HomiliaDB

Bernard Vaughan SJ · Grzechy towarzystwa

Tetrarcha i Chrzciciel

Gdy w rodzinie albo małżeństwie jest źleGdy świat mnie wciąga Małżeństwo i rodzina
Albowiem Herod sam posłał i pojmał Jana, i związał go w więzieniu dla Herodiady, żony Filipa, brata swego, iż ją był pojął za żonę. Bo Jan mówił Herodowi: Nie godzi ci się mieć żony brata twego. A Herodiada zasadzki nań czyniła i chciała go zabić, ale nie mogła. Albowiem Herod bał się Jana, wiedząc go być mężem sprawiedliwym i świętym, i chował go; a słuchając go, wiele czynił i chętnie go słuchał.
W skrócie. Wychodząc od historii Heroda i Herodiady, Vaughan piętnuje rozkład małżeństwa w wyższych sferach angielskich: kazirodztwo, kontrolę urodzeń, małżeństwa z wyrachowania i apostazję od Boga jako przyczyny demograficznego i moralnego upadku Anglii. Kaznodzieja dowodzi, że umyślne regulowanie liczby dzieci wbrew woli Bożej jest bezprawiem niszczącym węzeł małżeński i całe społeczeństwo. Śmierć Jana Chrzciciela jest ilustracją losu proroka, który odważa się mówić prawdę władzy.

„Cóż za mężczyzna! Cóż za kobieta! Oboje zdali już swój rachunek, lecz powiedziałem, że gdyby mieli powrócić na ziemię i pojawić się w Londynie, zostaliby zasypani większą liczbą zaproszeń niż kiedykolwiek za swego panowania w Tyberiasie.”

*Albowiem Herod sam posłał i pojmał Jana, i związał go w więzieniu dla Herodiady, żony Filipa, brata swego, iż ją był pojął za żonę. Bo Jan mówił Herodowi: Nie godzi ci się mieć żony brata twego. A Herodiada zasadzki nań czyniła i chciała go zabić, ale nie mogła. Albowiem Herod bał się Jana, wiedząc go być mężem sprawiedliwym i świętym, i chował go; a słuchając go, wiele czynił i chętnie go słuchał.* > > *A gdy dzień sposobny przypadł, Herod na urodziny swoje uczynił wieczerzę wielkim swojego królestwa i hetmanom, i przedniejszym Galilei. A gdy weszła córka tejże Herodiady i tańcowała, i spodobała się Herodowi i tym, którzy z nim siedzieli za stołem, rzekł król dziewczynie: Proś mię o co chcesz, a dam ci. I przysiągł jej: O cokolwiek mię poprosisz, dam ci, choćby połowę królestwa mego. Która gdy wyszła, rzekła matce swojej: O co proszę? A ona rzekła: O głowę Jana Chrzciciela. A gdy weszła zaraz z pośpiechem do króla, prosiła, mówiąc: Chcę, abyś mi dał natychmiast na misie głowę Jana Chrzciciela. I zasmucił się król. Jednak dla przysięgi i dla tych, którzy siedzieli z nim przy stole, nie chciał jej zasmucić; ale posławszy kata, rozkazał, aby przyniesiono głowę jego na misie. I ściął go w więzieniu, i przyniesiono głowę jego na misie, i dał ją dziewczynie, a dziewczyna dała ją matce swojej.* > > (Mk 6, 17–28)

W prowincji Galilei, na północny wschód od Nazaretu, w odległości jakichś dwudziestu mil od niego, w kotlinie kształtem zbliżonej do gruszki, leży śródlądowe morze Genezaret. Otoczone ramionami okolicznych wzgórz jezioro to, pozbawione pływów, opływało niegdyś pośród prawdziwego ogrodu piękności, któremu samo wydatnie się przyczyniało. Wzdłuż stoków zachodniego brzegu ciągnęły się malownicze wille, gdzie Żydzi i poganie pędzili razem upalne lata, żeglując na łodziach wycieczkowych po błękitnych wodach migocących i iskrzących się w słońcu niczym klejnoty. Rozkoszą było postawić żagiel i popłynąć z wiatrem ku Tyberiasowi, leżącemu u południowo-zachodniego skraju jeziora. Wzniesione na stokach stromego wzgórza wspaniałe miasto — Rzym i Ateny w miniaturze — tętniło nieustannie jakimś nowym przedsięwzięciem lub rozrywką; albowiem na Forum, w Stadionie czy w Teatrze zawsze gotowano jakąś szeroko obwieszczoną nowość, mającą przyciągać i olśniewać przybywających z wizytą ciekawskich. Lecz główną atrakcją miasta był pałac królewski, w którym Tetrarcha, o którym zamierzam mówić, żył w dostatkach i przepychu.

Antypas odziedziczył po ojcu zamiłowanie do architektury i okazałości, toteż, pragnąc przewyższyć brata i jego słynne miasto Juliasza, wiódł życie w wielkim stylu w tym mieście, od którego wkrótce pożyczyło swą nazwę jezioro — w Tyberiasie.

