*Lwów, 20 stycznia, w dniu Najśw. Imienia Jezus 1905*
*„Siej rano nasienie twoje, a w wieczór niech nie spoczywa ręka twoja, bo nie wiesz, które lepiej zejdzie, to albo owo, a jeśli oboje społem, lepiej będzie."* — Ekklezyastes 11, 6.
*„Młodości! ty nad poziomy wylatuj!"* — Mickiewicz, „Oda do młodości."
W czasach, kiedy Grecya chyliła się już do upadku, zebrało się w Atenach kilku mężów i radziło, jak uratować ojczyznę od ostatecznej zaguby. Różni różne podawali lekarstwa. Jeden z nich, starzec siwowłosy, który lepsze pamiętał czasy, milczał. Naglony, aby swoje wypowiedział zdanie, rzucił na ziemię jabłko, już nieco nadpsute, które się rozpadło. Co to ma znaczyć? — pytali zebrani. Chcecie wiedzieć, co to ma znaczyć? — odrzekł starzec. — Oto patrzcie! To jabłko ma jeszcze zdrowe ziarna. Zasadźcie je, pielęgnujcie je troskliwie, a wyrosną w wielkie, silne drzewo, pełne owoców. Podobnie rzecz się ma z ojczyzną. Ziarnem, z którego może dla niej wyrosnąć lepsza przyszłość, to nasza młodzież. Wychowajmy ją zdrową fizycznie i moralnie, a Grecya wyzdrowieje.
Młodzi moi przyjaciele! Chciałbym z każdym z was pomówić z osobna, jak ojciec, jak przyjaciel, bościeście wy przecież liczną i ukochaną cząstką mojej dyecezyi, kwiatem i szlachetną dumą Kościoła, jak powiada św. Augustyn, zarazem i całą nadzieją narodu. W was — aby użyć słów jednego z naszych wieszczów, w was ojczyzna, skołatana burzami, chciałaby nagrodzić sobie dawne nieszczęścia i błędy! Od was wyczekuje przypływu nowych a zdrowych sił.
Ale ponieważ rzeczą dla mnie niemożliwą przystąpić do każdego z was osobno, więc napisałem to pasterskie orędzie, w którem przez kilka niedziel będę razem z wami zastanawiał się nad sprawą dla was najważniejszą, bo nad pytaniem: Czem jest życie, jakie w niem mamy do spełnienia zadanie, jaki jego cel ostateczny?
O szczęście wasze mi chodzi, młodzi przyjaciele! O to, aby każdy z was od młodości nauczył się nosić swą godność ludzką szlachetnie i dostojnie i żaden później nie wybuchnął spóźnioną skargą: „zmarnowałem życie!"
O zdrowie mojego narodu mi chodzi, bo całość dobra tylko z dobrych części może się złożyć! Czemże tedy jest życie i jakie nasze zadanie na ziemi?
II. Fałszywe teorye życia.
Zdaniem dawnych i nowszych epikurejezyków człowiek jest dzieckiem przypadku. Jak z obracania kół u wozu powstaje pył, aby za chwilę zaginąć, tak z obrotów wszechświata powstają te miliony proszków, które zwiemy ludźmi. Po co je natura wydaje, nikt nie wie, bo ona ślepa, bez świadomości. Boga niema, duszy różnej od ciała niema, nikt temsamem nie ma odpowiedzialności moralnej za swoje czyny. Życie kończy się tu na ziemi. Stąd też jedyną troską człowieka być powinno, aby z niego wycisnąć jak najwięcej rozkoszy. Rozkosz jest wszystkiem, uczy cynik francuski. Kto ją uchwyci, zbawion jest.
Znał dokładnie zwolenników tej teoryi natchniony pisarz księgi Mądrości (2, 3—9) i te wkłada im w usta słowa: »Popiołem będzie ciało nasze, a duch rozwionie się jako miękkie powietrze... Pójdźcież tedy, a używajmy dóbr niniejszych. Winem drogiem i olejkami się napełniajmy, a niech nas nie mija kwiat czasu. Chodźmy w wieńcach różanych, póki nie zwiędną, żadna taka niech nie będzie, którejby nie miała przejść rozpusta nasza. Wszędzie zostawiajmy znaki rozpusty, bo to jest dział nasz i ten jest dział.«
W świecie przekwitłej cywilizacyi rzymskiej kazali sobie ci epikurejczycy pisać na nagrobkach: urodziłem się, nie wiem poco; żyłem, nie wiem na co; umarłem, nie wiem dlaczego. Tyle tylko mego, co zjadłem i wypiłem — quod edi, bibi — mecum habeo.
A skąd brać pieniądze na ciągłe orgie? Skąd je brać? Z radą spieszy znowu dawny rozpustnik żydowski, wołając: »Uciśnijmy ubogiego sprawiedliwego, a nie przepuśćmy wdowie... a moc nasza niech będzie za prawo!« (Mądr. 3, 10, 11). Znaczy to innemi słowy: Jeśli nie masz własnych pieniędzy, to ukradnij, zdefrauduj!
Obok sybarytów, przechodzących przez życie z krzykiem: euhoe Bacche! — niech żyje wino, niech żyją karty, niech żyje rozpusta, — obok nich, a raczej pomieszani z nimi, idą inni, którzy złorzeczą życiu, przeklinają życie. Są to tak zwani pesymiści. Według nich nie warto żyć. Życie jest złem i tylko złem. Dwa są bowiem główne jego składniki: bezcelowe ciągłe cierpienie i straszna nuda. I na to tylko jesteśmy na świecie, aby być pożarci przez cierpienie i przez nudę tak, jak komary są na to, aby służyły za żer pająkom. Stąd też najlepiej wrócić czemprędzej do nirwany, do nicości, do niebytu. A gdyby lampka życia, pomimo naszej chęci tlić się za długo, to ją gwałtownie zagasić!
Nirwana jest więc jedynem bóstwem, jedynem pragnieniem tych desperatów. Do niej modlą się filozofowie i poeci pesymizmu, do niej układają hymny, jej przyzy wają jako jedynego wybawienia. Święć się imię twoje, nirwano, wołają; przyjdź królestwo twoje! Krew ścina się na samą myśl, że są i tacy, — którzy z nienawiści ku Bogu wznoszą sztandar szatana i publicznie zapisują się mu w służbę.
Jeśli pesymistów porównamy z epikurejczykami, to znajdziemy, że i ostatni potrafią nawet być skromniejsi w ocenianiu swojej wartości, bo już poeta pogański nazwał ich bydlętami w słowach, w których sam się do nich zalicza:
Me pinguem et nitidum bene curata cute vises, — Cum ridere voles, Epicuri de grege porcum. (Horacy, Epist. I, 4, 15—16.)
Przywódcy zaś pesymistów dają sobie nazwę nadludzi. Dlaczego? Czy oni może gardzą cielesną rozkoszą? Bynajmniej. Cechą wielu z nich także najwyuzdańsza rozpusta myśli i ciała. Nadludźmi mają być dlatego, że nie krępują się dotychczasową etyką, która ma być dobra tylko dla niewolników, dla szarego tłumu. Oni wyżsi są ponad wszelkie przesądy religijne, ponad dobre i złe. Ich mają obowiązywać tylko prawidła tak zwanej etyki estetycznej. Sami sobie są prawem. Każda ich namiętność jest święta i każda winna znaleźć zaspokojenie, choćby kosztem łez i zniszczenia życia własnego i cudzego. Grzech w ich oczach to nawet pierwsze znamię genialności. Przeklinają zaś życie, kiedy przedwcześnie wyczerpali jego kapitał, kiedy już używać nie mogą.
Wymienię jeszcze trzeci rodzaj ludzi. Są to tak zwani agnostycy (ἄ—γνωστος). Nie mają także żadnej religii. Zwyczajnie nie są oni jednak wrogo usposobieni względem religii. Spytasz agnostyka: Czy jest Bóg? Odpowiada — nie wiem, bo nie może być naukowo dowiedziony, a człowiek powinien to tylko przyjąć za prawdziwe i rzeczywiste, co może być stwierdzone zmysłami. Czy jest dusza nieśmiertelna — i czy człowiek znajdzie poza grobem zapłatę za trudy życia? — Nie wiem. A co jest obowiązek, powinność moralna, cnota, występek, dobre i złe? Nie wiem. — Ignoramus, ignorabimus! Mamy zresztą ważniejsze zadania do spełnienia, niż zatapiam się w jałowych spekulacyach scholastycznych!
Jakież to są te ważniejsze zadania? Uprawianie nauki, sztuki, filantropii, szerzenie oświaty i uświadamianie polityczne ludu. Prawidłem działania dla agnostyków to etyka niezależna od religii, czyli wywiedziona z samego rozumu i poczucia honoru. Bodźcem — to sława, utrwalenie swego imienia w historyi, czyli nieśmiertelność w rodzaju ludzkim.
*
Młodzieży ty moja serdeczna! Na co ja tobie to wszystko mówię i w jakim celu roztaczam te smutne, te tak ubogie w treść i na tak kruchych podstawach spoczywające teorye życia?
Pewien pielgrzym rzymski wybrał się raz w śliczny ranek sierpniowy do Ostyi. Spodziewał się tam znaleźć roślinność bujną i ludność tryskającą zdrowiem, boć przecież po zdrowie ludzie jeżdżą nad morze. Tymczasem ziemia popękana od żaru słońca, tylko gdzieniegdzie zieleniła się licha trawka, zresztą wszędzie rosły dzikie chwasty, między którymi błąkały się chude owce i bawoły. Mieszkańcy uciekli z miasta. Kościół był zamknięty. Po długiem szukaniu przewodnika, któryby go do dawnych ruin zaprowadził, pielgrzym znalazł chłopca bladego, który pomimo ognia, jakim słońce prażyło z nieba, trząsł się cały od zimna. Zapytany, co mu dolega, wyszeptał ze spieklych ust tylko słowa: La mala aria. Zaraźliwe miazmaty, które podnoszą się w lecie z tych napływowych ziem, zatruwają powietrze do tego stopnia, iż nie dają nikomu oddychać bezkarnie.
O, ta mala aria jest i u nas. I u nas atmosfera moralna jest zatruta. Pełno w niej zarazków, które wniosły w dusze, w organizm młodzieży straszny rozstrój i spustoszenie. W wielu rodzinach wkradł się przedział między dzieci a rodziców tak, że najbliżsi sobie nie mogą się rozumieć. To samo daje się nieraz spostrzec w szkole, gdzie uczniowie nie dość odnoszą się z zaufaniem do swych nauczycieli. Wogóle pokolenie młodsze nie może się porozumieć ze starszem. Tantillus puer, mówią też o niejednym studencie, tantillus puer et iam tantus peccator! Lat ma dopiero 14, 15, a grzeszy, a bluźni, jak stary grzesznik. Ale też patrz, jak wygląda! Lica jego blade, twarz zwiędła, oczy podsiniałe, krok chwiejny. Śledząc takiego zgrzybialego młodzieńca, ma się wrażenie, iż słyszy się za nim kroki grabarza, spieszącego unieść żywego trupa. Prosisz go, zaklinasz go, żeby nawrócił na lepszą drogę, odpowiada: Nie mogę, nie mam sił!
Niektórzy z nich mają nawet starożytne, rozpaczne taedium vitae na ustach. Ledwie żyć zaczęli, a już stracili, wyczerpali i stłumili w sobie chęć, energię i odwagę życia! Is life worth living, czy życie warte życia? — pytają raz po raz za sceptykiem angielskim. I jak nowi Werterzy, z bólem wszechświatowym, prawdziwym czy udanym, w duszy, uciekają z placówki życia tylnemi drzwiczkami samobójstwa.
Jakie przyczyny wytworzyły u nas tę bolesną rozterę w duszach młodzieżczych, a u wielu nawet zupełny rozkład moralny?
Przyczyny są liczne, ale jedną z głównych to ten odłam literatury, tak przeciwny naszej tradycyi narodowej i wszystkiemu, co przywykliśmy byli kochać, czcić, wielbić, — odłam literatury, który zwie się dekadentyzmem, a także poezyą nagiej duszy. Widać, jeszcze za mało u nas złego i nieszczęścia, kiedy niektórym przedstawicielom tej literatury zdaje się, iż mogą spowiadać się przed społeczeństwem, przed dziećmi szkolnemi, z neurastenicznych swych majaczeń, uwielbiać nierząd, przekręcać prawdy wiary katolickiej, urągać Bogu, szydzić z katechizmu, zwać go zbiorem idyotyzmów i kłamstw religijnych. Na nikogo nie myślę tutaj rzucać kamienia potępienia. Nie z ludźmi walczę, jeno z błędami. Każdy sam za siebie i swą robotę przed Bogiem odpowie. Ale kto kocha młodzież, musi głośno zawołać: Quousque tandem! Musi młodzież ostrzec przed tymi chorobliwymi prądami, jeśli nie chce dopuścić do tego, żeby ona w końcu uwierzyła, iż człowiek nie ma istotnie do spełnienia ważniejszego zadania nad brzęczenie na chwilę jak truteń po brukach ulic, po kawiarniach, teatrach — i że głównymi etapami życia to: tingle, knajpy, szpital, cmentarz.
Ukochani moi! — Wy sami osądzić potraficie, że teorye epikureizmu i pesymizmu, to teorye fałszywe, brutalne, człowieka niegodne, dla społeczeństwa i zdrowego postępu i kultury wprost zabójcze. Fałszywa jest teorya epikureizmu, jakoby życie było tylko ciągłą zabawą, bo większa część ludzi mało się bawi, ale spędza życie raczej w pracach i trudach. Nieprawda także, że życie jest nieprzerwanem pasmem smutku i bezcelowych cierpień, bo jak doświadczenie stwierdza, ma ono dużo stron słonecznych, dużo radości, szczęścia, cnoty. Dalej wydzierają te teorye ze społeczeństwa wszystkie wyższe, szlachetne aspiracye, osłabiają energię narodową i prowadzą do samobójstwa. Cavete iuvenes, res vestra agitur!
Co się tyczy teoryi agnostycyzmu, to przyznam, że między jej wyznawcami są ludzie, którzy idą przez świat prostą drogą obowiązku i nie tkneliby włoska na głowie dziecka. Ale są to rari nantes in gurgite vasto — pływacze uprzywilejowani na morzu świata, którzy od rodziców wzięli szczęśliwe uposażenie temperamentu, dobre wychowanie i znajdują się w takich warunkach i okolicznościach, iż prawie niepodobna im popełnić czynów hańbiących. Ale czy także ich myśli, intencye są zawsze czyste? Czy pod pokrywą szlachetnego sposobu myślenia nie kryje się nieraz także u nich najbrudniejszy egoizm, a nawet egoteizm, czyli ubóstwienie siebie?! Nigdy nie zapomnę słów, których o sobie nie wahał się wypowiedzieć głęboki myśliciel i człowiek wielkiej uczciwości: „Nie znam sumienia zbrodniarza, znam tylko sumienie uczciwego człowieka, a to coś okropnego!"
Teorya agnostycyzmu jest jednak także zasadniczo błędna. Krzywdzi ona rozum ludzki, bo kurczy zakres prawdy i uznaje ją tylko w dziedzinie dostępnej zmysłom. Uwierzę, powiada agnostyk n.p. w istnienie duszy niematerya1nej, gdyby mi się udało zewnętrznem doświadczeniem stwierdzić jej istnienie, a więc wyjąć ją z ciała, pokazać ją, a potem wsadzić znowu w ciało, a przynajmniej dotknąć ją skalpelem! Ależ dusza, którą możnaby pokazać, musiałaby być przestrzenną, mieć kolor, ciężar, — czyli nie byłaby duszą, jeno ciałem! Ten znowu, co chce dotknąć jej skalpelem, chce dziwnem rozumowaniem znaleźć ją tam, skąd ona już odeszła, odleciała. Gdzie tu logika? Co sądzilibyśmy o uczonym, któryby zaprzeczał istnienie słodkiego słowika, śpiewaka gajów naszych dlatego, że go w pustej nie znalazł klatce?
Błędna i szkodliwa jest teorya agnostycyzmu także dlatego, że przecząc, a przynajmniej zachowując się obojętnie wobec pytania, czy Bóg osobisty istnieje i czy jest życie pozagrobowe, odbiera zasadom etycznym jedyną niewzruszoną podstawę i niszczy wszystkie trwałe pobudki wyższego, szlachetnego działania. Zrozumiał to nasz poeta, który na śpiewkę agnostyka:
„Niech sobie ludzie nie kochają Boga, „Byle im była cnota i ojczyzna droga!"
Odpowiedział:
„Głupiec mówi: niech sobie źródło wyschnie w górach, „Byleby mi płynęła woda w miejskich rurach!"
Etyka czysto rozumowa, czyli od Boga niezależna, to piętro bez fundamentu, to sznur, którym człowiek sam się związał, ale który też dlatego każdej chwili może zrzucić. Obowiązek, cnota w tej etyce niezależnej stają się równoznacznymi z wyrazami: grzeczność, takt, na zyski ziemskie spekulująca roztropność. Pojęcie zaś honoru, nie wysnute z zasad religii, to tylko blady cień sumienia.
Wreszcie jest agnostycyzm teorya głodzenia duszy, bo żąda od niej wyrzeczenia się prawdziwej nieśmiertelności u Boga na rzecz marnej sławy, któraby z zaginięciem rodzaju ludzkiego musiała przepaść, i domaga się wogóle abdykacyi z najwznioślejszych ludzkich aspiracyj, wbrew stwierdzonemu doświadczeniu wieków, że człowiek jest też „animal religiosum." Obok zaspokojenia potrzeb fizycznych, naukowych, społecznych, estetycznych, towarzyskich, ludzkość — a przynajmniej jej część najlepsza, szukała zawsze Boga i życia z Bogiem. A ten popęd szukania prawdy religijnej był i jest dla człowieka nie czemś dodatkowym i luksusowym, choćby nawet jak n.p. literatura i sztuka, ale tkwi wprost w naturze ludzkiej.
Na zakończenie tego rozdziału przytaczam kilka świadectw najgłębszych myślicieli świata starożytnego, w których streszczają się wyniki ich śledzeń i badań nad przeznaczeniem życia i ostatecznego celu człowieka. Będą one najlepszą odpowiedzią na teorye epikureizmu, pesymizmu, agnostycyzmu.
Według Sokratesa i Platona życie — to rzecz wielka, poważna: Ὁ δὲ βίος σπούδεια, οὐ παιδιά ἐστιν, powiadają oni, co łacińskie przysłowie oddaje słowy: vita negotium, non otium. Nie kończy się ono na ziemi. Jest raczej podróżą do ojczyzny lepszej, do krainy niebieskiej, gdzie dusza otrzyma w nagrodę szczęście bezmierme, polegające na oglądaniu Bóstwa, a przynajmniej odwiecznych idei prawdy, piękna, cnoty. Ale nie wszyscy dojdą do tego szczęścia w niebie. Dusze obżartuchów, rozpustników i pijaków wejdą po rozłączeniu się z ciałem w pokrewne im cielska osłów i podobnych bydląt (Fedon p. 81. b—e). Szczęście bez końca w Niebie dostąpią tylko ci, którzy ukochali prawdę i cnotę (Symposion 212 a). „Może być spokojnym o duszę swą człowiek", powiada pięknie Platon, „który za życia wszystkie rozkosze ciała i ozdoby odrzucił, jako mu obce i raczej do złego wiodące, a tylko o rozkosze wiedzy ubiegał się i duszę swoją nie w cudze, lecz właściwe jej stroił kwiaty, w mądrość, sprawiedliwość, odwagę, wolność i prawdę. Taki spokojnie czekać może drogi na świat inny, jako zawsze gotów do podróży, gdy przeznaczenie go wezwie (Fedon p. 114. e).
Śmierci temsamem prawdziwy filozof się nie boi, bo ona tylko oddzieleniem duszy od ciała, do czego całe życie dążył i przyzwyczajał się, starając się przebywać z duszą samą w głębokiem skupieniu i szukaniu prawdy. Filozofować bowiem znaczy właśnie gotować się ciągle na śmierć. Tota enim philosophorum vita commentatio mortis est — powiada Cycero (Tusculanae disputationes I. 30, 74), powtarzając i parafrazując myśl Sokratesa. Filozof bowiem stawia sobie jako zadanie główne życia: ἀποθνήσκειν τε καὶ τεθνάναι — to jest, żeby dojść do stanu doskonałego obumarcia swoim namiętnościom (Fedon p. 64). Mimo jednak całe pragnienie złączenia się jak najrychlej w niebie z Bóstwem, filozof prawdziwy nigdy nie targnie się na swoje życie. On podobny do żołnierza, który wedle słów Pitagorasa spełnia do końca zadanie swoje, aż go sam wódz naczelny odwoła: Vetatque Pythagoras iniussu Imperatoris, id est Dei, de praesidio et statione vitae decedere (Cicero de senect. 20). Cierpieniu prawdziwy mędrzec nie złorzeczy, ani go nie uważa za złe i bezcelowe. Wie bowiem, że ono człowieka uszlachetnia.
Jak widzimy, najrozumniejsi z pogan nie tylko nie wymijali pytań: „skąd jestem, dokąd dążę, czy jest życie pozagrobowe i co mię za grobem czeka?", ale kwestye te uważali ze wszystkich za najważniejsze, a pracę nad ich rozwiązaniem za najszlachetniejszą i najbardziej godną człowieka. Życie według nich to ani ciągła zabawa i orgia, ani tragikomedya, w której można pozbawić się doczesnego istnienia, aby powstać, kiedy się zechce, ani wreszcie krwawa tragedya, pełna bezcelowych cierpień. Przeciwnie. Jest ono dramatem, pełnym wzniosłej treści, godnym Boskiego autora, który dramat ten wyprowadza na scenę świata, godnym też człowieka, który ma go odegrać.
Wszyscy oni przyznają jednak równocześnie i bolą nad tem, że w ich systemie filozoficznym i poglądach na życie ziemskie człowieka, na jego stosunek do Boga, a jeszcze więcej na życie pozagrobowe, wielkie są braki i niejasności, których sam rozum ludzki niezdolny jest rozwiązać. Temu przekonaniu daje wyraz Simias w Fedonie, kiedy oświadcza, że tylko oświecenie, czyli objawienie z nieba może przynieść całkowitą pewność i dostarczyć statku dość mocnego, aby ocean życia bezpiecznie przepłynąć.
III. Znaczenie życia w świetle chrześcijaństwa.
Spełniło się pragnienie proroków i wszystkich najszlachetniejszych mężów świata pogańskiego. Bóg sam zstąpił z nieba na ziemię i nauczył nas wszelkiej prawdy religijnej i przyniósł jasne, pełne wytłomaczenie problemu życia ludzkiego, jako też łączącej się z niem kwestyi zła moralnego i fizycznego cierpienia.
