HomiliaDB

Thomas N. Burke OP · Wykłady i kazania

3. Uroczyste triduum

Gdy chcę podziękować i uwielbićGdy nie umiem wybaczyć Kościół a świat i państwoMiłość bliźniego i miłosierdzie
W skrócie. Kazanie wygłoszone na triduum dziękczynnym za zniesienie Kościoła anglikańskiego w Irlandii. Burke wyjaśnia, że katolicka radość z tego aktu wypływa z miłości Boga i bliźniego, a nie z zemsty, i szczegółowo dokumentuje trzysta lat prześladowań (straceni biskupi, kapłani, konfiskaty, plan Cromwella wytępienia narodu), by pokazać ogrom przebaczenia, którego Kościół udziela. Kazanie kończy nadzieją na przyszłą jedność religijną Irlandii.

„Zemsta — głęboko zakorzeniona, przemyślana zemsta — zemsta rozpamiętująca popełnioną krzywdę i oczekująca jedynie właściwej chwili, by ją pomsić — nie jest to duch Chrystusa ani oblubienicy Chrystusa, świętego Kościoła Katolickiego.”

*Wygłoszone w prokatedrze przy ulicy Marlborough Street w Dublinie, w niedzielę 12 września, w obecności Jego Eminencji kardynała Cullena i większości biskupów Irlandii, z okazji Uroczystego Triduum dziękczynnego ku czci Boga za zniesienie Kościoła anglikańskiego w Irlandii.*

Ewangelia dnia dzisiejszego, siedemnastej niedzieli po Zielonych Świątkach, pochodzi z Ewangelii według świętego Mateusza (Mt 22, 35–46): „Onego czasu: Przystąpili do Jezusa faryzeusze; i zapytał Go jeden z nich, doktor zakonu, kusząc Go: Mistrzu, które przykazanie jest największe w zakonie? Rzekł mu Jezus: Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkiego serca twego i ze wszystkiej duszy twojej, i ze wszystkiej myśli twojej. To jest największe i pierwsze przykazanie. A wtóre podobne jest temu: Będziesz miłował bliźniego twego jako siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach zawisł wszystek zakon i prorocy. A gdy byli zebrani faryzeusze, zapytał ich Jezus, mówiąc: Co sądzicie o Chrystusie? Czyim jest synem? Powiadają Mu: Dawida. Mówi im: Jakże więc Dawid w duchu nazywa Go Panem, mówiąc: Rzekł Pan Panu memu: Siądź po prawicy mojej, aż położę nieprzyjaciół Twoich podnóżkiem nóg Twoich? Jeśli tedy Dawid nazywa Go Panem, jakże jest jego synem? I nikt nie mógł Mu odpowiedzieć ani słowa, ani też od onego dnia nikt nie ważył się Go więcej pytać."

Niech mi wolno będzie, Wasza Eminencjo — Najmilsi bracia. W doniosłym fragmencie Ewangelii, który właśnie wam odczytałem, Chrystus Pan ogłasza wielką prawdę, że religia Jego jest religią miłości, a jej przykazania i cały jej duch spoczywają na dwóch wielkich obowiązkach miłości — po pierwsze wobec Boga: „Będziesz miłował Pana Boga twego ze wszystkiej duszy twojej i ze wszystkiej myśli twojej", a po wtóre wobec bliźniego: „Będziesz miłował bliźniego twego jako siebie samego." Zgromadziliśmy się tu dzisiaj, bracia moi, w określonym celu: w pokorze i wdzięczności złożyć Bogu Wszechmogącemu dziękczynienie przy Jego własnym ołtarzu, w ofierze Jego Boskiego i Uwielbionego Syna, za wielkie dobrodziejstwo, którego dostąpiliśmy, za wielkie błogosławieństwo, jakie spłynęło na nas jako naród — za naprawienie długotrwałej krzywdy. Mogłoby się zdawać, że samo to zgromadzenie, że ten głos nasz wznoszący się ku chwale, jest pogwałceniem Ewangelii miłości, która dziś spoczywa na naszych ustach; lecz tak nie jest. Co więcej — wypływa ono z miłości Boga i z naszej wiary; wypływa z miłości bliźniego, nie tylko tych, którzy razem z nami należą do domu wiary, lecz również tych, którzy, odłączeni od nas różnicą przekonań religijnych, nie mają tej samej Ofiary, ani tych samych sakramentów, ani tych samych nauk co my — a przecież są naszymi bliźnimi. Z miłości Boga i człowieka, mówię, święty Kościół Chrystusowy, przemawiając do nas przez głos naszego tutejszego naczelnego pasterza, zgromadził nas dziś w tym celu, abyśmy złożyli Bogu nasze dziękczynienie. Miłość Boga nakłada na nas konieczność radowania się, gdy widzimy sprawę Bożą, sprawę prawdy religijnej, sprawę prawa i sprawiedliwości, ogłoszoną wobec wszystkich ludzi; jednak w miłości Boga nie zapominamy o wielkich obowiązkach zawartych w przykazaniu: „Będziesz miłował bliźniego twego jako siebie samego." Obowiązki te są trzy: po pierwsze, gorące pragnienie duchowego i doczesnego dobra bliźniego; po wtóre, szlachetne, szczodre i wielkoduszne przebaczenie wszelkich krzywd doznanych z jego rąk; po trzecie, troskliwe poszanowanie uczuć bliźniego, tak jak sami chcielibyśmy, by szanowano i liczono się z naszymi uczuciami, ba, z naszymi uprzedzeniami. Nie gwałcimy przykazania Bożego, stając dziś przed Jego ołtarzem, gdyż poczytam katolikom Irlandii — zwłaszcza w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy — tę właśnie chwałę: nigdy żaden naród nie okazał się hojniejszy, czulszy ani bardziej wrażliwy na uczucia drugich niż oni.