W owym czasie Antypas Herod przebywał już od kilku lat w kraju. Wczesną młodość spędził w Rzymie, lecz gdy ojciec jego, Herod Wielki, umarł, powrócił do ojczyzny i objął rządy jako Tetrarcha Galilei. Około tego czasu zdaje się poślubił córkę Aretasa, arabskiego księcia, który stolice miał w Petrze. Podczas jednej z późniejszych podróży do Rzymu Antypas zatrzymał się wraz z żoną — jak się wydaje — u swego przyrodniego brata Filipa, którego małżonką była Herodiada, własna siostrzenica Antypasa po kądzieli, córka Arystoboula, syna Heroda Wielkiego i Mariamne. Filip, jak nam mówią, wycofał się do Rzymu, gdyż wydziedziczony przez ojca nie miał już żadnego powodu, by wracać do Palestyny. Niestety, w czasie tej wizyty u brata Tetrarcha Antypas stracił serce dla Herodiady; a będąc człowiekiem pozbawionym wszelkich zasad, żyjącym jedynie myślą, słowem i czynem wedle własnego upodobania, wkrótce zdołał zwykłymi środkami — urokiem darów i blaskiem złota — wyrwać z łona brata tę ambitną i intrygancką kobietę, której imię związane jest z jedną z najhaniebniejszych zbrodni, jakie kiedykolwiek splamiły karty historii.

Odtrąciwszy własną żonę i pozostawiwszy ją własnemu losowi, Tetrarcha powrócił z Herodiada z kontynentu do Tyberiaspy, gdzie odtąd żyli razem jako mąż i żona, ku niemałemu zgorszeniu ludu, który utrzymywano w dobrym humorze sestercami i igrzyskami urządzanymi z dochodów tego nędznego książątka.

Nie jest jasne, jak długo ci spólnicy w grzechu wiedli swoje życie rozpusty, zbytku i rozrzutności, zanim zaprosili Chrzciciela do Złotego Domu. Możecie mię zapytać, dlaczego w ogóle go zaproszono, i dodacie, czy nie wydaje się to dziwne, że notorycznym grzesznikom, jakimi byli Antypas i Herodiada, mogła nawet przyjść do głowy myśl, by w swym zbrukaanym domu zapragnąć oglądać człowieka słynącego z rzadkiej i surowej świętości? A jednak nie było w tym nic tak bardzo dziwnego, bowiem czy nie był on ludowym kaznodzieją, przyjacielem pospólstwa i ojcem ubogich? „Jan wprawdzie żadnego cudu nie czynił", a przecież nawrócił bez wątpienia wiele tysięcy potęgą swej wymowy i świętości. Ludzie światowi byli wtedy tym, czym są dzisiaj — gapowiczami. „Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho słuchaniem."

Gdy tedy święty Jan, który sam siebie nazywał „głosem wołającego na pustyni", głosił rzeszy z tekstu „Wydajcie godne owoce pokuty", przypominając im: „już i siekiera do korzenia drzew jest przyłożona"; gdy przestrzegał ich, że „każde drzewo, które nie wydaje owocu dobrego, będzie wycięte i w ogień wrzucone" — otrzymał wezwanie do stawienia się w Złotym Domu. Chrzciciel z pewnością chętnie przyjął zaproszenie, albowiem dawało mu ono długo wyczekiwaną sposobność napiętnowania grzechu kazirodztwa, w którym żył ów książę, a który był zgorszeniem dla całego Tetrarchatu.

Tymczasem Herod z Herodiada i cały ich dwór z niecierpliwością wyczekiwał owej duchowej rozrywki, jaka ich czekała. Jakże rozkosznie będzie spojrzeć na tego surowca człowieka, posłuchać jego szorstkich słów i choć przez chwilę poczuć, jak znużony i wyjałowiony organizm budzi się do nowego życia pod wpływem dziwnie niezwykłego wrażenia — kazania w Złotym Domu.

Zebrało się zatem w głównej sali okazałe grono mężczyzn i kobiet, którzy z niecierpliwością czekali na kaznodzieję i wypatrywali tekstu kazania, o którym krążyło wiele drwin, wiele zakładów i wiele żartów; lecz wszystkich zawiodły rachunki. Gdy ludzie tracą z oczu Boga, tracą zarazem wszelkie poczucie proporcji, wszelkie wyczucie stosowności rzeczy. Przy takich okolicznościach był oczywiście jeden tylko tekst i żaden inny, z którego mąż Boży mógł głosić kazanie; gdy zaś Chrzciciel zagrzmiał ów tekst, wykrzykując z wyciągniętą ręką, wskazując na tron: „Nie godzi ci się mieć żony brata twego!" — zebrani tak mało byli na to przygotowani, tak bardzo zaskoczeni i zbici z tropu, że milczeli wszyscy; lecz zanim kaznodzieja zdążył dojść do peroración swych płomiennych słów o świętości węzła małżeńskiego i o następstwach oraz odpowiedzialnościach ciążących na tych, którzy go zawiązują, wybuchł zamęt, podczas którego kaznodzieja z kajdanami na przegubach rąk został wypchnięty z komnaty audiencjonalnej i odprowadzony do więziennej piwnicy, skąd, jak nam mówią, Herod chciałby go wyprowadzić na śmierć, lecz bał się ludu.