Bóg jest miłością — Deus charitas est (I. Jan 4, 16), uczy nas Wiara Święta. Do istoty miłości należy, że się chce podzielić swojem szczęściem. „Caritas diffusiva est sui." Miłość też stworzyła człowieka.
Jakim zaś ogromem miłości Bóg ukochał stworzenie, widać z tego, że nie dość Mu było stworzyć praojca rodzaju ludzkiego zwyczajnym człowiekiem, t.j. podległym cierpieniom i śmierci, jako naturalnym następstwom istoty złożonej z duszy i ciała, i przeznaczyć go do szczęścia tylko naturalnego, któreby wypływało z poznania Boga przyrodzonym rozumem i kochania Go jako Stworce i dobrego Pana. Nie — to miłości Bożej, która jak sam Bóg jest nieskończona, nie wystarczało. Wyniósł Bóg odrazu Adama, a w nim całą ludzkość, na wyższy szczebel, transponował jej życie na wyższą skalę. Rozszerzył mianowicie i spotęgował przyrodzoną moc rozumu ludzkiego światłem objawienia; Boże rysy, które dusza miała na mocy stworzenia, stokroć więcej uwypuklił, uwydatnił, podniósł łaską poświęcającą; władzę ciała i duszy dostroił do największej harmonii, ciału nadto dał przywilej nieśmiertelności. Tak zaś uposażonego człowieka przeznaczył do szczęścia wiecznego, jakiem sam Bóg jest szczęśliwy. Do celu tego miał jednak dojść pod warunkiem, że zwycięsko przetrwa próbę, jakiej na ziemi zostanie poddany. Próba była konieczna. Konieczność ta wynikała z istoty człowieka i z jego przeznaczenia ostatecznego. Człowiek został bowiem stworzony istotą rozumną, obdarzoną wolną wolą i przeznaczony do wolnej miłości Boga. Nikt go tedy nie mógł zmusić do miłości. Musiał się sam zgodzić na oddanie się Bogu na czas i wieczność całą. Aby się zaś mógł zgodzić, musiał mieć także możność niezgodzenia się, a ta możność to — właśnie próba. Mógł zaś i powinien był z próby wyjść zwycięsko, bo i przykazanie Boże było łatwe i pomoc łaski Bożej zapewniona. Tymczasem nie wytrzymał próby. Zbuntowany przez szatana, powtórzył za nim: non serviam! Ja sam chcę być Bogiem!
Co teraz się stanie? Czy Bóg odrzuci człowieka na wieki, jak odrzucił szatana? Nie, — bo człowiek mniej był winnym niż szatan. Bóg przewidując od wieków upadek człowieka, obmyślił i dopuścił też od wieków pewną modyfikacyę swego planu. Gdyby Adam nie był zgrzeszył, Pan Bóg byłby jego i ludzkość całą poprowadził wprost z prawdy ku prawdzie, z wesela Edenu do szczęścia niebieskiego. Teraz zaś powiada: Kiedy nie chciałeś iść drogą prostą, poprowadzę Cię wielką krzywizną, którą sam wybrałeś. Na tej drodze jednak wiele się nablędzisz, nacierpisz, kosztując i dobra i złego i krwawą pracą zwyciężając błąd i zdobywając prawdę i cnotę. Droga ta będzie w pewnej mierze nawet wznioślejsza i wspanialsza, bo bratem, przewodnikiem i zbawcą na niej dam ci Syna mojego, którego wskrzeszę z twoich prochów — Ex cineribus tuis orietur ultor et Salvator!
W ten sposób wytłomaczony początek i cała godność życia człowieka. Idzie on od Boga, który go stworzył i łaską przemienił nadzieje swoje. Idzie też do Boga, na szczęście z Nim wieczne. Platon nie umiał powiedzieć, czy w Niebie tęskni ktoś za nami, czy tam Bóg z miłością oczekuje na nasze przybycie. W chrześcijaństwie mamy pewność, że im bardziej dusza kocha Boga, tem bardziej będzie przez całą wieczność kochana i szczęśliwa. Malutka tylko cząstka naszego istnienia jest życie ziemskie, a przeznaczone ono na pracę, na trud, na cierpienie, na urobienie nadprzyrodzonego podobieństwa do Chrystusa, bo tylko ten wejdzie do nieba, nad kim Bóg Ojciec będzie mógł powtórzyć słowa: „Ten jest syn Mój miły, w którymem upodobał sobie." (Mat. 3, 17).
Ale nie tylko przez wzgląd na cel nasz ostateczny, który mamy sobie przygotować na ziemi, życie ma wartość prawie nieskończoną.
Mówimy często, że rzecz tyle warta, ile kosztuje. Jeśli aforyzm ten nie zawsze jest prawdziwy w życiu codziennem, przyrodzonym, to zato wypowiada prawdę absolutną w porządku wiary chrześcijańskiej. Otóż my wszyscy kupieni jesteśmy za cenę nieskończonych upokorzeń, cierpień, śmierci Syna Bożego. „Empti enim estis pretio magno... pretioso sanguine Christi." (I. Kor. 6, 20; I. Piotra 1, 19). Temsamem nasze życie ceny jest nieskończonej!
Co więcej? W Chrzcie św., jeszcze bardziej w Komunii św. chrześcijanin łączy się z Chrystusem tak ściśle, że Jego Bozo-ludzkie życie poczyna krążyć w duszy ludzkiej, jak soki i życie szczepu winnego krążą w gałązce, w niego wszczepionej. Chrześcijanin w stanie łaski zostający, za św. Pawłem powtórzyć może: „Żyję już nie ja, ale żyje we mnie Chrystus." (Gal. 2, 20).
Dzieci moje! Czy dość często o tych prawdach myślicie i czy odczuwacie dość całą godność i wartość życia?
*
Wytłomaczony też w nauce chrześcijańskiej początek zła moralnego, czyli ten zalew wszelakich zbrodni i krzywd moralnych, jakie ludzie ludziom, narody narodom wyrządzają. Wypływają one wszystkie z wolnej woli człowieka, którą Bóg wspiera, aby mogła czynić tylko dobre, ale jej nie łamie i nie zmusza do dobrego, bo inaczej zniszczyłby samą naturę ludzką.
Ze zła zaś moralnego, czyli z grzechu, rodzi się zło fizyczne, czyli cierpienie. Cierpienie nie jest jednak bezcelowym. Przeciwnie, spełnia wielką misyę.
I tak. Jest ono najpierw karą, ekspiacyą za grzech pierworodny, a następnie za każdy osobisty uczynek zły. Raro antecedentem scelestum Deseruit pede Poena claudo, (Horat. Carm. III. 2, 31—32.)
Kara dosięga zbrodniarza zwykle już na ziemi, choćby nie zaraz — powiada Horacy.
Biednyto nawet i bardzo biedny człowiek, który czyniąc złe, nie doświadcza cierpień. Jeśli życie jego składa się z samych powodzeń — to powodzenia takiego człowieka są wprost przerażające! Ze strachem patrzeć nam na niego! Nie ujdzie ręki Boga sprawiedliwego!
Dalej ma cierpienie moc oczyszczającą, odrywa bowiem od rzeczy przemijających, nie dozwala, abyśmy w materyi się zagrzebali, zwraca do Boga. Jest ono jakby chrztem łez, z którego człowiek może wyjść moralnie pięknym, odrodzonym, zbawionym dla społeczeństwa. Bez cierpienia wszystko w człowieku jest powierzchowne, umysł jego pospolity, cnota płytka. Cierpienie duszę też rozprzestrzenia, powiększa, dopomaga do wytworzenia wielkich charakterów. Prawdziwi geniusze, bohaterzy i wszystkie dusze wielkie były po wszystkie czasy umiłowanemi dziećmi cierpienia. Prawie tylko zbolałe czoła przyozdabiały się laurowym wieńcem. Dość wspomnieć Homera, Dantego, Tassa, Miltona, Schillera, Mickiewicza.
Nie przeklinać nam tedy cierpienia, ale — jeśli już nie wzniesiemy się do tych wyżyn duchowych, aby go pożądać, o nie prosić, to przynajmniej pamiętać nam, że Bóg chce cierpieniem wykuć z nas świętych, a więc całem sercem mówić za nie: Deo gratias!
Wiem ci ja, że przytrafia się też czasem, iż cierpienie odwraca od Boga i w rozpaczy pogrąża. Ale na jeden taki wypadek przynajmniej tysiąc razy się zdarzy, że ono od złego odwiedzie i ku lepszemu życiu skieruje.
Koi je zaś i łagodzi zawsze w chrześcijaństwie myśl, że ból mija, a to, że się cierpiało, zostaje, że z cierni życia ziemskiego rozkwitnie wieniec chwały niebieskiej, bylesmy z Bogiem i dla Boga cierpieli!
Na co więc dane jest nam życie? Na pracę, na trud, na cierpienie. „Bojowaniem jest żywot człowieczy na ziemi." (Job 7, 1). Całą tę chrześcijańską teorye życia, która rzuca tyle światła i blasku na godność i zadanie życia ludzkiego, św. Paweł streszcza przepięknie w słowach: „Si compatimur, et conglorificabimur." Jeśli współcierpimy z Chrystusem, będziemy też z Nim współuwielbieni. I niemasz żadnego przyrównania między utrapieniami czasu niniejszego, a przyszłą naszą chwałą niebieską. (List do Rzym. 8, 17, 18). Za kroplę bólu — czeka morze nieskończonego szczęścia!
Ale to jeszcze nie cała treść życia!
Człowiek winien daru życia użyć jak najkorzystniej także dla drugich. Jest on bowiem społeczną istotą, członkiem wielkiej rodziny ludzkiej, który ciągnie pożytek z całego ciała ludzkości. — Stąd wziął też każdy z osobna od Boga — nie radę, ale rozkaz, aby się troskało bliźniego swego, jak czytamy w Starym Testamencie. (Ekkli. 17, 12). Zbawiciel zaś, który przyszedł udoskonalić Zakon, idzie w swych żądaniach jeszcze dalej, bo domaga się, abyśmy w każdym człowieku, w robotniku, kobiecie i dziecku i żebraku widzieli brata naszego, a nawet samego Jezusa Chrystusa i pamiętali zawsze, że „szczęśliwsza jest dawać, niżeli brać." (Dzieje Ap. 20, 35). Ma zaś Chrystus na myśli nie tylko danie pieniędzy ubogim, bo to rzecz najmniejsza i najłatwiejsza, ale poświęcenie i rozdanie siebie, darów swego umysłu i serca na posługę i dla dobra braci, w spełnianiu uczynków miłosierdzia względem ciała i duszy bliźniego. Tak pojął wartość i zadanie życia św. Paweł: „A ja bardzo rad nałożę i nadto wydam sam za dusze braci — Ego autem libentissime impendam et superimpendar ipse pro animabus vestris" (2 L. do Kor. 12, 15). Przez takie zaś rozdanie i poświęcenie siebie całego z miłości ku Bogu na usługę bliźnim, człowiek nie tylko nie ubożeje i nie tylko nic nie traci ze swej istoty, ale ją potęguje i nadaje życiu cenę nieskończoną. Do takiego człowieka stosują się słowa Zbawiciela, że kto utracił duszę swą dla Chrystusa, czyli stracił życie w Jego służbie dla dobra ludzkości, ten zachowa ją ku wiecznemu żywotowi. Bóg, który jest źródłem życia, sprawi, jak powiada pięknie Izajasz prorok, iż wyniknie dla takiego człowieka, jako zaranie światłość jego, a zdrowie jego rychlej wznijdzie. Pójdzie przed obliczem jego sprawiedliwość jego, a chwała Pańska zbierze go... i da mu Pan odpocznienie zawdy... Będzie się rozkoszował w Panu i wyniesie go na wysokości ziemi." (Izaj. 58, 8—14).
Niezmiernie poważne jest tedy zadanie życia w świetle wiary chrześcijańskiej; treść jego bogata, perspektywa dla duszy na całą wieczność daleka i nieprzejrzana. A streszcza się ono w tem, że mamy Boga kochać nade wszystko, a w Bogu wszystkich ludzi tak szczerze jak siebie samych, mamy ulepszać się coraz więcej i czyniąc wszystkim dobrze, zdążać do ojczyzny niebieskiej, gdzie bezgraniczne nasze pragnienie prawdy będzie zaspokojone oglądaniem samego źródła Prawdy, a nienasycone niczem na ziemi pragnienie Serca, wzięciem nieskończonego Dobra w posiadanie stałe.
To jest prawdziwa mądrość, prawdziwa filozofia, prawdziwa estetyka, najszlachetniejszy idealizm i optymizm życia! Chyba takie życie, warte życia! Ale ocenimy jego znaczenie jeszcze lepiej, gdy dokładniej przypatrzymy się dalszym i bliższym ideałom i zadaniom, jakie stawia Wiara Święta.
III. Ideały religijne.
Dante, wielki podróżnik do krainy ideału, powiada, że w jednej z wędrówek swoich usnął na murawie w przepięknej dolinie krainy Czyśca. Nad rankiem, kiedy duch jest zdolny swobodniejszych polotów i jakby wieszczego zachwytu, miał sen. Ukazał mu się na lazurze niebieskim zwieszony orzeł złotopióry, ze skrzydłami rozpiętemi, gotujący się do runięcia na ziemię. Kiedy poeta dumał, co orzeł w tem miejscu znaczy, ptak Jowiszowy kręgi po kręgach zataczał, aż w błysku gromu spadł na śpiącego i uniósł go w przestworza ogniste.
„Jam nas oboje owiał żar gorący: Mniemany płomień tak się w ciało wzeral, Żem się obudzić musiał mimochcący."
(Boska komedya. Czyściec p. IX.)
Ukochani moi! Ten orzeł o skrzydłach złotych, który poetę uniósł w nadziemne sfery ognia, unosi się także nad waszą młodością. Jest to wielki ideał, który przyświeca, pociąga i do wysokiego zaprasza lotu, wołając: „młodości, ty nad poziomy wylatuj!"
Co rozumiemy przez ideał?
Ideał w ogóle — to wielki przedmiot naszej miłości, czci i pragnień, to wzniosła jakaś zasada i wielki wzór, według którego ukochanemu przedmiotowi, umiłowanej zasadzie, z poświęceniem chcemy służyć.
Otóż miejcie najpierw wielkie ideały religijne, a z nich wysnujcie i na nich oprzyjcie i do nich odnosicie stale wszystkie swoje ideały ziemskie.
Ideały bowiem są liczne i różne. Nie wykluczają się one nawzajem, ale wypływają wszystkie z Boga i łączą się wszystkie w Bogu, jako źródle wszelkiej prawdy, dobra i piękna, a temsamem wszelkiego ideału. Podwójnie nawet Bóg jest najwyższym ideałem — i jako najwyższy przedmiot miłości i jako najwyższy wzór do naśladowania.
Panu Bogu dajmy więc zawsze pierwsze miejsce w naszej myśli i sercu! Nie traćmy Go nigdy z oczu! Niech będzie tą gwiazdą, wedle której mamy się oryentować w każdym życia przypadku. Służbę u Niego uważajmy za zaszczyt, za szczęście, za główną podstawę siły i chwały narodowej.
Prawdę tę odczuł i zrozumiał Horacy, kiedy w zwrotce drugiej, przepięknej ody szóstej, w trzeciej księdze pisze, że naród rzymski przez to panuje, że się uważa za mniejszego od bogów, czyli, że zatwierdza ciągle swą od nich zależność i, co za tem idzie, swą ku nim cześć. Od bogów bowiem jest każdy początek, od nich należy zaczynać każdy czyn, do nich odnosić każdy skutek swego działania i im być wdzięcznym za pomoc.
Dis te minorem quod geris, imperas. Hinc omne principium, huc refer exitum!
Jakby komentarz do tych słów znajdujemy u Liwiusza, który pisze: „Maiores vestri omnium magnarum artium et belli et pacis principium et finem statuerunt" (lib. 45, c. 39).
O ileż bardziej chrześcijanin Boga jedynie prawdziwego uznawać winien za początek i koniec ostateczny każdego swego działania. Bo kto jako Bóg? — Quis ut Deus?
Z ideałem Boga schodzi się ideał Jezusa Chrystusa. Jako Bóg, — powiada św. Augustyn, — Chrystus jest celem, do którego zdążamy; jako człowiek — drogą, którą do Boga idziemy. Ego sum via, veritas et vita — powiedział Chrystus o Sobie. Jego życie służy za konkretny, dotykalny, najdoskonalszy wzór pełnienia obowiązków względem Boga. Od żłóbka do skonania na krzyżu troszczył się ciągle o rozszerzenie chwały Ojca niebieskiego. W Panu Bogu zaś i dla Boga ukochał całą ludzkość, bliskich i dalekich, dobrych i złych, uczniów i nieprzyjaciół Swoich. Najświętszy z ludzi mógł bez obawy zaprzeczenia ze strony wrogów powiedzieć: Kto z was dowiedzie Mi grzechu? Dla Matki Swojej był najlepszym Synem. Dla bogatych uprzejmy, zwracał się z całą życzliwością ku ubogim, jak gdyby Mu byli we wszystkiem podobni i równi. Mędcom odsłaniał tajniki najgłębszych prawd, a równocześnie był ukochaniem dzieci. Ojczyznę kochał, jak nikt z ludzi, ale obejmował też najszczerszą miłością wszystkie narody ziemi i umarł dla zbawienia wszystkich. Słowem Jezus Chrystus w działaniu Swojem zostawił najwyższy ideał, do jakiego każdy człowiek — dziecko i dorosły — zdążać powinien. Pójdźmy za Nim!
Po Bogu i Chrystusie największą czcią i miłością otaczać winniśmy Najśw. Pannę, bo Ona najdoskonalszem jest odbiciem Bożej prawdy, Bożej piękności i Bożej doskonałości, a temsamem najpiekniejszym stworzonym ideałem. Ona też najlepszą matką każdego z nas z osobna. Kocha zaś Maryę, kto czyni wolę Jej Boskiego Syna, z wielką ufnością codziennie przyzywa Jej pomocy, pierś swą przesłania szkaplerzem i medalikiem. Prawdziwy czciciel Bogarodzicy powtarza za Konfederatami barskimi: „Ja znam Panią, imię Jej Marya; ujmuję się za Jej czcią i jak ów kapral w Dziadach woła: Ja tem imieniem żyję... Nie dozwolę bluźnić imienia Maryi. Vivat Polonus, unus defensor Mariae!"
Dalej ideałem katolika winien być jego święty Kościół z Papieżem na czele. Otacza go on czcią, miłością, posłuszeństwem i stara się, aby jego nauka była coraz lepiej znana. On bowiem jedynym Kościołem Jezusa Chrystusa; który w nim naucza i przezeń uświęca.
Podczas gdy w innych wyznaniach chrześcijańskich jest tylko część prawdy, tutaj w Kościele katolickim jest cała prawda religijna i tylko prawda.
W tym Kościele człowiek znajduje też gotowy kodeks najwznioślejszych, a jasnych pojęć etycznych, na których przy pomocy łaski Bożej wyrastają postacie jednolite, jakby z granitu wykute, pełne królewskości myśli i energii, — jakich wzór znajdujemy między innymi w deputowanym z Riom do Stanów generalnych we Francyi w roku 1789. Bronił on swego przekonania śmiało w parlamencie i na wszystkie groźby i protesty przeciwników miał jedną odpowiedź: Gróźb się nie ulęknę; nigdy żadnych nie bałem się krzyków, jedyny wyjątek stanowi mi głos i protest sumienia — „de tous les murmures je n'ai jamais craint, que ceux de ma conscience." Kto się Boga boi, ten się ludzi nie boi; obojętne mu to, czy się ludziom podoba, byle się Bogu podobał.
Katolik kocha swój Kościół, bo wie, że Kościół zawsze był przyjacielem uczącej się młodzieży i pierwszy na ruinach starożytnego świata otwierał szkoły elementarne i średnie, a później uniwersytety. I dziś Kościół nie broni, aby każda gałąź nauk świeckich rozwijała się z całą swobodą według swej własnej metody. Przeciwnie. Zachęca uczonych do szukania prawdy wszędzie, gdziekolwiek ona jest ukryta i błogosławi im, jak błogosławił Kolumbowi, kiedy go puszczał na odkrycie nowego, nieznanego świata. I nie może być inaczej, bo przecież religia i nauka to dwie siostrzyce, które nawzajem mają się wspierać i razem oświecać drogę życia ludzkiego światłem ziemskiem i niebieskiem i zgodnie pracować nad udoskonaleniem i uszczęśliwieniem ludzkości. Jednej tylko rzeczy domaga się Kościół od mężów nauki, tj.: aby zawsze dbali o logikę i uczciwość naukową, nie wychodzili poza swój przedmiot i poza swą metodę badań, aby przyrodnik nie chciał być kaznodzieją i nie podawał hipotez za pewniki naukowe.
Katolik kocha swój Kościół, bo tenże dąży do urzeczywistnienia najwznioślejszego ideału społeczno-politycznego. Jakiż jest jego ideał społeczny? Takie urządzenie społeczeństwa, w któremby nie było upośledzonych, ale w całej pełni uszanowano wszystkie prawa ludzkie każdego człowieka na to, aby mógł wypełnić dobrze wszystkie swoje obowiązki, a więc urządzenie całej ludzkości na zasadach prawdziwej wolności, rzetelnej równości, szczerego braterstwa, wszechstronnej sprawiedliwości. Każda jednostka ma się starać o dobro powszechne, jak o swoje własne, a znowu całe społeczeństwo troskać się o to, aby jednostka otrzymała wszystko, co się jej słusznie należy. Bogactwo potępienia jest godne, ile razy jego źródło jest nieczyste. Z drugiej strony nie godzi się występować przeciw niemu, jeśli wzrasta uczciwa praca i jeśli się dobry z niego czyni użytek, bo sprawiedliwie nabyty, nawet znaczny majątek osobisty, to rezerwa na wszystkie wielkie przedsięwzięcia, a zarazem bodziec szlachetnej emulacyi.
Pytasz o ideał polityczny Kościoła? Słuchaj, co imieniem tego Kościoła napisał przeszło sześć wieków temu św. Tomasz z Akwinu. Dobra organizacya państwa domaga się, aby każdy miał jakiś udział w rządzie, bo przez to dopuszczenie wszystkich do udziału w rządach ubezpiecza się pokój społeczny i wszyscy kochają i bronią takiej konstytucyi — „attendendum... ut omnes aliquam partem habeant in principatu, per hoc enim conservatur pax populi et omnes talem ordinationem amant et custodiunt" (Summa theol. 1. 2ae. Q. CV. a. 1).