Przed parlamentem królestwa stanęło wielkie pytanie — dotyczące tego, co pewna część społeczeństwa uważała za swoje szczególne prawa i prawowitą pozycję, co jednak dla ogromnej, przemożnej większości narodu irlandzkiego było wielkim złem, wielką zniewagą i wielką krzywdą. Kwestię tę roztrząsano z zapałem i namiętnością; rozważano we wszystkich jej aspektach, ukazywano światu w jej przeszłości dziejowej, w jej obecnym oddziaływaniu i w jej przyszłych następstwach; lecz katolicy Irlandii pojmowali ją nie jako wielkie zagadnienie polityczne, lecz raczej jako wielkie zagadnienie religijne. Wiedzieli bowiem, że w sprawach religijnych o wiele bardziej niż w politycznych uczucia ludzkie są delikatne, a uprzedzenia silne; toteż katolicy Irlandii dali światu wyjątkowy przykład powściągliwości, wielkoduszności i spokoju, który niemal dorównywał apatii, o jaką oskarżali ich ci, którzy spierali się o tę wielką kwestię przed obliczem narodu. Staliśmy z boku. Wyglądaliśmy raczej na bezstronnych widzów niż na lud, którego żywotne interesy były stawką, a którego samo istnienie w przyszłości miało się rozstrzygnąć. Katoliccy biskupi i duchowieństwo Irlandii nie rzucili słowa groźby ani słowa gwałtu. Lud katolicki Irlandii zachował milczenie i poszanowanie. Żadne wzburzenie nie wstrząsnęło krajem — żadna groźba z ich strony nie zabrzmiała; wielka sprawa toczyła się naprzód, roztrząsana i dowodzona na własnych zasługach, a choć każde irlandzkie serce katolickie biło z niepokoju, choć zjednoczone modlitwy wznosiły się przed ołtarz Boga z każdego katolickiego domu w kraju, choć naród był poruszony do samego głębi serca — pohamował swoje podniecenie, stłumił gwałtowność uczuć, zachował milczenie; a jedynym motywem tej niezwykłej pogody i ciszy była pamięć o przekonaniach, uprzedzeniach, a nade wszystko uczuciach protestanckich rodaków. Gdy sprawa osądzona została wyłącznie na podstawie swych zasług, swej historii przeszłej, swych obecnych uwarunkowań i swych przyszłych następstw dla społeczeństwa irlandzkiego, Kościół obcy został potępiony; i zadecydowano, w duchu ożywiającym niegdyś Wielką Kartę Swobód, który wciąż przenika wszystko, co chwalebne w konstytucji Brytanii, że wszyscy ludzie winni być równi w tym kraju. Gdy ta największa ze zwycięstw nad niesprawiedliwością i krzywdą została osiągnięta, nie słyszano żadnego głosu triumfu ani radości — żadnego obelżywego chełpienia się nad pokonanymi — żadnego krzykliwego wołania, że odtąd katolicy Irlandii będą rządzić wedle własnej woli. Nie, ani słowa. Nasz naród milczał — milczał w swej wdzięczności. Cisza rozbudzonej, niespokojnej nadziei przeszła w chrześcijański spokój nadziei spełnionej. Jeśli tedy jakiś głos obelgi, jakiś głos groźby rozbrzmiewał w Irlandii podczas zmagań i w chwili zwycięstwa, twierdzę, że głos ów nie wyszedł od katolickiego biskupa, kapłana ani świeckiego — że nie wyszedł z żadnego organu opinii katolickiej. Powtarzam: ilekroć słyszano głos podniecenia, zniewagi, groźby i gwałtu, nie dochodził on od nas. Milczeliśmy w godzinie, którą moglibyśmy się może pokusić nazwać godziną narodowego triumfu katolickiej Irlandii — milczeliśmy z szacunku dla uczuć naszych protestanckich rodaków — uznając ich pełną konsekwencję i szczerość w oporze, jaki nam stawiali — uznając z wdzięcznością, że protestantyzm poczuwa się do ducha sprawiedliwości i fair play, jak go zwą — odnotowując z wdzięcznością popieranie przez tych spośród nich wyznawców, którzy podali rękę, aby zetrzeć wielką i długo trwającą krzywdę, i jakby niepomni na tę potężną prawdę, że to wiara Irlandii, cierpliwość Irlandii i wytrwałość Irlandii — wszczepione w serca ludu łaską Boga Wszechmogącego — wywalczyły to cudowne potwierdzenie prawa ludu: do pełnej równości i wolności w ziemi, którą Bóg im stworzył i którą zechciał, by była ich. Jak przez owe dwanaście miesięcy niepewności, jak w chwili, gdy wielki akt zadośćuczynienia ogłoszono prawem kraju, tak i dziś jest; bo zaiste dziwne by było, gdyby ci, którzy na zewnątrz byli tak umiarkowani, tak spokojni, tak pełni szacunku, przyszli przed ołtarz Boży, by mówić słowa próżnej chluby i triumfu nad bliźnimi. Nie, jesteśmy o wiele bardziej wdzięczni Bogu niż dumni z siebie; i nikt, czytając przyszłą historię Irlandii, nie może powiedzieć, że w ogromnym przełomie, przez który przeszliśmy, nasz naród kiedykolwiek utracił spokój, czułość i szczodrość chrześcijańskiej miłości, która powinna ożywiać każdego człowieka w jego stosunkach z bliźnim. Zanim opuszczę ten wątek, przypomnijcie sobie, bracia moi, że nie jesteśmy rasą flegmatyczną i że nie jesteśmy przyzwyczajeni do tłumienia uczuć. Serce irlandzkie jest wrażliwe, temperament irlandzki jest żywotny, ba, demonstracyjny. Jesteśmy ludem, który nigdy nie milczał i nie godził się z wielką krzywdą ani z wielkim smutkiem. Nie jesteśmy ludem skłonnym do tłumienia emocji w chwilach narodowego bólu czy radości. Toteż wpływ, który powściągał wybujałość radości narodowej, który zdolny był utrzymać w spokoju naród podekscytowany i porywczy w czasie, gdy silne wzruszenie biło tętnem przez każdą żyłę kraju, musiał być wpływem potężnym; zasada i motyw musiały być wielkie — i były nimi nie co innego, powtarzam raz jeszcze, jak szacunek, czułość i szczodrość wypływające z prawdziwej miłości chrześcijańskiej i z miłości bliźniego. W tym samym duchu zgromadzamy się tu dziś, by wyrazić naszą solidarność i szacunek wobec wszystkich w tym kraju — by złożyć wszystkim hołd, do jakiego miłość bliźniego zobowiązuje człowieka wobec sąsiada — bo miłość bliźniego zobowiązuje nas nie tylko do szanowania jego uczuć, nie tylko do nieranieniais ich i nawet do wyrozumiałości dla jego uprzedzeń, lecz zobowiązuje nas też do szlachetnego i szczodrego przebaczenia wszelkich krzywd, jakich doznaliśmy z jego rąk.

