak naiwny, by sądzić, że mogę w jakiejś znacznej mierze powstrzymać te nadużycia, lecz dlatego, że szczerze mam nadzieję, iż przynajmniej zdołam zwrócić na nie poważną uwagę, i że może nawet, z Bożym błogosławieństwem, uda mi się wzbudzić jakieś publiczne, prawe oburzenie na nie. To zupełna bezbożność niedzieli woła do samego nieba o pomstę.
Pomyślcie na chwilę, co te weekendy z ich praktykami oznaczają dla bardzo wielu służących. Jeśli ci eleganccy ludzie wyobrażają sobie, że sami nie mają dusz, to ich służący mają dusze, i niektórzy z nich, z mojej wiedzy, pragną je zbawić.
Cóż jednak mają za szansę ich zbawienia? Jakie mają możliwości troszczenia się o nie w ogóle, gdy wszystkiego, na co ich stać, to jako tako zaspokajać niezliczone zachcianki swoich pracodawców i gości z towarzystwa, których straty przy kartach i których lekkomyślne życie nie zawsze pozostawiają ich, możecie być pewni, w najlepszym humorze.
Słyszmy w dzisiejszych czasach wiele, i słusznie, o wadach służby; lecz jaki przykład jest jej dawany dla poprawy tych wad? Nie możemy się dziwić, jeśli służący naśladują panów: i o, jakże żałosne to!
Właśnie ta powszechna profanacja niedzieli jest tak wielką krzywdą; właśnie to wyzyskiwanie służby w niedzielę, z czym w sposób szczególny mam do czynienia. Oznacza to, musi oznaczać, z czasem, zupełne wygaśnięcie chrześcijaństwa dla tych, którzy niegdyś pielęgnowali jakiekolwiek jego okruchy. Wzywam was, „zbierajcie okruchy", zanim będzie za późno.
Zbłądziłem z tematu, uniesiony smutkiem nad tymi, którzy, żyjąc tak długo w eleganckiej kompanii, doszli wreszcie do przekonania — jak im się zdaje — że bez żadnej religii poradzą sobie równie dobrze, jak z tą małą jej dozą, którą mieli, gdy się z nią bawili.
Na zakończenie pragnę zachęcić was wszystkich, byście byli jak celnik w świątyni — prości i szczerzy przed swoim Bogiem — i byście wykorzystali jak najlepiej posiadaną religię, bo nie ma za nią żadnego zastępstwa. Od charakteru naszej religii zależeć będzie nasz los lub niedola przez całą wieczność. Starajmy się wznieść nasze postępowanie, na ile to możliwe, do poziomu naszej wiary. Przypomniałem wam, że życie nie jest niepodobne do sztuki, w której każdy z nas musi „grać" jakąś rolę. W tym jedynie idę za śladem świętego Pawła, który, jak wskazuje kardynał Newman: „Przy jednej okazji mówi o świecie jak o scenie teatralnej. Rozważcie, co to znaczy. Wiecie, że aktorzy na scenie są w rzeczywistości równi sobie nawzajem, lecz na użytek spektaklu przyjmują różność charakterów; jedni są wysocy, drudzy niskiego stanu, jedni weseli, drudzy smutni." „Otóż" — ciągnie wielki asceta — „czyż nie byłoby prostą niedorzecznością, gdyby jakiś aktor chlubił się swoją fałszywą koroną, swoim tępym mieczem, zamiast pilnować roli? Cóż gdyby tylko się wpatrywał w siebie i swoje stroje? Cóż gdyby przywłaszczał sobie lub zamieniał na własny użytek to, co w nich cenne? Czy jego jedynym obowiązkiem nie jest dobrze odgrywać swoją rolę? Zdrowy rozsądek mówi nam tak. Otóż wszyscy jesteśmy aktorami na tym świecie; wszyscy jesteśmy bez wyjątku równi; będziemy sądzeni jako równi, gdy tylko życie dobiegnie końca; a jednak równi i podobni w samej swej istocie, każdy ma teraz swoją szczególną rolę, każdy ma swoje dzieło, każdy ma swoje posłannictwo — nie by dogadzać swoim namiętnościom, nie by gromadzić pieniądze, nie by zdobyć sobie imię na świecie, nie by oszczędzać sobie trudu, nie by postępować za swoją skłonnością, nie by być samolubnym i zawziętym, lecz by czynić to, co Bóg mu zleca."