A że udział w rządach i kontroli spraw publicznych — osiąga się przez prawo głosowania, więc i prawo powszechnego głosowania nie tylko nie jest sprzeczne z duchem Ewangelii, lecz wyrasta z jego istoty i wnętrzności, bo z zasadniczego dogmatu o równości wszystkich ludzi wobec Boga. Prawo to głosowania przypada jednak jako najwyższy przywilej, honor, nagroda i prawdziwy pożytek dla ludzkości dopiero wtedy, kiedy ją na wskroś opanował i przetrawił duch Ewangelii. Powierzyć bowiem udział w rządach bezpiecznie można tylko temu, kto umie panować nad sobą.
Ideały społeczno-polityczne Kościoła katolickiego sięgają jeszcze dalej. I tak: nie wystarcza Kościołowi, aby poszczególne narody urządziły się w państwa wzorowe według zasad Ewangelii. Kościół nie spocznie w swej pracy, aż religia chrześcijańska niby kwas ewangeliczny przeniknie też wszystkie stosunki międzynarodowe, aż wysuszy je z tych pierwiastków dzikich, samolubnych i pogańskich, których dzisiejsza polityka jest pełna, aż złamie zapory, które serce od serca, człowieka od człowieka, naród od narodu oddzielają i doprowadzi do tego, iż wszyscy ludzie na całym świecie w całej szczerości będą sobie braćmi. Nim to nastąpi, upłynie jeszcze lat wiele. Religia chrześcijańska bowiem pracuje i opanowuje ludzkość powoli, jak pracowały powoli owe siły kosmiczne, które materyalne światy ukształtowały. Bóg postanowił bowiem aż do końca uszanować wolność jednostek i narodów. Wszak Jemu nie chodzi o materyalne zwycięstwo swojej prawdy i łaski, ale o to, by ludzkość własnym też znojem i walką podnosiła się moralnie aż do szczytów możliwej doskonałości.
Dążąc do zbratania wszystkich ludów ziemi, Kościół nie zapomina, że każdy człowiek ma swą ojczyznę. Kościół miłość ojczyzny uświęca, błogosławi, uważa za iskrę, włożoną w serce od Boga i za źródło niezliczonych cnót i poświęcenia się obywatelskiego. Kto nie kocha Ojczyzny, ten zaparł się wiary, grzeszy przeciw czwartemu przykazaniu i gorszy jest niż poganin. Przykładem najidealniejszym miłości ojczyzny Kościół ma samego Chrystusa, który tylko dwa razy, o ile wiemy, płakał w czasie swego publicznego nauczania; raz — nie długo przed męką Swoją, nad Swoją ojczyzną, aby pokazać, że miłość ojczyzny ma trwać zawsze, aż do śmierci; drugi raz nad grobem Łazarza, aby stwierdzić, że przyjaźń jest jednem z najczystszych i najszlachetniejszych uczuć i jak powiada Pismo Święte: „medicamentum vitae et immortalitatis" — lekarstwem życia i nieśmiertelności. (Ekli. 6, 16). Prawdziwy chrześcijanin, zdaniem filozofa XVIII wieku — rozumie nieskończenie lepiej, niż niechrześcijanin,
obowiązki względem swojego narodu i stara się spełnić je najgorliwiej i im więcej sądzi być winnym religii, tem też więcej mniema być dłużnym swojej ojczyźnie. Słowem wiara katolicka nie tylko żadnego prawdziwego ideału nie gasi, nie wyklucza, ale wszystkie opromienia światłem z nieba, a równocześnie rozgrzewa serca do szlachetnej miłości i zapewnia łaskę do poświęcenia się za nie. Niemasz cnoty, którejby wiara nie zalecała, występku, któregoby nie potępiała, nie ścigała aż w najtajniejszych kryjówkach duszy.
Prawdziwy katolik — to temsamem człowiek najbardziej nowoczesny i najbardziej postępowy w najszlachetniejszem tego wyrazu znaczeniu, który ani miłością nauki i sztuki, ani pojęciem honoru, ani wiernością ojczyźnie i swojemu zawodowi, ani sposobem życia, sumiennością i taktem nikomu się nie da przewyższyć. Gdyby było inaczej, gdyby ktoś jako człowiek nie był bez plamy i nagany, to ten przenigdy nie może uchodzić za doskonałego chrześcijanina katolika.
Poznaliście w ten sposób, Ukochani moi, ideały religijne, drogie każdemu katolikowi. Teraz jeszcze słów kilka o obowiązkach waszemu stanowi właściwych.
IV. Ideały katolickiego studenta.
Jakież są ideały katolickiego studenta?
Sformułowali je uczniowie uniwersytetu wileńskiego, obierając za hasło: naukę, cnotę, ojczyznę. Otóż ideały filaretów niech będą także waszymi ideałami! Oparte o dogmata katolickie, niech jak iskry z nieba oświecają drogę waszej młodości! Źródłami żywemi — niechaj będą szczytnych myśli i szlachetnych czynów na całe życie!
A więc najpierw nauka!
„Człowiek się rodzi na pracę, a ptak tak jak ara latanie." (Job 5, 7). „Jeśli ktoś nie chce robić, niechaj też nie je." (List 2 do Tessal. 3, 10). Czytałem gdzieś słuszne zdanie, że człowiek, któremu Bóg dał zdolności, zdrowie, siły, a nie rozwija ich i nie pracuje, wart, aby był skazany na śmierć cywilną — przez powszechną pogardę. A więc, przyjaciele młodzi, uczcie się i nie marnujcie czasu ani teraz ani nigdy w życiu. Przyzwyczajajcie się za młodu iść naprzód własną pracą. „Na karę zasługuje, powiada Brodziński, kto świętość obowiązku omijając, bocznemi drogami i szukaną protekcyą chce zyskać, co tylko praca i zasługa może nadawać... Już taki na zawsze polubi boczne swe ścieżki, zawsze na nie spuszczać się będzie, wyuczy się dostępować nieprawymi środkami zaszczytów i urzędów, i bez prawości pełnić je będzie."
Uczyć się macie nie dla próżnej chwały ludzkiej, ani tylko dla chleba, bo taka nauka byłaby brzydka spekulacyą.
Kiedy pewien biskup gratulował uczonemu Leverier'owi odkrycia Neptuna, mówiąc: Wydźwignąłeś swe imię aż do gwiazd, znakomity astronom odpowiedział: „Ufam, księże biskupie, że wyniosę je daleko wyżej!" I wy, Ukochani moi, starajcie się wynieść swoje imiona aż do Boga, a wyniesiecie je tak wysoko, jeśli zawsze jako cel ostateczny swojej pracy stawiać będziecie uwielbienie Boga, czynienie dobrze bliźnim. „Humaniores litterae" zwie się wasze studya. Niech na prawdę wyzują was z wszelkiego grubego obyczaju, który się hukiem, wrzaskiem i nieposzanowaniem starszych objawia. Niech uczynią was ludźmi i więcej niż pospolitymi ludźmi. Stańcie się humaniores!
Uczcie się wszystkiego, co dobre, ale w pierwszym rzędzie starajcie się o nabycie gruntownej wiedzy religijnej, bo człowiek kocha i ceni tylko to, co poznał jako prawdziwie wielkie, święte i wzniosłe. Nie wystarcza tedy wyuczenie się na pamięć kilku formulek katechizmu czy dogmatyki i etyki. Nic bardziej religii nie szkodzi jak powierzchowna jej znajomość. Prawdy naszej Wiary Świętej muszą jasnemi pojęciami i niezłomnemi zasadami wsiąknąć aż w krew i soki duszy, bo tylko wtedy wywołują w niej owe „gaudium fidei", wewnętrzne rozradowanie z posiadania umiłowanej prawdy, o którem mówi Święty Paweł w liście do Filipensów (1, 25).
Ale choćbyście i najpilniej się uczyli, to ta szczypta wiedzy religijnej, której nabędziecie w szkole, nie może wam starczyć na całe życie. Dlatego uczyńcie szczere postanowienie, iż uzupełnicie ją później uczęszczaniem na kazania, czytaniem dzieł apologetycznych, aby zyskać głębsze uzasadnienie podstaw religii i zharmonizować jej prawdy z wyżynami waszego wykształcenia świeckiego.
Nad wszystkie zaś dzieła teologiczne zalecam wam, moje dzieci, na późniejsze życie rozczytywanie się w Piśmie Świętym Nowego Zakonu, w Księgach Wyznań Św. Augustyna i w Tomasza à Kempis, „Naśladowaniu Jezusa Chrystusa." „W tych księgach znajduje największą mądrość" powiedział do mnie niedawno jeden ze świeckich profesorów uniwersytetu, „w nich mieści się najgłębsze doświadczenie życia, w nich prawdziwa pociecha, uspokojenie w nieszczęściu." Kiedy umierającemu Ampèrowi przyjaciel chciał przeczytać ustęp z Tomasza à Kempis, wielki uczony odpowiedział: „Umiem całą książkę na pamięć, bo ani jeden dzień w mojem życiu nie minął, żebym choć jednego jej rozdziału nie był odczytał."
Ile razy w duszy waszej powstaną wątpliwości przeciw wierze i zdawać się wam będzie, że istnieje sprzeczność między jakąś tezą religijną a danemi nauki, której sami rozwikłać nie jesteście w stanie, to nie zapomnijcie nigdy o tej elementarnej zasadzie, że jak w zawikłanej kwestyi prawniczej nikt nie idzie po radę do poety, lecz do znakomitego prawnika, tak też w trudnościach teologicznych nieroztropną byłoby rzeczą szukać ich rozświecenia choćby u najgłośniejszego przyrodnika, jeno trzeba szukać u wykształconego kapłana, u światłego spowiednika.
Równocześnie rozpatrzcie wtedy serce wasze, czy jest w porządku, bo niewiara w początkach swoich zwyczajnie nie przeciw Składowi Apostolskiemu się zwraca, ale przeciw dekalogowi. W młodym człowieku, miotanym burzą namiętności, rodzi się chęć ukryta, by nieprawdziwem okazało się to objawienie, które nakłada poważne obowiązki; dusza gromadzi z lubością wątpliwości, zarzuty; osnuta zaś tą mgłą, coraz mniej ma siły do opierania się złemu i dochodzi ostatecznie do zupełnej niewiary, która, jak ktoś słusznie zauważył, jest występkiem złożonym, streszczającym w sobie wszystko zło, w szczegółach popełnione.
Znam ludzi, którzy, gdy pokusy przeciw wierze na nich uderzały, śpieszyli czem rychlej do trybunału pokuty i z chwilą gdy brzemię grzechowe zrzucili, odzyskiwali prostą i płomienną wiarę lat chłopięcych.
Religia katolicka bowiem jest nie tylko teorją, ale także, a nawet przedewszystkiem, — praktyką. Bez praktyki wiara ulotnić się musi prędzej czy później. Główne praktyki religijne to modlitwa, przystępowanie do Sakramentów Świętych, Msza Święta.
Modlitwa — to nie czas stracony, ale najlepiej użyty, bo w niej człowiek składa daninę Bogu, a równocześnie odbiera od Boga siłę, która uzupełnia słabość i niedostateczność naszą do wykonywania obowiązków. O tyle tylko Bóg pomaga, o ile Go o pomoc prosimy. A więc módlcie się codziennie, módlcie się z ogromną ufnością i sercem całem tak, jak gdyby powodzenie każdej sprawy tylko od modlitwy i łaski Bożej zawisło, a nic od was, równocześnie zaś tak bardzo wytężajcie w pracy wszystkie swoje siły, jak gdyby wszystko od was, a nic od łaski Bożej nie zależało.
Spowiedź teraz i przez całe życie uważajcie nie za ciężar ale za łaskę, a dnia i godziny spowiedzi wyglądajcie jak szczęścia. Już poganie zrozumieli, że warunkiem postępu moralnego jest poznanie siebie, najściślejsze przedmiotowe ocenienie swej wartości osobistej — γνῶθι σαυτόν. Spowiedź to właśnie najściślejsza kontrola siebie, razem i wielka lecznica, w której terapia jest najskuteczniejsza, bo sięga ona aż do sumienia i wstrzymuje złe u jego źródła, tj.: w myśli i w woli.
Nie zadowalajcie się obowiązkową trzyrazową spowiedzią roczną! Ale ile razy będziecie mieli nieszczęście wpaść w grzech ciężki, śpieszcie zaraz do trybunału pokuty, aby ani chwili nie żyć zdala od Boga. Żadnej też nie możecie milszej ofiary złożyć w święta Matce Bożej nad dobrą spowiedź!
Po każdej spowiedzi mówcie z całą szczerością i gorącością duszy: „Jako pragnie jeleń do źródeł wodnych, tak pragnie dusza moje do Ciebie Boże" — w Komunii Św. Bo jedno jest tylko i jedyne na ziemi prawdziwe bogactwo, a tem — Jezus w Najśw. Sakramencie. Za szczęście największe uważajcie sobie, że Go codziennie możecie odwiedzać w kościele. Powiedzcie Mu zawsze wszystko, co was cieszy, co boli, czego pragniecie dla siebie i swoich ukochanych, a z pewnością bez pokrzepienia nie odejdziecie. Mszy Św. nie opuszczajcie nigdy w niedziele i święta, ani się na nią nie spóźniajcie, a tego znowu nie czyńcie dla oka ludzkiego, ani żeby spełnić tylko formalność, bo są i tacy, co nie wierzą, ale „dla przykładu" chodzą do kościoła. Wy, Ukochani moi, i teraz i w późniejszem życiu z tem przekonaniem śpieszyć będziecie pełni radości na Mszę świętą, że Bóg tego od was chce i że to niezmierny zaszczyt, iż możecie uczestniczyć w najświętszej Ofierze.
*
Drugim ideałem filaretów była cnota. Ona to dopiero daje człowiekowi rzetelną wartość i uzdolnia nas, abyśmy dobrze użyli tego, czegośmy się nauczyli. Młodzieniec, który wzrasta w wiedzy, a maleje w cnocie, raczej maleje na duszy, niż rośnie. I znowu nie byle jaką miarą cnoty student zadowalać się powinien. Niech się Horacy rozkoszuje swą „aurea mediocritas;" my chrześcijanie do doskonałości jesteśmy stworzeni. Bądźcie doskonali, jak Ojciec Mój niebieski jest doskonały, woła do każdego z nas Chrystus. Całej doskonałości Bożej nigdy nie osiągniemy właśnie dlatego, że Boża. Wiedział to dobrze Chrystus, ale kładąc nasz ideał moralny tak wysoko, chciał nas pobudzić, żebyśmy pięli się ciągle wyżej i wyżej. Rzecz pewna, że do tak wysokiego lotu nie wystarczą nam skrzydła Ikara, siły nasze przyrodzone; ale też Chrystus obiecuje pomoc łaski, z którą wszystko możemy.
Niepodobna mi, choćby pobieżnie, omówić wszystkich cnót, jakiemi student jaśnieć powinien. Dotknę choć kilku.
W pierwszym rzędzie słów kilka o wartości cnoty czystości i o szkodzie, jaką duszy wyrządza rozpusta. Głęboka wiara i czystość obyczajów to jakby dwa skrzydła, na których dusza wznosić się zdolna do wyżyn poświęcenia. Odbierz je młodzieńcowi, a będzie bez nich, jak ptak, któremu wyłupiono oczy i podcięto lotki. Już on nie wzleci w czyste regiony niebieskie, tylko będzie się włóczył całe życie po ziemi. Silny charakter to zawsze człowiek pracowity, umartwiony i czysty. Przeciwnie nieczystość, to największy wróg jednostki i całego społeczeństwa. Wyniszcza ona organizm, wygryza nieraz ciało aż do kości, osłabia umysł, przyćmiewa pamięć, rozkłada wolę, deprawuje sumienie tak, że człowiek hołdujący rozpuście, zatraca w końcu różnicę między dobrem a złem i za małto wieprzy sprzeda honor, rodzinę, dobro publiczne. To nie przesada, Ukochani moi, — to najsmutniejsza prawda. Zrozumieli ją głębiej myślący studenci za granicą i dla ratowania siebie i ojczyzny zawiązali już kółka, których członkowie obowiązują się tępić i pędzić z pomiędzy siebie owe tajemne grzechy, które stanowią zarazę i gangrenę dzisiejszych zakładów naukowych, a nadto zachowywać zupełną czystość aż do czasu zawarcia związków małżeńskich.
A czy to możliwe przestrzegać tak długo czystości obyczajów i czy taka bezwzględna wstrzemięźliwość nie jest przeciwna naturze człowieka, a temsamem szkodliwa zdrowiu?
Kamień młyński należałoby uwiązać u szyi ludziom, którzy głoszą, że „młodość ma swoje prawa, że używanie koniecznością jest natury, a co najmniej — nie dającą się uniknąć słabością ludzką!" Teorie takie są „fałszem, oszukiwaniem młodzieży i nie godne nawet, aby je rozpowszechniali wrogowie narodu!" Mówić, że młodzież nie może zachować bezwzględnej czystości, znaczy uczyć, że w pewnych latach życia przykazanie Boże nie obowiązuje, że w pewnych latach wolno Pana Boga nie kochać!
Słuchajcie, młodzi przyjaciele, co prawdziwi mężowie nauki sądzą o tej sprawie!
Niedawno jeden z profesorów uniwersytetu w Zurychu wyrzekł te znaczące słowa: „Nauka o szkodliwości życia czystego dla zdrowia rodem jest z domu nierządu." A fakultet medyczny w Chrzystyanyi orzekł: „że nie znamy żadnej choroby, o którejby można twierdzić, iż powstać by mogła skutkiem czystego i moralnego życia." I na innych uniwersytetach najpierwsze powagi lekarskie podają, jako niezaprzeczoną prawdę, „iż wstrzemięźliwość nie tylko jest wielkiem i ważnem przykazaniem Bożem, ale zarazem najpierwszym środkiem do zachowania i wzmocnienia zdrowia ciała i duszy."
Przychodzi wam może w tej chwili na myśl nasz Św. Kazimierz, któremu lekarze radzili, żeby, jeśli chce uratować życie, wyrzekł się niewinności. Otóż tutaj lekarze postawili fałszywą dyagnozę. Kazimierz nie umarł męczennikiem czystości — ale z wycieńczenia wątłego organizmu częstymi postami i nocnemi czuwaniami na modlitwie. Niemniej jest prawdą, że nasz Święty Królewicz był gotów dać choćby życie w obronie cnoty czystości.
Uczciwie przeżyta młodość to wielki kapitał rezerwowy na całe życie. Jeśli wam, Ukochani moi, drogie jest wasze szczęście na ziemi, jeśli wam droga wasza ojczyzna, jeśli drogie zbawienie duszy — chowajcie czystość duszy i ciała!
Ale temsamem musicie się wystrzegać wszystkiego, co czystość naraża na zgubę. Rzecz to nie łatwa! Prawie cudu potrzeba, żeby dzisiaj zachować zdrowie moralne i fizyczne. Utworzyła się w naszych czasach dokoła młodzieży szeroka konspiracya i jakby system, dążący do zepsucia jej serca pismami, widowiskami, rycinami, aby potem tem łatwiej wydrwić jej wiarę i sprowadzić na manowce społeczne. Rzecz bo znana, że jeśli serce chore i ciało zniszczone, to i umysł mniej jest odporny. A więc, młodzieży droga, uważaj najpierw na to, co czytasz! Strzeżcie się, Ukochani moi, fałszywej chciwości czytania, bo z nadmiernego czytania, dziś, że użyję słów Izajasza „każda głowa chora i każde serce zbolałe." (Izaj. 1, 5). Brodziński zauważył słusznie, że u ludzi, którzy bez wyboru i za wiele czytają, umysł robi się jak dom zajezdny, w którym panuje wieczny chaos i zgiełk. Dzisiaj książek i pism tak wiele, że nie wolno czytać nawet dobrych, tylko najlepsze. A prawdziwie dobra jest książka, która daje wielkie myśli, szlachetny spokój, ochotę do życia, siłę do poświęcenia. Dobrą książkę odkłada się po przeczytaniu słowy: to piękne, to wzniosłe! Nigdy nie zapomnę uwagi jednego z moich profesorów, który po przeczytaniu z nami w klasie arcydzieła naszej literatury, powiedział: „Prawda, ukochani moi, że każdy z was czuje się uszlachetnionym i że żaden nie byłby zdolny nędznego czynu!" Z duszy nam wyjął tę uwagę.
Nie bierzcie tedy nigdy do ręki książki złej! Niech głowy wasze nie będą, jak kosz na papier, w który wszystko można wrzucać! Nie czytajcie pism, rozdawanych przez uprawiaczy i wyzyskiwaczy skandalu, przez oszczerców z profesyi, przez ludzi, którzy chcą was oderwać od nauki, podkopać zaufanie do przełożonych. Wymiatajcie takie pisma z pomiędzy siebie, choćby wam obiecywały promieniem oświecić drogę życia, bo są to w rzeczywistości biedne ogniki, które was ostatecznie wywiodą na bezdroża, wykolei, — życie wam złamią.
Gorszy się niektórzy, że Kościół zabrania czytania złych książek. Nie byłby matką, gdyby inaczej postępował. Rozum i serce każą dziecięcia bronić przed trucizną. Uznali to już starożytni. Plato jest zdania, że pisma, szerzące nierząd, trzeba niszczyć. Ateńczycy Protagorasa wypędzili z kraju, a pisma jego spalili. Podobny los spotkał w Sparcie Archilochosa, gorszyciela dzieci. Aristofanes piętnuje pisarzy, którzy podkopywali u młodzieży wiarę w bogów i woła: Nie na takich to pismach uformowali się bohaterowie maratońscy, owi młodzieńcy prości, czystych obyczajów, pełni szlachetnej dumy! Ich śpiewy napełniały szkoły hymnami religijnymi.
Nie uczęszczajcie też, Ukochani moi, na lichie widowiska teatralne. Nie jestem ja przeciwnikiem teatru, byle naprawdę był szkołą dobrego smaku, byle uszlachetniał, a nie kusił się dźwigać etyki społecznej roztaczaniem na scenie wszelakiego rodzaju brudu, bo mi to wygląda tak samo, jak kiedy człowieka, który upadł w błoto, chce ktoś obmyć błotem. Ze złej sztuki teatralnej, podobnie jak z szynku, droga wiedzie najczęściej do domu nierządu.
Silnymi i prawie niezwyciężonymi są tylko narody czyste, wstrzemięźliwe. Według Herodota pewien Lidyjczyk ostrzegał króla Krezusa, aby się nie wdawał w wojnę z Persami, bo piją tylko wodę. Prytanem mógł w Atenach zostać tylko ten, kto się nigdy nie upił. Solon nałożył nawet karę śmierci na pijanego archonta. Platon uważał za potrzebną ustawę, któryby chłopcom do 18 roku wzbraniała używania wina, aby alkoholem nie podsycać i nie powiększać niebezpiecznego ognia młodości, który i tak w ich krwi już się pali. Dziś lekarze orzekają jednogłośnie, że podobnie jak rozpusta tak i alkohol niszczy system nerwowy, psuje krew, wstrzymuje proces trawienia, osłabia myślenie, wiedzie nieraz do zbrodni, do domu obłąkanych. A więc precz z alkoholem.
