HomiliaDB

Bernard Vaughan SJ · Grzechy towarzystwa

Zbawiciel i grzesznica

Gdy chcę zacząć od nowaGdy walczę z pokusą albo nałogiem Miłosierdzie BożeNawrócenie
I prosił Go jeden z faryzeuszów, aby z nim jadł. A On wszedłszy do domu faryzeuszowego, usiadł za stołem.
W skrócie. Vaughan zestawia trzy ewangeliczne obrazy kobiet-grzesznic — jawnogrzesznicę z Ewangelii Jana, Samarytankę i Magdalenę — jako dowody nieskończonego miłosierdzia Chrystusa wobec tych, którzy szczerze żałują. Kaznodzieja ostrzega przed wpływem środowiska na młodą kobietę z wyższych sfer, która bez religijnego wychowania nie ma siły, by oprzeć się pokusom, i może skończyć samobójstwem. Jedyną mocą zdolną odmienić życie grzesznika jest osobowe spotkanie z Jezusem Chrystusem.

„Wzywać grzeszników do nawrócenia, przywodzić ich z ciemności nocy na słoneczny blask swej obecności — oto właśnie sens wielkiej tajemnicy Wcielenia.”

*I prosił Go jeden z faryzeuszów, aby z nim jadł. A On wszedłszy do domu faryzeuszowego, usiadł za stołem.* > > *A oto niewiasta, która była w mieście, grzesznica, gdy się dowiedziała, że siedzi przy stole w domu faryzeuszowym, przyniosła alabastrowe naczynie maści. I stanąwszy z tyłu u nóg Jego, poczęła łzami zlewać nogi Jego i włosami głowy swojej ocierała, i całowała nogi Jego, i maścią namaszczała. A widząc to faryzeusz, który Go był zaprosił, rzekł sam w sobie: Ten, gdyby był prorokiem, wiedziałby zaiste, kto i jaka to niewiasta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą. A Jezus odpowiadając, rzekł mu: Szymonie, mam ci coś powiedzieć. A on rzekł: Mistrzu, mów.* > > *Dwóch dłużników miał pewien wierzyciel: jeden był mu winien pięćset denarów, a drugi pięćdziesiąt. A gdy nie mieli czym płacić, obydwom darował. Który tedy z nich więcej go miłuje? Odpowiadając Szymon rzekł: Mniemam, że ten, któremu więcej darował. A On mu rzekł: Słusznie sądziłeś. I obróciwszy się ku niewieście, rzekł Szymonowi: Widzisz tę niewiastę? Wszedłem do domu twojego, a wody do nóg moich nie dałeś; ta zaś łzami oblała nogi moje, a włosami swoimi otarła. Pocałowania mi nie dałeś; a ta, jak tylko weszła, nie przestaje całować nóg moich. Olejkiem głowy mojej nie namaściłeś; a ta olejkiem namaściła nogi moje. Dlatego mówię ci: odpuszczone są jej grzechy mnogie, bo bardzo umiłowała. Komu zaś mało się odpuszcza, mało miłuje. I rzekł jej: Odpuszczone są ci grzechy. I poczęli siedzący wespół przy stole mówić sami w sobie: Któż to jest, który też grzechy odpuszcza? I rzekł do niewiasty: Wiara twoja cię zbawiła, idź w pokoju.* > > (Łk 7, 36–50)

Gdybym miał ułożyć z kart Ewangelii zbiór dowodów na Bóstwo naszego najdroższego i najświętszego Pana, z pewnością znalazłbym wśród nich miejsce zarówno dla Jego przedziwnej miłości grzeszników, jak i dla łaskawego zaproszenia, które kieruje do udręczonej ludzkości, by przychodziła do Niego w godzinie największej niedoli — po pociechę, moc i odpoczynek. A gdyby ktoś podniósł zarzut, że rzeczą właściwą wszystkim pobożnym ludziom jest współczucie dla grzeszników i oferowanie spoczynku tym, co są obciążeni — odpowiedziałbym: istotnie, miłość chrześcijanina ku grzesznikom można bezpiecznie mierzyć jego oddaniem Chrystusowi, a wysiłki, by ulżyć strapionym, będą proporcjonalne do miłosierdzia czerpanego z Jego Boskiego Przykładu; lecz choć to prawda, nie mniej prawdziwe jest i to, że właśnie wtedy, gdy najbardziej pragnęlibyśmy innym pomóc, uświadamiamy sobie boleśnie, jak nędzne i małe — niemal bezwartościowe — jest wszystko, co mamy do zaoferowania.