Zapytam was tu: czy misja Jana zakończyła się niepowodzeniem, czy też popełnił on błąd, upominając Tetrachę Galilei w sposób zupełnie niepomny na konsekwencje? Sądząc po ludzku, Chrzciciel był nie tylko niedelikatny i niepolityczny, ale wręcz dopuścił się rażącego i godnego pożałowania błędu, prawie zasługującego na przyjęte przezeń traktowanie. I możecie być pewni, że językiem, jakim posługiwał się wówczas Smart Set owego wieku, jak też ci, którzy powinni byli znać się na rzeczy lepiej, jest dokładnie ten sam język, który słyszy się dziś, gdy jakiś biedny Kapłan Boży odważy się mówić wprost i bez ogródek przeciwko współczesnym grzechom tego, co zwie się wyższymi sferami Towarzystwa. Dopóki Chrzciciel ograniczał swoje napomnienia do pospólstwa, dopóki prowadził swą „tanią krzykacką" mowę o „siekierze przyłożonej do korzenia drzew", o „drzewach, które mają być wycinane i w ogień rzucane", oraz o ludziach, którzy „niczym plewy spaleni będą w nieugaszonym ogniu" — jego kazania były, oczywiście, jak najbardziej stosowne i dokładnie takie, jakich potrzeba; lecz gdy odważył się mówić równie dobitnym językiem do ludzi odzianych w bogatsze szaty, wówczas jego kazania stały się nie tylko pozbawione ogłady i dobrego smaku, ale wręcz świadczyły o braku wykształcenia i zdradzały żałosny brak szerokości horyzontów; ba, przestały być prawdziwe — „Wiadomo, że są rzeczy, o których o wiele lepiej milczeć; istnieją uchybienia" (przekupstwo matrymonialne, cudzołóstwa, hazard itp.), „i grzeszki" (niepłacenie długów, kłamstwo, omijanie kościoła), „o których żaden kaznodzieja znający się na tym, czym Towarzystwo zawsze było i być musi, nie odważyłby się wspominać w kazaniu" — gdy jego słuchaczami są nie ubodzy, lecz bogaci, którzy przy okazji mają mniej usprawiedliwienia dla swych nieprawości niż ich mniej szczęśliwi bracia i siostry z nędzarni.

Bez wątpienia takie i podobne uwagi czyniono po kazaniu świętego Jana, a zwłaszcza ci, którzy go nie słyszeli. Jakże Towarzystwo jest wierne sobie samemu — nie zmienia się, zawsze jest takie samo, a jego rozpieszczone dzieci to „dzieci kłamliwe, dzieci, które nie chcą słuchać zakonu Pańskiego; które mówią widzącym: Nie widzcie; a patrzącym: Nie patrzcie nam w prawo; mówcie nam rzeczy pochlebne, prorokujcie mamidła; ustąpcie z drogi, zwróćcie się z ścieżki." Nieraz się zastanawiam, co owi ludzie światowi, którym prawda nie w smak, myślą o Mistrzu, który jaśniejszymi, śmielszymi i dosadniejszymi słowy niż nawet Jego dzielny krewniak przestrzega zarówno bogatych, jak ubogich: „Słyszeliście, iż powiedziano starożytnym: Nie będziesz cudzołożył. A ja wam powiadam: każdy, kto patrzy na kobietę, pożądając jej, już cudzołóstwo z nią popełnił w sercu swoim." I znów: „Jeśli cię prawice oko gorszy, wyłup je i odrzuć od siebie; albowiem pożyteczniej jest dla ciebie, żeby zginął jeden z członków twoich, niż żeby całe ciało twoje było wrzucone do piekła." Czy bogaci i eleganccy ludzie łudzą się głupio, że tylko pospólstwo winno być gotowe poświęcić to, co dla nich równie cenne jak oko, byle nie popełnić grzechu ciężkiego? Czy też grzesznie zarazem i głupio przekonują siebie samych, że Pan nasz naprawdę nie miał na myśli tego, co naprawdę powiedział?

Pewien znakomity duchowny anglikański pisze do mnie w liście, który mam przed sobą: „Gdy od czasu do czasu mówię do mej parafii o jej własnych grzechach, zamiast o grzechach ludzi biblijnych, okazują mi swoje urazy i karzą mię za nie."

Powiedziałem wam, co myślała kongregacja świętego Jana o jego kazaniu wygłoszonym z tekstu „Non licet"; przejdźmy teraz do rozważenia, co on sam o nim myślał. Kaznodzieja był świadomy, że spodobał się Temu, Któremu jednemu możemy i powinniśmy zawsze się podobać — Jezusowi Chrystusowi; a rozkosz owej świadomości była dla niego, możecie być pewni, niejako przedsmakiem nieba. Wraz z poetą mógł śpiewać:

Czuję w sobie Pokój ponad wszystkie ziemskie godności, Sumienie ciche i spokojne —

Choć „w pośrodku cieniu śmierci", w ciemnym, cuchnącym i obrzydliwym lochu, święty Jan nie znał strachu ani niedostatku, bo w Bogu miał wszystko: „Nie będę się bał, bo Ty jesteś ze mną."