Precz także z kartami! Wiem ci ja, że gra w karty może być zabawą niewinną, ale wiem też, że łatwo przeradza się w namiętność, która, gdy opanuje duszę, splugawia myślenie i znieprawia wolę, zabija wszelkie szlachetne uczucia. Karciarz kradnie sobie i drugim zdrowie, obdziera często swoją lub obcą rodzinę z pieniędzy, ze szczęścia, marnuje nocami czas tak, że we dnie nie ma ani sił, ani ochoty do wypełnienia obowiązków swego zawodu. Któż nie wie, ile karty ściągnęły hańby na nasz naród! Ukochani moi — nie dajcie się tedy złowić w sidła karciarzy!
Nie bronię ja wam zabawy! Potrzebna wam ona, jak słońce i powietrze. Kościół katolicki tak bardzo ceni zdrowie, że osobne o nie zarządza modlitwy i prosi: „Da nobis, Domine, mentis et corporis sanitate gaudere!" A więc bawcie się całą duszą, ale zawsze uczciwie! Bawcie się, żeby ćwiczeniami fizycznemi umniejszyć gorączkę krwi, żeby rozwinąć organizm i wszystkie jego siły i wyrosnąć na mężów, pełnych ochoty do życia, pełnych wytrwałości, energii i nieustraszonej odwagi.
Poczciwy student jest też zawsze dobrym kolegą, gotowym na wszelkie posługi bratnie, chyba że kolega domaga się od niego rzeczy niezgodnej z przykazaniami Bożemi. W wyborze przyjaciół ostrożny, idzie za radą Św. Hieronima, który mówi: „Takich miej towarzyszy, z którymby obcowanie nie przyniosło skazy twej sławie, którzyby nie tyle byli ozdobieni bogatemi szatami, ale raczej dobrymi obyczajami i mniej się starali o trefienie włosów, a więcej okazywali na sobie wstydu i uczciwości." (W liście do Nepocyana).
Także o obowiązkach względem swoich nauczycieli uczeń nie zapomina. Przychodzą mi w tej chwili na myśl słowa Św. Bernarda, który powiada, iż każdy człowiek winien swojemu Aniołowi Stróżowi: reverentiam pro praesentia, fiduciam pro custodia, devotionem pro benevolentia. Wiedząc, jakiem błogosławieństwem jest dobry nauczyciel dla ucznia, nie waham się, Ukochani moi, położyć wam na serce potrójne te obowiązki także względem waszych profesorów. Szacunek zaś wasz niech się objawia ochoczem posłuszeństwem. Kto za młodu nie nauczy się słuchać, ten później nie będzie umiał rozkazywać. Rozumieli to dobrze dawni Grecy, bo król Agezylausz, chcąc się odwdzięczyć swojemu przyjacielowi Ksenofontowi za oddane mu usługi, zabrał jego synów na wychowanie do Sparty, aby tam przyswajali sobie najpiękniejszą z nauk: „Słuchać i rządzić — ἄρχεσθαι καὶ ἄρχεσθαι." (Plutarch Agesilaos 20; Diog. Laert.)
Obok szacunku należy się profesorom serdeczna miłość za życzliwość, jaką was otaczają, a wreszcie szczere zaufanie za ciągłe czuwanie nad wami. Odpowiedzialność ich wielka przed Bogiem i społeczeństwem. Ułatwiajcie im tę odpowiedzialność i pracę nad wami, aby kiedyś w dzień sądu nie usłyszeli słów potępienia, jakie Św. Jan Apostoł, według relacyi historyka Euzebiusza, wyrzekł do biskupa, któremu powierzył wychowanie młodzieńca. „Tyś winien, powiedział do niego, tyś winien, że poszedł między zbójców, boś go nie dosyć kochał, nie dosyć pilnował!"
Trzeci wielki obowiązek filaretów, to miłość ojczyzny. Was przyjaciele moi, chyba do miłości ojczyzny nawoływać nie potrzebuję. Kochacie ją z pewnością wszyscy. Raczej porozumieć się musimy co do tego, jaka ta miłość być powinna.
Otóż miłość ojczyzny powinna płynąć z miłości Boga. U nas bywa czasem odwrotnie, zauważył trafnie książę Adam Czartoryski, tj. miłość Boga płynie z miłości ojczyzny i dlatego miłość ojczyzny często jest marna, a miłość Boga nierzetelna.
Niedaleko miasta Trewiru znaleziono dawny kamień milowy rzymski, a na nim napis: Pro patria consumor — Za ojczyznę ścieram się w codziennej służbie, strzegąc jej granic. Prawdziwa miłość ojczyzny, osadzona na miłości Bożej, polega nie na pustych słowach i krzykactwie, ale na czynach. Najlepiej służy ojczyźnie, kto pielęgnuje w sobie cnoty, pełni sumiennie z dnia na dzień, z godziny na godzinę swoje obowiązki i wystrzega się błędów i występków, które ojczyzny blask zaćmiewają.
Rozumiem ja, że to młodzieży pochlebia, jeśli jest przypuszczana do zabierania głosu w sprawach publicznych. Ale nie zapominajcie, że „gdy się zboże skosi na zielono, zanim się ukształci i dojrzeje ziarno, to nie będzie z niego chleba, tylko będzie siano"¹). Przedwczesne politykowanie odwodzi od nauki, wstrzymuje naturalny rozwój wewnętrzny młodzieńca, nieraz łamie na zawsze jego życie. Nie chcę ja tem powiedzieć, abyście, Ukochani moi, byli ze wszystkiego zadowoleni, kiedy wchodzicie w życie. Zadowoleni jeszcze nigdy nic wielkiego nie dokonali. Niezadowoleni bądźcie przedewszystkiem ze siebie, tj. mówcie sobie codziennie, że za mało w was rzetelnej wiedzy, za mało cnoty, za niskie nieraz i egoistyczne pobudki działania, za mało wytrwałości w dobrem.
Kiedy zaś dojrzejecie w mężów, pamiętajcie zawsze być entuzjastycznymi sługami prawdy i sprawiedliwości i należeć zawsze i wszędzie tylko do stronnictwa, które na swym sztandarze wypisze hasło: Prawda, sprawiedliwość i dobro dla wszystkich.
*
¹) Słowa X. biskupa Łętowskiego.
Filareci wileńscy, którzy tak poważnie patrzyli na życie, z pewnością nieraz i długo zastanawiali się także nad ideałem przyszłego swego zawodu. A wy, Ukochani moi, czy często myślicie o tem, jaki stan po ukończeniu szkoły obierzecie? Strach ogarnia mię na myśl, powiada pewien pisarz naszych czasów, że całe życie człowieka zależy od dwóch, trzech czy czterech „tak" i od tyluż „nie", wypowiedzianych między dziesiątym a trzydziestym rokiem życia, lub nawet wcześniej. Czy dać dziecko do szkoły, czy do zawodu praktycznego, czy ma pójść do gimnazyum, czy do szkoły realnej, czy obrać stan nauczycielski, sędziowski, czy inny, czy zawrzeć ten związek małżeński, czy też nie? — Odpowiesz „tak" albo „nie" na te pytania — i wszystko zadecydowane.
Ale nie tylko szczęście doczesne zawisło od tych kilku „tak" albo „nie". Zależy od nich w znacznej mierze także zbawienie wieczne. Więc jakże się zabezpieczyć, żeby zrobić wybór dobry?
Przedewszystkiem mamy zawsze pamiętać o tem, że życie nie jest igraszką losu i nie wedle ślepego układa się trafu. Miłość Boża nas stworzyła, ona też obmyśliła stan czyli drogę, którą najbezpieczniej i najpożyteczniej możemy spełnić obowiązki na ziemi i zdążyć do nieba. Jak więc we wszystkiem, tak też przy wyborze zawodu mamy starać się o wybadanie woli Bożej. A więc najpierw w modlitwie codzień wołać za Samuelem: „Mów Panie, bo słucha sługa Twój!" I codzień powtarzajcie za Św. Pawłem: „Quid me vis facere? — Czego chcesz, Panie, abym uczynił!" Przy każdej Komunii Świętej umieszczajcie na czele intencyę o uproszenie sobie światła Bożego w tej ważnej sprawie. Należy też prosić innych, żeby się za was na tę intencyę modlili. W świetle modlitwy badajcie, jakie od Boga wzięliście zdolności, czyli obliczcie się sumiennie: „Quid valeant humeri, quid ferre recusent?"
Albowiem Stwórca rozdzielił talenta wedle różnych zawodów. Wypatrujcie też, do czego macie pociąg, ochotę, bo rzecz znana, że ludzie spełniają w życiu dobrze tylko tę pracę, którą kochają. Ta podwójna oznaka, tj. zdolność i skłonność do pewnego zawodu nieraz objawia się w życiu bardzo wcześnie. Mozart już w 12-tym roku życia wykonał Mszę Świętą swojej kompozycyi w nadwornej kaplicy we Wiedniu. Linneusz, jako małe dziecię całemi godzinami rozkoszował się budową kwiatu.
Gdy więc, Ukochani moi, serdecznie pomodliliście się, aby wam Pan Bóg raczył odsłonić tajemnicę waszego powołania, gdy zbadaliście wasze zdolności i pociąg wewnętrzny, gdy nadto zasięgnęliście rady rodziców i spowiednika, którzy mają łaskę i obowiązek was oświecać — obierajcie spokojnie stan, który sumienie wasze i ludzie obrać radzą. Wybór będzie szczęśliwy — Bóg będzie z wami!
Ale jest powołanie, do którego osobne są potrzebne zdolności i pociąg. Mam na myśli powołanie do stanu kapłańskiego. Tu Bóg zwraca się trzykrotnie do serca młodzieńca z zapytaniem, jak niegdyś do Piotra, kiedy chciał mu powierzyć pasterzowanie nad całym Kościołem: „czy miłujesz Mnie... czy miłujesz mnie więcej niżli inni?" (Jan 21, 15—17). I dopiero, gdy młodzieniec odpowie całą duszą: „Ty wiesz, że Cię miłuję, że gotów jestem cierpieć, poświęcić się, iść z Tobą, Panie, i na krzyż" — Chrystus woła go: więc pójdź za mną, sequere me! Bo tylko wielka miłość uzdolnia kapłana do wypełnienia wszystkich obowiązków stanu. Przyjacielu młody, jeśli masz tę wielką miłość ku Bogu i ludziom, to przyjdź do seminaryum duchownego. Obiecuję ci w tym wypadku śmiało, że przy wszystkich trudach stanu kapłańskiego nigdzie większego nie zaznasz szczęścia, jak w tej ciągłej pracy koło dusz zbawienia. Sprzeniewierzywszy się zaś głosowi Bożemu, zapewne z czasem powtórzyłbyś skargę, którą nieraz słyszałem: „Niema szczęścia w moim domu, bo nie poszedłem za wezwaniem Boga, który mię wołał do kapłaństwa."
W roku 1771 zgłosił się we Francyi młody człowiek z dobrej rodziny mieszczańskiej do gwardyana klasztoru Kapucynów z prośbą, aby tenże wybadał, czy ma powołanie do stanu kapłańskiego. Po długiej rozmowie i naradzie gwardyan orzekł, iż zdaje się mu, że młodzieniec powinien zostać zakonnikiem i dał mu list polecający do mistrza nowicyatu. Kandydat zakonny uprosił sobie kilka dni, aby mógł pożegnać się z krewnymi, a potem zaraz rozpocząć nowicyat. Gwardyan pozwolił. Tymczasem stało się, co było łatwe do przewidzenia. Rodzice, krewni, przyjaciele odradzali stan duchowny, „bo czasy teraz są złe, zakony niechętnie widziane." Poszedł tedy młodzieniec zamiast do klasztoru, do Paryża na studya prawnicze, później został adwokatem, później stanął na czele rządu w ojczyźnie. Na imię mu Maksymilian Robespierre — skończył jako kat swojego narodu.
W każdym razie, czy obierzecie stan kapłański czy inny, stawiajcie ideał swego przyszłego zawodu wysoko! Powiedzcie sobie: czem będę, w całej możliwej będę doskonałości. Co zamierzę czynić, zrobię zawsze dobrze. Jeśli będę adwokatem, będę adwokatem bardzo dobrym. Nigdy nie skłamię, bo to poniżające, wstrętne. Kiedy będę bronił sprawy, wszyscy będą wiedzieli, że to sprawa czysta, słuszna. Jeśli inny obiorę zawód, nie będę go nigdy uważał za jarzmo, za środek tylko do zrobienia pieniędzy, karyery, ale dołożę wszystkich sił, aby, czyniąc wszystkim dobrze, zarobić sobie nim niebo.
I tak zawsze i tak wszędzie, każdy z was niechaj stara się być doskonałym!
Wreszcie ostatnie moje do was życzenie. Bądźcie swoim ideałom wierni aż do śmierci!
Wiem, że rzecz to nie łatwa! Przyjdą na was nieraz w późniejszem życiu godziny wielkich zawikłań i walk wewnętrznych. Prawie każdy człowiek musi przejść przez smutek swojego Ogrójca. Trafi się może nawet u niejednego mniejsze lub większe upadki, bo człowiek jest słaby. Gdyż chodzi o to, abyście przynajmniej błędów swych nie kochali, nie bronili, nie zatajali przed sobą, w nich nie leżeli, a już nigdy nie doszli do tego stanu, żeby twierdzić, iż ideały młodości były próżną marą, że cnota, obowiązek, pustem są imieniem. Raczej powiedzieć by sobie wtenczas trzeba: jestem nędznikiem, który sprzeniewierzył się Bogu, ojczyźnie, celowi życia.
Niech was Bóg ustrzeże od takiego skalania!
Z upadku każdego dźwigajcie się czem rychlej i starajcie się z pomocą Bożą, jak legendarni rycerze średnich wieków poprzez wszystkie niebezpieczeństwa i zasadzki zaczarowanego lasu życia piąć się ciągle i ciągle ku górze — ku Św. Graalowi, do krainy wiecznych ideałów.
Czy tak postąpicie?
Było to w Rzymie podczas epoki krwawych prześladowań. Do domu wrócił ze szkoły młodzieniec lat około czternastu, pełen wdzięku i życia. Nosił jeszcze togę młodzieńczą, lamowaną szkarłatem; na szyi miał zawieszoną kosztowną bullę jak wszyscy jego koledzy patrycyusze.
Przestąpiwszy próg mieszkania, oświadczył matce, oczekującej nań z tęsknotą, iż dnia nie stracił — „diem non perdidi", bo umiał zapanować nad słusznym swym gniewem i po chrześcijańsku przebaczyć koledze, który rzucił mu w twarz obelgę. Matka uniesiona radością, iż takiego ma syna, kazała się mu przybliżyć i powiedziała:
Moje dziecię, dobrze, bardzo dobrze postąpiłeś. Jesteś godnym synem męczennika Kwintyniana, który życie położył z miłości ku Chrystusowi. Dzień dzisiejszy, w którym odniosłeś takie zwycięstwo nad samym sobą, będzie ostatnim dniem twego okresu chłopięcego. Chcę cię odtąd traktować jak człowieka dojrzałego.
Potem zdjęła z szyi syna złotą bullę, mówiąc: „Mam dla ciebie cenniejszą ozdobę, w którą cię zaraz przystroje." I wyjęła z bogato haftowanego woreczka małutką gąbkę, pełną krwi zasuszonej i rzekła: Widzisz moje dziecię te relikwie? Jest to krew twojego ojca. Ja ją sama zebrałam z jego rany w chwili, kiedy umierając szeptał imię Jezusa Chrystusa i twoje, mój synu!
I przybliżyła gąbkę do ust syna, potem zawiesiła ją w bogatej oprawie na jego piersi i dodała: „A teraz powiedz mój Pankracyuszu, synu męczennika, spadkobierco jego krwi, która płynie w twych żyłach, której cząstkę nosisz jako relikwie, czy będziesz umiał żyć, cierpieć, umrzeć, gdyby zaszła potrzeba, jak twój ojciec?"
I w waszych żyłach, dzieci moje ukochane, płynie krew ojców, z których niejeden zginął na polu bitwy w obronie Wiary Świętej, wymawiając zamierającemi usty Imię Jezusa, Maryi, ojczyzny! Co więcej! W żyłach waszych i w sercu waszem płynie krew samego Chrystusa, którą przyjmujecie w Komunii Świętej! Czy więc jesteście gotowi żyć, cierpieć, umrzeć w obronie ideałów, drogich każdemu dobremu synowi Kościoła i ojczyzny!
Słyszę głosy podobne do słów bohaterskiego Męczennika Pankracyusza: Ojcze i pasterzu nasz, bądź spokojny! Nigdy ideałów się nie zaprzemy! Zawsze i wszędzie chcemy spełnić obowiązek!
Niech wam, dzieci moje, Bóg za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszego narodu, teraz i na całe życie błogosławi!
XIV. W SPRAWIE PIELGRZYMKI UCZNIÓW SZKÓŁ ŚREDNICH DO RZYMU. ODEZWA DO DUCHOWIEŃSTWA.
Przewielebne Duchowieństwo musiało zapewne zwrócić uwagę i zainteresować się wiadomościami, podanemi przez dzienniki o organizującej się pielgrzymce młodzieży szkół średnich z całego kraju do Rzymu. Istotnie 15 kwietnia wyruszy młodzież nasza w liczbie przeszło 400 osób do Miasta Wiecznego, by uczcić tam święte i drogie każdemu katolikowi pamiątki, oddać hołd Namiestnikowi Chrystusowemu, umocnić w sobie Wiarę Św., zapłonąć wielkim ogniem miłości dla Św. katolickiego Kościoła. Młodzieńcy podążają pod opieką całego zastępu znanych, światłych, szczerze katolickich i młodzież miłujących mężów, na których czele stanie Arcypasterz Archidyecezyi.
Zrozumią Przewielebni Bracia Kapłani, jak bardzo Nam zależy na tem, by pielgrzymka jak najszczęśliwiej się powiodła — zarazem, aby przyniosła owoc i pożytek, jakie przez nią zamierzyliśmy osiągnąć. Jakkolwiek młodzieńcy otoczeni będą jak najtroskliwszą i najczujniejszą opieką, to jednak podróż długa budzi u zajmujących się pielgrzymką poważną troskę, aby młodzież zdrowo i bez wypadku pielgrzymkę odbyła i szczęśliwie do kraju i do rodziców wróciła. Jeszcze większą troskę rodzi pragnienie, aby ta młódź pochodząca z różnych stanów, a mająca kiedyś zająć najrozmaitsze stanowiska w społeczeństwie, przez zwiedzenie miejsca świętego stała się tak silnie katolicką, by już jej nic i nigdy w życiu od zasad katolickich nie tylko nie odrywało, ale nawet w nich nie zachwiało. Chodzi o to, aby ci młodzieńcy zwiększywszy po kilku latach szeregi intelligencyi, czy to jako urzędnicy, czy lekarze, czy nauczyciele, wszędzie jako szczerzy wyznawcy Św. Kościoła się zachowywali, a przykładem swym otoczenie swe dla zasad katolickich zjednywali. Oto są nasze serdeczne troski wobec zbliżającej się pielgrzymki. — Mimo wszystkie trudności patrzymy z otuchą na zainicyowane dzieło, bo nie ludzkim siłom ufamy, lecz w Bożej opiece i Bożem błogosławieństwie nadzieje pokładamy. Nadto nie wątpimy, że i Kapłani i wierni modlitwą nasze przedsięwzięcie wesprą, a przy tej pomocy, da Bóg, i młodzież szczęśliwie wróci i wróci tak usposobioną na duszy, jak tego pragniemy.
Wzywamy więc tylko jeszcze Wielebnych Rządców kościołów, aby z ambon ludowi o pielgrzymce opowiedzieli w tym duchu, jak tutaj ją przedstawiliśmy. Trzeba nadto zachęcić gorąco wiernych do częstej modlitwy na intencye pielgrzymów — a w Niedziele Czarną, Palmową i Wielkanocną odmówić z ludem po 3 Zdrowaś Maryo w kościele. Wreszcie Wielebni Kapłani przez cały czas pielgrzymki tj. od 15—30 kwietnia włącznie dodawać będą przy Mszy Św. wtenczas, kiedy rubryki pozwolą, modlitwę pro peregrinantibus.
XV. O PIELGRZYMCE UCZNIÓW SZKÓŁ ŚREDNICH DO RZYMU.
SPRAWOZDANIE DO DUCHOWIEŃSTWA I WIERNYCH.
LWÓW, w Wigilię Św. Trójcy 1905.
Modliliście się, Kochani Bracia, wraz z całym ludem archidyecezyi o błogosławieństwo Boże dla naszych uczniów, aby zdrowi zajechali do Wiecznego Miasta i szczęśliwie wrócili do kraju. To też miło Wam będzie usłyszeć choć kilka szczegółów o przebiegu pielgrzymki.
Studentów było razem 314. Profesorów i katechetów 66 ze wszystkich gimnazyów, szkół realnych i Seminaryów nauczycielskich w Galicyi, ze szkoły rolniczej w Czernichowie, a nadto z kilku zakładów naukowych na Bukowinie. Każda dyecezya wystała kilku wychowanków swojego Małego Seminaryum. Byli synowie rodziców bogatszych i ubogich, z miast i naszych wsi.
Opatrzność Boża najwidoczniej czuwała nad naszymi drogimi pątnikami, bo pomimo niemałej przeszkody z powodu groźnego strejku kolejarzy, wszyscy stanęli w Rzymie we wtorek Wielkiego tygodnia bez najmniejszego opóźnienia.
Uczniowie prawie wszyscy zamieszkali w hospicyum Św. Marty przy Bazylice Św. Piotra, obsługiwanem przez poczciwe Siostry Szarytki. W Wielką Środę zebrali się w kościele Św. Piotra, gdzie odprawiłem Mszę Św. dziękczynną za szczęśliwe przybycie.
Potem nastąpiło zwiedzanie najważniejszych pamiątek chrześcijańskich i Rzymu pogańskiego. W Wielki Czwartek grupa młodzieży trafiła właśnie na nabożeństwo w bazylice Santa Maria Maggiore i niosła baldachim podczas procesyi z Najśw. Sakramentem, prowadzonej przez Kardynała S. Vanutellego.
W Wielką Sobotę po południu zasiadło około 30 kapłanów polskich u Św. Piotra do konfesyonałów, zajmowanych zwyczajnie przez penitencyarzy różnych narodowości.