W takich chwilach Pan nasz zdaje się mówić do nas z mocą głębszą niż kiedykolwiek: „Beze Mnie nic uczynić nie możecie."

Możemy jedynie pożyczać od Niego to, co innym ofiarujemy. Natury ludzkie różnią się między sobą; wydaje się, że jedni mają tyle samo zdolności okazywania współczucia, co dobrze sezonowana deska w składzie drewna, podczas gdy u innych płynie ono strumieniem jak światło i ciepło ze słońca, a sama atmosfera, w której żyją, tętni nim. Jest to piękny dar Boży, a gdy zostaje uświęcony przez zjednoczenie z Jezusem Chrystusem, staje się niemal sakramentalny w swym działaniu.

Dlatego razem z poetą wzywamy chrześcijańskiego pielgrzyma, aby prosił nie o „bogactwa ani blask wielkości", lecz — jak ów poeta powiada:

*Proś Boga, by dał ci łaskę w sztuce pocieszania,* > *byś był poświęcony i odłączony* > *dla życia pełnego współczucia;* > *ciężki jest bowiem ciężar boleści w każdym sercu,* > *a pocieszycielu bardzo potrzeba* > *o dotyku Chrystusowym.*

Pan nasz mierzy jak nikt inny, z doskonałą dokładnością, „ciężar boleści w każdym sercu"; a gdzie owego ciężaru nie ulży, tam zawsze — gdy Go prosić — obdarza duszę siłą, by go dźwigała; a gdy brzemieniem jest grzech — uwalnia od niego duszę, Sam „biorąc na się nieprawości nasze i nosząc boleści nasze".

Nikt oprócz Boga-człowieka nie mógłby postępować z grzesznikami tak jak On, i nikt, kto nie jest zarazem Wszechmocny i Wszechmiłosierny, nie mógłby posłać, rozbrzmiewającego echem w tej dolinie płaczu, zaproszenia: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam wytchnienie."

Wzywać grzeszników do nawrócenia, przywodzić ich z ciemności nocy na słoneczny blask swej obecności — oto właśnie sens wielkiej tajemnicy Wcielenia. Czyż nie przyszedł w podobieństwie ciała grzesznego, by wzywać grzeszników, zaprzyjaźniać się z nimi, oczyszczać ich i zbawiać? Jeśli jedno imię jest Mu nad wszystkie inne drogie, to właśnie imię „Przyjaciela grzeszników". Kto kiedy miłował grzeszników tak jak On? Kto byłby tak pomysłowy w szukaniu dla nich usprawiedliwień lub w wynajdowaniu sposobów, by ich do siebie pozyskać?

Mógłbym tu wskazać na Jego obcowanie z Piotrem po zaparciu, z Judaszem po zdradzie, z łotrem na krzyżu — by zilustrować miłość Jego ku grzesznikom, miłość pochłaniającą wszystko; lecz na chwilę porzucę te wzruszające przykłady, by przedstawić wam pełne czułości i piękna postępowanie Pana z kobietą pochwyconą na gorącym uczynku grzechu; z kobietą żyjącą w grzechu; oraz, po trzecie, z kobietą, która żyła dotąd w grzechu. Te świadectwa miłości Pana ku grzesznikom zachęcą nas — obciążonych grzechem i poplamionych grzechem — do rzucenia się na Jego miłosierdzie nie tylko z sercami skruszonymi i pokornymi, lecz z sercami ufającymi Mu bezwzględnie i całkowicie.

Pamiętacie, że nieco przed swą świętą Męką Pan nasz przebywał w Świątyni, gdy „przyszli do Niego wszyscy, a On siadłszy nauczał ich". Nagle nastąpiło przerwanie: wdarła się gromada uczonych w Piśmie i faryzeuszów, którzy głośno krzycząc i dziko gestykulując wlekli przez posadzkę Świątyni kobietę niemal przytomności pozbawioną z bólu wstydu. Zanim jeszcze dobrnęli do Niego, poczęli krzyczeć swoje oskarżenie: „Nauczycielu, ta niewiasta teraz właśnie pojmana jest na cudzołóstwie. Mojżesz zaś w zakonie rozkazał nam takie kamienować; a Ty co mówisz?"

