HomiliaDB

Bernard Vaughan SJ · Grzechy towarzystwa

U07

Gdy potrzebuję nadzieiGdy tracę wiarę albo wątpię Wiara a nowoczesnośćObrona wiary
W skrócie. Dalszy ciąg rozważań o Magdalenie staje się okazją do diagnozy apostazji od Boga jako korzenia wszelkich grzechów towarzyskich — hazardu, rozwiązłości małżeńskiej, materializmu. Vaughan kreśli obraz córki światowych rodziców, której brak religijnego wychowania skazuje na moralną klęskę, i wzywa wszystkich — rodziców, pedagogów, katolików — do powrotu do Chrystusa jako jedynej drogi odnowy. Kazanie kończy się modlitwą za króla Edwarda VII i Anglię.

„Lecz pozwólcie, że przypomnę wam: bez Chrystusa jesteście bez Zbawiciela, a bez Zbawiciela wasze życie staje się chaosem, a kres jego — zagładą.”

mówił, zastępując; a najlepszą drogą, by przezwyciężyć nieuporządkowane przywiązanie do jakiejkolwiek czysto ludzkiej osoby, jest napełnienie serca gorącą miłością ku Osobie Boskiej, Jezusowi Chrystusowi — a żeby żar tej miłości ku Niemu podtrzymać, trzeba być gotowym bezlitośnie poświęcić wszystko, cokolwiek staje między nami a Chrystusem.

*Mierz swe życie stratą, nie zyskiem,* *nie winem wypitym, lecz wylanych —* *bo miłości służba w ofierze miłości,* *a kto cierpi najwięcej, ten więcej może dać.*

Jeśli prawda ta dotyczy każdej miłości, to tym bardziej dotyczy naszej miłości ku Chrystusowi. On chce wszystkiego albo niczego.

Wierząc szczerze w prawdziwość tego, co dotąd mówiłem, serce me krwawi na myśl, jak mało nasz Boski Pan jest naprawdę kochany i czczony jako Bóg w dzisiejszej Anglii. Gdybyśmy naprawdę wierzyli w Jego prawa, z pewnością takie ustawy oświatowe, jak ta, która jest obecnie przedmiotem obrad, byłyby absolutną niemożliwością. W rzeczy samej niełatwo byłoby znaleźć chrześcijańskiego Anglika, który by ją ułożył, bo prosić go o to znaczyłoby prosić, by wyznał zdradę wobec Jezusa Chrystusa — Boga. Niestety! zdaje się, że są pośród nas tacy, którzy pragną chrześcijaństwa bez dogmatu, co jest elegancką nazwą chrześcijaństwa bez Chrystusa. Lecz pozwólcie, że przypomnę wam: bez Chrystusa jesteście bez Zbawiciela, a bez Zbawiciela wasze życie staje się chaosem, a kres jego — zagładą.

Gdzie nie ma Chrystusa, nie ma prawdziwego wzoru cnoty chrześcijańskiej, nie ma Boskiego Archetypu, przed którym moglibyśmy usiąść, usiłując odtworzyć w swoim życiu udoskonalone Boże podobieństwo.