W Niedzielę Wielkanocną odprawiłem znowu u Św. Piotra Mszę Św. dla pielgrzymów, w czasie której uczniowie i wielu z profesorów i krewnych przystąpiło do Komunii Św. Prawdziwie rozrzewniającą i na całe życie niezapomnianą była chwila, kiedy po Mszy Św. wszyscy pielgrzymi poszli na grób Św. Piotra i odmówili razem głośno Credo, przyrzekając według zasad świętej wiary katolickiej żyć, aby kiedyś mogli szczęśliwie w niej umierać.
Po Mszy Św. zebrali się wszyscy, starsi i młodzież, przy święconem jajku.
Jak bardzo Ojcu Św. przyjazd naszej młodzieży był miły, dowodem okoliczność, iż udzielił jej aż dwóch posłuchań.
Na pierwszem, prywatnem posłuchaniu, Ojciec Św. przyjął w Niedzielę Wielkanocną samych tylko uczniów i profesorów. Wszyscy zebraliśmy się w Sali Rzeźb. Papież podchodził do każdego, dawał do całowania rękę, głaskał tkliwie po twarzy i głowie, udzielał odpustów na koronki, któremi uczniowie obwiesili ręce. Przy nadejściu Ojca Św. uszczęśliwiona młodzież śpiewała pieśń: „Serdeczna Matko;" przy odejściu pożegnała Go gromkiem: „Niech żyje!" I Ojciec Św. serdecznie był rozradowany.
W poniedziałek Wielkanocny nastąpiła audyencya uroczysta w Sali Królewskiej, na którą, prócz młodzieży i profesorów, dopuszczeni zostali także rodzice i krewni uczniów, a nadto przebywający chwilowo w Rzymie rodacy, kapłani i świeccy, ze wszystkich części Polski. Był też obecnym Najprz. Arcybiskup Symon.
Wchodzącego Namiestnika Chrystusowego powitaliśmy pieśnią: „Wesoły nam dziś dzień nastał."
Następnie w imieniu zebranej młodzieży i profesorów odczytałem następujące słowa:
Ojcze Święty!
Zeszłego roku zdałem sprawę ludowi mojemu z tego, jak bardzo miłościwie przyjąłeś pielgrzymów polskich, którzy podążyli do Ciebie ze swymi Biskupami i przedniejszymi w narodzie mężami, aby Ci złożyć hołd niezłomnej wierności, posłuszeństwa i przywiązania. W liście pasterskim, poświęconym tej sprawie, wspomniałem, że najgorętszem pragnieniem mojem jest, aby rychło do skutku przyszła pielgrzymka uczniów naszych szkół średnich do grobów Apostolskich.
Dzięki Najwyższemu, społeczeństwo nasze myśl tę przyjęło życzliwie, bo oto masz, Ojcze Święty, u stóp Twoich to, co nasz kraj i naród ma najdroższego — naszą młodzież. Tysiące innych uczniów, którzy mimo swe najgorętsze pragnienie przybyć nie mogli, towarzyszą szczęśliwym kolegom swoim w pielgrzymce do grobu Świętego Piotra myślą, sercem, duszą całą.
W początkach XIII-go wieku wojsko złożone z 50 tysięcy dzieci, z gorącą wiarą w sercu wybrało się na zdobycie Ziemi Świętej. Ci wszyscy, których tu widzisz u stóp Swoich, wybrali się na zdobycie Twego serca, Twego błogosławieństwa. Przyszli powiedzieć Ci, Ojcze Święty, że Chrystusa i Jego Matkę Najświętszą kochają nad wszystko, że uważają sobie za szczęście największe, iż są uczniami Jezusa Chrystusa, że Świętego Kościoła katolickiego nigdy się nie zaprą; owszem całem życiem swojem chcą sobie zasłużyć na miano zaszczytne, jakie papieże dali niegdyś ich ojcom, którzy przez wieki przelewali krew w obronie ojczyzny, Kościoła i cywilizacyi chrześcijańskiej. „Milites Christi" — chcą być nazwani.
Razem z nimi przybyła liczna drużyna dyrektorów i profesorów gimnazyalnych, aby wobec Ciebie, Namiestniku Chrystusa na ziemi, zaświadczyć, że wierni tradycyi narodowej, chcą powierzoną sobie młodzież wychować w bojaźni i miłości Bożej, przekonani, że naród wierzący i cnotliwy zginąć nie może.
Pobłogosław więc, Ojcze Święty, błagam na kolanach, tej gromadce wiernych synów Twoich, Polaków i Niemców z bukowińskiej części mej dyecezyi, pobłogosław Rusinom, którzy się do nas przyłączyli; pobłogosław całej młodzieży naszej i jej nauczycielom, sprawującym swój ciężki urząd z miłością, pobłogosław i mnie, najniegodniejszemu słudze Twemu, abyśmy co obiecujemy, wierności Bogu i Jego Kościołowi na ziemi, zawsze i całem życiem, dochowali.
*
Na te słowa Ojciec Święty dał taką miłościwą odpowiedź:
Wielkie niech ci będą dzięki, Czcigodny Bracie, który w wymownych słowach przedstawiając Nam ukochanych synów, sprawiłeś sercu Naszemu przyjemność i pociechę. Jeżeli bowiem zawsze i osobliwie droga Nam jest młodzież, to dostatecznie nie zdołamy wypowiedzieć, ile radości Nam sprawia widok młodzieży narodu polskiego, którego i przesławna pamięć czynów zawsze żyje i wielka miłość synowska względem tej Świętej Stolicy jest Nam dobrze znana. Młodzieńcy ci są po duchu braćmi owych, którzy, jak pięknie przypomniałeś, na początku wieku XIII uniesieni gorącym zapałem religijnym, w wielkiej liczbie wybrali się na bój do Syryi i Palestyny, by odzyskać miejsca, uczczone najświętszymi tajemnicami naszego Odkupienia i nawrócić nieprzyjaciół chrześcijaństwa do katolickiej prawdy. Ci tu obecni są synami owych ojców, którzy wśród przerażenia Europy ataki potężnych wrogów tarczą swoich piersi w sławnych bitwach pierwsi powstrzymywali: oni to religii i cywilizacyi najdzielniejszymi byli obrońcami i najwierniejsymi stróżami. Oto jest młodzież, która dzielną cnotą, wystrzegając się błędów wieku i przykładu złych ludzi, gorliwie dąży do chrześcijańskiej doskonałości, a niepoślednią jest jej troska służyć innym za przykład w tym celu, by wielu złączonych jednością szlachetnych dążeń w wspólnym z nią szeregu stanęło.
A nadto patrząc z radością na was, ukochani synowie, jako na nieodrodnych potomków dzielnych ojców, szczytne wasze zamiary w zupełności, jak się godzi popieramy, a nadto zachęcamy was, byście w waszych dążeniach tę sławę mieli na oku, której podstawą dochowanie wierności waszej względem Boga i Kościoła. Jeżeli na tej drodze niezruszenie staniecie, nie wątpimy, że światło waszego przykładu w wielkiej mierze przyczyni się do tego, że większość pociągnięta jego blaskiem, a zrażona smutnym stanem tych, którzy wpadli w sidła wieku, do waszego towarzystwa się przyłączy i zechce współzawodniczyć z waszą gorliwością w walce za dobrą sprawę.
Spodziewamy się zaś pomyślnego urzeczywistnienia tego wszystkiego, licząc na dobrą wolę waszą, zwłaszcza gdy wiemy, że wasi kierownicy i nauczyciele, których tu w wielkiej liczbie oglądamy, we wspólnem porozumieniu czynią, co mogą, abyście umocnili się w cnocie przez wykonywanie obowiązków wiary katolickiej i bogacili się dorobkiem duchowym, a tym sposobem rozwinęli i udoskonalili umysły wasze.
Dlatego wam, wybrana młodzieży i szanowni profesorowie, a przedewszystkiem Tobie, Czcigodny Bracie, wam, którzy wiedzeni szczególną miłością przybyliście do Nas, wdzięczność Naszą każdemu z osobna wyrażamy, a zarazem prosimy, abyście waszym ziomkom, których jako przywiązanych synów, w rzędzie najdroższych synów kładziemy, ojcowską Naszą życzliwość za powrotem do kraju chcieli oświadczyć: wam wszystkim, waszym rodzinom i całemu narodowi polskiemu jako zadatek niebieskich darów Błogosławieństwa Apostolskiego z głębi serca w Panu udzielamy.
Odpowiedź tę Ojciec święty całą sam własnoręcznie napisał. Prosiłem, aby nam ją dał, co też w niezmiernej swej dobroci uczynił. Przywiozłem ją jako relikwię do kraju. Potem Pius X. dopuścił jeszcze przewodników pielgrzymki i inne osoby do ucałowania ręki. Kilkakrotnie oświadczył, że bardzo jest rad tej pielgrzymce. Kiedy odchodził, zabierał z sobą serca pątników. Żegnaliśmy Go pieśnią: „Serdeczna Matko."
Z uznaniem podnieść należy, że uczniowie zachowywali się wogóle poczciwie i poważnie. Siostry Szarytki, które w hospicyum Św. Marty patrzyły codzień na ich zachowanie, oświadczyły mi kilkakrotnie, że budują się nimi.
Osm dni byli w Rzymie. Ufamy, że chwil tam przeżytych nigdy nie zapomną, a zwłaszcza tego serdecznego, ojcowskiego przyjęcia, jakie im zgotował Namiestnik Chrystusowy. Ufamy, że u grobu Męczenników, u trumny naszego Św. Stanisława Kostki, wyprosili sobie ducha męstwa chrześcijańskiego i że nim umocnieni, przejdą przez życie uczciwi, ofierni, kochający Pana Boga nadewszystko. W ten sposób cel pielgrzymki zupełnie będzie osiągnięty.
Wreszcie nadmieniam, że Ojciec Święty polecił mi na obu audyencyach prywatnych, których mi w łaskawości Swojej udzielił, abym serdeczną zawiózł od Niego podziękę kapłanom i świeckim, którzy świętopietrze przez moje ręce złożyli, a nadto ojcowskie, pełne miłości, dla całej archidyecezyi błogosławieństwo.
Niech Bóg dobry za wszystko będzie pochwalony.
---
XV.
W SPRAWIE KORONACYI OBRAZU MATKI BOŻEJ POCIESZENIA W KOŚCIELE OO. JEZUITÓW WE LWOWIE.
ODEZWA DO DUCHOWIEŃSTWA I WIERNYCH.
RZYM, Wielki Tydzień 1905.
Ukochani moi w Jezusie Chrystusie i w Najświętszej Pannie!
Ogłaszam Wam radość wielką. Oto wielkie szczęście spotkało naszą archidyecezyę, a waszego arcypasterza niezwykły zaszczyt i łaska Boża. W piątą niedzielę po Wielkiejnocy mam ukoronować publicznie i uroczyście złotemi koronami obraz Matki Bożej Pocieszenia w kościele XX. Jezuitów we Lwowie.
Pierwsza w Polsce koronacya Matki Najświętszej odbyła się 8. września 1717 r. na Jasnej Górze w Częstochowie. Korony ofiarowała Kapituła Watykańska. Napływ pobożnych nie tylko z Polski, ale z ościennych krajów tak był wielki, iż od dnia 5 do 16 września rozdano 148 300 Komunii św. w samym kościele jasnogórskim, nie licząc tych, którzy Ciało Pańskie przyjęli na cmentarzu i na rynku.
We Lwowie odbyły się już dwie koronacye Matki Bożej. I tak ukoronował w r. 1751 mój poprzednik na metropolii, śp. arcybiskup Mikołaj Wyżycki, obraz Matki Bożej, przechowywany w kościele OO. Dominikanów. W odezwie, wydanej do swojej dyecezyi, zaznaczył on, że sam Bóg w nieskończonem nad nami miłosierdziu sprawcą jest tego dnia radosnego. — *Haec erit dies, quam fecit Dominus.* Równocześnie wezwał wiernych, aby w dniu tym gorąco polecili się opiece Najświętszej Panienki. Ojczyzna nasza była jeszcze wolna. Też i uroczystość odbyła się z wielką okazałością. Hetman wielki koronny wydał ordynanse do wojska, aby 24 chorągwi: 12 husarskich, a 12 pancernych, regiment dragonii, regiment piechoty i inne jeszcze wojska tejże ceremonii asystowały. Po koronacyi przewieziono w tryumfie na bogatym tronie obraz Królowej nieba i ziemi do miasta. We wspaniałej procesyi brały udział wszystkie cechy z chorągwiami. Dalej wojska, każdy pułk ze swoją kapelą, z trębaczami i kotłami. Potem liczne duchowieństwo. Biskup udzielił błogosławieństwa obrazem na cztery strony świata.
W r. 1776, 12 maja, arcybiskup Hieronim Sierakowski za pozwoleniem Papieża ukoronował w obecności sześciu biskupów, koronami poświęconemi w Rzymie, drogi każdemu sercu polskiemu obraz Matki Bożej Łaskawej w naszej archikatedrze. Jest to ten sam wizerunek Najświętszej Panny, przed którym król Jan Kazimierz złożył uroczyste śluby w r. 1656, i ten sam, przed którym odnowiliśmy te śluby zeszłego roku na rynku lwowskim podczas Maryańskiego kongresu.
Jak bardzo ten obraz był czczony i jak licznych wierni przed nim doznawali dobrodziejstw, dowodziły bardzo liczne niegdyś przy nim zawieszone wota, a także słowa, które w roku 1768 wyrzekł kaznodzieja w naszej katedrze:
„Niechnoby się, wołał on, grobowe odemknęły kamienie w katedrze, na archikatedralnym cmentarzu, po wszystkich kościołach lwowskich, po kościołach całego województwa ruskiego, a tysiące wyznawałyby sercem i ustami i składałyby świadectwo o jawnych i skrytych cudach, jakich doznawali od Maryi w tym cudownym obrazie."
Teraz przyszła kolej na ukoronowanie Matki Bożej Pocieszenia w kościele XX. Jezuitów we Lwowie. I ten obraz ściśle łączy się z dziejami narodu. Przed nim modlił się król nasz Władysław IV. Tu Jan Kazimierz czerpał pomocy Maryi w rozlicznych niebezpieczeństwach ojczyzny. Tu Stefan Czarniecki dziękował za zwycięstwo nad Rakoczym. Tu Jan Sobieski prosił o pomoc w wyprawach na Turka. I o tem wspomnieć się godzi, że przed tym obrazem nuncyusz papieski Piotr Vidoni w r. 1656 po Mszy św. dodał na prośbę króla Jana Kazimierza przy końcu litanii do Najświętszej Panny trzy razy prośbę: „*Regina Regni Poloniae, ora pro nobis* — Królowo Korony Polskiej módl się — ach módl się za nami!"
Dzisiejszy Superior XX. Jezuitów we Lwowie, zebrawszy dowody, że Najświętsza Panna od kilku wieków w obrazie tym odbiera gorącą cześć i rozdaje rozliczne łaski, przedstawił mi prośbę, abym go upoważnił do wystarania się w Rzymie o pozwolenie na uroczyste ukoronowanie. Całą duszą do jego życzenia się przychyliłem, wierząc, że Bóg, który kubka wody podanego biednemu w imię Jego Syna nie pozostawia bez zapłaty, nie zapomni nam też tego nowego, największego dowodu publicznej czci, okazanej Najświętszej Matce.
Prośbę XX. Jezuitów wystosowaną do Najprzewielebniejszej Kapituły Watykańskiej w Rzymie, której przysługuje prawo pozwalania na uroczyste koronacye, podpisali biskupi, liczni dostojnicy i czciciele Maryi w naszym kraju. Pozwolenie nadeszło. Koronacyę oznaczyłem w porozumieniu z Najprzewielebniejszymi XX. Biskupami na dzień 28 maja br. Akt koronacyi wyprzedzi misya w kościele XX. Jezuitów, która ma serca nasze oczyścić i przygotować do godnego uczestniczenia w tym świętym obrzędzie.
Ukochani moi! Mimo najlepsze chęci nie wszyscy będziecie mogli osobiście być obecni przy tej koronacyi. A ja tak bardzo pragnę, aby cała archidyecezya moja zawsze była jak najściślej złączona ze swoim arcypasterzem. Sercem więc, duszą całą zjednoczcie się ze mną w chwili koronacyi! W ten sposób starsi i dzieci, kapłani i lud wierny, wszyscy razem ukoronujemy Matuchne Bożą. Na znak zaś tej jednoumyślności ubierzcie, uwieńczcie w dniu tym wieńcami z kwiatów obrazy, ołtarze, figury Matki Bożej w kościołach i kaplicach, w domach i na polach waszych.
Już widzę, jak wam ta moja myśl trafia do duszy, jak dziewczęta i dzieci szkolne, jak matki i ojcowie rodzin krzątać się poczynają, aby jak najpiękniej przystroić obraz Bogarodzicy-Dziewicy. Wszak i bez mojej zachęty już nieraz ofiarowaliście Matce Bożej z modlitwą dziękczynną wieniec z rozchodnika, koronę z bławatów, bukiet z kwiatów polnych. I gdybym się was wtenczas był zapytał, za co to Najświętszej Panience kładziecie na święte skronie te korony z kwiatów, z pewnością byłbym otrzymał podobną odpowiedź, jaką dała pobożna kobieta wiejska z pod Krakowa: „Jest to na podziękowanie za wszystko Najświętszej Panience — za wszystko." O, bo rzeczywiście wszyscy wielką, bardzo wielką winniśmy Najświętszej Pannie wdzięczność! Nie zapominajcie jednak równocześnie złożyć u stóp Bogarodzicy serc czystych, bo bez nich i złote korony nie mają u Niej wartości.
Jeszcze jedno. Kto kocha Najświętszą Pannę, ten stara się poznać i pełnić zawsze wolę Jej Syna. Powtarza Ona do każdego z nas wciąż słowa, które niegdyś wyrzekła do sług na godach w Kanie galilejskiej: „Cokolwiek wam Syn mój rzecze, czyńcie" (Św. Jan 2, 5). Święta wola Boża zapisana jest w katechizmie. A więc, proszę znowu, abyśmy wszyscy, kapłani i świeccy, mężczyźni i niewiasty uczyli dzieci, sługi, katechizmu, wyszukując pilnie te, których nikt nie uczy, które i najniezbędniejszych do zbawienia prawd i przykazań Bożych nie znają.
To uczenie katechizmu z miłości ku Maryi, dalej częste odwiedzanie Najświętszego Sakramentu, aby się nauczyć naśladować na żywym przykładzie cnoty Pana Jezusa, będzie najmilszą i najdroższą dla Najświętszej Panny koroną, jaką jej człowiek tu na ziemi złożyć może!
Wreszcie jeszcze prośba. Módlmy się wszyscy, żeby Pan Bóg dał nam nie długo czekać na nową łaskę, abyśmy mianowicie wkrótce mogli uroczyście ukoronować Najśw. Pannę w cudami słynącym Jej obrazie w Kochawinie.
Pisałem w Rzymie, skąd Wam też przesyłam arcypasterskie błogosławieństwo w Wielkim Tygodniu r. 1905.
---
XVI.
O POTRZEBIE OFIARNOŚCI.
LIST PASTERSKI DO DUCHOWIEŃSTWA I WIERNYCH.
LWÓW, 2-go lutego 1906.
*„Wyniszczył samego siebie, przyjąwszy postać sługi... Sam się poniżył, stawszy się posłusznym aż do śmierci."* — List do Filipian 2, 7.
Nadszedł czas Wielkiego Postu, a z nim sposobność odezwania się znowu do drogiego ludu mojego. Wiem, że wielu z Was czeka na to orędzie, bo podobnie jak dawniej, tak i teraz odbieram prośby, abym Was w tych ciężkich czasach pocieszył, pokrzepił na duchu, a nawet wziął w obronę. Czem Was, ukochani moi, najlepiej pocieszę i pouczę? Oto skieruję Wasz wzrok i serce na osobę naszego Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. Z Jego życia, ran i śmierci wyczytamy wszyscy naukę i weźmiemy lekarstwo na zło chwili obecnej. Albowiem w Jezusie nagromadzone są wszystkie skarby miłości i dobroci Bożej, w Nim złożona cała mądrość i zdrowie, tak duszne jak cielesne, ludzkości całej.
**I.** **Wyniszczenie się Jezusowe.**
Kiedy patrzę na Zbawiciela, to widzę, że wyzuł się z wszystkiego, co według zapatrywań ludzkich, życie ziemskie umila, a chociażby znośnem czyni. Matki nie poszukał pomiędzy temi, co stroją się w jedwabie i w dyademy; wybrał najuboższą, a opiekunem swoim uczynił rzemieślnika. Rodzi się w stajence jeszcze biedniejszej od tych chat wiejskich, w których ludzie mieszkają razem z bydełkiem. A tak słabem jest dziecięciem, że bez cudu w żłóbku nawet uklęknąć nie może przed swoim Ojcem niebieskim, ani o własnej sile złożyć rąk do modlitwy.
Młodość całą przepędza na ciężkiej pracy w warsztacie rzemieślniczym. W czasie swego trzechletniego publicznego nauczania żyje z jałmużny, nie posiada roli, ani dachu własnego nad głową, tak, iż słusznie może powiedzieć: „Liszki mają jamy, ptacy niebiescy gniazda, a Syn Człowieczy nie ma gdzie skłonić głowy" (Mat. 8, 20). W chwili śmierci tak jest ubogim, że nawet sukni nie ma na sobie. Została Mu tylko matka; i tę oddał ludzkości, aby już niczego nie nazywał swoją własnością. Nagi przyszedł na świat, nagi schodzi z tej ziemi. Nawet pogrzebu niema za co sprawić... chowają Go w grobie cudzym. Słowem, On, Bóg, nie tylko nie obrał i nie chciał dostatków, aby żyć odpowiednio do Swojego stanu i godności, ale cierpiał nieraz niedostatek i brak rzeczy najniezbędniejszych. Żywiciel wszystkiego, co żyje na ziemi i niebie, od lilii polnej i robaczka aż do aniołów, jadał nieraz suchy chleb, skropiony łzami, a czasem i tego chleba powszedniego Mu brakowało.
