*„Cóż da człowiek w zamian za duszę swoją?"* — Mt 16,26
Przypuszczam, że nie ma żadnego w miarę oświeconego chrześcijanina, który nie sądziłby, iż ma właściwe pojęcie o różnicy między naszą religią a pogaństwem, które ona wyparła. Każdy, zapytany, co zyskaliśmy przez Ewangelię, odpowie natychmiast, że zyskaliśmy poznanie naszej nieśmiertelności — to znaczy świadomość, że posiadamy dusze, które żyć będą na wieki; że poganie tego nie wiedzieli, lecz Chrystus tego nauczył i że Jego uczniowie to wiedzą. Każdy powie — i słusznie powie — że ta wielka i doniosła nauka nadawała Ewangelii prawo do wysłuchania, gdy głoszono ją po raz pierwszy; że to ona zatrzymała bezmyślne tłumy pochłonięte przyjemnościami i sprawami tego życia, napełniła je trwogą wizją życia przyszłego i otrzeźwiła na tyle, że nawróciły się do Boga z sercem szczerym. Powiada się — i słusznie — że nauka o życiu przyszłym była tą właśnie nauką, która złamała potęgę i czar pogaństwa. Biedni, oślepieni poganie byli pogrążeni we wszelkich błahostkach i niedorzecznościach fałszywego kultu, który przesłonił światło natury. Znali Boga, lecz opuścili Go dla ludzkich wymysłów; stworzyli sobie opiekunów i obrońców i mieli „bogów wielu i panów wielu". Odprawiali bezcześć kult, odbywali barwne pochody, wyznawali łagodną wiarę, przestrzegali łatwych obrzędów, oddawali się zmysłowym świętowaniom i dziecinnym wybrykom — takim, które mogą słusznie uchodzić za religię istot żyjących siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat, a potem umierających raz na zawsze, by nigdy już nie ożyć. „Jedzmy i pijmy, bo jutro pomrzemy" — oto była ich nauka i ich reguła życia. „Jutro pomrzemy" — to Święci Apostołowie przyznawali. Tak dalece godzili się z poganami: „Jutro pomrzemy"; lecz dodawali zaraz: „A po śmierci — sąd" — sąd nad nieśmiertelną duszą, która żyje mimo śmierci ciała. I to była owa prawda, która przebudziła ludzi do konieczności posiadania głębszej i lepszej religii niż ta, która rozlała się po ziemi, gdy przyszedł Chrystus — która tak na nich podziałała, że porzucili ów dawny fałszywy kult swój, i kult ten upadł. Tak — choć zasiadał na tronie wszelkiej potęgi świata, widok niesłychany jakiego oko ludzkie jeszcze nie oglądało; choć wspierali go wielcy i liczni, przepych królów i upartość ludów — upadł. Jego ruiny rozsiane są po obliczu ziemi; strzaskane dzieła jego wielkiego obrońcy — tego zaciętego wroga Boga, pogańskiego Imperium Rzymskiego. Ruiny te spotykamy i pośród nas samych, i pokazują, jak niepomiernie wielka była jego potęga, a zatem jak potężniejsza jeszcze była ta siła, która ją złamała — a siłą tą była nauka o nieśmiertelności duszy. Tak całkowita jest rewolucja, jaka dokonywa się wśród ludzi wszędzie, gdzie ta wzniosła prawda zostaje naprawdę przyjęta.