Nie pora tu zatrzymywać się nad niegodziwą bezczelnością tych mężów, których grzech był w moim przekonaniu o wiele większy niż grzech upadłej kobiety, którą trzymali w swych rękach; pragnę jednak zwrócić waszą uwagę na postawę przyjętą przez Przyjaciela grzeszników, a także na słowa Jego szlachetnej obrony tej nieszczęśliwej dziewczyny — raczej zgorszonej niż gorszącej. Czytamy, że „Jezus nakłoniwszy się pisał palcem na ziemi" — cóż też, jak myślicie, wypisał na piaszczystej powierzchni — owym „nadchodzącym przypływem pokuty", który wkrótce miał to po wsze czasy zetrzeć? Może oskarżyciele biednej nierządnicy, gdy schylali się nad napisem, czytali w nim — każdy z osobna — rys swej własnej namiętności przemożnej. Czy tak było naprawdę, nie wiem z pewnością; ale wiemy to, że każde z tych bezwstydnych stworzeń, ujrzawszy ów napis, zostało rzucone na własne sumienie, tak że gdy Obrońca grzeszników wyprostował się do pełnej wysokości i zwrócił się do nich, mówiąc: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamieniem" — poczęli, jeden po drugim, wymykać się z Boskiej obecności, aż wreszcie biedna dziewczyna znalazła się twarzą w twarz z Jezusem, który głosem pełnym litości i smutku powiedział do niej: „Niewiasto, gdzież są, którzy cię oskarżali? Żaden cię człowiek nie potępił?" — na co ona szeptem odpowiada: „Żaden, Panie."

I oto w tej właśnie chwili rozmowy pada Boskie słowo uzdrowienia, na które chcę szczególnie zwrócić waszą uwagę.

Zważcie: Pan nasz z delikatnością, subtelnością i współczuciem, których nie sposób nadmiernie podziwiać, nie wspomniał nawet o grubym charakterze grzechu, z którego właśnie ją wyciągnięto, nie wyraził też żadnego wyrazu oburzenia — tym bardziej zaś wobec niej samej. O, jakąż ulgą dla tej udręczonej duszy musiał być ów łaskawy wyrok uniewinnienia: „I ja cię nie potępię; idź i już nie grzesz więcej."

Nie jest bowiem posłannictwem Boskiego Pana naszego, ani też Jego wolą, wydawać wyrok potępienia na grzeszników. To dzieło pozostawia głosowi sumienia, któremu nakazuje grzesznikowi posłuchać, albowiem ów przełożony mówi prawdę, całą prawdę i samą tylko prawdę. Sumienie jest delegatem Bożym, przemawiającym do duszy.

Gdy grzesznik uznaje swój grzech i żałuje za niego, wtedy wkracza Jezus, wznosząc rękę rozgrzeszającą i wymawiając słowa: „Idź i już więcej nie grzesz." Któż mógłby upaść znowu po spotkaniu z miłością tak współczującą? Cóż za objawienie dla tej biednej dziewczyny — czuła miłość Najświętszego Serca! Jakież nowe życie, pełne nadziei, tchnął w jej wygłodniałą duszę!

Pozwólcie teraz, że przedstawię wam mój drugi przykład ilustrujący miłość Zbawiciela ku grzesznikom. Opowiada go święty Jan. Pewnego wiosennego poranka, gdy słońce biło spiekotą nad polami pszenicy Samarii, Jezus podchodząc do Sychar, znużony drogą, zatrzymał się, by wypocząć przy studni Jakubowej, podczas gdy uczniowie „odeszli do miasta, aby kupić żywności". Gdy tak siedział przy studni, nadeszła niewiasta samarytańska, aby czerpać wodę.