Ale nie tylko z bogactw i wygód Chrystus się wyzuł; zakosztował też tyle upokorzenia od tych, którym dobrze czynił, ile nikt z ludzi nie zaznał. Od pierwszej chwili poczęcia Swego miał ciągle przed oczyma śmierć najhaniebniejszą, która Go czekała. Sędzia świata był sądzony przez Swoje stworzenie i niewinny, znalezion winnym. Ogłoszono Go bezbożnikiem i wspólnikiem szatana, ubrano w suknię obłąkańca, wiązano do słupa, plwano Mu w twarz, koronowano cierniem, wkońcu ukrzyżowano między dwoma zbrodniarzami, jakoby największego zbrodniarza. I podczas gdy zwyczajnym skazańcom po odczytaniu wyroku śmierci ludzie już nie żałują jadła ani napoju, Chrystusowi, choć prosił, nie podano nawet kubka zimnej wody, jeno ocet, żółć i mirrę. Na tem nie koniec upokorzeń Jezusowych. „Pan włożył nań nieprawość wszystkich nas" (Izaj. 53, 6), tak, że przedstawiał się w postaci największego i jedynego grzesznika. W Ogrojcu chylił się do ziemi przed Ojcem niebieskim, jakoby drugi Jakób przed Izaakiem. Głos był Jakóba, ale wygląd, skóra koźlęca była Ezawowa. Pod tem okryciem naszych grzechów zniknął nowy Jakób... i Ojciec niebieski widział w nim tylko Ezawa, tj. człowieka bardzo grzesznego i jakby odwrócił swoje oblicze od Jezusa. W czasie krzyżowania, kiedy Go ziemia odrzuciła, także niebo nad Nim się zamknęło, iż wołał w śmiertelnej trwodze i zasmuceniu: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?" (Mat. 27, 46). Najdrożsi moi, powiedzcie teraz: *„czy jest na ziemi boleść, jako boleść Jego? Od stopy nogi aż do wierzchu głowy nie było nic w Nim zdrowia, jeno jedna rana i siność"* (Izaj. 1, 6). *„Robak, a nie człowiek, pośmiewisko ludzkie i wzgarda pospólstwa"*, powiada o Nim psalmista (Psalm. 21, 7). Św. Paweł streszcza to umartwione życie Chrystusa w słowach: *„Wyniszczył samego siebie, przyjąwszy postać sługi. Sam się poniżył, stawszy się posłusznym aż do śmierci krzyżowej"* (List do Filip. 2, 7).
Zdawało się, że większe unicestwienie się Jezusowe już było niemożliwem. Tymczasem w Eucharystyi prawie jeszcze uboższy, jeszcze więcej jest starty, niż w czasie swego publicznego nauczania, a nawet więcej, niż na krzyżu. Prawda, że budujemy Mu wspaniałe kościoły, ołtarze strojemy w złoto, przed tabernakulum stawiamy liczne światła, a przynajmniej lampkę wieczną; wszystko to prawda, ale jednak właściwem Jego mieszkaniem i okryciem, które chce zachować do końca wieków, — są nikłe i ubogie postacie chleba i wina. A ten chleb i wino mszalne znowu otrzymuje z jałmużny. W Ogrojcu słychać było przynajmniej jęki Jego duszy ludzkiej; w Eucharystyi wieczna cisza, jakby ciągła śmierć. Rozdaje z ołtarza łaski odkupienia, a ukrywa ręce, co je dają, i serce, które je rozdziela. Przez wcielenie stał się stworzeniem rozumnem; tu w Eucharystyi zstąpił prawie niżej ostatniego swojego stworzenia, bo staje się jakby rzeczą, pokarmem, aby być co dzień zniszczonym, pozbawionym swojego życia sakramentalnego.
Ukochani moi, powiedzcie znowu: *„czy może być jeszcze takie wzgardniejsze wytrzebowanie, jako jest wyniszczenie Jezusa w Najśw. Sakramencie?"* Apostoł powiada, że Bóg jest miłością, ja dodam, że Jezus w Najśw. Sakramencie jest miłością wyniszczoną do ostatnich granic.
A na co to wszystko? Na co to wielkie ubóstwo Jezusowe, na co wszystkie ofiary całego życia? Czemu dla Siebie obrał tylko złe, a dla drugich przeznaczył dobre, czemu przyszedł tylko służyć, a nie, aby Mu służono?
Otóż wszystko wycierpiał Chrystus, co boli, aby w ten sposób dokonać ekspiacyi socyalnej, czyli powszechnego zadośćuczynienia za grzechy świata. W jednym zawiniliśmy wszyscy, w jednym i przez jednego spłaciliśmy Bogu nasz dług na krzyżu. Ależ na to wystarczyła jedna kropla krwi Chrystusowej! Czemużto tedy obrał ten długi łańcuch upokorzeń i ciągłej, ofiarnej służby dla ludzkości w Eucharystyi aż do końca wieków? Bo chciał też, nie tylko Swoją nauką, ale więcej jeszcze przykładem Swojego dla drugich unicestwonego życia wskazać, jak ludziom zabierać się do naprawy rozpaczliwych stosunków społecznych i do stworzenia takiego ustroju, „aby każdy — jak powiada Skarga — był na swem wesoł."
Jakto? jestże sposób, aby ludzie serdecznie, jak bracia zbliżyli się do siebie, wiedli życie prawidłowe i szczęśliwe i nastał nareszcie pokój na ziemi, którego wszyscy tak pragną?
Nie będę rozwodziłem się o wszystkich zagadnieniach, jakie kwestya socyalna z sobą niesie. Poruszyłem je już przed dwoma laty w osobnym liście pasterskim. Dziś dotknę tylko kilku szczegółów, które mi pamięć na wyniszczone życie Jezusowe i wzgląd na obecne stosunki, a zwłaszcza na zwiększoną waśń stanów i narodowości w naszym kraju nasuwają.
**II.** **Jak leczyć dzisiejsze zło społeczne?**
Jeszcze do niedawna wielu przedstawicieli nauki świeckiej obiecywało, że oświata zbuduje most, który w zgodzie zbliży do siebie wyższe i niższe stany, bogatszych i ubogich. Dziś tych bezwzględnych chwalców coraz mniej. Kto bowiem ma oczy ku patrzeniu, wie, że nauka i wynalazki zapewniają człowiekowi panowanie nad przyrodą martwą, pomagają mu kruszyć skały, rozbijać bryły żelaza, ale serca ludzkiego same nie zdolne zmiękczyć, ani znieprawionych sumień naprostować. Coraz mniej dziś takich, którzby nie umieli czytać i pisać, a mimo to coraz więcej szpitali i więzień.
Inni sądzą, że dość zmienić prawa i dość wypracować nowe ustawy, dostrojone do zmienionych warunków bytu społecznego, a już i dzisiejsze smutne stosunki odmienią się na lepsze. Ale kto ma te lepsze ustawy uchwalać i kto, co jeszcze prawie ważniejsze, czuwać, aby w praktyce były ściśle stosowane i wykonywane?
Inaczej socyaliści chcą rozwiązać kwestyę społeczną. Żadna naprawa, wołają oni, nic nie warta. Trzeba wszystko, co dziś jest, zburzyć, zaorać pługiem, aby i znak po dzisiejszych czasach nie pozostał. I dali już w Królestwie Polskiem dowody, że umieją burzyć. Zepsuli obyczaje tysięcy robotników i włościan polskich. Zrujnowali na długie lata handel w miastach; sprowadzili bankructwa wielkich i małych przedsiębiorstw przemysłowych; rozlali krew bratną; tysiące rodzin doprowadzili do ostatniej nędzy i rozpaczy. I podczas gdy lepsza część narodu nad tem boleje, oni się prawie cieszą spustoszeniem. Niech cierpią robotnicy, niech będą głodni, miał niedawno powiedzieć jeden z tamtejszych przywódców socyalistycznych, bo im głodniejsi, tem też będą wścieklejsi i tem łatwiej dadzą się poprowadzić na barykady. Podburzyli też miejscami ludność wiejską przeciw dworom, obiecując nowy podział pól i lasów. Podział pól i lasów nie przyszedł, ale przyszedł na chłopów głód i kryminał, podczas gdy burzyciele socyaliści zdrowi ze wsi uciekli. Kainowie to więc, a nie ludzie!
Z największą boleścią piszę znowu te słowa, bo każdego socyalistę jak brata kocham i pragnę dla niego nie tylko nieba, ale też obfitszego chleba. Ale widząc zgubną robotę socyalistów, widząc, że zakradają się wciąż, jak wilki, z jadem nienawiści do rodzin robotniczych i chat wiejskich, nie mogę milczeć. Pan Bóg rzuciłby mi w dzień sądu w oczy oskarżenie i wyrok: „Postawiłem cię wyżej, abyś głosem donośnym ostrzegał Mój lud przed trucicielami, a tyś milczał — bądź potępiony!"
Burzyć więc, a nawet mordować własnych braci, jeśli ci chcą być dobrymi katolikami i Polakami, umieją socyaliści. Ale lepszej przyszłości nam nie zbudują!
Jednak w tem socyaliści mają słuszność, że mianowicie żadne półśrodki nie uzdrowią dzisiejszych zawiści i waśni społecznych, jak człowieka, który nosi w sobie krew zepsutą, żadne nie uzdrowią plastry. Dobry ogrodnik, gdy widzi, że drzewo karleć i schnąć zaczyna, nie zadowala się skrobaniem jego ran i kory; bada on jego grunt, a gdy go znajdzie mokrym, nieprzepuszczalnym, zimnym, rozrzuci go i nie pierwej spocznie, aż go osuszy, wygrzeje i doprowadzi ciepło słońca aż do chorych korzeni.
Dzisiejszego społeczeństwa cały organizm jest zepsuty, a myślenie i serce jest chore. Kuracya musi więc być radykalna. Chore zaś jest społeczeństwo z egoizmu, z wielkiego zimna moralnego. Prawie każdy radby jak najwięcej używać, a jak najmniej się namozolić. *Samolubstwo jest głównym zarazkiem społeczeństwa. A na nie jest tylko jedno lekarstwo, to jest: szczepienie wielkiej, czynnej, ofiarnej miłości bliźniego. Na miłowanie niema jednak ludzkiego siłowania. Żadna ustawa świecka go nie wymusi. Miłość musi być dobrowolna. Takiej zaś dobrowolnej miłości, któraby stopiła lód samolubstwa, nikt w duszach nie zdolen rozniécić, jeno Jezus Chrystus i Jego Święta Wiara.*
W Ewangelii mieści się całe morze światła, w niej wzór, jak widzieliśmy, najofiarniejszej miłości Boga i bliźniego, w niej jednej najskuteczniejsze pobudki dla człowieka, aby miarkowal się w mnożeniu bogactw i w zarobkowaniu ograniczał się przez wzgląd na drugich ludzi, żeby i oni mogli jeść i wieść z rodziną żywot godny człowieka.
*Ierusalem, Ierusalem, convertere ad Dominum Deum tuum!* Jerozolimo, Jerozolimo, narodzie mój serdeczny, jeszcze nic nie stracone, jeno nawróć się całą duszą do Chrystusa Boga i najlepszego Przyjaciela twojego. On jak był największym Odnowicielem świata, tak też sam jedynym jest Ojcem lepszej przyszłości. Trzeba tylko czynami zasady Ewangelii przepisać w życie jednostek, rodzin, narodów, ludzkości. Na jej zasadach mogą i powinni uczeni wypracować w pocie czoła najbardziej postępową socyologię i program ekonomiczny i polityczny taki, który na prawdę w pokoju zbliży do siebie stany i narody, uczyni z nich jedną rodzinę Bożą.
Kto więc ma się przejąć do gruntu duchem Chrystusowym, kto uzdrowić swoje myślenie i wolę, kto ma się ograniczyć i nieść ofiary dla bliźnich i dobra powszechnego?
Zaczynam od nas kapłanów, bo jeśli kto, to w pierwszym rzędzie my kapłani mamy odtworzyć w sobie wyniszczone z miłości ku ludziom życie Zbawiciela, „zawsze, jak chce Apostoł, umartwienie Jezusa z sobą nosząc w ciele naszem, aby i żywot Jezusów w naszych ciałach był okazany" (2. list do Koryntyan 4, 10).
Wspólnym ojcem wszystkich parafian winien być kapłan, tak ubogich, jak bogatych. Zbawienie wieczne i szczęście także doczesne jego ludu ma być jedynem jego szczęściem; smutek ludu jego własnym smutkiem. Miłosiernym ma być i aniołem pokoju dla wszystkich; jest on bowiem, jak powiada pięknie Św. Ambroży, spadkobiercą, a temsamem krzewicielem miłości Chrystusowej — *vicarius amoris Christi*. Temsamen żadne słowo nienawiści ani do ludzi innego stronnictwa, ani innej narodowości nigdy nie powinno postać na jego ustach. Ma kapłan niezaprzeczone prawo brać udział w życiu obywatelskiem i tego prawa nikt nie może mu odebrać. Święty Paweł głośno zaznaczył, że nie wyrzeka się tego prawa i wołał: „*civis romanus sum!* — obywatelem jestem!" Jednak kapłan powinien tylko wyjątkowo zajmować się polityką, bo inaczej niekiedy dzieje się, że poszli w służbę jakiejś partyi, podczas gdy oni mają zawsze iść przed stronnictwami, aby żadnego parafianina nie zrazić i wszystkich posiądać zaufanie. Sąd miarodajny o tem, czy i kiedy godzi się kapłanowi wziąć udział w akcyi politycznej i wpływać na jej bieg, nie stronnictwa polityczne wydają, lecz sumienie własne duszpasterza, oświecone światłem Ewangelii i wskazówki władzy duchownej. Pierwszym i nagłówniejszym obowiązkiem kapłana jest pilnowanie ambony, konfesyonału, nieopuszczanie ani jednej godziny w szkole, odwiedzanie chorych i sierot, potem zakładanie czytelni, kas reifeisenowskich, wszelkiego rodzaju stowarzyszeń robotniczych. Najlepsza zaś i najskuteczniejsza polityka kapłańska jest wielka troska i staranie o takie ludzi świeckich wychowanie, żeby oni wszędzie, we wsi i w powiecie, w sejmie i parlamencie prowadzili politykę Bożą, sprawiedliwą dla wszystkich. Jeśli kapłan tego dopiął, to się najlepiej przysłużył Kościołowi, ludowi i wszystkim stanom.
Dalej ludzie bogatsi i świeccy wszystkich warstw oświeceńszych w narodzie powinni być nie tylko sprawiedliwi dla swoich podwładnych, sług, robotników, ale takżę ofierni, niekiedy prawie aż do wyniszczenia się dla sprawy publicznej. W dawnej Grecyi warstwy te oświeceńsze nauczono się nazywać stanami lepszymi — *kaloi k'agathoi*. Oby one u nas zawsze i wszędzie w całej prawdzie zasługiwały na to miano! Lepszym zaś i prawdziwie wielkim jest tylko ten, kto ze wzrokiem utkwionym w Boga zajmuje się rzeczami wielkiemi. Małym zaś, bardzo małym jest każdy, kto goni za przyjemnościami ziemskiemi, komu do szczęścia wystarczają kasyno, karty, teatr, szampan, jeśli nie rzeczy wstretniejsze. Małym jest, kto w chwili wielkich wstrząśnięć społecznych, jak ślimak zaskorupił się w swem samolubstwie, kto kurczy miłość jedynie do swoich dzieci, a nieraz do sztuk złota, obligacyi, pałaców, — bo dzieci nie ma. „Kto duszy swej używać nie umie, temu jej szkoda", powiada dawny pisarz polityczny polski. Dodam, kto majątku swego na sprawy publiczne użyć nie umie, temu także go szkoda. Idyotycznie tacy ludzie nieraz są spokojni, zdawszy całą troskę o bezpieczeństwo ziem swoich i kas na rząd, na wojsko, na policye. Nie wiedzą, czy nie chcą wiedzieć, że poza ich plecami służba, robotnicy z partyi wywrotowej już przeznaczyli ich pałace na swoje fabryki, już się podzielili ich gruntami. Gorsi tacy ludzie prawie od socyalistów, bo skąpstwem swem rodzą socyalistów tysiące. Powinni być najpożyteczniejszymi w ojczyznie, bo najwięcej od niej wzięli, a tymczasem oni żadnego nie mają poczucia obowiązku wobec swojego narodu. Słusznie autorka cennej rozprawy „O miłości Ojczyzny" zwie ich „naturami potwornem", „członkami martwymi" na ciele ojczyzny, bo mniej w ich sercach patryotyzmu, niż nawet u szlachetniejszych z pogan. W czasie wielkiego niebezpieczeństwa i potrzeby publicznej senatorowie rzymscy sami, dobrowolnie nałożyli na siebie większe podatki, aby zdjąć ciężar z ludu i uzasadnili ten swój krok uwagą, że biedni składają dostateczną daninę dla rzeczypospolitej już przez to, że żywią swoje dzieci. Gdyby nasi bogatsi katolicy wszystkich stanów poszli za tym przykładem, gdyby złożyli milion koron na cele społeczne, a potem co roku każdy stale mniejsze kwoty, to kwestya socyalna odrazu u nas poszłaby chrześcijańskiemi tory. Nie ma dziś prawie potrzebniejszych zapisów i fundacyj nad fundacye na cele katolickiej organizacyi i akcyi społecznej. Czego Bóg od każdego z nas żąda i do czego wola — powiada znowu pięknie wspomniana szlachetna autorka — to najlepiej ocenić można z tego, co dał, bo też z tego jedynie, co daje, rachunku żądać będzie. A nie powinna żadna ofiara, choćby największa, przyjść nam trudno, jeśli zważymy, że Jezus wylał za nas ostatnią kroplę krwi i że to On wyciąga do nas rękę po złoto, srebro, grosze i inne ustępstwa na rzecz biednych i ekonomicznie słabszych.
Ale dość już o tych biednych bogatych. Najbiedniejszym jest bowiem, kto Boga niema przyjacielem, „kto nie umie czynić sobie przyjaciół z mammony niesprawiedliwości" (Łuk. 16, 9), „ani skarbiąc sobie gruntu dobrego na potem, aby dostąpić żywota wiecznego" (I. Tymot. 6, 7). Nie wystarczy pocieszać się myślą, że choć samolub za życia daleko jest od Chrystusa, to jednak w chwili śmierci wszystko może naprawić przyjęciem ostatnich Sakramentów i jaką fundacyą za swoją duszę. Chrześcijaństwo to nie czcza formalistyka. Istota jego polega na ciągłem czynieniu dobrze bliźnim dla miłości Boga i na zaparciu się siebie samego. Do spowiedzi i Ostatniego Olejem św. namaszczenia potrzebna jest skrucha nadprzyrodzona, a tę Pan Bóg daje zazwyczaj tylko tym, którzy życiem swojem ofiarnem łączyli się stale z ofiarą Chrystusa na krzyżu i we Mszy Świętej i zasłużyli sobie na nią poświęceniem się dla drugich.
Dzięki Bogu są jednak jeszcze u nas mężowie i niewiasty, którzy nie zapoznawają znaków czasu i naukę z nich biorąc, „nie pokładają całej nadziei w niepewności bogactw..., dobrze czynią, w dobre uczynki się bogacą, łacno dają" (I. Tym. 6, 7), nie tylko to, do czego obowiązani na podstawie ścisłej sprawiedliwości, ale dobrowolnie prawie wyniszczając się na wspomnienie potrzeb Kościoła, ojczyzny. Mądrze oni rozumują, że mała dla człowieka pociecha, jeśli pójdzie do piekła, wprawdzie nie za naruszanie ścisłej sprawiedliwości, lecz za to tylko, że uchylał się od obowiązków miłości bratniej.
Kilka tygodni temu, emerytowany profesor gimnazualny z zachodniej Galicyi, przysłał do mojego Konsystorza już po raz wtóry kilka tysięcy koron na budowę kaplic w archidyecezyi. Całe życie odmawiał sobie wszystkiego. Dziś jest starcem, prawie ciemnym. Miałby prawo do jakich wygód przynajmniej przed śmiercią. Tymczasem u niego nadewszystko zasada: *salus reipublicae suprema lex esto!* Z miłości ku Bogu i swoim braciom prawdziwie on wyniszcza się z wszystkiego, co zebrał ciężką pracą życia.
Gdzie indziej obywatel ziemski zapytał swego ojca duchownego: co myśli o człowieku bogatym, który nie jest przywiązany do swego majątku i co roku daje na dzieła dobre... trzy czwarte swoich dochodów? Lęka się on mianowicie czasami, czy nie daje za mało? Na to odpowiedział kapłan: po raz pierwszy w życiu spotykam się z takiem zapytaniem. Powiedz temu wielkiemu chrześcijaninowi, że może być calkiem spokojny. Wkładki jego aniołowie zapisują w wielkiej księdze żywota wiecznego, gdzie nigdy niema zniżki stopy procentowej. — Prawda, że ten człowiek nie miał dzieci.
Słysząc to, niejeden ojciec liczniejszej rodziny pomyśli: — Ja tego przykładu naśladować nie mogę, bobym dzieci skrzywdził. Ależ, dobry ojcze, nie rządź się skrupułami wtedy, gdy hojne czyniąc ofiary, polecasz najskuteczniej dziatwę twą Bogu i w Nim zyskujesz najlepszego dla nich opiekuna. Ustawy świeckie, dawniejsze i najnowsze, słuchając głosu rozumu, a nie ślepego uczucia, pokrzywdzenia dzieci nie widzą wtedy, gdy im rodzice przekażą chociażby tylko połowę majątku (legitymę). Nie krzywdzisz dzieci, jeśli je wychowasz na silne charaktery i od lat wczesnych wdrożysz do wytrwałej pracy. Zapobiegliwością swoją zdwojają odziedziczony majątek i zachowają go, bo włożywszy weń pracę swoją, nauczą się go cenić. Gdyby zaś, czego nie daj Boże, synowie twoi wyrośli na próżniaków i trwonicieli, to i największy spadek nie uchroni ich od zubożenia, a tylko powiększy ich odpowiedzialność przed Bogiem i społeczeństwem.
---
Ale nie tylko warstwy bogatsze i więcej oświecone mają się ograniczać w swym bycie, prawach, przywilejach i używaniu mienia. Chrystus Pan przykazał to wszystkim, także rzemieślnikom, robotnikom, włościanom. I oni mają obowiązki sprawiedliwości i miłości bliźniego.
Z czego mam się ograniczać i na czem jeszcze uszczuplać moje prawa i potrzeby, odpowiadacie, kiedy nie mam nic, a przynajmniej nie wiele?
Wiem ja, mój Bracie rękodzielniku, włościaninie, robotniku, że u niejednego z was wielki post trwa prawie cały rok, że nieraz i czarnego chleba niema w waszym domu, że niejeden niema czem zapłacić nawet kąta, w którym tuli się w izbie obok innej, cudzej rodziny. A jednak i wy się musicie ograniczać. Nie moje to przykazanie, ale Chrystusa, który do bogatych i biednych powiedział: „kto chce być moim uczniem, niech zaprze sam siebie."