Nawet w zestawieniu z trzema kobietami, do których nawiązywałem — na przykład z Magdaleną — jakąż dziś szansę ma córka światowych rodziców, by rozwinąć cnotliwe życie ukształtowane i zbudowane na zasadach chrześcijańskich? Czy zaznała tych pięknych wpływów, których dziecko powinno doznawać w obcowaniu z matką? Pierwszą salą szkolną dziecka powinny być ramiona matki, w których powinno ono wchłonąć wszystko, co niezbędne do podtrzymania i rozwoju — nie tylko ciała, ale i duszy. Ukształtowane przez matkę, dziecko ma wszelkie szanse, by pod opieką sumiennych guwernantek, a następnie mistrzów w sztukach wyższych, wyrosnąć na charakter godny swego stanu i swojego chrześcijańskiego kraju. Ale córka klasy, do której się odnoszę, nie jest uczona poznania naszego Boskiego Pana i Mistrza, Jezusa Chrystusa. Gdy w oznaczonym czasie schodzi z pokoju dziecinnego na dół, czy to po to, by wskoczyć w ramiona matki, która pokaże jej jakiś wizerunek Chrystusa lub opowie jakąś historię o Jego miłości? Czy wdrapuje się na kolano ojca, który będzie miał dla niej gotowy jakiś obraz ewangeliczny lub może piękną legendę o świętym? Czy też jest wzywana tylko po to, by pokazać swe ładne loki lub jeszcze ładniejsze sukienki? Niestety! okazje tak liczne i obfite, które Bóg w swej dobroci daje rodzicom z towarzystwa, by wydobywać ukryte piękności z duszy ich dziecka, są całkowicie zaniedbywane — i tak dziewczyna wyrasta z duchowym wymiarem swego charakteru zupełnie nieuprawianym. Jest jak ziemia nieuprawna. Może być biegła w niektórych naturalnych wdziękach życia, może się szczycić, że lekcje wykończeniowe — powiedzmy z rysunku, muzyki czy śpiewu — pobierała u najlepszych mistrzów epoki, może być dobrze oczytana, jeśli nie za dobrze, w literaturze romansowej Niemiec i Francji — lecz powiedz mi, jakiej pomocy znajdzie w tych umiejętnościach, gdy później jej cnota zostanie wystawiona na próbę, gdy jej serce — istna „kuta z żywego bólu piec" — wołać będzie o siłę i odwagę, by nie ulec straszliwym pokusom, które czyhają na ścieżkach tak wielu z nas? Będą one tak bezużyteczne jako podpora jak złamane trzciny.

W sztucznym życiu, które rodzi błyskotliwa pogańska cywilizacja, musimy oczywiście oczekiwać, że sztuki krawcowych i modystek cieszą się wyjątkową protekcją. Nie to, co kobiety nakładają, lecz to, co zdejmują, ma znaczenie. Istnieje niemało domów, z których pewne panie towarzyskie są na stałe wykluczone z powodu braku przyzwoitej odzieży. Gdybyśmy mniej wiedzieli o pobudkach tych oburzających naruszeń przyzwoitości, moglibyśmy dobroczynnie przypuszczać, że te niewiaste — niegodne miana kobiet — są świeżym importem z Wysp Fidżi; lecz będąc tym, czym są, i wiedząc, czym je znamy, nie ma żadnego usprawiedliwienia dla ich zniewagi wobec cywilizacji — muszą być szalone i należałoby z nimi postępować jak z innymi osobami niezdolnymi do kierowania własnymi sprawami. Dalekie jest ode mnie ganić eleganckie panie za noszenie eleganckich sukni i eleganckich „rzeczy", jak to nazywają, gdyż im bardziej wykwintna i kosztowna suknia, tym liczniejsze ręce zatrudnione przy jej szyciu, a zatem tym szerszy obieg należnych — i, niestety! często „wciąż należnych" — pieniędzy za nią. Znam krawcowe, którym do dziś nie zapłacono za modne suknie, które zostały zamówione, kupione, noszone, odrzucone, a potem sprzedane przez „prawdziwe damy" poruszające się w towarzystwie. Co jest jeszcze bardziej kompromitujące, owe krawcowe, którym domy jedwabnicze udzielają mało lub wcale kredytu, nie śmią nalegać na swych klientek o zapłatę — bo gdyby się na to odważyły, nie tylko nigdy nie zostałyby zapłacone przez te szczególne klientki, lecz straciłyby też rzeszę innych klientek, którym opowiadano by tak szkodliwe historie o firmie, że mogłoby to doprowadzić do jej upadku i ruiny. Nie ganię też kobiet za korzystanie ze sztucznych środków upiększania, albowiem rzeczy te — podobnie jak kwiaty, biżuteria, a nawet rozmowy i maniery — nie udają niczego więcej ponad to, czym są: sztucznością. Nikt nie daje się zwieść tym sztukom, a raczej tym trickom mody. Gdy raz przekroczysz próg towarzystwa, wiesz wraz z poetą, że „rzeczy nie są tym, czym się zdają"; nie, ani osoby też.