Teraz scena się zmienia. Gdy Chrzciciel przebywał w więzieniu, nadeszły urodziny Heroda, a Herodiada postanowiła uczcić je z wyjątkową okazałością. Wśród innych punktów programu dnia znalazła się uczta, na którą zaproszono książąt, trybunów i przedniejszych panów Tetrarchatu. Był to wielki dzień w Tyberiasie i jeszcze przed zachodem słońca szlachetne miasto tętniło życiem, wyglądając procesji rydwanów i innych pojazdów ciągnionych przez piękne konie, które z łoskotem przejeżdżały ulicami i migały przed bramami zamku, wioząc gości, strojoną w barwne i lśniące klejnotami szaty, na urodzinowe uroczystości.

Nie zachował się żaden opis samej uczty, lecz możecie być pewni, że wszystko, co pływa, pełza i lata, było próbowane i podawane przy tym stole — czerwonawy ze stawów rybnych, bażanty z lasów, dziczyzna z łowisk. Kiedy minęło kilka dań, azjatyccy pazie przystrojeni w karmazyn i złoto wkroczyli bezszelestnie do sali, niosąc kwiaty w koszach ze srebrnej filigranii, owoce w koszyczkach z polerowanego złota, wonności w malowanych wazonach oraz sorbety i wina w kunsztownie rzeźbionych pucharach. Wkrótce, gdy Tetrarcha rozogniał się od wina, a biesiadnicy rozzuchwaleli od obfitego jedzenia, na dany znak zwisające kotary rozsunęły się powoli od wyniesionego podestu na końcu sali, odsłaniając skąpo odlaną postać Salome, córki Herodiady z jej prawowitego męża Filipa, wśród paproci i palm oświetlonych kolorowymi lampami. W asyście powolnej, zmysłowej muzyki dobiegającej z częściowo ukrytej orkiestry poniżej, tancerka bezzwłocznie przystąpiła do swego starannie dobranego pas seul z takim przeszywającym skutkiem, że zanim osiągnęła dzikie apogeum swego namiętnego tematu, król był zdobyty, oszałamiając go taniec jeszcze bardziej niż wino. Knowania podstępnej matki udały się; muzyka zwolniała, a piruetująca dziewczyna skłoniła się w ukłonach. Lecz zanim kotary zdążyły opaść, Tetrarcha, zamroczony najwyższą rozkoszą, przywołuje dziewczynę, każąc jej oznajmić, jakiej miłosnej pamiątki sobie życzy, przysięgając jej, że choćby to była połowa jego królestwa — jej będzie. Dziecko, już pieczołowicie wdrożone przez matkę, wykrzykuje z triumfem: „Daj mi tutaj na misie głowę Jana Chrzciciela." Zimny dreszcz przebiega biesiadników, oblicze króla chmurnieje i przez chwilę zdaje się bać swego sumienia, bać swych gości — lecz, niestety, nade wszystko boi się baletownicy. Antypas wydaje rozkaz, by natychmiast spełnić życzenie dziewczyny i dostarczyć na misie głowę jego wroga. Salome, a raczej jej matka Herodiada, wygrała spisek, który jej niecne knowania zawiązały rok wcześniej, aby zdobyć głowę mężczyzny, który ośmielił się powiedzieć jej prawdę o jej grzesznym życiu. Okazał się on zupełnym sukcesem. Wiedziała od samego początku, że jeśli tylko uzbroi się w cierpliwość, musi odnieść triumf.

Zanim muzyka całkowicie ucichła lub uczta się rozeszła, widać było straż przemierzającą próg sali biesiadnej, niosącą w górze na srebrnej misie głowę Chrzciciela. Zwinną, wężowatą dziewczyna chwytając ją w obie ręce, podbiega z nią przez salę do matki, która biorąc głowę pod rampy, rzuca ją na ziemię, zawołując przy kopnięciu: „Oto los tego, kto śmie pouczać Herodiasę."

Opuśćmy kurtynę na tę straszliwą tragedię, dbając jedynie o to, by wyciągnąć z niej naukę, jaką niesie. Jeśli jest tu jakaś kobieta, która pozwala, by jakakolwiek namiętność robiła swoje — mówię jej: pamiętaj o Herodiasie; jeśli zaś jest tu jakiś mężczyzna, który nie poskramia w sobie zwierzęcia — niechaj pamięta o Tetrarsze.

Historia się powtarza i dziś są kobiety tak złe i mściwe jak Herodiada, i dziś są mężczyźni tak lękliwi jak Antypas przed baletownicą; ba, mężczyźni, którzy bardziej się boją wątłej dziewczyny i jej języka niż samego Boga i nadchodzącego sądu. Cóż za tchórzostwo kryje się w grzechu, cóż za poddaństwo; ba, cóż za niewola! „Wszelki, kto grzeszy, jest sługą grzechu." Cóż za widok — mężczyzna, a sługa kobiety — uwiązany jej jedwabistymi sidłami, jak nigdy żelazne kajdany więźnia nie trzymały.