Nie zamierzam przytaczać wam całej rozmowy, jaka się odbyła między Panem naszym a tą kobietą; nie mogę jednak powstrzymać się od zwrócenia waszej uwagi na jedno lub dwa jej momenty, gdyż są one pełne duchowego znaczenia. I tak, gdy Pan nasz rzekł: „Każdy, kto pije tę wodę, znowu będzie pragnął; lecz kto by się napił wody, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki" — na pewno zamierzał przypomnieć nam wszystkim, bez względu na to, przy jakiej miłosnej krynnicy szukamy ugaszenia naszego pragnienia miłości, że absolutnie żadne źródło poza strumieniem wytryskającym z Jego własnego Serca nie jest w stanie ugasić owej gorączkowej udręki. Gdy zaś Jezus powiedział jej dalej: „Gdybyś znała dar Boży i wiedziałabyś, kto jest ten, który mówi do ciebie: Daj mi pić — prosiłabyś Go, a dałby ci żywej wody" — z pewnością chciał, abyśmy pojęli głębiej nasz własny brak należytej wdzięczności za wiele darów duchowych, które mogłyby być naszym udziałem, gdybyśmy o nie prosili. Wiecznie uganiamy się za „marnościami", mówiąc: „Daj mi tylko to czy owo, a będę szczęśliwy na zawsze"; a jednak gdy pragnienie nasze zostaje zaspokojone, natychmiast zaczynamy odczuwać brak czegoś innego. „Gdybyś wiedziała..." —

*Wszelka przemijająca piękność jest zadatkiem* > *piękności w jej pełni:* > *pełnia niechaj będzie ich,* > *którzy patrzą w górę.*

Pozwólcie mi ponownie zwrócić waszą uwagę na to, co — nie mogąc znaleźć lepszego słowa — muszę nazwać nieskończonym taktem Pana naszego w obcowaniu z wielce skomplikowaną sprawą Samarytanki. Oto niewiasta, która w toku rozmowy wyznaje Jezusowi, że nie ma męża, dając przez to do zrozumienia, że żyje w grzechu. Jezus rzekł jej: „Dobrze powiedziałaś: «Nie mam męża», bo pięciu mężów miałaś, a ten, którego teraz masz, nie jest twoim mężem." Zważcie: Pan nasz nie wydaje sam żadnego wyroku potępienia; obchodzi się z tą Samarytanką przy studni tak jak z nierządnicą przyprowadzoną do Niego w Świątyni; odsyła ją do jej sumienia, napominając, by szła za wskazaniem owego wewnętrznego i nieomylnego kierownika. Nie Jemu wkraczać do sądowej izby i zasiadać w roli sędziego przed Dniem Sądu. Gdy sumienie wypełni swą misję, Pan nasz na podstawie zeznań złożonych przed Wielkim Trybunałem nagrodzi lub ukarze każdego grzesznika, który stanie przed Nim.

Czy nie ma wśród nas takich, którzy zbyt chętnie skłonni są przekupywać sumienie, knebłować sumienie, zagłuszać sumienie — albo je fałszywie interpretować? Na przykład: gdy ludzie zbliżają się nadmiernie do osób, z którymi nie mają prawa pozostawać w tak poufałych stosunkach miłości, czy nie jest im w zwyczaju szukać tego, co raczą nazywać „bardzo dobrymi racjami" dla tego, co w języku Ewangelii jest życiem w grzechu? Bezwstydnie tłumaczą wam, że nie może być wielką zbrodnią „być ludzkim", że owszem, byli kiedyś związani węzłem małżeńskim, lecz ponieważ strona, z którą zawarli umowę, nie dotrzymała swych zobowiązań, uważają się teraz za wolnych do postępowania według własnego upodobania; albo może powiadają wam z zadowoleniem, że stali się niezbędni dla szczęścia kogoś, kogo odtrącenie na wezwanie skrupułu sumienia byłoby okrucieństwem graniczącym ze zbrodnią. Mógłbym wymieniać dalej owe „bardzo dobre racje", które grzesznicy — doprowadzeni niemal do obłędu przez pobłażanie namiętności — wysnuwają z własnej głębi, by pomieszać lub uciszyć głos Boga przemawiającego do nich przez sumienie.

*Jego cześć tkwiła zakorzeniona w niecnocie,* > *a wierność niewierna trwała go fałszywie wiernym.*

O, gdyby więcej z nas było gotowych — jak Samarytanka — zdecydowanie wystąpić przeciw owym namiętnościom, które nie dają prawdziwego pokoju za życia, a jak demony nawiedzają swe ofiary w godzinie śmierci!