Ale wróćmy do mojej Magdaleny, której rodziców będę zakładał, że są zaledwie w przedsionku zaczarowanego zamku, gdzie mieszka szybki i modny krąg towarzyski. Wzięli na sezon dom na Mayfair, gdy ich córka ma debiutować. Oczywiście dokładają sił nadludzkich, by przekroczyć próg, gdzie mogliby być widziani wśród eleganckich ludzi. Gdy ich desperacka walka o pojawienie się tam, gdzie nie są chciani, nie udaje się, uciekają się do drobnego zabiegu, który — jeśli są tak sprytni, jak są wulgarni — z pewnością zapewni im rozgłos, jeśli nie towarzystwo, którego pragną. Postanawiają urządzić u siebie mały bal, i nie bacząc na koszty, ochoczo płacą dwa tysiące funtów za kolację, trzy tysiące za kwiaty i cztery tysiące za gości. Pamiętam dawne, staroświeckie czasy, gdy wynajmowaliśmy krzesła dla gości — dziś wynajmujemy gości na krzesła. We właściwym czasie goście przybywają, oczarowani blaskiem świateł i splątaniem barw, lecz jeszcze bardziej zachwyceni Pommerym z roku dziewięćdziesiątego drugiego i przepiórkami w galarecie. Lecz gdy debiutująca córka-panna domu spotyka się z małą uwagą ze strony wynajętych gości, gospodarz i gospodyni cieszą się jej jeszcze mniej. To bowiem Lady Taka-a-taka zorganizowała to skromne przyjęcie, rozesłała zaproszenia i wzięła pokaźną prowizję — i to ona przyjmuje swoich znajomych, podczas gdy gospodarz, który płaci za wszystko, traktowany jest jak naczelny kelner. Czyż nie jest smutne, że ludzie stworzeni do nieba liżą kurz z podłogi, byle tylko ich imiona — i jedynie ich imiona — były kojarzone z wynajętymi gośćmi, którzy nie chcą ich znać! Lecz bogaci, wulgarni ludzie zdają się brać to wszystko za rzecz oczywistą, i tak gdy nazajutrz po kosztownym biesiądowaniu spotykają w parku tych, którzy wieczór wcześniej korzystali z ich gościnności, wcale nie są widać zmieszani, gdy tamci ich ignorują lub traktują z góry. Wracają do domu i zaczynają wszystko od nowa w nadziei na lepsze powodzenie następnym razem. A cóż, proszę, jest następnym krokiem? Najpewniej przybiera on postać hojnego czeku na rzecz ich partii politycznej lub jakiejś publicznej instytucji, z wyraźnym zastrzeżeniem, że ich imiona znajdą się na najbliższej liście honorowej. W końcu udaje im się. Co dziwne, z reguły zapewniają was, że nadany tytuł to nic, czego szukali, że dosłownie został im narzucony i że jedyną przyczyną, dla której go przyjęli, był fakt, iż ich imię znalazło się na liście tak różnej od wszelkich poprzednich — albowiem wybrani tym razem to niemal sami ludzie tak dobrze urodzeni, jak dobrze znani. Nic chyba bardziej nie przyczyniło się do rozkładu szlachetnych dawnych tradycji naszej angielskiej szlachty i arystokracji niż ten wulgarny napływ wulgarnych ludzi, których jedyną zasługą jest bogactwo, które — z tego co wiadomo — nie zawsze zostało zdobyte w sposób szczególnie zasługujący na chwałę.

Tymczasem córka debiutantka musi wyjść za mąż i, oczywiście, za kogoś z wysokimi koneksjami. Dziewczyna, śmiertelnie znużona nieustannym wrzawą frywolności składających się na londyński sezon, jest aż nadto gotowa osiąść w życiu małżeńskim, gdyż jej znużony apetyt przestał już znajdować smak w frywolnych książkach, frywolnych sztukach i frywolnych ludziach. Odczuwa w sobie pragnienie czegoś, czego sama nie umie określić — czegoś jeszcze niespróbowanego, jakiegoś źródła, które ugasi jej pragnienie szczęścia, jakiegoś wybornego owocu, który zaspokoi, choćby na chwilę, jej głód miłości i bycia kochaną. Zastanawia się w duchu, czy istnieje jakaś religia zdolna uspokoić i ukołysać wygłodniałą duszę, dając jej prawdziwe pokrzepienie. Może pamięta, jak jeden mężczyzna mówił jej mądrze o buddyzmie, a inny o katolicyzmie, i zdoła sobie nawet przypomnieć, jak pobożnie czuła się pewnego razu, gdy zdarzyło się jej towarzyszyć przyjaciółce na Benedykcji w Oratorium. Lecz zapewniał ją, że owo cudowne wrażenie było naprawdę wynikiem połączenia kadzidła i kwiatów ze wzniosłym chórem chłopięcych głosów, które zlewały się z głębokimi dźwiękami organów. Ostatecznie, rozumuje, nie może być w religii zbyt wiele treści, bo inaczej z pewnością byłaby bardziej poszukiwana, niż jest. Żadna z jej koleżanek ani żaden z jej przyjaciół-mężczyzn zdawał się jej nie mieć, a ona nie pamięta, by kiedykolwiek widziała ich w kościele — chyba przy okazji wesela w mieście lub nabożeństwa kwiatowego albo dożynkowego na wsi. W każdym razie jedno jest jasne: z wyjątkiem nabożeństw katolickich wszystkie inne jej środowisko uważa za nieznośnie nudne i trzeba ich unikać.