Pozwólcie zatem, że was zapytam: przy założeniu, iż nędznemu książątku Herodowi i nieszczęsnej kobiecie Herodiasie dane było powrócić na ten padół ziemski — jakiego przyjęcia, waszym zdaniem, doznaliby, gdyby Mayfair był wybraną dzielnicą na ich miejsce zamieszkania? Bez wątpienia odwrócono by się od nich w najlepszym Towarzystwie, lecz przyjęto by ich z otwartymi ramionami w pośpiesznie Smart Set i otoczono troskliwą opieką jego gwiazd przewodnich. Byłoby to bowiem — wiadomo — tak odświeżające spotkać takich, którzy mają wszystko przed sobą i nie cofają się przed niczym, by zadowolić zachcianki, którymi hojna natura ich obdarzyła.

Prawdę mówiąc, kobietom, które stopki swe pewnie oparły wysoko na szczeblach drabiny społecznej, łatwo wybacza się śmiertelne czyny, za które ich siostry ze szczebli niższych z pewnością byłyby surowo potępione. Tak więc Herodiada z przeszłością wyróżniałaby się wyraźnie jako prawdziwie elegancka kobieta Smart Set. Byle ona i Herod dawali dobre obiady i rzadkie rozrywki, nie byłoby żadnych trudności ze znalezieniem usprawiedliwień dla ich faktycznego życia w kazirodztwie. Ów świat, za który Pan nasz nie chciał się modlić, mówiąc o owej plugawej parze, powiedziałby: „Widząc ich razem, tak dobranych i szczęśliwych, zgoła niepodobna myśleć, że Wszechmogący chciałby rozbić to, co jest przecież niczym innym jak pięknym zjednoczeniem dusz! Jesteśmy pewni, wbrew temu, co mówią kapłani, że Bóg, który jest Miłością, nigdy nie chciałby, by ktokolwiek był tak nieszczęśliwy, jacy oboje byli, dopóki się nie spotkali i nie pobrali. A zresztą nie ma teraz żadnego zgorszenia z ich powodu; są, jesteśmy pewni, wzorem dla nas wszystkich i tylko byśmy sobie życzyli, żeby inni ludzie byli równie mili."

Niestety! londyńskie West End, zaśmiecone złamanymi przyrzeczeniami, ma pod ręką usprawiedliwienia dla każdego lub wszystkich siedmiu grzechów głównych; tymczasem w sądach rozwodowych trzystu zdradzieckich wobec swych ślubowań ludzi rzeczywiście błaga żałośnie, by w tym świecie uwolniono ich od tego, od czego Bóg nie uwolni ich w przyszłym. Nie mówię, że owi zdrajcy należą do Smart Set; w istocie bowiem rozwód nie jest — powiedzą wam — w ich „stylu". Załatwiają sprawy mówiąc: „Nie wpadajmy w tryby sądu rozwodowego; to prostackie; nie wywołujmy publicznego skandalu, to takie mieszczańskie."

Nie ma słów na wyrażenie dreszczu grozy, jaki jako chrześcijański dżentelmen odczuwam, gdy zatrzymuję się, by rozmyślać o następstwach dla mej drogiej ojczyzny, samej Anglii, poglądów, które są teraz w modzie wśród lekkomyślnych ludzi żonatych na temat życia małżeńskiego. Czyż nie jest zatrważające, że ostatnią rzeczą, której chcą nowożeńcy, jest wzajemna miłość? Ba, wyśmiewają wiarę w jakiś taki przeżytek dawnych czasów. To „złe maniery" i koniec na tym. Nie jest to wzajemna osoba, lecz wzajemne dobra, które są dziś przedmiotem czci. Pokładają ufność w twardej gotówce, lecz nie wierzą w prawdziwą miłość. Jeśli kiedykolwiek w przeszłości istniało coś takiego, to z pewnością nie ma tego teraz. Sam niejednokrotnie słyszałem jak dziewczyna woła: „Jeśli kiedykolwiek wyjdę za mąż, to z pewnością za kogoś, kogo nie lubię; poślubić mężczyznę, którego się lubi, to znaczy złamać sobie serce." Tymczasem mężczyźni, gdy ich proszę, by się ustatkawali, mówią mi, że takie jest ich pragnienie, lecz nie ma co o tym marzyć przy tak wygórowanych wyobrażeniach, jakie dziewczęta mają o stroju i przyjemnościach, oraz przy tak osobliwych wyobrażeniach, jakie posiadają o stanie małżeńskim i jego odpowiedzialnościach.

Życie małżeńskie, rozpoczęte — jak to się tak często dzieje — nie z błogosławieństwem, ale wręcz z przekleństwem Bożym ciążącym nad nim, toczy się od złego ku gorszemu; mąż i żona mają każde swoje drogi, coraz bardziej się od siebie oddalając, aż w ostatecznych przypadkach z rozwodem zaczyna się od formuły prawnej: „przywrócenie praw małżeńskich".

Gdy małżonkowie wypaczają cel, dla którego „wielki sakrament" był przez Boga ustanowiony, i dyktują Mu warunki, na jakich zamierzają mieszkać pod jednym dachem, sami określając liczbę potomstwa bez żadnego odniesienia do Jego Woli — gotują sami sobie nieszczęsny dzień, a co gorsze, dają złe przykłady swoim rodakom. Zaiste, wystawne życie jest samo w sobie wystarczająco grzeszne, by nie dodawać doń czegokolwiek, przez co jeszcze bardziej obniża się wskaźnik urodzeń w naszym kraju.