Taki jest właśnie duch religii chrześcijańskiej. Zemsta — głęboko zakorzeniona, przemyślana zemsta — zemsta rozpamiętująca popełnioną krzywdę i oczekująca jedynie właściwej chwili, by ją pomsić — nie jest to duch Chrystusa ani oblubienicy Chrystusa, świętego Kościoła Katolickiego. Ona to przez dwa tysiące lat swych dziejów na ziemi doznawała prawie wyłącznie krzywd i zniewag z rąk świata. Całą jej historię można nazwać historią lekceważenia, krzywd, niesprawiedliwości i zniewag, przyjętych i szlachetnie przebaczonych przez święty Kościół Boży. Nieustannie wychodzi ona szukać dusz i zapewniać zbawienie nawet swym najbardziej niewdzięcznym dzieciom i najzacieklejszym wrogom. Nie zna ducha zemsty. Jeśli ten, który był jej największym nieprzyjacielem za życia — który odebrał jej wszystko, co miała na tym świecie, i co gorsza, odebrał jej dusze jej dzieci — jeśli taki człowiek w godzinie śmierci zwraca się ku niej i wyciąga do niej rękę o pomoc, ona, zapominając o wszystkich jego zniewagach i krzywdach, spieszy do jego boku i stara się ocalić jego duszę i zapewnić mu niebo i radości Boga. Przyszliśmy tedy tu dzisiaj, by dziękować za wielkie dobrodziejstwo, którego dostąpiliśmy; dobrodziejstwo to zaowocuje tym, że będziemy mogli wyciągnąć ku naszym protestanckim współobywatelom i rodakom rękę przyjaźni i braterskiej miłości. Od trzystu lat wyznaniowy absolutyzm był przekleństwem i podziałem tej naszej ojczyzny; wyznaniowy absolutyzm, przez który niewielka mniejszość narodu — ledwie jedna dziesiąta część — dzierżąc wszelkie uposażenia religijne kraju, wszelką władzę polityczną kraju, trzymając klucze do parlamentu, domagała się uznania za Kościół krajowy; a dziewięć dziesiątych narodu — ogromna większość — było wykluczonych ze wszelkiego uznania, ze wszelkiego wzięcia pod uwagę w prawach, ze wszystkich dóbr i uposażeń przeznaczonych na cele religijne — wykluczonych z urzędów i władzy, wykluczonych z tysiąca przywilejów i prerogatyw. I któż może się dziwić, że ta dumna, masywna dominacja, przytłaczająca tym sposobem wielki ogół ludu, rodziła ducha goryczy, wyobcowania i pogardy ze strony uprzywilejowanych nielicznych, i silną pokusę do oburzenia i gniewu ze strony tysięcy, milionów tak wykluczonych i pogardzanych — ducha, który przenikał każdą dziedzinę życia i, nade wszystko, był doskonałą przeszkodą dla tej chrześcijańskiej przyjaźni, dla tej społecznej wspólnoty, dla tej równości, która jest największym po łasce jedności religijnej błogosławieństwem. Przyjaźń istnieje tylko między równymi — człowiek nie zaprzyjaźnia się ze swoim sługą ani ze swoim niewolnikiem. Cała wartość przyjaźni, cała wartość więzi, która z niej wyrasta, zależy od równości dwóch ludzi, którzy podają sobie ręce w jakimś wspólnym celu i żywią wzajemną sympatię — jako hołd jednego człowieka dla drugiego. Dopóki więc zgubny absolutyzm, dziś na szczęście zmieciony, istniał w tej ziemi, nie mogło być między katolikiem a protestantem równości w przyjaźni; protestant bowiem był pod względem prawnym, obywatelskim, społecznym i w niemal każdym stosunku wyższy od swego katolickiego rodaka. Skutkiem był duch niezgody przenikający wszędzie życie społeczne, a niestety zbyt często i obrady publiczne, wywierając najgorszy wpływ na losy kraju, który był wspólną matką wszystkich — katolików i protestantów jednako. Dziś ten długo utrzymywany absolutyzm został zmieciony; i dziś, składając Bogu dziękczynienie za to, że to zgubne źródło niezgody, ta zaraza naszej ziemi, znikło, ofiarujemy zarazem naszym protestanckim współobywatelom święty hołd, do którego miłość bliźniego nas zobowiązuje — a mianowicie prawdziwe, szlachetne, wielkoduszne, niepomne przebaczenie przeszłości. Lecz być może powie ktoś: cóż mamy do przebaczenia? W czasie, gdy sprawa obalenia i pozbawienia uposażeń Kościoła protestanckiego była przed parlamentem, gdybyśmy kierowali się protestancką prasą krajową, moglibyśmy być skłonni sądzić, że wszelka krzywda była przez nas wyrządzana im, i że to oni mają przebaczać, a nie katolicy. Wróćmy tedy do pytania, jeśli mamy na nie odpowiedzieć: cóż mamy do przebaczenia? Cóż mają do przebaczenia katolicy Irlandii? Będziemy musieli przewracać kolejne kartki skrwawionej historii zbrodni i krzywd z trzech stuleci — będziemy musieli przywołać te smutne annały, którym historia nie zna równych — będziemy musieli cofnąć się do tej historii, pisanej łzami i krwią naszego uciśnionego i zdeptanego ludu, który doznał więcej krzywd i wycierpiał więcej niesprawiedliwości niż jakikolwiek naród, o którym historia prowadzi swój zapis od stworzenia świata. Cóż mamy do przebaczenia?