Powiedziałem, że każdy z nas potrafi płynnie mówić o tej nauce i wie, że jej poznanie stanowi zasadniczą różnicę między naszym stanem a stanem pogan. A jednak — mimo że potrafimy o tym mówić i posiadamy ową „znajomość wiary" (jak nazywa ją święty Paweł) — trudno, zdaje się, wątpić, że większość tych, których się zwie chrześcijanami, w żadnym prawdziwym sensie nie uświadamia sobie tej prawdy. Istotnie, bardzo trudno przyswoić sobie i poczuć, że mamy dusze; nie ma też bardziej zgubnego błędu niż mniemać, że rozumiemy tę naukę, skoro tylko umiemy posługiwać się słowami, które ją wyrażają. Rzeczą tak wielką jest zrozumieć, że mamy dusze, iż to pojęcie — wzięte wraz ze swymi następstwami — jest równoznaczne z życiem poważnym, to znaczy prawdziwie religijnym. Rozpoznanie naszej nieśmiertelności łączy się nieodzownie z bojaźnią, drżeniem i nawróceniem w sercu każdego chrześcijanina. Kto bowiem nie zostałby otrzeźwiony na widok płomieni piekielnych i dusz bezpowrotnie w nich zamkniętych? Czy nie skupiłoby to wszystkich jego myśli, tak że stałby jak wryty, wpatrując się w ten straszny widok i zapominając o wszystkim innym — niewidząc niczego poza nim, niesłyszący niczego, pochłonięty tą kontemplacją? A gdy by widzenie to minęło, miałby je na zawsze wyryty w pamięci i byłby odtąd umarły dla przyjemności i zajęć tego świata, rozumianych jako cel sam w sobie — myśląc o nich tylko w odniesieniu do owej przerażającej wizji. Taki byłby przemożny skutek takiego objawienia, niezależnie od tego, czy rzeczywiście doprowadziłoby człowieka do nawrócenia, czy nie. A pochłonięci myślą o życiu przyszłym są właśnie ci, którzy naprawdę i całym sercem przyjmują słowa Chrystusa i Jego Apostołów. Jednak do tego stanu ducha, a więc i do owej prawdziwej wiedzy, jest obcą rzesza ludzi zwanych chrześcijanami; gruba zasłona zakrywa im oczy i — mimo że potrafią mówić o tej nauce — żyją tak, jakby nigdy jej nie słyszeli. Postępują tak samo jak poganie niegdyś: jedzą i piją, lub bawią się próżnościami i żyją na świecie bez trwogi i bez smutku — jakby Bóg nie objawił, że ich postępowanie w tym życiu rozstrzygnie o ich losie w następnym; jakby nie mieli dusz albo jakby zbawienie duszy niewiele ich obchodziło lub nie obchodziło wcale — co właśnie było wierzeniem pogan.
Zastanówmy się teraz, co to znaczy uświadomić sobie, że mamy dusze, i na czym polega szczególna trudność tego zadania; może bowiem okazać się to pomocne w naszych staraniach, by pojąć ową straszliwą prawdę.
Od urodzenia jesteśmy pozornie zależni od rzeczy, które nas otaczają. Widzimy i czujemy, że nie zdołalibyśmy żyć ani postępować naprzód bez pomocy człowieka. Dla dziecka ten świat jest wszystkim: zdaje mu się, że jest częścią tego świata — częścią w takim samym sensie, w jakim gałąź jest częścią drzewa. Ma ono nikłe wyobrażenie o własnym odrębnym i samodzielnym istnieniu, co znaczy, że nie ma żadnego słusznego pojęcia, iż posiada duszę. A jeśli przejdzie przez życie bez zmiany tych wyobrażeń, nie będzie miało słusznego pojęcia o tym, że ma duszę, aż do końca życia. Patrzy na siebie jedynie przez pryzmat swego związku z tym światem, który jest jego wszystkim; oczekuje od tego świata swego dobra jak od bożka; a gdy próbuje spojrzeć poza to życie, nie dostrzega nic w perspektywie, bo nie ma pojęcia o niczym innym ani nic innego nie potrafi sobie wyobrazić poza tym życiem. Jeśli zaś jest zmuszony coś sobie wyobrazić, wyobraża sobie to samo życie od nowa — tak samo jak poganie, gdy rozmyślali nad krążącymi wśród nich podaniami o innym życiu, potrafili tylko wyobrażać sobie szczęście błogosławionych jako radowanie się słońcem, niebem i ziemią jak przedtem, lecz jakby wspanialszą niż teraz.