Ta Samarytanka, obca kobieta, wyraźnie wzruszona czułym współczuciem Pana naszego, wzięła sobie do serca Jego radę i naprawiła swe dotychczasowe lekkomyślne życie, stając się prawdziwą apostołką Jego sprawy w Sychar. Może ów rzekomy „mąż", od którego oderwała się na wezwanie Mistrza, groził, że odbierze sobie lub jej życie; lecz znała ona dość dobrze ludzi, by wiedzieć, że ci, którzy rzeczywiście spełniają takie czyny, nie są osobami, które w obecności innych przysięgają, że to uczynią.

Przejdźmy teraz od kobiety z Sychar do tej, którą zwano „niewiastą będącą w mieście, która była grzesznicą". Jest to przypadek Magdaleny. Według podania, gdy była jeszcze zwykłą dziewczyną, poślubiła niejakiego Pappusa, który rozpalony zazdrością ostatecznie ją porzucił; i właśnie wówczas, gdy jej życie — samotne i naznaczone cierpieniem — łaknęło współczucia, wplątała się z Panderą, pewnym oficerem z Magdali. Ile to podanie jest warte, nie sposób wiedzieć z pewnością; ale to wiemy, że święty Jan, mówiąc o niej w związku z omawianymi wypadkami, nazywa ją „grzesznicą", a słowo, którego używa, w połączeniu z tradycją o jej niezwykłej urodzie i jej rozwiązłości — zachowaną zarówno przez pisarzy talmudycznych, jak i chrześcijańskich — a także cały obraz pięknej i wzruszającej historii jej nawrócenia u stóp Zbawiciela, zdają się nie pozostawiać wątpliwości co do prawdziwego charakteru grzechu, który został odpuszczony w domu Szymona faryzeusza. Magdalena pędziła wówczas życie kobiety swobodnych obyczajów w Naim; na próżno usiłując — jak tak wielu innych przed nią i po niej — zaspokoić duszę owocami trupimi grzechu, natknęła się na ścieżkę najlepszego Przyjaciela grzeszników. Ujrzała Jezusa i słuchała Go. I gdy wsłuchiwała się w to przedziwne zaproszenie, skierowane „do wszystkich, którzy pracują i obciążeni są", by przyszli do Niego, poczuła, że jest w obecności Kogoś, kto zmuszał ją, by patrzyła na wszystko w życiu z Jego punktu widzenia. Grzech, któremu dotąd tak mało uwagi poświęcała, który zdołała niemal uznać za konieczność życia; grzech, nad którym tak często żartowała lub który owijała w piękne frazy, lub używała jako przyprawy do żartu — grzech urósł przed oczami jej duszy do postaci potwornej, straszliwej, wstręcej. Słowa Pana naszego zdarły zeń wszelkie przebrania i ujrzała go takim, jakim widzi go Bóg — takim, jakim jest. Z przerażeniem spojrzała wstecz na ostatnie lata swego życia, na to, co kobiety nazywają swoimi „sukcesami". I zaczęła pojmować, że poza Bogiem nie ma czegoś takiego jak trwały sukces, a czynienie i dźwiganie woli Bożej nigdy naprawdę nie może oznaczać klęski. Gdy zatrzymała się, by rozważyć, jak kształtowała swe późniejsze lata, by unikać nagany i zjednywać sobie pochwałę ludzi, dotarło do niej, że z Bożego punktu widzenia — jedynego, z którego rzeczy jawią się takimi, jakimi są naprawdę — cóż wart jest ludzki poklask lub ludzka nagana. Różnica między nimi wydała jej się teraz podobna do różnicy między wiatrem z południowego zachodu a wiatrem z północnego wschodu: jeden był łagodny i miękki, drugi szorstki i ostry, lecz obydwa były tylko wiatrem — „Powiew je stworzył i powiew je zetrze."