Trzysta lat temu naród irlandzki był zjednoczony w wierze niczym jeden mąż — naród irlandzki, z którego wiary i miłości wyrosła chwała tej świętej religii, tak mu drogiej jak życie — z którego wiary i miłości wyrosły dostojne katedry i kolegia, klasztory i kościoły pokrywające kraj, i które czyniły z Irlandii, nawet w godzinie jej narodowego upadku, chwałę chrześcijaństwa, krainę świętych, katolicką pośród wszystkich katolickich. Taki był stan kraju trzysta lat temu. Zarówno wodzowie, jak i lud byli katolikami do szpiku kości. Codzienna Msza, ofiara, sakramenty Kościoła Katolickiego — to było samo duchowe życie Irlandii, a w każdym zakątku świata słyszano głos irlandzkiego misjonarza, utrwalającego chwalebną wiarę Jezusa Chrystusa, tak ukochaną przez jego naród i rodaków w ojczyźnie. Taka była Irlandia, z Kościołem pełnym wiary i gorliwości, uposażonym i szczodrze obdarzonym — kiedy nagle wezwano ją przez potęgę pod względem ludzkim o wiele potężniejszą od jej własnej, by dopuściła się aktu religijnej apostazji, by wyparła się i porzuciła wiarę, która przez tysiąc dwieście lat wrosła w samą krew jej dzieci. Naród irlandzki wezwano, by zdjął obraz Jezusa Chrystusa z jego miejsca — by roztrzaskał tabernakulum i wyniósł zeń Syna Bożego, i podeptał Go nogami; wezwano go, by zrzucił z siebie każdy symbol mówiący światu o jego chrześcijaństwie; wezwano go, by wyrzekł się Świętych Sakramentów Kościoła — tak że młodzieniec ani dziewczyna nie mogliby już klęknąć, by otrzymać przebaczenie Jezusa Chrystusa w konfesjonale, a starzec konający nie miałby już Świętych Olejów Kościoła, by go wzmocniły w ostatniej godzinie — że grób irlandzki nie miałby już być poświęcony cieniem Krzyża ani uświęcony modlitwami wiernego i miłującego ludu. Tego wszystkiego wezwano naród irlandzki się wyrzec i świętokradzkimi rękami zburzyć chwalebne świątynie, które nasi ojcowie i nasi święci wznieśli w ziemi swoich przodków. Irlandia uroczyście odmówiła. Lud, reprezentowany przez swoich biskupów i duchownych, przemawiający głosem swych wodzów, stając niczym jeden mąż, złączony i związany chwalebną więzią jedności wiary, ogłosił, że woli umrzeć, niż wyrzec się choć jednej nauki swej świętej religii lub porzucić choćby jedną istotną praktykę wiary ojców. Wówczas świat ujrzał dziwny i straszliwy widok jednego narodu, potężnego — może nawet podówczas najpotężniejszego narodu na świecie — obradującego i spokojnie ważącego losy Irlandii na szali; i wniosek, przemyślany i spokojny, tego potężnego narodu, w którego niewolę wpadliśmy, był taki: że Irlandia wyrzeknie się wiary katolickiej albo naród irlandzki zostanie wytępiony. Niech mi nikt nie sądzi przez chwilę, że daję się ponieść podnieceniu myśli lub wyobraźni ani że oddaję się czysto retorycznej przesadzie. Twierdzę i dowiodę, że spokojne, ciche, dobrze rozważone postanowienie, do którego Anglia doszła trzysta lat temu, brzmiało: albo uczynić nas protestantami, albo zniszczyć nas doszczętnie; i że świat ujrzał niezwykły widok całego narodu, który przepasał biodra i stanął, by ponieść męczeństwo za wiarę, która w nim była. Oto duch, który ożywiał namiestników i rządców kraju od dni Elżbiety, gdy armie angielskie przybyły do Irlandii; oto duch, który ożywiał wielkich północnych wodzów, gdy podnosili broń w obronie narodowej wiary. Armia angielska, już niekatolicka, rozlała się po kraju; wydawano prawa skierowane umyślnie bądź ku zagładzie wiary irlandzkiej, bądź ku wytępieniu jej ludu. Bycie kapłanem — karane śmiercią. Odprawianie Mszy — śmierć. Ukrywanie kapłana — ruina i wygnanie. Dbanie o utrzymanie wiary katolickiej — utrata wszelkiego mienia i wyjście na świat bezdomnym i żebrakiem. Bycie przyłapanym na uczestnictwie w Najświętszej Ofierze Mszy — konfiskata i wygnanie. Wówczas Irlandia ujrzała swych wiernych biskupów i duchownych wygnanych z katedr, kościołów i kolegiów; kapłanów ściganych po kraju niczym dzikie zwierzęta, z ceną na głowie; wszelkie zewnętrzne przejawy świętej religii całkowicie zniesione; żaden symbol jej chrześcijaństwa nie był dozwolony w kraju; i wówczas Elżbieta wraz ze swoim angielskim protestanckim parlamentem spokojnie i zimno podjęła się gigantycznej walki, w której poniosła klęskę — walki, w wyniku której Irlandia miała być albo sprowadzona do protestantyzmu, albo naród irlandzki zniszczony. Stawialiśmy opór. Niemal każda wioska w kraju, niemal każda rodzina, miała swoich męczenników — i pytacie nas, co mamy do przebaczenia? Pytajcie pomordowanych.