Zrozumieć, że mamy dusze, to poczuć swą odrębność od rzeczy widzialnych, niezależność od nich, nasze własne, odrębne istnienie, naszą indywidualność, naszą zdolność do działania z własnej woli — w tę lub tamtą stronę — oraz naszą odpowiedzialność za to, co czynimy. Oto wielkie prawdy ukryte wprawdzie nawet w umyśle dziecka, które łaska Boża może tam rozwinąć wbrew wpływom świata zewnętrznego; lecz na początku świat zewnętrzny bierze górę. Odwracamy wzrok od siebie ku otaczającym nas rzeczom i zapominamy o sobie w nich. Taki jest nasz stan — opieranie się na trzcinie, która żadną podporą nie jest, i niedostrzeganie naszej prawdziwej siły — gdy Bóg rozpoczyna swoje dzieło prowadzenia nas ku prawdziwszemu pojmowaniu naszego miejsca w Jego wielkim porządku opatrzności. A gdy nas nawiedza, po jakimś czasie budzi się w nas niepokój. Bezużyteczność i słabość rzeczy tego świata narzuca się naszym umysłom; obiecują, a spełnić nie mogą; zawodzą nas. A nawet jeśli spełniają to, co obiecują, i tak (tak to jest) nie zaspokajają nas. Wciąż pragniemy czegoś, sami dobrze nie wiemy czego; lecz jesteśmy pewni, że jest to coś, czego świat nam nie dał. A przy tym zmiany jego są tak liczne, tak nagłe, tak ciche i nieustanne. Nie przestaje się zmieniać; zmienia się dalej, aż serce nam opada — i wtedy właśnie upada nasza ufność w niego. Jasne jest, że nie możemy dalej na nim polegać, chyba że dotrzymamy mu kroku i sami będziemy się ciągle zmieniać; lecz tego zrobić nie możemy. Czujemy, że gdy ono się zmienia, my pozostajemy sobą, jedni i ci sami; i tak, z błogosławieństwem Bożym, zaczynamy przeczuwać znaczenie naszej niezależności od rzeczy doczesnych i naszej nieśmiertelności. A jeśli zdarza się, że dotykają nas nieszczęścia — jak to często bywa — jeszcze bardziej utwierdzamy się w przekonaniu o nicości tego świata; jeszcze bardziej nie ufamy mu i odrywamy się od miłości doń, aż w końcu unosi się przed naszymi oczami jak jakaś próżna zasłona, która pomimo swej barwności nie może ukryć widoku tego, co za nią leży — i zaczynamy stopniowo dostrzegać, że istnieją jedynie dwie istoty w całym wszechświecie: nasza własna dusza i Bóg, który ją stworzył. Wzniosła, nieoczekiwana nauka, a jednak najzupełniej prawdziwa! Dla każdego z nas istnieją jedynie dwie istoty na całym świecie: on sam i Bóg; bo ów zewnętrzny świat z jego przyjemnościami i sprawami, zaszczytami i troskami, zgiełkiem, osobistościami, królestwami i mnóstwem zabiegliwych niewolników — czym jest dla nas? Niczym — nie więcej niż widowiskiem. „Świat przemija i pożądliwość jego". A co do tych bliższych nam, których nie można zaliczać do próżnego świata — mam na myśli przyjaciół i krewnych, których kochać mamy prawo — i oni, ostatecznie, nie są nam tu niczym. Nie mogą nam naprawdę pomóc ani nas obdarzyć; widzimy ich i oddziałują na nas tylko niejako na odległość, przez pośrednictwo zmysłów; nie mogą dotrzeć do naszych dusz; nie mogą wejść w nasze myśli ani być dla nas prawdziwymi towarzyszami. Na tamtym świecie będzie, z Bożego miłosierdzia, inaczej; lecz tutaj cieszmy się nie ich obecnością, lecz przeczuciem tego, co kiedyś będzie; tak że ostatecznie blakną wobec jasnej wizji, jaką mamy — najpierw naszego własnego istnienia, a potem obecności wielkiego Boga w nas i nad nami, jako naszego Władcy i Sędziego, który w nas mieszka przez sumienie, będące Jego zastępcą.
Rozważmy teraz, jaka rewolucja dokona się w umyśle, który nie jest całkowicie zatwardziały, w miarę jak uświadomi sobie ten stosunek między sobą a Bogiem Najwyższym. Nigdy w tym życiu nie zdołamy w pełni pojąć, co znaczy żyć wiecznie; możemy jednak pojąć, co znaczy, że ten świat nie będzie żył wiecznie — że umrze, aby już nie zmartwychwstać. A ucząc się tego, uczymy się, że nie jesteśmy mu winni służby ani posłuszeństwa; nie ma nad nami żadnego prawa i nie może nam wyrządzić żadnej istotnej ani dobra, ani zła. Z drugiej strony prawo Boże wypisane w naszych sercach nakazuje nam służyć Bogu i po części wskazuje, jak mu służyć, a Pismo Święte dopełnia przykazań, które natura zaczęła. I Pismo, i sumienie mówią nam, że jesteśmy odpowiedzialni za to, co czynimy, i że Bóg jest Sędzią sprawiedliwym; przede wszystkim zaś nasz Zbawiciel jako nasz widzialny Pan Bóg zajmuje miejsce świata jako Jednorodzony Syna Ojca, objawiwszy się jawnie, byśmy nie mogli mówić, że Bóg jest ukryty. W ten sposób człowiek pociągany jest przez wszelkiego rodzaju potężne siły do odwrócenia się od rzeczy doczesnych ku wiecznym, do zaparcia się siebie, wzięcia swego krzyża i naśladowania Chrystusa. Są bowiem grożne ostrzeżenia i przestrogi Chrystusa, by go powagą napełnić; są Jego przykazania, by go pociągać i wznosić; Jego obietnice, by go krzepić; Jego miłosierne czyny i cierpienia, by go uniżyć do prochu i związać jego serce na zawsze węzłem wdzięczności wobec Tego, który tak przedziwnie miłosierny jest. Wszystko to na niego działa; i jak prawdziwie święty Mateusz wstał od stołu celniczego, gdy Chrystus go powołał, nie zważając, co powiedzą o nim stojący obok, tak ci, którzy dzięki łasce słuchają tajnego głosu Bożego, idą naprzód wbrew drogom świata i beztroski o to, co powie o nich ludzki sąd — bo rozumieją, że mają dusze, i o to jedno tylko im chodzi.