Jakże wielkie przemiany zaszły w ciągu ostatniego półwiecza w świecie towarzyskim! Pamiętam dzień z mojego wczesnego dzieciństwa, gdy jadąc konno przez kraj z moim ojcem, nagle wstrzymał konia i wskazując na bogato zalesiony pejzaż przed nami, rzekł: „To wszystko było niegdyś częścią majątku, lecz ubywało kawałek po kawałku za niepoddanie się; teraz jest to ziemia Korony." I mówił dalej: „Bóg więcej niż wynagrodzył nam tę stratę, bo zamiast wielkich majątków dał nam wielkie rodziny." Jestem dumny z tego, że skoro mój ojciec był jednym z dwudzieściorga dzieci, ja sam jestem jednym z czternaściorga. Moje doświadczenie pokazuje, że im większa rodzina, tym zdrowsze i weselsze dzieci. Dzisiejsi nowocześni rodzice wyśmiewają się z pomysłu posiadania dużych rodzin; tak że zamiast być dumne, Towarzystwo zaczyna się wstydzić przyznawać do pełnej dziecinnego śmiechu izby dla dzieci. W pewnym sensie może to być błogosławieństwo, albowiem z życiem klubowym, zwyczajami klubowymi i moralnością klubową jest mało czasu lub wcale go nie ma, żeby matka mogła zajmować się swym jedynym dzieckiem, którego oczywiście ani nie karmi, ani prawie nie widuje, z wyjątkiem może godziny herbaty, gdy przynosi się je na pokaz w odświętnych ubrankach.

Stan rzeczy, który staje się zbyt modny i któremu spora część dzisiejszej literatury czytanej przez próżniaków wszelkimi sposobami stara się sprzyjać i go pielęgnować, oznacza w dającym się przewidzieć czasie zagładę chrześcijańskiej moralności i chrześcijańskiej religii w Anglii. Wśród katolików, rzecz jasna, owe nikczemne praktyki, do których się odwołuję, nigdy nie mogą znaleźć wielu naśladowców z tej prostej przyczyny, że Kościół nie dopuszcza do Sakramentów nikogo, kto nie uznaje i nie przestrzega praw Bożych dotyczących świętego i nienaruszalnego charakteru stanu małżeńskiego.

Lecz poza obrębem Kościoła prawa regulujące życie małżeńskie w chrześcijańskim porządku są coraz szerzej lekceważone, w kraju jak i za granicą. Dzisiaj młode osoby przystępujące do zawarcia węzła małżeńskiego ustalają liczbę dzieci, jakie będą mieć, w sposób podobnie rzeczowy, jak rozstrzygają, ile służby zamierzają utrzymywać. To, że są środkiem — pod Bogiem — sprowadzenia na świat większej rodziny, niż mogą wygodnie utrzymać, powiedzą wam spokojnie, jest nie tylko okrucieństwem, lecz wręcz bezbożnością. Lecz gdyby środki były w pełni wystarczające, powiedzą wam wtedy, że istnieją względy osobiste zupełnie niezależne od majątku, które decydują o tym, co świat zwie życiem małżeńskim dobrze urządzonym. Toteż powołują się na roszczenia zdrowia osobistego, wygody osobistej lub wymagań Towarzystwa, a nawet samej mody, jako całkowicie wystarczające dla poparcia swojego twierdzenia, że to sprawa męża i żony, lub obojga, lub każdego z osobna — a nie Stwórcy i Odkupiciela — rozstrzygnąć doniosłe pytanie o izbę dziecinną i liczbę dzieci, jakie wolno w niej mieć.

Cóż oznacza to wyzwanie rzucone Bogu, ta niszczycielska filozofia życia? Wiemy wszyscy, że puste kołyski muszą, w bardzo wielu przypadkach, oznaczać puste domy, zaś za pustymi domami pójdą, prędzej czy później, puste kościoły.

Gdy małżonkowie — jak łaskawie sami siebie tytułują — umyślnie i wbrew woli Bożej im objawionej zrywają złotą więź łączącą każde z każdym i oboje z Jego Boskim Tronem, łamią zarazem węzeł wzajemnej czci, który gdy żar miłości zacznie przygasać, jak musi prędzej czy później, ma trzymać ich w więzach ściślejszego duchowego zjednoczenia. Cokolwiek by mówili, te bezprawia przeciwko wielkiemu sakramentowi nie mogą całkowicie zamilczeć głosu sumienia. Głos ów przypomina im, że są zdrajcami ważnego artykułu świętego kontraktu, którego — wzywając Boga na świadka, że zamierzają go dotrzymać — zawarli wśród tyle pompy i uroczystości.

Niemożliwością jest, by chrześcijanie w jakimkolwiek stanie życia zdołali przekonać siebie samych, że po wstąpieniu w związek małżeński mogą bezkarnie krzyżować zamiary Boże wobec siebie przez nieuprawnione korzystanie z pewnych praw lub przez nieuprawnione używanie pewnych środków.