Pierwsza fala prześladowań religijnych zalała kraj w roku 1558, za Elżbiety. W październiku 1585 roku Ryszard Creagh, arcybiskup Armagh, został otruty w Tower londyńskiej po długich i ciężkich cierpieniach, znoszonych mężnie za wiarę katolicką. W roku poprzednim Dublin był świadkiem straszliwego widoku. Dermot O'Hurley, arcybiskup Cashel, pojmany w Carrick-on-Suir, przywieziony został do miasta jako więzień we wrześniu 1583 roku i trzymany tam w kajdanach w ciemnym i wstrętnym lochu aż do Wielkiego Czwartku roku następnego. Zaoferowano mu pełne ułaskawienie i awans w Kościele, jeśli wyprze się duchowej władzy papieża i uzna supremację królowej. Oznajmił, że postanowił nigdy nie porzucać dla żadnej doczesnej nagrody Kościoła Katolickiego, Wikariusza Chrystusa i prawdziwej wiary. Świętego prałata przywiązano wówczas do pnia wielkiego drzewa z zakutymi rękami i nogami, a jego nogi wciśnięto w drewniane buty sięgające do kolan. Buty napełniono solonym masłem, olejem, pakułami i smołą, a ciało męczennika rozciągnięto na żelaznej kracie nad ogniem i okrutnie torturowano przez ponad godzinę. Smoła, olej i inne materiały zagotowały się; skóra została zerwana ze stóp, a nawet wielkie kawały mięsa, tak że kości były zupełnie obnażone. Mięśnie i żyły skurczyły się; gdy zdejmowano buty, nikt nie mógł patrzeć na to okaleczone ciało. Zawleczono go z powrotem do tej samej ciemnej i cuchnącej lochy, by zadać mu jeszcze większe męki, jeśli takie dałyby się wymyślić. Ostatecznie skazano go na wleczenie na miejsce kaźni, powieszenie tam, ścięcie głowy, ćwiartowanie ciała i wywieszenie ćwiartek na czterech bramach miejskich. Święty męczennik został zatem stracony na Stephen's Green w piątek 6 maja 1584 roku. Kilka lat później wierni mieszkańcy Dublina ujrzeli mężnego biskupa Down i Connor, Korneliusza O'Devany'ego, prowadzonego ulicami na to samo miejsce kaźni. Przez trzy lata leżał w lochach zamku dublińskiego, cierpiąc katusze głodu. Wreszcie ogłoszono wyrok: „Korneliusz Devany, biskup Down i Connor, ma być odprowadzony z powrotem do więzienia, a następnie wieziony na wózku na miejsce kaźni, tam powieszony na szubienicy i zdjęty żywy, wybebeszczony, z wypalonym sercem i wnętrznościami, ściętą głową i ciałem podzielonym na cztery części." Gdy prowadzono go na stracenie, lud wylewał się gęstym tłumem ze wszystkich drzwi na ulice i na oczach radnych, ku oburzeniu namiestnika, padał na kolana, błagając o błogosławieństwo pontyfikalne, gdy przechodził. W chwili gdy biskup wstąpił na pierwszy szczebel drabiny i jego głowa wynurzyła się ponad tłumem, wielki krzyk pełen szlochu wyrwał się ze wszystkich piersi widzów. Tak oto nasi arcybiskupi i biskupi byli mordowani pośród złamanego sercem ludu — i pyta się nas, co mamy do przebaczenia?