Wiem dobrze, że wyszli na świat nieopatrzni nauczyciele, którzy posługują się językiem podobnym do tego, jakiego ja używam, a mają na myśli coś zupełnie innego. Należą do nich ci, którzy przeczą łasce chrztu i sądzą, że człowiek nawraca się do Boga od razu, za jednym zamachem. Nie potrzebuję tu jednak wskazywać różnicy między ich nauczaniem a nauczaniem Pisma. Cokolwiek ich szczególne błędy, o tyle, o ile mówią, że z natury jesteśmy ślepi i grzeszni, i że przez łaskę Bożą i własny wysiłek musimy uczyć się, że mamy dusze, i wznosić się do nowego życia — oddzielając się od tego, co jest, i chodząc wiarą w to, co niewidzialne i przyszłe — o tyle mówią prawdę, bo wypowiadają słowa Pisma, które głosi: „Przebudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus. Baczcie więc pilnie, jak postępujecie — nie jako niemądrzy, ale jako mądrzy, wykupując chwilę sposobną, bo dni są złe. Dlatego nie bądźcie nierozsądni, ale zrozumiejcie, co jest wolą Pańską".
Zapytajmy więc sami siebie poważnie — i prośmy Boga o łaskę, by czynić to szczerze — czy jesteśmy oderwani od świata; czy też żyjąc jako zależni od niego, a nie od Odwiecznego Sprawcy naszego istnienia, bierzemy w istocie swój udział z ową ginącą zewnętrzną sceną i nie wiemy, że mamy dusze. Wiem dobrze, że tego rodzaju myśli są ludziom wogóle przykre. Zapewne niejeden, słysząc nauki, na których tu nalegam, powiada w sercu swoim, że religia staje się przez to posępna i odpychająca; że chętnie słuchałby nauczyciela, który przemawiałby łagodniej; i że w gruncie rzeczy chrześcijaństwo nie miało być ciemnym, uciążliwym prawem, lecz religią radości i wesela. Tak myślą młodzi ludzie, choć nie wyrażają tego w tak argumentacyjnej formie. Uważają życie surowe za coś obraźliwego i nienawistnego; odwracają się od samego jego wyobrażenia. A gdy stają się starsi i więcej widzą świata, uczą się bronić swojej opinii i wyrażają ją mniej lub bardziej w sposób, jaki właśnie przedstawiłem. Nienawidzą prawdy i sprzeciwiają się jej niejako z zasady; i im bardziej mówi im się, że mają dusze, tym mocniej postanawiają żyć tak, jakby ich nie mieli. Lecz przyjmijmy od samego początku, jako rzecz jasną i niepodlegającą dyskusji, że religia musi być zawsze trudna dla tych, którzy ją zaniedbują. Wszystkiego, czego musimy się uczyć, trudno jest uczyć się na początku; a nasze obowiązki wobec Boga i wobec ludzi dla Jego miłości są szczególnie trudne, bo wzywają nas do podjęcia nowego życia i porzucenia miłości tego świata dla następnego. Nie da się tego uniknąć — musimy najpierw drżeć i odczuwać smutek, zanim zdołamy radować się. Ewangelia musi być ciężarem, zanim pocieszy nas i przyniesie nam pokój. Nikt nie może mieć serca odciętego od naturalnych przedmiotów jego miłości bez bólu w toku tego procesu i bez drgnień serca po nim. Jest to oczywiste z natury rzeczy; i choć prawdą jest, że ten lub ów nauczyciel może być szorstki i odpychający, nie może on zasadniczo zmienić biegu rzeczy. Religia sama w sobie jest na początku uciążliwa dla umysłu światowego i wymaga wysiłku i zaparcia się siebie od każdego, kto szczerze postanawia być religijnym.