Zatrzymajmy się tu na chwilę, by przyjrzeć się postawie Zbawiciela wobec Grzesznicy z miasta, gdy odnajduje ją na uczcie Szymona, klęczącą u Jego stóp. Stół zastawiony jest rzadkimi potrawami i kosztownymi winami, woniejącymi kwiatami i soczystymi owocami, gdy Szymon, prowadząc gości do komnaty biesiadnej, wyznacza im miejsca i zaprasza do spoczynku na łożach ustawionych wokół stołów. Oto ciemnolici słudzy przesuwają się bezgłośnie wśród gości, z ruchami pełnymi gracji i miary, jak gdyby stąpali w rytm muzyki półukrytej orkiestry, a mieszkańcy miasta i nieproszeni widzowie, skoro uczta się już rozpoczęła, rozmieszczają się gdzie mogą, by do syta zaspokoić swą ciekawość.

Tymczasem kobieta — ku głębokiemu oburzeniu Szymona — pojawia się w sali i prześlizguje przez nią, niemal jak ktoś idący przez sen, przez całą jej długość. Pochłonięta, zdaje się, przez jakąś przemożną myśl, Grzesznica nie wymienia spojrzeń z nikim, lecz pędzona naprzód mija wszystkich, aż dosięga łoża, od którego stopy Boskiego Gościa zwrócone są ku niej. Tam, drżąc z wzruszenia, zatrzymuje się; oczy jej utkwione są w świętych stopach, tak często strudzonych w pogoni za grzesznikami. Gdy tak patrzy, wielkie gorące łzy — jak pierwsze krople letniej ulewy — zaczynają spadać na owe nieosandałowane zwiastuny pokoju. Zmiażdżona bólem, Magdalena pada na kolana, a gdy tak się dzieje, jej rozpuszczone włosy, jak jedwabna zasłona, opadają na nią, kryjąc przed nieokrzesanym wzrokiem gości Szymona jej smutek i jej wstyd.

Wówczas wreszcie z pełnego źródła jej serca wytryskuje na święte stopy Zbawiciela nieskrępowany strumień palących skruchą łez pokutnych, które swymi długimi, swobodnie spływającymi włosami usiłuje wycierać — daremnie, raz po raz. I wciąż, gdy obmywa owe stopy swymi łzami i wyciera je włosami, zdaje jej się prawie, iż czyta na nich straszliwą historię swego minionegolife — jej buntu, jej wiarołomstwa, jej zdrady przeciw majestatowi jedynego prawdziwego Przyjaciela, jej Zbawiciela, jej Boga. Ach, co za męka! Jakże cofnąć to, co się już stało; jak zetrzeć owe grzeszne plamy ze stóp Beznajgrzeszniejszego? Cóż by nie dała, by wymazać z własnej duszy tę historię, której wspomnienie przeszywa ją przenikliwymi boleściami wyrzutu sumienia? Wydobywając z zanadrza alabastrowe naczynie z drogocenną maścią, wylewa jej słodką woń na owe piękne stopy, które stały się dla jej duszy magnesem, przyciągającym ją tak łagodnie; a z serca jej wznosi się modlitwa, by ten wdzięczny nard, wytłoczony z beznajgrzeszniejszego stworzenia Bożego, w mistycznym symbolu osłodził jej gorzką przeszłość i starł wszystkie jej plamy. O, gdyby nigdy nie była Mu uchybiła — Temu, od Kogo czuje teraz wychodzącą moc, która ją przemienia i kąpie jej duszę w spokoju, jakiego nigdy przedtem nie zaznała.

Czy echem pieśni aniołów radujących się z jej pokuty jest to, co zdaje się słyszeć, gdy następnie drżącymi rękoma ośmiela się uchwycić Jego stopy i nieskalanym już ustami wielbi je i całuje raz po raz, z miłością uświęconą bólem? Jakimże imieniem nazwać to nowe życie, które przeniknęło ją na wskroś — Magdalena nie wiedziała; wiedziała tylko tyle, że jej śmiałe wyznanie wiary zostało teraz więcej niż nagrodzone, jej nadzieja więcej niż spełniona, a jej miłość więcej niż zaspokojona u stóp Tego, który rzekł: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy jesteście spracowani i obciążeni, a Ja wam dam wytchnienie." Przyszła — i doznała wytchnienia.