Ręka prześladowania nie oszczędziła kapłanów i zakonników, lecz spadła na nich równie ciężko jak na biskupów Kościoła. Annały panowania Elżbiety pełne są zapisów ich cierpień; a jak zauważa Piotr Talbot, uczony arcybiskup Dublina, „są one pisane krwawymi literami; głęboko zbryzgane niewinną i szlachetną krwią wielu uczonych i lojalnych poddanych — jedynie dlatego, że nie chcieli wyrzec się wiary swych chrześcijańskich przodków." „Przekracza wszelką wiarę — mówi inny historyk owych czasów, O'Mahony — jakim prześladowaniom byli poddawani nasi irlandzcy katolicy; wielu spośród naszych biskupów poniosło śmierć, a wszyscy zmuszeni byli szukać ocalenia w ukryciu lub ucieczce; bardzo wielu kapłanów, zarówno diecezjalnych, jak i zakonnych, oraz niezliczeni mężczyźni i kobiety, zarówno szlachta, jak i pospólstwo, zostali również skazani na śmierć — nie wspominając o konfiskacie mienia, wygnaniu, więzieniu i innych podobnych nieszczęściach — a wszystkiego tego doznał nasz kraj, co wiadome jest niebu i czego sam po części byłem świadkiem." Aby wziąć jeden z niezliczonych przykładów naszych cierpień z owych czasów: około roku 1580 oddział angielskich protestanckich żołnierzy wtargnął do kościoła klasztornego Najświętszej Marii Panny w Maggio, w diecezji Limerick, gdy cysterscy mnisi byli na modlitwie w chórze. „Niczym głodne wilki — powiada historyk — rzucili się na bezbronnych zakonników; w ciągu kilku chwil czterdzieści chwalebnych imion dołączyło do długiej listy irlandzkich męczenników, a sanktuarium spłynęło ich krwią."

Minęły lata i Irlandia przeżywa na nowo prześladowanie ze strony Anglii, które nabrało siły i spójności z intensywnej nienawiści religijnej. Sekta purytanów — najgwałtowniejsza ze wszystkich form, w jakich protestantyzm się objawiał — powstała i zyskała siłę w Anglii; reprezentował ją wielki i potężny mąż, któremu udało się wziąć ster rządów w swoje ręce. Ten duch purytanizmu patrzył z nienawiścią większą niż ludzka na widok irlandzkiej wierności; i widząc, że wszystkie prawa karne, wszystkie groźby Elżbiety i Edwarda VI nie wystarczyły do zniszczenia duchowieństwa irlandzkiego i wiary irlandzkiej, Cromwell przybył do tego kraju na czele wielkiej armii, aby dokonać tego, w czym jego poprzednicy zawiedli — mianowicie bądź zniszczyć religię narodu irlandzkiego, bądź zniszczyć sam naród irlandzki. Otóż twierdzę, że cały zamysł Cromwella polegał na całkowitym i doszczętnym wytępieniu rasy irlandzkiej; i przywołam na świadka jednego z największych wrogów Irlandii, a zarazem jednego z największych pisarzy tej doby — mam na myśli angielskiego męża stanu i historyka, Macaulaya. Macaulay, pisząc o Cromwellu i o jego przybyciu do Irlandii, mówi: „Pokonał ich (naród irlandzki); wiedział, że są w jego mocy; i uważał ich za bandę złoczyńców i bałwochwalców, wobec których postępuje miłosiernie, jeśli ich nie wytnie mieczem. Jego rządy w Irlandii były rządami na zasadach zwanych dziś orangystycznymi, stosowanymi z największą sprawność, niezłomnością, nieustraszonością i bezwzględnością, aż do wszelkich skrajnych konsekwencji, do jakich zasady te prowadzą; i gdyby były kontynuowane, nieuchronnie wydałyby skutek, który on przewidywał — zupełny rozkład i przebudowę społeczeństwa. Miał przed sobą wielki i wyraźny cel: uczynić Irlandię całkowicie angielską — zrobić z Irlandii drugie Yorkshire czy Norfolk." I dodaje: „Ludność rodzima była spychana coraz dalej przed nadciągającą falą anglosaskiej kolonizacji, tak jak Indianie amerykańscy lub plemiona południowej Afryki są dziś spychani przez białych osadników. Te straszliwe zjawiska, które niemal niezmiennie towarzyszyły zakładaniu cywilizowanych kolonii w krajach niecywilizowanych i które narody Europy znały jedynie z dalekich i wątpliwych pogłosek, były teraz publicznie wystawiane na ich oczach. Słowa: »wytępienie«, »wykorzenienie« były często w ustach angielskich kolonizatorów Leinsteru i Munsteru — słowa okrutne, lecz w swej okrucieństwie zawierające więcej miłosierdzia niż wiele znacznie łagodniejszych wyrażeń, którym od tamtej pory błogosławiły uniwersytety i oklaskiwały parlamenty; albowiem w rzeczy samej bardziej miłosierne jest wytępienie stu tysięcy ludzi za jednym zamachem i zapełnienie tej próżni dobrze rządzoną ludnością, niż złe rządzenie milionami przez długi szereg pokoleń." Pisząc znowu o pewnym znamienitym Angliku, który osiadł w Irlandii, Macaulay powiada: „Troszczył się o dobrobyt resztek dawnej celtyckiej ludności tyle, ile angielski farmer nad rzeką Swan troszczy się o Nowych Holendrów, albo holenderski chłop na Przylądku o Kafrów." Zamierzeniem było zatem zmieść duchowieństwo irlandzkie i doszczętnie wytępić naród irlandzki. Nie udało się im; lecz oni pytają nas, co mamy do przebaczenia? Co mamy do przebaczenia? Ja, stojąc tutaj, odziany w ten habit, który może przywoływać tradycje i wspomnienia niemal siedmiuset lat zakonu złączonego interesem i związanego z ludem irlandzkim — co mam do przebaczenia? W roku 1650 było w Irlandii sześciuset dominikanów. W roku 1660, niecałe dziesięć lat później, ilu pozostało z owych sześciuset? — stu pięćdziesięciu; a czterystu pięćdziesięciu kapłanów zostało bądź wymordowanych, spalonych, bądź pojmanych, wtrąconych na okręty niewolnicze i wysłanych na Barbados i Jamajkę, gdzie zginęli po pracy na plantacjach trzciny cukrowej jako niewolnicy, dożywając w nędzy swych dni pod batogiem nadzorcy; a byli to najznakomitsi, najbardziej oddani, najszlachetniejsi spośród Irlandczyków.