Masz prawo, aby twoją pracę sprawiedliwie wynagradzano, ale z drugiej strony masz znowu obowiązek wykonać tę pracę sumiennie i dobrze i dotrzymać warunków dobrowolnie i sprawiedliwie zawartej umowy. Wolno ci zawsze dochodzić swej istotnej krzywdy, bylebyś się posługiwał środkami obrony prawnymi. Nigdy nie słyszałeś, aby Kościół święty i ja, ostatni Jego sługa, bronił kiedy niesłusznych czyichś przywilejów, a tem mniej grzechów o pomstę wołających, wyrządzanych czasami włościanom, robotnikom, szwaczkom, sługom, terminatorom! Ale i tobie nikogo krzywdzić nie wolno i przykazanie Boże „nie kradnij" — „nie pożądaj domu bliźniego twego, ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy, która jego jest" — obowiązywać będzie do końca świata, na zawsze. Wiem ja, że wśród was krążą fałszywi prorocy, ochrzczeni i nieochrzczeni, i namawiają was do rozbojów i grabieży, nakłaniają służbę dworską do porzucenia pracy, szerzą i u nas baśnie, że z wiosną cesarz nakaże nowy podział gruntów i lasów dworskich. Gdyby to prawda była i gdyby tak mogło się stać bez niesprawiedliwości, jabym pierwszy wołał do was: „Ludu, gotuj więcej pługów, bron, wozów, bo niezadługo za darmo drugie tyle każdy dostanie ziemi, ile ma teraz." Wszystko to jednak kłamstwa. Oszuści chcą wam sumienie wyrwać z piersi, a nadto chcą was, jak to uczynili w Królestwie Polskiem, poprowadzić na bagnety żołnierzy, zapełnić wami kryminały. Sami uciekną w chwili niebezpieczeństwa i powiedzą, żeście jeszcze bardzo „głupi", kiedy ich kłamstwom daliście wiarę.
Posłuchajcie co temu kilka tygodni zrobili chłopi polscy pod rządem rosyjskim. Kiedy w ich wsi socyaliści i inne włóczęgi pobuntowali służbę folwarczną przeciw dworowi tak, że ta porzuciła pracę, gospodarze wiejscy całą noc strzegli dworu przed rabusiami, socyalistów wypędzili, a potem sami dobrowolnie karmili inwentarz pański i zagrożili służbie, że jeśli nie wróci do pracy, to ją wypędzą, a sami z dziećmi swojemi zamiast niej pracować będą.
Jest mnostwo rzeczy, w których trzeba się ograniczyć, odmówić sobie niejednego, słowem zaprzeć się siebie. Miliony i miliony pieniędzy idzie co roku na wszelkiego rodzaju trunki przy ucztach, chrzcinach, weselach. Nie tylko panowie czasem mówią niemądrze: Zastaw się, a postaw się. Powtarzają to też mieszczanie, robotnicy, włościanie. Otóż trunki palone należy wypędzić ze wsi i domów, a przynajmniej używać ich tylko wyjątkowo i jak najmniej. Mniej szkody materyalnej, a zwłaszcza moralnej by było, gdybyśmy co roku to złoto i srebro, które idzie na trunki, czy one się zwią szampanem, czy prostą wódką, wrzucili w wodę.
Dalej należy unikać zbytków w odzeniu i nie porzucać swojego stroju włościańskiego. Mówię o tem dlatego, bo podczas mojego objazdu dyecezyi z żalem widzę, jak to wielu młodzieńców i dziewcząt, co choćby raz pojechali na robotę za granicę, stroi się potem w obce galganki.
Znam dużo przykładów, gdzie mieszczanie i lud wiejski bardzo hojny jest na sprawę Bożą. Są włościanie i wdowy w naszej dyecezyi, znam ich po imieniu, co nieomal cały swój majątek, a przynajmniej wielką jego część dali na wybudowanie kościółka, na utworzenie stacyi duszpasterskiej, lub ochronki we wsi. Ale słyszę też o majętnych włościanach, którzy miasto serca kamień mają w piersiach. Nieużyci, niemiłosierni, tylko o sobie myślą i o tem, żeby im tylko dobrze było. Niech i oni pamiętają, że jak żaden sknera pan we dworze, żaden bankier, urzędnik czy kapłan skąpiec, tak i żaden chłop i mieszczanin samolub nie wniidzie do Królestwa niebieskiego. Równa u Pana Boga miara dla wszystkich.
---
Mówiłem wam już, Ukochani moi, jak się macie zachować wobec różnych fałszywych proroków, którzy prawią wam kazania o podziale gruntów, lasów, pastwisk. Pewnie teraz jesteście ciekawi, co też wasz arcypasterz myśli o wyborach, z kim trzyma, czy i w tej sprawie każe wam się ograniczać w żądaniach i zaprzeć siebie samych?
Otóż powiem wam, że zdania żadnego w tej mierze ani wam nie podsuwam, ani, tem mniej, nie narzucam. Wy sami po dojrzałej rozważce wytwórzcie sobie sąd o potrzebie i korzyściach powszechnego czy ograniczonego prawa wyborczego. Osobiście pragnę, aby oświata chrześcijańska i sumienność stały się powszechnym udziałem ludzi tak, iżby po stronie, gdzie większość stanie, zawsze była prawda i sprawiedliwość. W tem cała rzecz, aby wyborcy zaufaniem swem obdarzali tylko kandydatów rozumnych, zacnych i całem sercem oddanych sprawom Bożym i ojczystym. Jeśli to nastąpi, jeśli sejmy i parlamenty tak się ukształtują, że wszystkim obywatelom i każdemu stanowi zapewniona będzie sprawiedliwość, to mniejsza o to, na jakich zasadach oprze się przyszłe prawo wyborcze.
Że i powszechne wybory nie zawsze przynoszą polepszenie stosunków społecznych, to widzicie na Francyi, gdzie już są powszechne, bezpośrednie, tajne i równe wybory. Tam one przyniosły ludowi katolickiemu największe szkody. Chłopi bowiem, gdy wybory nadeszły, nie poszli głosować. Szkoda nam czasu, mówili. Nie żałowali jednak czasu socyaliści i ci, co nie chcąc uczciwie pracować, z namiętności ludzkich zyski ciągną. Oni jak jeden mąż stanęli do głosowania i wybrali swoich ludzi bez Boga. I cóż się stało? Wybrani przez powszechne wybory socyaliści i gorsi od nich farmazoni wyrzucili ze szkół i ze sądów krzyż, dzieciom nawet pacierza nie pozwalają w szkole odmówić, a gdyby kapłan jaki poważył się odprawić choćby na Boże Ciało procesyę z Najśw. Sakramentem dokola swego kościoła, to idzie do więzienia. Macie tu, kochani moi, przykład odstraszający, do jakiej ciężkiej pańszczyzny, czyli do jakiej niewoli ducha i ciała prowadzą rządy socyalistów i podobnych im szkodników. Tyle na razie o wyborach. Jeśliby później zaszła potrzeba, to napiszę o tem więcej, nie jako polityk, ale jako wasz ojciec i Arcypasterz.
Serdecznie boleję nad tem, że z powodu tych powszechnych wyborów przyszło w niektórych miejscach do nieporozumień między Rusinami a Polakami. Gdzieniegdzie miano nawet Polakom grozić wyrzuceniem ze wschodniej Galicyi. Groźby te przytrafiły się jednak chyba wyjątkowo, a mogą pochodzić tylko od ludzi, którzy sobie za rzemiosło obrali siać nienawiść i łowić ryby w mętnej wodzie.
Przecież ja także znam lud ruski i naocznie przekonałem się podczas moich wizyt kanonicznych, jaki on poczciwy i jak chciwie słucha każdej nauki o zgodzie obu narodów. Niedawno temu byłem w Brzeżanach. Po mojem kazaniu w kościele kobieta wiejska, Rusinka, przyniosła do jednego z kapłanów na Mszę Św. za mnie. Kiedy się o tem dowiedziałem, kazałem ją przywołać i zapytałem, dlaczego, acz biedna, to uczyniła? — Odpowiedziała, że chciała mi zapłacić, wynagrodzić za kazanie o miłości i zgodzie między Polakami i Rusinami. „Modlitwa moja, dodała, niewielebye uprosła — ale najświętsza ofiara wszystko wam u Pana Boga wyjedna i dużo zdrowia i łaski Pana naszego Jezusa Chrystusa." Oto prawdziwa, rodzima i nie popsuta dusza ludu ruskiego. Więc, ukochani moi, nie macie się czego bać ze strony ludu ruskiego. Przecież on rozumie, że krew polska i ruska, u nas tak jest pomieszana, że się oddzielić więcej nie da. Lud ruski rozumie, że w dniu, w którym Polacy stąd mieliby się wynieść, powstałby taki płacz i lament, jakiego nawet w czasie najstraszniejszych wojen tatarskich na Rusi nie było i który możnaby chyba porównać do owych jeków, jakie powstaną w dzień sądu ostatecznego, kiedy Bóg rozdzieli męża od żony, dzieci od rodziców, i jednych przeznaczy do nieba, drugich na potępienie.
Na brednie więc warchołów i burzycieli zgody, czy oni będą w surducie miejskim, czy w siermiędze wiejskiej, żebyście się wynieśli do zachodniej Galicyi, odpowiedzcie: Chyba nie wiesz, że Rusini mają swoją cerkiew i swoich kapłanów w samem sercu Polski, bo w Krakowie. I żaden Polak nie każe się im stamtąd wynosić, owszem, cieszy się, że kiedy Rusin przyidzie do Krakowa, może iść na swoją własną służbę Bożą i wysłuchać kazania w języku ruskim. A niedaleko ruskiej cerkwi w Krakowie, jest Wawel, zamek dawnych królów polskich, gdzie mieszkały królowe, nie tylko Polki, ale i Rusinki, bo królowie polscy także i Rusinki na królowe brali. Mają Polacy zaś tem większe prawo siedzieć we wschodniej Galicyi, a nawet dalej aż po Kijów, bo bronili oni całe wieki ludu i ziemi ruskiej swojemi piersiami przed poganami.
Odgraniczenie się murem nieprzebytym narodu od narodu było cechą państw pogańskich, ustało zaś z chwilą, gdy duch Chrystusowy zapanował w ustrojach państwowych. Nawet Amerykanie, którzy rzucili hasło: „Ameryka dla Amerykanów", przecież otwierają swe granice Rusinom, pozwalają im budować swe cerkwie i szkoły i przemawiać językiem ruskim, choć emigranci ruscy nie walczyli nigdy za wolność ludu amerykańskiego, jak Polacy walczyli za oswobodzenie Rusi od tureckiego jarzma. Blisko trzysta lat temu mnich ruski wołał do tych, którzy na Rusi porzucili schizmę, a przyjęli wiarę katolicką: „*Oznajmuju wam, jak zemlia, po kotoroj nohamy waszymy chodyte... na was placzet, stohnet y wopiet.*" Stokroć słuszniej wy, Ukochani moi, powiedzieć możecie wszystkim, siejącym waśń i niezgodę między Polakami a Rusinami: „Oznajmujemy wam, że ziemia, po której nogami waszemi chodzicie — a która kryje wspólne mogiły Polaków i Rusinów, co razem walczyli w jej obronie — płacze na was burzycieli, stęka, jeczy."
Nie chcę przypuszczać, aby niesumiemnym agitatorom udało się lud ruski skłonić do czynów zbrodniczych. Gdyby jednak, Ukochani moi, pokrzywdzono was, czego nie daj Boże, to biedniejszymi byliby krzywdziciele. Krew przelana spadłaby na sumienie tych, którzy ją przelali, i tych, którzy niepokoje wywołali i tych, którzy im nie przeszkodzili, choć mogli i byli powinni.
Zbieram teraz jeszcze pokrótce co dotychczas powiedziałem.
Czas ostatni, żeby się natychmiast zabrać do leczenia ran społecznych w narodzie. Żadna łatanina i robota półowiczna nic tu nie pomoże, ale wpędzi chorobę tylko jeszcze głębiej, skąd wkrótce ze zdwojonym wybuchnie jadem. Sobkostwo, które swem zimnem lodowatym zmroziło jednostki, rodziny, narody, ludzkość całą, trzeba stopić w szczerej miłości Boga i w czynnej, ofiarnej, aż do Chrystusowego wyniszczenia sięgającej miłości bliźniego. Zasady Ewangelii należy obwołować nie tylko z ambon, ale także z katedr uniwersyteckich, w poezyi i rozprawach dziennikarskich, jako wielką naszą konstytucyę narodową. Należy wypracować i uchwalić miłością bliźniego przyjęte ustawy zarobkowe i dopilnować ich wykonania. Należy postarać się o to, aby każdy, kto uczciwie pracuje, miał stosowne utrzymanie. Wspominając o tem, mam tu na myśli także stan nauczycielski, dotychczas nie tak wynagradzany, jak na to zasługuje. Z radością spostrzegłem, że w Sejmie naszym posłowie szczerze dążą do naprawienia tego, co z winy niepomyślnych stosunków krajowych się zaniedbało. Zadowoleni nauczyciele będą najlepszym sprzymierzeńcem społeczeństwa w szerzeniu oświaty prawdziwie chrześcijańskiej i miłości ojczyzny, która im jest najtroskliwszą matką.
Za siódmą górę należy pędzić sknerstwo, ale także zbytek, rozrzutność, szulerkę, bo one przyczyną zniszczenia i samobójstwa fizycznego czy moralnego jednostek, rodzin, narodów. Tyczy się to zarówno mężczyzn jak kobiet wszystkich stanów. Najpiękniejszym strojem niewiasty i najpiękniejszem wianem dziewczęcia, to cnota i zapobiegliwa praca. Wielka jest godność kapłana, ale w niegodnym jest ona, wedle wyrażenia św. Ambrożego, oprawa w błocie. Oprawa w błocie są też złote naszyjniki i dyademy u kobiety, co je nosi niegodnie. Oby do żadnej polskiej niewiasty ani w pałacach, ani w domach urzędniczych, mieszczańskich, ani w chatach nie można odnieść wyrzutu i skargi, rzuconych przez św. Bernarda ze Sjeny z końcem 14 i 15 wieku w oczy mas, które drżały pod niemi, jak drżą pod wichrem burzy drzewa leśne i rośliny polne: „O niewiasty, niewiasty! Gdyby się wzięło suknie wasze, gdyby się jeszcze te lorwy rekaci, to i z nich wyciekłaby spazem nela krew stworzeń Bożych!"
Sześć dni Pan Bóg dał do pracy i zarobkowania; siódmy ku swojej chwale zastrzegł i ku odpoczynkowi dusz i ciała. Dość więc kupować i sprzedawać przez sześć dni, siódmego nie wolno. Wszyscyśmy powinni się chętnie i całem sercem zdobyć na tę ofiarę z nałogów naszych, której domaga się znowu dobro samego społeczeństwa. Nasi kupcy katoliccy niedawno temu zwrócili się w tej sprawie z serdeczną do nas odezwą, abyśmy ich nie zmuszali do otwierania sklepów i handlów w niedziele. Bez sumienia byłby chyba, ktoby tej ich prośby nie wysłuchał. Ja mój głos do nich dołączam i wołam: ograniczmy się wszyscy, nie kupujmy w niedziele nic prócz tego, co konieczne do utrzymania życia, ułatwijmy naszym braciom spełnienie obowiązków religijnych. Od nas zależy, aby w niedziele ani jeden sklep i szynk nie był otwarty. Chrystus o to prosi!
Słowem wszyscy, bogaci i ubodzy, pracodawcy i robotnicy, przemysłowcy i odbiorcy — wszyscy musimy dla miłości Boga zgodzić się chętnie na dobrowolne ustępstwa i ofiary; jedni przystając na nieco większe wydatki, drudzy zadowalając się sprawiedliwym zarobkiem. Tego wymaga pokój społeczny i interes każdego z osobna.
Rzecz pewna, że wszystkiego zła i wszystkich cierpień nigdy nie usuniemy ze świata, nawet wtenczas, kiedy kwas ewangeliczny i sól miłości Bożej i bliźniego do gruntu przeniknie społeczność ludzką. Zostaną zawsze jeszcze jakieś przeciwieństwa interesów klasowych, ale będą one tak małe, iż każdy łatwo je zniesie. Zniknie ze świata krzyż łotra, a zostanie tylko słodki krzyż Chrystusów i „będzie wówczas, jak poucza apostoł, wesele Chrystusowe w nas, a wesele nasze będzie zupełne." (Św. Jan 15, 11).
III. Organizacya. Związek katolicko-społeczny.
Nieraz słyszy się i czyta lamenty i skargi ludzi, zdjętych żalem na widok tego dzisiejszego krwawienia się ludzkości. Czy Bóg zapomniał o nas? — wołają jedni. Czy stracił dla ludzkości serce? Czy Opatrzność zasnęła? — dodają drudzy. Tymczasem nie Pan Bóg winien dzisiejszej rozterce. Ani też Opatrzność zasnęła. — To myśmy zasnęli. A bywa też spanie grzeszne, czasem nawet zbrodnicze. Historya zachowała pamięć takich zbrodniczych zaśnięć, które sprowadziły zgubę na całe narody. Ci, co stali na straży i powinni byli czuwać, zasnęli i przepuścili wroga.
Nie myślę oskarżać jednostek! Wszyscyśmy zawinili.
Chcę tylko powiedzieć, że nie dość jest czuć wzniosłe, myśleć po katolicku w czterech ścianach swojego domu! Trzeba te myśli, uczucia, pragnienia zamienić w czyn i jąć się świadomej celu pracy zbiorowej. Nawet najofiarniejszym duchem przejętą armię zetrze dobrze zorganizowany, choćby nieliczny nieprzyjaciel, — jeśli ją najdzie w czasie, kiedy ona w dobrowolnej jest chwilowej rozsypce. — Socyalistów jest tylko garstka wobec reszty ludzi, ale, że są zorganizowani, więc potrafią swą wolę narzucać tysiącom, a terroryzować dziesiątki i setki tysięcy. Organizacyi wywrotowej trzeba więc przeciwstawić silną organizacyę katolicką, i pod tym względem czas już ostatni, nastawić i u nas zegar czasu na dobę dzisiejszą.
Łączyć się w organizacyę katolicką potrzeba dalej i dlatego, bo tylko przy jej pomocy zbiorą się potrzebne do katolickiej akcyi społecznej pieniądze. Jeśli idziemy luzem i pozostajemy w odosobnieniu, to społeczne potrzeby nasze przewyższają naszą możność, kiedyśmy zespoleni i ujęci w kadry: nasza możność dorówna potrzebom, a prawdopodobnie je przewyższy. A więc szeregować się do wspólnej pracy, abyśmy mogli „przez miłość ducha służyć jeden drugiemu." (Kor. 2, 10, 17). W tym celu zapraszam Was wszystkich, Ukochani moi, ludzi z miast i ze wsi, bogatych i ubogich, mężczyzn i niewiast do wstąpienia i zapisania się do Związku katolicko-społecznego, który dla naszej archidyecezyi zakładam. — Niech przystąpią wszyscy katolicy, jakichkolwiekby byli odcieni politycznych, bo tu nie o politykę chodzi, ale o stworzenie silnej, całą archidyecezyę i każdą wieś i każde miasto obejmującej organizacyi społecznej.
Już mamy w naszej dyecezyi różne katolickie stowarzyszenia społeczne i dobroczynne. Niektóre mogą wprost za wzór posłużyć do pokrewnych organizacyi. Dość wymienić stowarzyszenie terminatorów katolickich, Stowarzyszenie szwaczek, Stowarzyszenie sług pod imieniem Św. Zyty. Wspominam o tem dlatego, aby pokazać, że Związek katolicko-społeczny, który zakładam, rozporządza już dosyć licznem, Boga i bliźnich szczerze kochającem, wojskiem. Ale tych Stowarzyszeń jeszcze za mało. Te i im podobne stowarzyszenia zawodowe, dalej tanie kuchnie, czytelnie, ochronki, kasy Raiffeisena, Kółka rolnicze, Biura porady prawnej, Kółka samokształcenia się w sprawach społecznych, powinny powstać stosownie do potrzeby w każdem mieście czy wsi. Związek katolicko-społeczny nie wchodzi w drogę ani chce usuwać żadnego z istniejących już stowarzyszeń zawodowych i dobroczynnych, przeciwnie — starać się będzie podtrzymać, ożywić wszystkie już istniejące i zakładać nowe.
Życzeniem jest mojem, aby przewodniczącymi Związków parafialnych, będących podstawą, na której ma się wybudować cały Związek katolicko-społeczny i wogóle wszystkich Stowarzyszeń katolickich, byli przedewszystkiem ludzie świeccy, odznaczający się wielką miłością Boga i swojego narodu i mający odwagę i wytrwałość do przeprowadzenia organizacyi zawodów na zasadach Ewangelii.
Cel Związku jest religijny, bo obrona i krzewienie zasad katolickich w życiu prywatnem, rodzinnem, publicznem, społecznem; jest patryotyczny — bo Związek chce szerzenia zdrowej narodowej oświaty; jest wreszcie społeczny, bo Związek pragnie uzdrowienia stosunków zarobkowych we wszystkich stanach. Szeroki tedy program pracy zakreśla sobie nasz Związek. Program ten tworzy jakby ogólne ramy Związku, razem i ideał, do urzeczywistnienia którego ciągle i wytrwale dążyć nam trzeba.
O bliższych szczegółach tej organizacyi pouczą was duszpasterze i ustawy Związku. Nie zrozumiałby mię, ktoby myślał, że chcę, aby w każdej parafii wprowadzono wszystkie w ustawach Związku wymienione Stowarzyszenia i dzieła. Przeciwnie, ostrzegam głośno, żeby tworzono tylko takie dzieła, do których zawiązania i podtrzymania są w miejscu ludzie czynu i potrzebne środki. Lepiej stworzyć jedno, dwa dzieła żywotne, niż dziesięć, które za lat kilka zamrą. Miejscowe stosunki i warunki wskażą najlepiej, jakie dzieła należy naprzód stworzyć.
Głównym obowiązkiem członków jest: wieść życie katolickie, starać się poznać dobrze obecne prądy społeczne, pouczać o nich drugich, szerzyć idee sprawiedliwości chrześcijańskiej, starać się bronić bliźnich przed wszelkiego rodzaju wyzyskiem, przyczynić się wedle możności i sił do rozwoju tego Związku i składać na dobre dzieła i zakłady parafii corocznie jakiś datek nie mniejszy jak dwa halerze na miesiąc. Ponoszą nieprzyjaciele Boga i ładu społecznego wielkie ofiary dla złej sprawy; toć chyba my nie będziemy żałować naszych sił i tych kilku groszy na sprawę najlepszą!
Ramię więc do ramienia, serce do serca z hasłem czynnej miłości Boga, bliźniego, ojczyzny — a utworzy się hufiec olbrzymi, niezwyciężony, któremu na imię będzie „milijony." Kto do tego czasu stał próżnujący na rynku życia społecznego, niech pamięta, że już godzina jedenasta! Kto w robotniku, włościaninie, rękodzielniku widział wroga, przed którym się bronić trzeba, niech zbliży się do niego w Stowarzyszeniach katolickich, niech idzie ku niemu, jak brat do brata, poda mu pomocną rękę, a zyska w nim dla siebie i dla społeczeństwa przyjaciela. Będzie to po chrześcijańsku i najbardziej politycznie! Udała organizacya Stowarzyszeń chrześcijańskich stanie się też najlepszą apologią czyli obroną wiary katolickiej!