Jak długo osoby uciekające się do takich praktyk, które rzucają wyzwanie w oblicze Boga, pozostaną sobie wierne bez Jego łaski, którą bezustannie odrzucają — nie wiem; lecz wiem to: gdy raz wezmą swoje życie we własne ręce i same ustalą warunki, na jakich będą dźwigać brzemię stanu małżeńskiego, nie minie wiele czasu, nim odkryją, że nie mają już żadnej ponadnaturalnej pobudki, by chodzić do kościoła. Ba, więcej — zaprą mu się, bo może on jedynie przypominać im złamane zobowiązania i skalane życie. Tu, podczas krótkich godzin wyznaczonych im na zdobycie — przez wierne wypełnianie świętych obowiązków i wzniosłych odpowiedzialności — tronu wiecznej chwały i wieńca niewiędnących róż, mogą wprawdzie kontynuować swoje życie swawolne, łudząc siebie, że mają wszystkie wystarczające powody, by uważać je za życie dobrze uregulowane roztropnością; lecz gdy życie to dobiegnie kresu i staną twarzą w twarz z Bogiem, który ich stworzył, odkryją, obawiam się, ku wiecznej swej hańbie, że to, co świat nazywał im życiem małżeńskim, było w istocie niczym więcej ni mniej jak życiem w usankcjonowanej prawnie nierządzie. Tak zwane życie małżeńskie, o którym mówiłem, jest i musi być w oczach Bożych niczym innym, jeśli Ewangelia ma jakiekolwiek znaczenie. Biada tedy tym, którzy w nim swoje życie skalali.

Nie tak dawno temu wybitny lekarz o bardzo rozległej praktyce wziął mnie na stronę podczas publicznego zebrania i przedstawiwszy się, nalegał, bym w trakcie głoszenia tego cyklu kazań piętnował z całą gwałtownością niedozwolone korzystanie z małżeństwa, które, jak powiadał, staje się w naszym kraju zbyt powszechne. Gdy zapytałem go, czy sprawa ta mieści się w zakresie jego własnej wiedzy, odrzekł: „Zapewniam pana, że mógłbym znacznie powiększyć moje roczne dochody, gdybym tylko chciał popierać i uznawać owe praktyki, które w ostatnich latach zostały wprowadzone do tego kraju."

O moja Wyspiarsko Ojczyzno! O moja Matko-Ojczyzno! Jakżeś upadła ze swych wzniosłych zamierzeń! Jakżeś doszła do zapomnienia swego powołania wśród narodów, by być „radosną matką dzieci"!

Czy wracamy zatem do czasów upadku Rzymu, gdy tak zwana cywilizacja sięgnęła swego szczytu w pogaństwie — epoka, którą historycy nazywają złotym wiekiem cywilizacji? Niestety, był to wiek, gdy nierozwiązywalność życia małżeńskiego była zupełnie lekceważona, gdy jego obowiązek wobec rodu był uważany za nieznośne brzemię do odrzucenia, jak kajdany niewoli, dla wolności wolnych ludzi. Toteż za panowania Augusta nawet najwyższe i najznakomitsze rodziny wymierały z braku dziedziców, podczas gdy niższe stany pustoszyły całe prowincje, a sam Rzym przez swą praktykę dobrowolnego wygasania.

Chciałbym nie czytać w dziejach naszych własnych czasów tylu rozdziałów przypominających „Schyłek i upadek Cesarstwa Rzymskiego" Gibbona; lecz gdy podobieństwa są tak uderzające, cóż za historyk może ich nie dostrzec? Co ma się stać z Anglią, niegdyś zwaną „krainą pięknych domów"? Dom, jak nam mówią, jest miejscem pokoju — „schronieniem nie tylko od wszelkiej krzywdy, lecz od wszelkiego strachu, wątpliwości i rozdwojenia. I gdziekolwiek przybywa prawdziwa żona, ten dom jest zawsze przy niej. Jedynie gwiazdy mogą być nad jej głową, a świetlik na nocnym chłodnym trawie może być jedynym ogniem u jej stóp — a przecież Domem jest wszelkie miejsce, gdzie ona jest; a dla szlachetnej kobiety rozciąga się on szeroko wokół niej, lepszy niż wyłożony cedrem lub malowany cynobrią, rozsiewający swoje ciche światło na tych, którzy inaczej byliby bezdomni."

O gdyby znów jakiś Artur powstał w duszy moich rodaków! Bo cóż on mówi? —

Znam Żaden subtelniejszy bodziec pod niebem Niż dziewicza namiętność dla dziewicy, Nie tylko by tłumić to, co niskie, w człowieku, Lecz by go uczyć myśli wzniosłych i słów miłych, I rycerskości, i pragnienia sławy, I miłości prawdy, i wszystkiego, co z człowieka człowieka czyni.

„Potrzeba nam ludzi" — rzekł jeden z jego generałów do wielkiego Napoleona. „Nie" — odparł cesarz — „potrzeba nam matek." Zwróćcie baczną uwagę: nie ręka, która kołysze pustą kołyską, rządzi światem, lecz ręka, która opróżnia kołyskę, by zrobić miejsce dla kolejnego „człowieka przychodzącego na świat".