W tym zgubnym czasie, gdy cała wyspa spływała katolicką krwią, czytamy między innymi o pewnym dominikaninie — ojcu Ryszardzie Barrym — który został publicznie spalony na Skale Cashel pośród przeraźonego ze zgrozy i najgłębiej dotkniętego ludu.

Kilka lat później burzliwa fala podboju, wezbrała tą samą nienawiścią religijną, zalała Irlandię. Miasta — mimo traktatów — otwierały swe bramy najeźdźcom i miały bruki swych ulic skropione najlepszą krwią swych niewiast i dzieci. Prawa karne były na nowo uchwalane i ponawiane, czyniąc ze śmierci karę za głoszenie słowa Bożego lub udzielanie sakramentów katolikom; i prawa te dopełniały swego dzieła. Katoliccy kapłani zapełniali wszystkie więzienia Irlandii — i pytacie nas, co mamy do przebaczenia? Lecz to nie wszystko. Była to wojna nie tylko przeciw jednej wierze, lecz przeciw wszystkiemu, co mogło tę wiarę podtrzymać. Dwa czynniki uchodziły za wielkie podpory wiary katolickiej w Irlandii: mianowicie zamożność ludu i oświata ludu. Pomoc — wsparcie płynące z zamożności — zostało odcięte. Szlachetne rodziny kraju zostały wygnane w nędzę na wygnanie, pozbawione wszystkich ziem i całego mienia za wyznanie wiary. Cała prowincja Ulsteru została „skolonizowana", jak to się mówi, przez osadników z północnej Anglii i ze Szkocji, którzy przywieźli ze sobą swój protestantyzm, a pierwotni właściciele ziemi — jako katolicy — zostali zepchnięci dalej w głąb wyspy. Cromwell nakazał, aby irlandzcy katolicy opuścili swoje domy; kilka jałowych gór w Connacht, z widokiem na Morze Zachodnie, zostało im wyznaczonych jako jedyna ostoja w ziemi. Mieli wybierać między „piekłem" przez okrutną śmierć a wygnaniem na odległe i bezpłodne obszary Zachodu. Tak oto cały naród zostało wygnany z ziemi, która była jego; tak oto wielka i monstrualna krzywda została wyrządzona nie jednemu, nie dwóm, nie tysiącowi, lecz całemu narodowi; a lud, niezdolny do oporu, oddał wszystko prócz wiary, którą dał mu Bóg Wszechmogący. Drugą wielką podporą naszej wiary była oświata. Nasz naród od zarania był miłośnikiem wiedzy — uprawiał wiedzę. Nauczyciele irlandzcy znajdowali się na każdym europejskim uniwersytecie. Największy doktor Kościoła, święty Tomasz z Akwinu, miał za mistrza w owej filozofii, w której celował — Irlandczyka. Gdy królowie i cesarze chcieli zakładać wielkie uniwersytety, posyłali do Irlandii po pierwszych uczonych epoki — i znajdowali ich; i tak oto wiedza i miłość wiedzy były przez Irlandczyków rozsiewane po całym świecie. Anglia widziała, że w Irlandii kwitnie najżywsza wiara obok najwyższej kultury umysłowej; i aby zniszczyć tę wiarę, jeśli możliwe, niszcząc oświatę, uczyniła przestępstwem możność kształcenia syna przez ojca katolickiego — sądząc, że ogłupiając lud ciemnotą, doprowadzi go do przyjęcia własnych błędów. Irlandia pozbawiona oświaty — Irlandia odcięta od szkół — irlandzka młodzież bez nauki udawała się do sal nauki, zachowując swoją świętą religię; a ponieważ jest to religia rozumowa — religia w najwyższym stopniu rozumowa — podtrzymywała ogień intelektualnej wiedzy i święte światło oświaty wciąż płonące w kraju, mimo wszystkich praw karnych, mimo wszystkich brutalnych gróźb stosowanych dla ich zagaszenia. Pytaliście nas, co mamy do przebaczenia?

Kościół Katolicki dziś, po staniu we własnej krwi i przelewaniu przez ponad dwieście lat najlepszej krwi swych dzieci, widzi, jak łańcuchy opadają z jego szlachetnej, królewskiej postaci; i Kościół Katolicki dziś, zapominając o wszystkich złach, jakie go dotknęły — zapominając o wszystkich swych krzywdach — z pogardą odwraca się od ofiarowanej mu części tego, co było niegdyś jego własnym — od cząstki tego, co trzysta lat temu zostało mu skonfiskowane; a tym, którzy chcieliby go uposażyć i wzbogacić cząstką tego, co niegdyś było wszystkim jego, mówi: „Przez trzysta lat żyłam w tej ziemi i cierpiałam razem z moim ludem — przez trzysta lat miłość narodu irlandzkiego była dla mnie wystarczającym uposażeniem — dla mnie, która mając pokarm i odzienie, jestem gotowa pracować i, jeśli trzeba, umierać — przez trzysta lat znajdowałam swoje uposażenie w sercach mego ludu — cenię je wyżej niż wszystkie bogactwa, jakie ten świat mógłby złożyć u moich stóp; i dlatego mówię: cokolwiek z tego majątku kościelnego mogłoby być moje, jestem gotowa odstąpić narodowi irlandzkiemu na jego cele ogólnonarodowe. Rzucę mój chleb, jak dawniej, na bieżące wody i oprę moją egzystencję w tej ziemi na wierze i hojności irlandzkich serc." I, bracia moi, gdy tak do nas przemawia, zwraca się ku swoim wrogom — zwraca się ku tym, którzy przez trzysta lat kładli na nią bat prześladowania — i mówi: „Jestem gotowa zapomnieć wszystko, jestem gotowa nie przypominać wam ani mojemu własnemu ludowi ani jednej krzywdy, jakiej doznałam; przebaczam wam z całego serca i duszy, i proszę was tylko, byście podali mi ręce i powiedzieli: Bądźmy zjednoczeni we wszystkich obywatelskich węzłach przyjaźni i równości, dla naszego wspólnego dobra i dobra naszej wspólnej ojczyzny." To jest mowa, którą wygłaszamy dziś; i jeśli wziąłem przed wami przegląd dawnych krzywd, to nie po to, by rzucać je w twarze tym, którzy je wyrządzili. Nie! Lecz po to, by im powiedzieć, że czynimy cnotę przebaczenia — miłości bliźniego. Mamy wiele do przebaczenia — więcej niż jakikolwiek naród na obliczu ziemi. Mamy wiele do przebaczenia, i dlatego miłość, która nas skłania do przebaczenia, musi być odpowiednio wielka. Ofiarujemy im zadatek naszej przyjaźni, jeśli zechcą go przyjąć.