Niech Zbawiciel, który wyniszczył sam siebie i spłonął ofiarą całopalną, aby nas nauczyć ofiarnej miłości Boga i bliźniego, natchnie, poruszy, skłoni swą łaską i przykładem wszystkich ludzi dobrej woli, aby wszyscy zaraz jęli się wspólnej pracy. Duszą organizacyi niechaj będzie Bóg; jej sercem i ogniskiem Najświętsze Serce Jezusowe, ta żywa krynica największej i najbezinteresowniejszej miłości bliźniego; Opiekunką Najświętsza Panna, Królowa Korony Polskiej i ten wielki apostoł archidyecezyi, błogosławiony Jakób Strepa, który przeorał ją całą w pracy apostolskiej, wszędzie niosąc tylko słowa miłości i zgody bratniej.
To wszystko napisałem, aby Wam znowu okazać, Ukochani moi, jak bardzo mi jesteście drogimi i jak bardzo chodzi mi o wasze szczęście nie tylko wieczne, ale też doczesne. Nic bowiem po Bogu nad was niemam droższego, ani nawet światła oczu moich. „I wolałbym — powiem za św. Janem Chryzostomem, — i wolałbym być ślepym, gdyby mi za taką cenę danem było zwrócić dusze wasze i społeczeństwo całe ku Chrystusowi i ku sprawiedliwości Jego. Wyście mi bowiem wszystkiem na ziemi: i ojcem i matką i braćmi i dziećmi mojemi."
Niech Wam Pan Jezus z krzyża błogosławi!
Pisałem 2 lutego w dzień Oczyszczenia Matki Najświętszej r. 1906.
Arcybiskup-Metropolita.
Instrukcya dla PW. Duchowieństwa W sprawie organizacyi Związków katolicko-społecznych.
Trzy lata upłynęły od chwili, kiedy w osobnym liście pasterskim zabrałem głos w sprawie społecznej i podałem niektóre wskazówki, jak pracować mamy nad jej naprawą. Od tego czasu niejedno na lepsze się zmieniło. Przybyło bowiem w dyecezyi kilka stowarzyszeń zawodowych i mnostwo czytelń ludowych. Zyskaliśmy też dobre nowe pismo ludowe „Gazetę Niedzielną."
Z drugiej jednak strony także nieprzyjaciele Kościoła i ojczyzny nie próżnowali. Udało się im zepsuć znaczną część młodzieży uniwersyteckiej i szkół średnich, rozrzucili też mnostwo pism i broszur socyalistycznych między robotników i lud wiejski. Razem z socyalistami odbyli w ostatnich czasach otwarcie kilka wieców przywódcy tak zwanych ludowców. Jedni i drudzy wypowiedzieli otwartą walkę duchowieństwu. Niebezpieczeństwo tedy chwili obecnej jest wielkie.
Co robić?
Najpierw kapłani mamy ze zdwojonym zapałem i gorliwością prawić kazania, słuchać spowiedzi, odbywać katechizacye w kościele, pilnować godzin nauki religii w szkole. Zwłaszcza ekskursye do wsi inkorporowanych należy podwoić wobec sideł, zastawionych na nasz lud. Każde zawinienie w tej sprawie jest dziś zbrodnią.
Te są główne i nieprzedawnione środki uświęcania dusz, niszczenia w nich samolubstwa szczepieniem czynnej miłości Boga i bliźniego. Uczyć zaś mamy nie tylko słowy, ale więcej jeszcze przykładem. Jeśli każdy z nas nie będzie mógł mówić parafianom: „bądźcie naśladowcami moimi, jakom i ja Chrystusów" (I. Kor. 4, 16), to oni osądzą naszą działalność słowy: „vox, vox, praeterea nihil." „Brzemiona ciężkie i nieznośne, powiedzą oni, kładą na ramiona nasze, a palcem swym nie chcą ich ruszyć." (Mat. 23, 4). Pod każdym względem mamy być forma gregis, tj. wzorem, na którym urabiac się mają wierni także w ofiarności na cele społeczne. Dużo kapłanów czyni fundacye po swojej śmierci, na których wychowują się nieraz wrogowie Kościoła i społeczeństwa. Wiara i zdrowy rozum wołają do nas, że milszą jest Bogu a społeczeństwu pożyteczniejszą ofiara i fundacya uczyniona za naszego życia.
Sama praca w kościele dziś jednak nie wystarcza. Do niej musimy dołączyć pracę społeczną, dążącą do oświecenia i poprawy bytu materyalnego naszych parafian jako też do usunięcia wszelkiego rodzaju nadużyć, którym nieraz ulegają stany ekonomicznie słabsze. Lud do tego będzie należał, powiedział raz Leon XIII, który go więcej kocha. Przepowiednia to nieomylna, a odnosi się ona nie tylko do ludu wiejskiego i robotników, ale wogóle do wszystkich stanów. Wszystkie one będą należały do tego, kto więcej je kocha, kto z bezinteresowną miłością dla nich więcej zrobi dobrego i sprawiedliwy zapewni im pokój.
Skąd wziąć siły i ciągły zapał do pracy i tego ducha ofiary, połączonego z bezgraniczną prawie cierpliwością, i wyrozumiałością na niewdzięczność ludzką? Skąd? Z modlitwy, z codziennej medytacyi, z częstego nawiedzania unicestwionego w Najświętszym Sakramencie Jezusa Hostyi, i z corocznych rekolekcyi, odprawianych z wielką żarliwością i skupieniem.
Rekolekcye te roczne stawiam nie jako życzenie i radę, ale wprost jako wszystkich ściśle obowiązujący przepis dyeceyalny. Dziwnem Wam się może wydaje, Wielebni Bracia, że podnoszę rzecz tę w instrukcyi, odnoszącej się do zorganizowania pracy społecznej. Czynię to po głębokiej rozwadze i dlatego, że Was serdecznie kocham i ponieważ pragnę tylko dobra Waszego i tej ukochanej naszej archidyecezyi. Moralną reformę społeczeństwa ten tylko skutecznie zdolen przeprowadzić, kto siebie wciąż naprawia częstą spowiedzią i rekolekcyami. Żyjemy w warunkach i stosunkach tak ciężkich, że bez tych środków duchownych nikt nie zdoła się utrzymać na wyżynach swego powołania. Dlatego też pilnie będę czuwał, ażeby te zarządzenia moje jak najściślej były przestrzegane. Każdy z Was może sobie wybrać najodpowiedniejszy dla siebie czas i dom rekolekcyjny. Dziekani w swojem sprawozdaniu mają corocznie nadmienić, gdzie i kiedy który z kapłanów odprawił rekolekcye.
Ale czy ta praca społeczna do nas należy? Tak. W zakres naszych obowiązków wchodzi bowiem wszystko, co z Ewangelią w ścisłej jest łączności i co Chrystus w czasie swego trzechletniego publicznego życia czynił. Ruch zaś społeczny wypływa logicznie z Ewangelii. Zbawiciela naszego Boga dobrotliwość i ludzkość okazały się nie tylko w leczeniu ran duszy, ale także w wyszukiwaniu i pomnażaniu chleba dla głodnych rzesz. Idąc za przykładem Zbawiciela, misyonarze w Afryce i w Indyach stają się lekarzami ciała, aby w ten sposób dostać się do duszy pogan. Także u nas jednym z najdzielniejszych środków wejścia z duszami w kontakt jest dziś katolicka akcya społeczna. Niegdyś pytano Chrystusa: Czyś Ty jest Mesyasz, czy innego mamy czekać? Czy mianowicie masz moc przywracania wzroku ślepym, słuchu głuchym, życia umarłym? Dziś wołają ludzie do nas: czy wy jesteście kapłanami Mesyasza, czy na innych mamy czekać? A jeśli nimi jesteście, to czy chcecie i umiecie uzdrawiać nie tylko dusze, lecz także pomnażać chleb ubogim i współdziałać nad usunięciem niesprawiedliwości społecznych?
Rzecz to jednak nie łatwa, ta praca społeczna, której domaga się dziś od nas Bóg, Kościół, społeczeństwo. Trzeba zaprzeć się samego siebie, wziąć swój krzyż. Tylko ofiara, poświęcenie zdolne zbawić społeczeństwo.
Illuzyą byłoby jednak myśleć, że kapłan sam wszystko jest w stanie dobrze zrobić. Nawet cnota heroiczna nie sparaliżuje szkodliwej akcyi, wychodzącej od jakiejś spółki, dobrze zorganizowanej. Naprzeciw organizacyi wywrotowej, potrzeba postawić organizacyę ładu, opartego na sprawiedliwości chrześcijańskiej. „Pomocników i apostołów musicie sobie dobrać w ludziach świeckich do pracy społecznej" — zachęcał niejednokrotnie Leon XIII kapłanów. Musimy mieć też jednolity program działania i szczegółowy plan organizacyi. Z wszystkich tych powodów zakładam w naszej dyecezyi Związek katolicko-społeczny, którego statuta zaaprobowałem. Otrzymały one też zatwierdzenie c. k. Namiestnictwa.
Chodzi teraz o to, jak się zabrać do utworzenia Związku katolicko-społecznego?
Przedewszystkiem trzeba po odczytaniu listu pasterskiego, wykazać na tle ogólnych stosunków kraju i miejscowych potrzebę obrony i umocnienia zasad katolickich w naszem społeczeństwie, jakoteż spotęgowania i zespolenia pracy na polu akcyi społecznej i miłosierdzia chrześcijańskiego.
Po takiem przygotowaniu z ambony opinii publicznej w parafii, należy zaprosić na plebanię pewną liczbę parafian, mężczyzn i kobiet, odznaczających się życiem prawdziwie katolickiem i przywiązaniem do Kościoła, wyłożyć im statuta Związku i wezwać ich, aby każdy pociągnął do niego jak największą liczbę członków i nazwiska tychże zapisał na osobnej liście, listę zaś w oznaczonym terminie wręczył duszpasterzowi. Alfabetyczny spis tych członków umieści duszpasterz w osobnej księdze, poczem zwoła ich na walne zebranie (najlepiej w jakiś dzień świąteczny po nieszporach), wyłoży sam (lub kto inny) zadanie Związku, rozda statuta i dokona wyboru Rady parafialnej na trzy lata.
W większych miastach radzi się zaprosić kartkami (bo inaczej socyaliści gotowi rozbić zebranie) do jakiegoś większego lokalu członków stowarzyszeń katolickich i innych dobrych katolików wszelakiego stanu. Po gorącej przemowie, odczytaniu statutów i przeprowadzeniu dyskusyi należy wezwać obecnych, aby w razie, jeżeli chcą przystąpić do Związku, złożyli otrzymane zaproszenie lub kartę z własnem nazwiskiem na ręce przewodniczącego. Ci też członkowie wybiorą zaraz Radę parafialną, której skład jednak już wprzódy w poufnem kole oznaczyć należy.
Po zorganizowaniu Związku ma duszpasterz zaprosić członków na Mszę św., po której odmówi z nimi Litanię do Najśw. Maryi Panny. Co rok w listopadzie Rada parafialna postara się, aby za dusze zmarłych członków odprawione zostało nabożeństwo żałobne. Święto patronalne Związku przypada na pierwszą niedzielę maja, jako w dzień poświęcony Najśw. Maryi Pannie, Królowej Korony Polskiej. Niechże w tym dniu będzie suma z wystawieniem Sanctissimi, z procezyą i z odpowiedniem kazaniem.
Do Rady parafialnej wejdą z urzędu: miejscowy duszpasterz, jako opiekun duchowny, jakoteż przewodniczący i przewodniczące stowarzyszeń katolickich, w parafii istniejących; resztę członków, aż do 24, wybiera absolutną większością głosów walne zebranie. W małych parafiach można wybrać mniej, niż 24 członków, w wielkich może być ich więcej. Jest rzeczą pożądaną — a o to postara się duszpasterz — aby do Rady weszli: miejscowy kolator (względnie kolatorka), choć jeden z nauczycieli szkół ludowych, w obrębie parafii leżących i burmistrz miasta lub wójt gminy, jeżeli ci wszyscy trzymają się w życiu zasad katolickich. Wielkim byłoby błędem, powołać do Rady człowieka, który nie spełnia praktyk religijnych, gorszy drugich nieobyczajnem życiem, albo popiera wrogów Kościoła. Koniecznie o to dbać trzeba, aby w Radzie wszystkie stany — o ile to jest możebnem — były reprezentowane i aby każda gmina, należąca do parafii, miała w Radzie swego przedstawiciela. Członków, mających być wybranymi, niech nie proponuje duszpasterz, ale ktoś inny, za poprzedniem porozumieniem się z nim.
Rada parafialna wybiera większością głosów na trzy lata przewodniczącego, jego zastępcę, sekretarza (spisującego protokoły posiedzeń), skarbnika (zbierającego wkładki), a w miarę potrzeb, wydział ściślejszy i osobne sekcye. Na czele Rady lepiej postawić człowieka świeckiego, byleby był rozumnym, czynnym i gorliwym katolikiem. Gdyby takiego nie było, może na prośbę członków podjąć się przewodnictwa sam duszpasterz.
Zadaniem Rady parafialnej, mającej się zbierać przynajmniej cztery razy w roku, jest wspierać pasterza w jego pracach, zwłaszcza na polu dobroczynnem i społecznem; on zaś ma utrzymywać ścisłą harmonię z Radą i przez nią wyrabiać w parafii opinię katolicką, a przedewszystkiem naradzać się z nią, jak zbudować kaplicę w wioskach od kościoła odległych, urządzić prywatną naukę katechizmu, stawić tamę gwałceniu świąt, pijaństwu, lichwie i pieniactwu, wyugować złe książki i gazety, a rozszerzyć dobre, utworzyć lub zasilić czytelnie w parafii, ożywić istniejące już bractwa i stowarzyszenia katolickie, albo zaprowadzić nowe, roztoczyć opiekę nad sierotami i ubogimi chorymi w parafii, jakoteż nad robotnikami szukającymi zarobku za granicą, — założyć ochronkę, przytulisko, biuro pracy, bursę dla uczniów w mieście, gospodę chrześcijańską, dom dla stowarzyszeń, jako ognisko nauki i godziwej zabawy, jak podnieść przemysł domowy, rolnictwo i dobrobyt, przez szkoły praktyczne, kółka rolnicze, kasy Raiffeisena, ulepszone sady, pasieki itp. Rozumie się, że co do prac poszczególnych należy uwzględnić potrzeby i zasoby parafii, trzymając się przy tem zasady: cokolwiek się robi, robić dobrze. Przedewszystkiem trzeba dążyć do tego, aby każdy Związek parafialny miał swój dom albo przynajmniej obszerny lokal na zebrania, wykłady i godziwe zabawy.
Jest rzeczą konieczną, aby w każdej parafii odbywały się wiece choć parę razy w roku i to połączone z popularnym wykładem i swobodną dyskusyą; bo w ten sposób można będzie najłacniej rozszerzyć idee katolickie i zapobiedz wichrzeniom agitatorów. Na tych wiecach trzeba w sposób przystępny omawiać sprawy religijne, narodowe, społeczne i ekonomiczne. Co się zaś tyczy kwestyi politycznych, należy zachować wielką ostrożność, aby nigdy nie budzić namiętności i walk klasowych.
O dokonanem zorganizowaniu się ma Rada parafialna donieść Komitetowi dyecezyalnemu.
Na czele całego Związku dyecezyalnego stoi Rada dyecezyalna i Komitet dyecezyalny, jak to statuta w § 6 II, III i IV wyszczegółniają. Rzeczą będzie duszpasterzy postarać się za każdym razem o wybór dwóch delegatów, mających uczestniczyć w zebraniu Rady dyecezyalnej, która co trzy lata obradować będzie.
Aż do walnego zebrania Rady dyecezyalnej mianujemy Komitet dyecezyalny tymczasowy z X. Prałatem Zygmuntem Lenkiewiczem na czele. Do tego Komitetu dyecezyalnego (ul. Wałowa 31) zgłaszać się należy po karty wpisowe ze statutami, a w razie potrzeby po bliższe wskazówki co do organizacyi stowarzyszeń i kas dla chorych. Komitetowi dyecezyalnemu przedkłada co rok każda Rada parafialna sprawozdanie pisemne z czynności rocznych i ze stanu kasy; tam też odsyła dziesiątą część wkładek członków Związku parafialnego.
W celu zjednoczenia Związków dyecezyalnych i osiągnięcia zupełnej zgody w działaniu, każda Rada dyecezyalna wybiera na przeciąg trzech lat 4 delegatów, którzy raz w rok zbierają się w coraz innej stolicy biskupiej i pod przewodnictwem miejscowego Ordynaryusza albo jego zastępcy radzą nad sprawami katolickiemi, cały kraj obchodzącemi, a szczególnie nad urządzaniem co kilka lat wieców katolickich krajowych. Protokół posiedzeń tego Komitetu krajowego ma być zakomunikowany Komitetom dyecezyalnym. W razie zwołania wiecu katolickiego krajowego, należy tę sprawę powierzyć osobnemu komitetowi wiecowemu.
Taki jest zarys organizacyi katolickiej. Od Was, Kochani Bracia, zależeć będzie, jaki obrót weźmie ta sprawa. Jeżeli zabierzecie się do niej energicznie i mądrze, nie żałując trudu i grosza, powiedzie się z pewnością i niemałe pożytki przyniesie, bo wszakże sam Zbawiciel przyrzekł: „Gdzie są dwaj albo trzej zgromadzeni w Imię Moje, tamem jest w pośrodku ich." (Mat. XVIII, 20). Jeżeli przeciwnie nie przyłożycie ręki do tej organizacyi, wymawiając się nadmiarem pracy, brakiem środków albo ciemnotą i niechęcią parafian, przyjdą wkrótce wrogowie i przeprowadzą swoją organizacyę, którą potem zwalczyć będzie trudno.
W liście pasterskim do ludu powiedziałem też, że kapłan tylko wyjątkowo może się zajmować polityką, bo politykowanie wypacza nieraz i psuje sumienie. Kładę jeszcze wskazówkę, według której należy się orientować w każdym szczegółowym wypadku. Otóż, gdzie mieszanie się nasze do polityki, osłabiłoby wpływ i działalność naszą kapłańską, odstręczając parafian od Kościoła i konfesyonału, tam sumienie nakazuje wstrzymać się od udziału w akcyi politycznej. Gdzie zaś przez zajęcie się polityką, nie narażamy na szkodę naszej głównej pracy duszpasterskiej, a nawet skuteczniej sprawę Bożą i sprawiedliwości społecznej poprzeć możemy, tam od udziału w akcyi politycznej usuwać się nie powinniśmy. Jednak i to jeszcze dodać muszę, że ile razy kapłan występuje jako obrońca słabszego przeciw mocniejszemu, ciemięzonego przeciw ciemięzcy, ma to czynić nie jako sługa jakiejś partyi, ale w charakterze sługi Bożego i zastępcy Jezusa Chrystusa.
Wreszcie nigdy o tem nie powinniśmy zapominać, że polityki nie wolno wnosić do kościoła. Także z obrad Związku kwestye czysto polityczne muszą być wykluczone. Jeśli członkowie chcą omawiać jakąś sprawę z bieżącej polityki, niechaj to uczynią po zamknięciu zebrania Związku. Musi bowiem być wspólny teren, na którymby się mogli spotkać ludzie różnych stronnictw i zapatrywań politycznych. Jak bracia mają członkowie Związku się zebrać, jak bracia radzić, a ku wzajemnej zgodzie się rozejść.
W akcyi społecznej zawsze troskliwie baczyć należy, aby ona nigdy nie odstąpiła od zasad Kościoła, wyszczególnionych w Encyklice Rerum novarum o sprawie robotniczej i Graves de communi o demokracyi chrześcijańskiej.
Nigdy też nie wolno tracić nam z oczu celu głównego wszelkiej pracy społecznej, którym jest tryumf Chrystusa na ziemi i sprawiedliwości Jego.
Przypominam jednak, co już powiedziałem w liście pasterskim, że mianowicie nie zrozumiałby mię, ktoby myślał, że chcę, aby w każdej parafii wprowadzono od razu wszystkie w statucie Związku wymienione Stowarzyszenia i dzieła. Przeciwnie, ostrzegam głośno, żeby tworzono tylko takie dzieła, do których zawiązania i podtrzymania są w parafii ludzie czynu i potrzebne środki. Choćby powoli, ale za to tem bezpieczniej ciągle idźmy naprzód!
A teraz, w imię Boże, bierzmy się wszyscy raźno, ochotnie i solidarnie do pracy, aby nas kiedyś nie spotkał zarzut, żeśmy skąpili zdrowia i mienia dla ratowania Kościoła i ojczyzny w najcięższej chwili i żeśmy ledwie, jak ów kapłan, zstępujący z Jeruzalem do Jerycha, rzucili okiem na poranione przez zbójców społeczeństwo. Przeciwnie — nieśmy je z największem poświęceniem do gospody Kościoła, ochronek, dobrych czytelń, katolickich stowarzyszeń zawodowych; otoczmy opieką jego rany, światło prawdy dając duszy a chleb ciału. Z ziarna Chrystusowej nauki i sprawiedliwości, jeśli je siać będziemy z miłością wielką na sercu dzisiejszego społeczeństwa, wyrośnie z czasem wielkie i rozłożyste drzewo, pod którego cieniem wszyscy przyjdą spocząć ochotnie — nawet socyaliści.
Znam wszystkie trudności jakie Wielebne Duchowieństwo archidyecezyi napotyka przy organizowaniu Związku. W niektórych parafiach jakiś zły duch wmawiał w wiernych, że kto wpisze się do Związku, obowiązuje się temsamem, że zawsze będzie mówił tylko po polsku. Gdzieindziej straszono lud, że Związek ma za cel niedopuścić do powszechnych wyborów, a nawet sprowadzenie pańszczyzny. Wszystko to przemawia jednak za rychłem wprowadzeniem Związków, aby lud w nich się oświecił i zrozumiał, że nie chcemy nigdy i w niczem jego krzywdy, jeno dobra.
Duszą Związku musi zawsze być kapłan. Dusza ciało ożywia, wprawia je w ruch a nie widać jej. Taksamo niechaj będzie z działalnością kapłana. Niechaj się nie wysuwa na pierwszy plan. Honor cały niechaj mają świeccy — a ostatecznie Bóg. Non nobis Domine, non nobis, sed nomini Tuo sit gloria!