Wierzcie mi, zupełnie na próżno ktokolwiek próbuje dobrze odgrywać rolę wyznaczoną mu przez Boga na tym świecie, jeśli wpierw nie nauczy jej się, że tak powiem, na pamięć w modlitwie i nie otrzyma przez modlitwę wskazań, jak ją należycie odgrywać. Jest tedy konieczne, byśmy zarówno znajdowali czas na modlitwę, jak i zmuszali siebie, by być jak biedny celnik — pokornym i skruszonym w modlitwie — i byśmy byli w niej regularni. Weźcie przestrogę z tego, kogo znałem: gdy szło mu dobrze, zwalniał się od modlitwy, jakby była rozrywką, a nie obowiązkiem. Ach, wielki smutek, głęboka żałoba spadły na tego zepsutego syna losu, i wtedy, gdy poczuł, że musi się modlić — nie mógł. Raz po raz rzucał się na kolana, wił ręce i wzdychał: „O! czego bym nie dał — wszystkiego, co mam — gdybym tylko mógł wołać do Boga o pociechę, o ulgę; lecz modlić się nie mogę, i nie ma na tej ziemi człowieka tak nędznego jak ja; nie mogę płakać, nie mogę się modlić; mogę tylko złorzeczyć Bogu i nienawidzić Go."
Zwróćcie się tedy raz jeszcze do obrazu nakreślonego nam przez Boskiego Mistrza i rozważcie postawę faryzeusza i pozycję zajętą przez celnika przy tej najświętszej czynności. Albo raczej, opuśćcie natychmiast faryzeusza i przyjdźcie do celnika, bo jest jedna jedyna postawa, jaką należy przybrać w modlitwie, i jest nią postawa nie faryzeusza, lecz celnika. Patrzcie nań z pochyloną głową i skruszonym sercem, bijącego się w piersi, gdy tak żałośnie błaga: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu." Dla mnie nie ma postaci bardziej pociągającej niż ten wzgardzony celnik. Jest on dla nas wszystkich pouczającym przykładem. Uczy nas, że cokolwiek innego bylibyśmy odgrywając nasze poszczególne role na scenie życia towarzyskiego, przed Bogiem wszyscy jesteśmy — kapłani i lud — bez różnicy, grzesznikami stojącymi w pilnej potrzebie miłosierdzia Tego, do Którego właściwości należy zawsze mieć miłosierdzie i zachowywać od kary. Zachęcam was tedy do praktykowania stałej boleści nad grzechem, do częstego wzbudzania aktów żalu za grzechy, do częstego powtarzania z Psalmistą owego Miserere, w którym dla duszy zranionej kryje się najwyborniejszy balsam, a dla serca złamanego najpewniejsze uzdrowienie: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu." Najlepszą obroną przed grzechem w przyszłości jest żal za nasze grzechy przeszłości.
Niechaj nikt nie pozostaje głuchym na moje wezwanie, mówiąc, że nie umie się żalować, albo że nie ma za co się żalować, albo że czynił tylko to, co czynią inni, albo co skłonność jego natury go wiodła do czynienia; lecz, przeciwnie, niechaj każdy wyznaje, że, jak to w rzeczy samej wie o sobie, uchybił swemu obowiązkowi zarówno wobec Boga, jak i wobec bliźniego, i wobec swego prawdziwego ja, i że wiódł karierę samolubną, zbytnio lekceważąc prawdziwą religię, a zbyt wiele cenił ten świat.
O bracia moi, tego właśnie poczucia grzechu i natury grzechu — jego złości i ciężaru — tak bardzo potrzeba, by grzech i nas samych, którzyśmy go uściskali, uczynić wstrętnym w naszych własnych oczach. Zwróćcie się tedy tu i teraz do Pana, Boga waszego, który was stworzył i który was wciąż miłuje; ofiarujcie Mu serca zarazem skruszone i pokorne, błagając Go, by przebaczył wasze dawne przewinienia, pobłogosławił wasze obecne postanowienia i umocnił wasze przyszłe wysiłki. Rzućcie się ku Niemu, obejmijcie Jego święte stopy, ukryjcie się w Jego Sercu i opierajcie się na Jego miłosierdziu, które ponad wszystkimi Jego przymiotami jest zawsze i nieustannie wykonywane dla nas. Ufajcie Mu w prostocie —
Serca szlachetne więcej znaczą niż korony, A wiara prosta więcej niż krew Normanów.
Słuchajcie i niechaj ten, co popadł w zwątpienie, pojmie, że jeśli tylko przyniesie serce skruszone, ramiona miłosiernego Zbawiciela obejmą go —
Serca szlachetne są i tutaj, lecz najczulsze z nich Ma swoje granice miłosierdzia. Bóg żadnych nie ma.
Tak, ludzkiego przebaczenia może i szczera i słodka jest łaska, A wszakże kłania się, kiedy je daje. Doskonalsza Jest miłość: kładzie przebaczenie u twoich nóg I błaga cię, byś je podniósł. Tylko Niebo, Gdy powiada: przebaczone — mówi: ukoronowany, nie zwyciężony.