Przyjmijmy, że małżeństwo zostaje dla niej zaaranżowane, a zaręczyny ogłoszone w pismach towarzyskich jako „jak najbardziej stosowne", „odpowiednie" i „szczęśliwe", podczas gdy z czasem staje się ona adresatką prezentów równie „licznych, co kosztownych". Stara się wmówić sobie, że jest naprawdę szczęśliwa, a jednak nie może powstrzymać myśli, że pewniejsza byłaby tego szczęścia, gdyby między nią a jej narzeczonym istniało jakieś wzajemne więzi — a właśnie tego, niestety, brakuje. W istocie wie, że została mu niejako rzucona, i że on zamknął się na propozycję nie dla jej miłości, lecz dla jej pieniędzy.

Życie małżeńskie, zaczęte na takich podstawach, nie ma dużych widoków na powodzenie. Zamiast oblubieniec i oblubienica znajdować w sobie nawzajem to, czego brakuje do pełni życia, każde idzie własną drogą, oddalając się od siebie coraz bardziej, aż w miejsce wzajemnej miłości czy wzajemnego szacunku rodzi się między nimi wzajemne odpychanie. Przyjmijmy, że w tym przypadku zdarza się to, co tak często bywa — młoda żona spotyka mężczyznę, za którego, jak czuje, powinna była wyjść za mąż. Zamiast uciekać od siebie, stają się zbyt bliscy, a ona może nawet dziękuje Bogu, że w końcu znalazła kogoś wartego życia. Lecz oczywiście niedozwolone uczucie rzadko trwa długo; trwać nie może — przedmiot jej nieuporządkowanej miłości zostaje może powołany na służbę zagranicą i rad jest z pretekstu, by się jej pozbyć i odzyskać wolność, bo, prawdę powiedziawszy, znudziła mu się. Nieszczęsna dziewczyna, która na tę nędzną istotę wylała pełnię swej miłości, jest teraz zupełnie złamana. Rozłąka zdaje się wyrywać samo życie z jej jestestwa, pozostawiając ją w tak krytycznym stanie, że lekarz, który wie wszystko, nakazuje trzymać ją w spokoju i pod stałą opieką. Obawia się, że pod brzemieniem cierpienia jej umysł może się załamać, a wtedy, pozbawiona panowania nad sobą, wydarzy się najgorsze. Przyjmijmy, że nieszczęsna kobieta pod troskliwą pielęgnacją odzyskuje na tyle zdrowia, by móc przenieść się na wieś. Ale życie skończyło się dla niej; przeszło — jak sama mówi — z nieba do piekła. Mąż — nie wiadomo gdzie, i byle tylko nigdy więcej nie przekroczył jej progu, tym mniej ją to obchodzi; dziecko w pokoju dziecinnym jest — jak mówi — najlepiej tam, gdyż jego obecność jest dla niej udręką.