Są jednak inni ludzie, daleko bardziej godni nadziei niż ci, o których mówiłem — tacy, którzy słysząc wezwanie do nawrócenia i odmiany życia, lękają się ogromu tego zadania; zniechęcają się, słysząc, że tyle od nich się wymaga. Niech więc będzie dobrze zrozumiane, że uświadomienie sobie własnej odpowiedzialności i nieśmiertelności, o którym mówiłem, nie jest od razu wymagane. Nie twierdziłem, że człowiek nie jest w dobrym położeniu, jeśli nie dostrzega jeszcze tak w pełni próżności świata i wartości swojej duszy. Lecz w bardzo złym położeniu jest ten, kto nie pragnie, kto nie stara się tego dostrzec i odczuć. Chcę, by człowiek z jednej strony wyznawał ustami swą nieśmiertelność, a z drugiej strony żył tak, jak gdyby próbował rozumieć własne słowa — i wtedy jest na drodze do zbawienia; jest na drodze ku niebu, choćby jeszcze nie uwolnił się całkowicie z więzów tego świata. Nikt z nas (oczywiście) nie jest całkowicie oderwany od tego świata. Wszyscy używamy słów, mówiąc o naszych obowiązkach, wyższych i pełniejszych, niż je naprawdę rozumiemy. Nikt nie pojmuje w pełni, co znaczy posiadanie duszy; nawet najlepszy z ludzi jest jedynie w drodze ku tej prostej prawdzie; a i najsłabszy i najciemniejszy z tych, którzy jej szukają, nie może nie być w drodze. Dlatego nikomu nie trzeba się trwożyć na wieść, że wiele ma do zrobienia, zanim dojdzie do właściwego pojmowania swego stanu przed Bogiem — to znaczy do wiary; wszyscy bowiem mamy wiele do zrobienia, a rzeczą najistotniejszą jest: czy jesteśmy skłonni to czynić?
Oby takie było nasze serce — by odsunąć na bok świat widzialny, pragnąć patrzeć na niego jak na zwykłą zasłonę między nami a Bogiem, i myśleć o Tym, który wstąpił poza zasłonę i który nas obserwuje, doświadcza, a zarazem błogosławi, kształtuje i zachęca do dobra — dzień po dniu! A jednak, niestety, jak bardzo pozwalamy, by drobne, zmienne okoliczności każdego dnia nami władały! Jakże trudno jest zachować wytrwałość i jedność ducha wśród pokus i lęków tego świata! Czujemy różnie zależnie od miejsca, czasu i towarzystwa, w jakim się znajdujemy. W niedzielę jesteśmy poważni, a w poniedziałek świadomie grzeszymy. Wstajemy rano z wyrzutami sumienia za nasze upadki i postanowieniami poprawy, a przed nocą znowu jesteśmy winni przewiny. Sama zmiana otoczenia wprawia nas w nowy nastrój; nie rozumiemy zaś dość tej naszej wielkiej słabości ani nie szukamy siły tam, gdzie jedynie można ją znaleźć — w Niezmiennym Bogu. Jakie będą nasze myśli w ów dzień, gdy wreszcie ten zewnętrzny świat całkowicie opadnie, i znajdziemy się tam, gdzie zawsze byliśmy — w Jego obecności, a Chrystus będzie stał po Jego prawicy!
Jak zbawienna jest natomiast dla tych, którzy jej dostępują, ta odkryta prawda, że ten świat jest jedynie marnością i że w istocie zawsze jesteśmy w obecności naszego Zbawiciela. Jest to myśl, którą niestosowne byłoby rozwijać wobec zmieszanego zgromadzenia, wśród którego mogą być tacy, co jeszcze nie oddali Bogu serc swoich; bo dlaczego przywileje prawdziwego chrześcijanina miałyby być obwieszczane ludziom w ogóle, a święte tematy, będące jego osobistym skarbem, stawiane do dyspozycji niedbałego życiem człowieka? On sam wie o swojej szczęśliwości i nie potrzebuje, by mu ktoś ją opisywał. Wie, komu zawierzył; i w godzinie niebezpieczeństwa lub udręki wie, co znaczy ów pokój, którego Chrystus nie opisał, gdy dawał go Apostołom swoim, lecz jedynie powiedział, że nie jest taki, jak ten, który dać może świat.
„Zachowasz w pokoju doskonałym tego, kto oparł się na Tobie — bo Tobie ufa. Ufajcie Panu na wieki, albowiem Pan jest skałą wiekuistą."