Niechaj najlepsi spośród nas wezmą sobie przestrogę z tego, co wiemy nie tylko o upadku i zagładzie Rzymu, lecz także o życiu Heroda i Herodiady. Cóż za mężczyzna! Cóż za kobieta! Oboje zdali już swój rachunek, lecz powiedziałem, że gdyby mieli powrócić na ziemię i pojawić się w Londynie, zostaliby zasypani większą liczbą zaproszeń niż kiedykolwiek za swego panowania w Tyberiasie. Czy ten stan Towarzystwa nie dowodzi, że coś jest zepsute w Anglii? Nie zamykajcie oczu na ten fakt, bo faktem jest. Sądy — karne i cywilne, a nade wszystko sądy rozwodowe — ukazują nam to jako rzeczywistość; podobnie też pewne sztuki, które zatruwają popołudnia po obiedzie; i pewne powieści, które dostarczają nocnych złych snów. Jest to ta sama rzecz, która dzieje się zawsze tam, gdzie następuje apostazja od Boga, gdzie prawo Boże — tak w życiu jako jednostki, jak i w życiu małżeńskim, społecznym czy narodowym — nie jest uznawane i przestrzegane. Przytrafiło się to Rzymianom, albowiem czyż nie jest nam powiedziane: „Dał je Bóg pożądliwościom serca ich, w nieczystość, żeby pohańbili ciała swoje między sobą"? I czy Apostoł nie przypomina, w swym prostym i mocnym języku, który byłby dziś potępiany w owych czasach tolerancji, upadającym Rzymianom w tym samym liście do nich, że stało się to dlatego, iż „chwalili i służyli stworzeniu więcej niż Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki"? Tak; i mówi dalej: „Dlatego podał je Bóg namiętnościom haniebnym. Albowiem kobiety ich odmieniły naturalne używanie na te, które jest przeciw naturze. Podobnie i mężczyźni."

O mój upadający kraju, sama Anglią, pamiętaj o Rzymie! O moi rodacy! Słuchajcie z zapartym tchem ostatniego słowa Apostoła o Rzymianach. „A ponieważ nie dbali o to, żeby Boga mieć w uznaniu, podał je Bóg w zmysł przewrotny, żeby czynili to, co nie przystoi"; i zaważcie: „ci, którzy takie rzeczy czynią, są godni śmierci; nie tylko ci, którzy je czynią, ale też ci, którzy pochwalają tych, co je czynią." Wołajcie, każde z was, słysząc to Apostolskie napomnienie —

O, niechaj mężczyzna wstanie we mnie, By ten człowiek, którym jestem, mógł przestać istnieć.

Papież Pius X, który lepiej niż ktokolwiek ma sposobność wiedzieć, przypomniał nam, że choroba, na którą cierpi organizm społeczny w tym dwudziestym wieku, jest tą samą chorobą, która okazała się śmiertelna dla Cesarstwa Rzymskiego — apostazją od Boga. Ów Apostolski Papież, mówiąc na ten temat, powiada: „Przejmuje nas ponad wszystko inne trwogą opłakany stan dzisiejszego społeczeństwa ludzkiego. Albowiem któż nie widzi, że społeczeństwo cierpi w tej chwili bardziej niż w jakiejkolwiek innej epoce przeszłości na straszliwą i głęboko zakorzenioną chorobę, która rozwijając się z każdym dniem i wżerając w jego serce, wlecze je ku zagładzie? Tą chorobą jest apostazja od Boga, z którą nic bardziej niż ruina nie jest spokrewnione; albowiem oto: «Oto, którzy się od Ciebie oddalają, poginą»."

Błogosławieństwem jest rozpoznać, co zatruwa chrześcijańskie życie Europy. Jeśli jest to apostazja od Boga, powróćmy do Niego bezzwłocznie i do Jego praw. Powiedzmy wraz z Wikariuszem Chrystusa w Watykanie: „Czerpiemy odwagę w Tym, który nas umacnia; i przystępując do pracy, ogłaszamy, że nie mamy innego programu jak tylko «odnowienie wszystkiego w Chrystusie, aby Chrystus był wszystkim i we wszystkich. Jego interesy będą naszymi interesami, i dla nich jesteśmy zdecydowani poświęcić wszystkie swe siły, a gdyby zaszła potrzeba — i życie»."

Bracia moi, jedno jest najpewniejsze: Jezus jest naszym Zbawicielem: „I nie ma w żadnym innym zbawienia; albowiem nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym byśmy mogli być zbawieni."

O przyjdź do miłosiernego Zbawcy, który cię wzywa, O przyjdź do Pana, który przebacza i zapomina; Choć mroczny jest los, który cię na ziemi spotyka, Jest jasny dom powyżej, gdzie słońce nigdy nie zachodzi.

Przyjdź tedy do stóp Jego i otwórz dzieje swoje Bólu i smutku, winy i wstydu; Bo przebaczenie grzechu jest koroną Jego chwały, A radością Pana — wierność Jego Imieniu.

← wróć do odkrywania