Jak niespokojny, gorączkowy jest jej stan! Biedna dziewczyno, nie ma nic, co by odwróciło jej myśli, zawsze zwrócone w tym samym kierunku. Tęskni, by wyruszyć, by podążyć za przedmiotem swej miłości. Nie ma na ziemi nic, co by ją zajęło — ani książki, ani kwiaty, ani suknie, ani ludzie; wszystko jednakowo utraciło dla niej urok i wszelki sens, przestało przemawiać do jej biednego, zranionego serca. Jak ktoś idący przez sen, same oczy jej ciała — podobnie jak oczy jej duszy — wyrażają dalekie tęsknienie; nie żyje tam, gdzie jest, lecz tam, gdzie kocha; twierdzi, że nie będzie nikogo przyjmować ani nigdzie wychodzić, lecz pozostaje w domu i tuli swój smutek, mówiąc, że jej nieszczęście jest ponad jej siły i że wkrótce z nim skończy. Długie i samotne noce, gdy nie spędza się ich w potokach łez, nawiedzają koszmarne sny wywołane środkami nasennymi, które po niespokojnym drzemaniu zostawiają ją bardziej przygnębioną i opuszczoną niż kiedykolwiek. Zastanawia się, po co w ogóle się urodziła, po co nieskończone pragnienia i tęsknoty jej jestestwa zostały jej dane, jeśli miały być pozbawione jedynej rzeczy, której chciały. Jeśli Bóg w ogóle istnieje, jakże jest okrutny i tyrański, że stwarza w jej duszy głody, których nie chce zaspokoić. Dlaczego wiódł jej ręce, by sięgały po owoc, który wymykał się jej uchwytowi; dlaczego podawał jej ustom czarę rozkoszy, którą — zanim zdążyła zakosztować — rozbił o ziemię; i cóż znaczyło wyprawiać ją w podróż, która skończyła się tylko rozbitkiem, lub wieść ją na pielgrzymkę, która prowadziła jedynie na urwisko? Z tymi myślami dręczącymi jej oszałałą duszę biedna dziewczyna postanawia wziąć swoje życie w swoje ręce i albo roztrzaskać je o skały, rzucając się z klifu, albo uśpić je nadmierną dawką jakiegoś narkotyku. A jednak, co dziwne, niekiedy zdaje jej się, że słyszy wyraźnie głos wewnątrz duszy, który błaga ją żałośliwie, by porzuciła swój zamiar, pokutowała za swoje życie i rzuciła się na miłosierdzie Tego, który ją stworzył, lituje się nad nią i pragnie jej prawdziwego szczęścia i zbawienia. Lecz ona nie chce słuchać żadnego głosu, który nie obiecuje oddać jej przedmiotu jej szalonej namiętności, który nie pozwoli jej objąć jedynego szczęścia, jakie może sobie wyobrazić, i który nie pozostawi jej przy nim. Dlatego zamiast odpowiedzieć na głos łaski, nieszczęsna dziewczyna buntuje się przeciw niemu, przysięgając, że weźmie swoje życie i stawi czoło najgorszemu, nie bacząc na żadne konsekwencje.

Następna wiadomość, jaką o niej słyszymy, to ta, że rano znajduje ją pokojówka — martwa we śnie — i roznosi się wieść, że piękna kobieta, która na skutek wymuszonej nieobecności męża tak wiele wycierpiała, iż przywykła zażywać chloral, by wywołać sen, wzięła przez pomyłkę nadmierną dawkę, co ku żalowi wszystkich jej bliskich okazało się śmiertelne. Czas nie pozwala mi opisywać wszystkich wzruszających rzeczy, jakie donoszą o niej pisma towarzyskie, ani udawać, że zdołam mówić o bogactwie kwiatów w postaci wieńców i krzyży, i kotwic nadziei, które zasypały trumnę, w której gnił trup samobójczyni. Czy jest to odosobniony przypadek? Nie, zaprawdę, i opisałem mniej plastycznie, niż mógłbym, to, co widziałem własnymi oczyma i słyszałem własnymi uszami. Czyż nie jest po prostu rozdzierające serce, gdy myślimy o liczbie synów i córek Anglii — od których nie ma na ziemi wytworniejszych, dzielniejszych ani szlachetniejszych — których życie jest nieodwracalnie, bezpowrotnie niszczone dlatego, że nie znają kochających ramion Zbawiciela, w które mogliby wskoczyć po schronienie i przebaczenie w godzinie swej niedoli? Poeta mówi nam:

*Szumi burza dobrze temu, kto słyszy* *Głębszy Głos ponad burzą.*

Niestety! mężczyźni i kobiety, o których mówię, nic nie wiedzą o rozkoszy tego Głosu, gdyż w dzieciństwie nikt ich nie nauczył uroku Osoby Chrystusa. I dlatego gdy On przychodzi do nich, krocząc po powierzchni wód, oni ze swymi nieczystymi sercami ani Go nie rozpoznają, ani nie wydają ku Niemu dobrze im znane wołanie: „Panie, jeśli Ty to jesteś, każ mi przyjść do Ciebie po wodzie."