Tymczasem nie padło żadne słowo. Serce Magdaleny było zbyt pełne wzruszenia, by mogła przemówić; serce Pana naszego było zbyt pełne współczucia, by mógł mówić; serce zaś Szymona było zbyt pełne tego, co uważał za sprawiedliwe oburzenie, by mu pozwolić przerwać milczenie. Wkrótce jednak Przyjaciel grzeszników, Któremu żadna myśl ani żadne uczucie nie umknie, zwraca się w imieniu Magdaleny do swego gospodarza. Wskazując na piękną i pełną wdzięku postać pochyloną nad Jego świętymi stopami, mówi do faryzeusza: „Szymonie, widzisz tę niewiastę? Wszedłem do domu twojego, a wody do nóg moich nie dałeś; ta zaś łzami oblała nogi moje i włosami swymi otarła. Pocałowania mi nie dałeś; a ta, jak tylko weszła, nie przestaje całować nóg moich. Olejkiem głowy mojej nie namaściłeś; a ta olejkiem namaściła nogi moje. Dlatego mówię ci: odpuszczone są jej grzechy mnogie, bo bardzo umiłowała."

Może ktoś tu obecny chciałby zapytać, w czym Magdalena okazała tak wielką miłość Jezusa Chrystusa? Otóż miłość swą dowiodła łzami wylanymi nad przeszłymi grzechami; dowiodła ją, zrywając z dawnymi towarzyszami; dowiodła przez służbę u stóp swego Zbawiciela; i dowiodła ją nade wszystko przez hojną ofiarę z wszystkiego i ze wszystkich, którzy stali między nią a jej Umiłowanym Panem.

Jakimże nowym doświadczeniem było dla niej odkrycie po raz pierwszy, że prawdziwa miłość oznacza służbę, a służba w swym najwyższym sensie jest ofiarą z siebie! Dotąd znała miłość jedynie jako inne imię samozaspokojenia; a jej dotychczasowe doświadczenie wskazywało, że ci, którzy wyznawali jej wieczne oddanie, mierzyli miłość raczej tym, co od niej brali, niż tym, co jej dawali.

*To nie miłość, której tyranii ulegamy* > *w piękności umierającej co chwila:* > *Prawdziwa miłość jest tą, którą zna czyste serce,* > *co nie zmienia się z czasem ani rozpadem śmierci,* > *dając na ziemi zadatek Raju.*

Nawrócenie Magdaleny było piękne; śmiem twierdzić, że przykład jej pokuty przywiódł do stóp Jezusa Chrystusa o wiele więcej dusz, niż jej rozwiązłość od nich odciągnęła.

Pozwólcie, że przez chwilę przestrzegę was, byście nie dawali się zaskoczyć, gdy przypadkiem znajdziecie się na drodze jakiejś istoty ludzkiej, której sama obecność zdaje się nasycać otaczającą atmosferę magnetyzmem grożącym pozbawieniem was tej woli mocy, w której tkwi opór wobec wszystkiego, co jest lub może się stać złe. Gdy zdarzają się takie chwile, są one, jak sądzę, próbnymi doświadczeniami naszej miłości i wierności wobec Jezusa Chrystusa. Ci, którzy nigdy nie doświadczyli, co to znaczy być niemal sparaliżowanym przez jakieś podobne stworzenie, mają jeszcze do nauczenia się, co znaczą słowa: „Będziesz miłował Pana Boga twojego ze wszystkich sił twoich." Jeśli przywilejem naszym ma być ofiarowanie Jezusowi Chrystusowi tego, co mamy najlepszego do dania, musimy kształtować charakter — a to możliwe jest jedynie za cenę, której sama myśl jest dla ciała i krwi straszliwa. Lecz musi się tak stać — i to jest kres rozważań. Nabierzcie otuchy ze słów: „Błogosławiony mąż, który wytrwa w pokusie; bo gdy będzie doświadczony, otrzyma koronę żywota, którą Pan obiecał tym, którzy Go miłują."

Wielkim błędem jest mniemanie ludzi światowych, że istnieją dwa rodzaje świętości. Istnieje tylko jeden: różnica między nowicjuszem a biegłym jest jedynie kwestią stopnia, a nie rodzaju.

Zwyciężyć można jedynie tak jak Napoleon — przez samą siłę woli, przez zdecydowanie, by zwyciężyć.

← wróć do odkrywania