Na koniec, bracia moi, miłość bliźniego zobowiązuje nas do gorliwego pragnienia jego duchowego i doczesnego dobra — i to właśnie sprowadza nas tu dzisiaj. Nie ukrywam, że jednym z wielkich uczuć wypełniających serce katolickie jest nadzieja, że wielki akt zadośćuczynienia, który właśnie się dokonał, utoruje drogę i otworzy wrota, by Irlandia odzyskała w niezbyt odległym dniu niebieskie błogosławieństwo jedności religijnej. O jedność w wierze modlił się Chrystus Pan do swego Ojca w wieczór przed swą Męką. O jedność w wierze wznosił swe modlitwy za swoich apostołów podczas Ostatniej Wieczerzy. Dla jedności wiary i aby ludzie byli jednego serca i umysłu założył swój Kościół na ziemi i złożył na tym Kościele pieczęć nieomylności w nauce — by wszyscy ludzie mogli poznać Jego słowo i ufać, przyjmując je z jej ust. Jedność ta była błogosławieństwem Irlandii przez tysiąc dwieście lat: od dnia, gdy przyjęła prawdy katolickie z nauk własnego apostoła, aż do owego smutnego i straszliwego dnia, gdy powiedziano jej, że Kościół nie jest już jeden, i że musi oderwać się od Stolicy Piotrowej. Wiemy jako katolicy, że święty Kościół Katolicki jest jedynym depozytariuszem Bożej prawdy, jedynym nieomylnym świadkiem Bożego credo na ziemi. Wiemy to. Nasi protestanccy rodacy nie chcą tego przyjąć. Szanujemy nawet ich błąd, ale nie kochalibyśmy ich, nie moglibyśmy kochać ich jako bliźnich, nie moglibyśmy wypełniać wobec nich Ewangelii, gdybyśmy nie modlili się żarliwie i gorąco do Boga Wszechmogącego, by otworzył ich oczy na tę wielką prawdę: że konieczne jest, by być ciałem, jak i duchem, członkiem Kościoła Katolickiego, aby być miłym Bogu i mieć tę wiarę, bez której nie można być zbawiony. Mamy nadzieję, że nasze pragnienia jedności religijnej zostaną wspomoże przez zniszczenie zgubnego absolutyzmu, który tak długo panował pośród nas. Dlatego to witamy go z miłości do naszych protestanckich współobywateli; dlatego witamy go jako świt dnia, gdy ta ziemia znów zazna błogosławieństw jedności religijnej — gdy wszyscy Irlandczycy przyjdą klęknąć przy tym samym ołtarzu — gdy przyjmą do wiernych i miłujących serc tego samego sakramentalnego Boga i będą zjednoczeni jak bracia w tej ziemi każdą więzią miłości, nie tylko przyjaźni obywatelskiej, lecz wyższą, ogólnonarodową więzią jedności, którą jest tożsamość wiary. Mówimy, że mamy nadzieję, iż ten dzień już świta, i widzimy pierwszy blask jego nadchodzącego światła na horyzoncie naszej historii w tym wielkim akcie naprawy, który się dokonał. Nie moglibyśmy być ludźmi miłującymi — nie moglibyśmy mieć ani miłości bliźniego, która jest znamieniem chrześcijan, gdybyśmy nie witali tego błogosławieństwa jako pierwszego blasku nadchodzącego chwalebnego dnia — gdybyśmy nie wołali do Boga w dziękczynieniu za przeszłość: „O, przyjdź, Panie! Przyjdź w jedności wiary — przyjdź w sile tej miłości, która tryumfowała w ofierze na Krzyżu! Przyjdź i nie zwlekaj! Zajaśnij nad wszystkimi, którzy są w ciemności lub w cieniu śmierci; napełnij ich światłem Twojej obecności i Twojej łaski; zajaśnij na ich umysłach światłem wiary; zajaśnij na ich sercach żarem Bożej miłości" — aby tak, bracia moi, wszyscy się zjednoczyli, złączeni w wierze, w nadziei i w miłości; i szukając wpierw tej jedności, która jest Królestwem Bożym, wszystkie inne rzeczy, wszystkie doczesne błogosławieństwa, cała wielkość, która mogłaby potem nastąpić, gdybyśmy byli ludem zjednoczonym, wypełniły się według słowa naszego Ojca Niebieskiego: „Szukajcie naprzód Królestwa Bożego, a wszystko inne będzie wam przydane."

← wróć do odkrywania