O! wierzcie mi, świat nie może obejść się bez chrześcijaństwa; jest ono jedyną religią osobową, jedyną religią bólu, jedynym schronieniem od burzy namiętności, jedyną przystanią dla duszy bitej przez fale, szukającej bezpiecznej kotwicy. Nawet biedny Huxley czuł się zmuszony napisać: „Niemało zastanawiałem się poważnie, jakimi praktycznymi środkami da się utrzymać religijne poczucie, które stanowi istotną podstawę postępowania." Niech świat mówi, jeśli chce, że chrześcijańska idea grzechu jest zaściankowym zabobonnym przeżytkiem, że to, co znamy jako grzech — nawet gdy nazwiemy to najgorzej — jest jedynie błędem, nieuchronnym wytworem tego, kto nie jest jeszcze doskonały, lecz tylko do doskonałości dąży; niech świat stara się dowieść, że równie nierozsądne jest przypuszczenie, iż Bóg wini człowieka za nieosiągnięcie jakiegoś uznanego wzorca wzrostu moralnego, jak nierozsądne byłoby z naszej strony ganić go za nieosiągnięcie idealnego wzorca siły czy urody fizycznej; niech głosi swym zwolennikom, że to, co my nazywamy nieprawością, jest jedynie brzydkim słowem dla oznak wzrostu i zdrowia, zaś wyrzuty sumienia, które chodzą jej śladem, nie powinny być poczytywane jako kara za złe czyny, podobnie jak żaden ból wzrostu nie ma być interpretowany jako kara za bezprawie; niech świat, jeśli chce, głosi dalej swym wyznawcom, że w walce o przeżycie najlepiej przystosowanych — będącej prawem życia — muszą istnieć, tak w porządku moralnym jak i fizycznym, słabsi i silniejsi; gorsi i lepsi; lecz że nie ma żadnej winy po stronie najsłabszych, że idą pod w tej walce, podobnie jak nie ma żadnej zasługi w tym, że najsilniejsi przeżywają; i wreszcie niech świat głosi ze wszelką mocą, że wszystko jest kwestią środowiska, dziedziczności, temperamentu i konstytucji.

Bracia moi, jeśli odstąpicie od Chrystusa, by słuchać tych nowoczesnych hierofantów, nauczą was, że według ewangelii dwudziestego wieku nie ma miejsca w Boskim charakterze na gniew przeciw bezprawiu; owszem, że to, co teologowie nazywają odpuszczeniem grzechu, jest „jedynie pewną formalnością"; i że to, czemu rozpustnicy ulegają, z pewnością odbije się na nich samych i wyrządzi im moralną szkodę, lecz nie ma w tym żadnej osobistej obrazy Boga, który nigdy nie bierze naszych czynów za to, czym nie są zamierzone; i wreszcie — że twierdzić, iż Bóg sprawiedliwy wini człowieka za czynienie tego, czemu nie dano mu siły się oprzeć, jest sprzecznością samą w sobie.

Jednym słowem, świat głosi własną ewangelię i mówi teraz tak, jakby właśnie odkrył, że nie istnieje coś takiego jak grzechy i nie istnieje coś takiego jak grzesznicy.

Widząc, że oto ta właśnie doktryna jest dziś głoszona w salonach, szerzona w środowiskach klubowych, rozsiewana przez przeglądy literackie, przyjmowana przez prasę i łapczywie połykana przez tak wielu z młodego pokolenia — czyż nie nadszedł czas, by każdy chrześcijański Anglik powstał, i przemówił ze całą siłą swego jestestwa, ostrzegając swych rodaków — jak ostrzega się śpiących w płonącym domu — by umykali, dopóki jest czas, od tej chcącej się mienić „religią przyszłości", która według *Fortnightly Review* „podążając za ogólną tendencją dzisiejszej religii, będzie coraz bardziej zajmować się tym teraźniejszym podksiężycowym, bezspornym życiem naszym, a coraz mniej tym, co leży poza ludzkim poznaniem"?

Czy jesteśmy — skłonny jestem zapytać — prawowitymi potomkami tych dzielnych, mocnych chrześcijańskich mężów, którzy otoczyli naszą wyspiarską ojczyznę wzniosłymi kościołami i katedrami? Czy zapomnieliśmy imion naszego Alfreda Wielkiego i Edwarda Wyznawcy? Czy święty Jerzy przestał być patronem naszego kraju? Czy święty Alban, nasz protomęczennik, zginął na próżno? Czy pamięć o świętym Augustynie i Czcigodnym Bedzie, o Helenie i Urszuli, o Winfredzie i Hildzie, i o zastępach innych, których nie sposób wymienić, przeszła na zawsze z naszego życia narodowego? Czy przykład Tomasza z Canterbury, kardynała Fishera, Małgorzaty z Salisbury czy kanclerza Tomasza More'a jest dla nas niczym? Bracia moi, ci mężczyźni i kobiety, wraz z innymi — chwałą naszego narodu — niegdyś pomagali budować Anglię; czy my — pytam — w naszym szaleństwie zamierzamy ją rozebrać?

Anglia potrzebuje dziś nie burzycieli Imperium ani próżniaków Imperium, lecz budowniczych i filarów Imperium. Mówi się, że filary Państwa dają oznaki słabości. Czyż mamy w tych okolicznościach stać w spoczynku, gdy komenda powinna brzmieć: „Baczność"? Czy stajemy się, czy też nie, narodem amatorów? Czy prawdą jest, czy nie, że tracimy energię, bawimy się w pracę i osłabiamy swój chwyt? Czy cofamy się zamiast wytrwać? Czy prawdą jest, że rozwiązujemy szeregi zamiast zaciągać nowych; zamiast budować — burzymy, plątamy, majstrujem, grzebiemy przy naszym Imperium? Chcemy więcej zabawy a mniej pracy; domagamy się wyższych płac i lżejszego trudu, bogatszego pożywienia i dłuższego snu; żądamy maksimum rozkoszy i minimum bólu; karmimy nasze ciała i głodzimy dusze; uchylamy się od obowiązków i ulegamy namiętnościom; zaniedbujemy modlitwę i omijamy kościół; ignorujemy Boga i szydząc z Jego praw; kwestionujemy Jego posłanie i zaprzeczamy Jego prawom; zadowalamy się tym, co złe, mówiąc „mogłoby być gorzej" — sprawiając, że każdego dnia prawdziwszym się staje dla naszych nieprzyjaciół nazywanie naszej Anglii „tą ziemią chudych kobiet i zadowolonych z siebie mężczyzn", którym zależy jedynie na sobie. Jednym słowem, cierpimy na samolubny materializm, co oznacza prędzej czy później upadek i zagładę Anglii. Próbujemy niemożliwego — żyć bez Boga.

Wraz z naszym czcigodnym i umiłowanym Księciem Walii wołam: „Obudź się, Anglío, obudź się!" Przepasz biodra, chwyć lampę, toruj sobie drogę; bądź silna, czysta, dzielna; pracuj i kwitnij, czuwaj i módl się — stój po stronie Boga i trzymaj się swego hasła: *Dieu et mon droit*.

Nie winujcie mnie za mówienie wprost, lecz jako chrześcijański Anglik, który postanowił nikomu nie ustępować w miłości do Boga, Króla i Ojczyzny, miejcie cierpliwość i znieście ze mną, gdy w całej szczerości zegnijmy kolana i módlmy się o błogosławieństwo dla Edwarda, naszego Króla, dla Królowej Aleksandry i dla naszej umiłowanej Anglii.

*Boże, zbaw Edwarda VII, naszego Króla,*

*I wysłuchaj nas w dniu, gdy wołamy do Ciebie.*

Módlmy się.

Boże, przez którego królowie panują i władcy ziemi sprawują swą władzę; Boże, który jesteś mocą królestw, które Ci służą; wysłuchaj miłościwie naszych modlitw i chroń swoje sługi, Edwarda, naszego Króla, i Królową Aleksandrę, od wszelkich niebezpieczeństw; i spraw, niech ich bezpieczeństwo przysłuża się pokojowi i dobrobytowi Twego ludu. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

Święta Maryjo, Matko Boża,

Święty Jerzy, nasz główny Patronie,

Święty Augustynie, Apostole Narodu,

Święty Albanie, nasz Protomęczenniku,

Święty Edwardzie, drogi Królu i Wyznawco,

Święty Bedo, nasz czcigodny Historyku,

Wszyscy Święci z tej drogiej ziemi,

Którzy zachowujecie miłość do swej „Wesołej Anglii",

Módlcie się za nas i za naszą Ojczyznę.

← wróć do odkrywania