*„Przystąpmy z sercem prawym, w pełni wiary, mając serca pokropione i oczyszczone od złego sumienia oraz ciało obmyte wodą czystą."* — Hbr 10,22
Pośród racji, które przytacza się na uzasadnienie praktyki modlitwy o stałych porach, jest jedna bardzo oczywista, a jednak — być może — niepamiętana i niestosowana tak pilnie, jak powinna. Mam na myśli konieczność, aby grzesznicy oczyszczali się od czasu do czasu z wciąż narastającej winy, która obciąża ich sumienia. Grzeszymy nieustannie; i choć Chrystus raz na zawsze umarł, by uwolnić nas od kary, to jednak nie jesteśmy raz na zawsze przebaczeni, lecz stosownie do tego i wtedy, gdy każdy z nas o ten dar błaga. Modlitwą wiary przywłaszczamy go sobie, lecz jedynie na chwilę, nie na zawsze. Wina zaciąga się na nowo i na nowo trzeba jej żałować i ją zmywać. Nie możemy jednym aktem wiary utwierdzić się raz na zawsze w łasce Bożej. Wyprzedzamy Jego wolę, gdy ze zniecierpliwieniem oczekujemy ostatecznego uniewinnienia, kiedy to jesteśmy proszeni jedynie o nasz chleb powszedni. Nadal jesteśmy w pewnej mierze w położeniu Izraelitów; i choć nie składamy ofiar ani nie zachowujemy dosłownych obmyć Prawa, to jednak wciąż potrzebujemy periodycznego odnawiania owych błogosławieństw, które niegdyś, w swym stopniu, były udzielane przez obrzędy mozaiczne. I choć otrzymujemy od Boga dary o wiele doskonalsze niż Żydzi, i przez środki łaski bardziej duchowe, to jednak środki przystępowania do Niego wciąż nam są potrzebne — i to nieprzerwane, aby utrzymywać nas w usprawiedliwieniu, w którym Chrzest nas po raz pierwszy osadził. O tym właśnie przypomina nam tekst. Kierowany jest do chrześcijan, do odrodzonych; a przecież dalekie jest od tego, by ich odrodzenie oczyściło ich raz na zawsze — są wzywani, aby wciąż kropili swe sumienia krwią Chrystusa i odnawiali (niejako) swój Chrzest, i tak nieustannie stawali w obliczu Boga Wszechmogącego.
Starajmy się teraz uświadomić sobie prawdę, której niewielu z nas skłonnych będzie zaprzeczyć przynajmniej w słowach.
**1.** Rozważmy najpierw nasze obecne położenie, tak jak ukazuje je nam Pismo Święte. Chrystus nie zmienił go, choć umarł; jest takie jak było od początku — mam na myśli nasz rzeczywisty stan jako ludzi. Mamy naturę Adama w tym samym sensie, jakby odkupienie nie przyszło na świat. Przyszło na cały świat, lecz świat nie zmienił się przez to jako całość — ta przemiana nie jest dziełem dokonanym i skończonym w Chrystusie. Jesteśmy odmieniani jeden po drugim; rasa ludzka jest taka, jaka zawsze była: winna — taka jaka była przed przyjściem Chrystusa; z tymi samymi złymi namiętnościami, tą samą zniewolona wolą. Historia odkupienia, jeśli ma być skuteczna, musi zaczynać się od początku w każdym poszczególnym człowieku z osobna i być prowadzona przez całe jego życie. Nie jest to dzieło dokonane wieki przed naszym narodzeniem. Nie możemy korzystać z dzieła Zbawiciela — choćby był On Błogosławionym Synem Bożym — tak, by być przez nie zbawionymi bez własnego trudu; jesteśmy bowiem istotami moralnymi, mamy własną wolę, a Chrystus musi zostać ukształtowany w nas i odmienić nas z ciemności ku światłu, jeśli łaskawy zamysł Boży, wypełniony na krzyżu, ma być w naszym przypadku czymś więcej niż tylko imieniem, nadużywanym i zmarnowanym przywilejem. Tak więc świat, postrzegany w obliczu Bożym, nie może nigdy stać się mądrzejszy ani bardziej oświecony niż był dotąd. Nie możemy wznieść się na dorobku naszych przodków. Mamy tę samą naturę, jaką człowiek zawsze miał, i musimy zaczynać od punktu, od którego człowiek zawsze zaczyna, i wypracowywać nasze zbawienie w ten sam powolny i wytrwały sposób.
**(1.)** Gdy się o tym pamięta, jakże ważne staje się dla nas, chrześcijan, Prawo żydowskie! Ważne samo w sobie, ponad i poza wszelkimi odniesieniami do owej Ewangelii, którą przygotowało. Aż do dziś spełnia ono swoje pierwotne zadanie: uzmysławia człowiekowi jego wielką winę i ułomność. Owe prawne ofiary i oczyszczenia, które zostały już wszystkie zniesione, są nadal dla nas świadectwem faktu, którego Ewangelia nie unieważniła — naszego skażenia. Niechaj nikt nie prześlizguje się lekko po Księdze Kapłańskiej, mówiąc, że zawiera ona jedynie ceremoniał prawa narodowego. Niechaj nikt nie studiuje jej jedynie okiem krytyka, zadowalając się połączeniem jej w starannie ułożony system z Ewangelią, jak gdyby zawierała tylko proroctwo. Nie; ona przemawia do nas. Czyż jesteśmy lepsi niż Żydzi? Czy nasza natura jest mniej niewierna, zmysłowa czy pyszna niż ich? Zaiste, człowiek jest w każdym czasie tą samą istotą — jak mówią nam nawet filozofowie. Jeśli tak jest, ów szczegółowy ceremoniał Prawa przedstawia nam obraz naszego codziennego życia. Wymownie świadczy o naszym nieustannym grzeszeniu, sugerując, że przebłaganie jest potrzebne w nawet najpospolitszych okolicznościach naszego postępowania; i że podejmujemy wielkie ryzyko, jeśli idziemy beztrosko i bezrefleksyjnie, ufając, że zostaliśmy raz przyjęci — czy to na Chrzcie, czy (jak sądzimy) w pewnej chwili nawrócenia, czy (jak nam się zdaje) właśnie w chwili śmierci Chrystusa (jak gdyby wtedy cały ród ludzki rzeczywiście i natychmiast dostąpił przebaczenia i wywyższenia), czy też (co jeszcze gorsze) jeśli zuchwale wątpimy, że człowiek kiedykolwiek podpadł pod przekleństwo, i daremnie ufamy miłosierdziu Bożemu, bez poczucia prawdziwej nędzy i nieskończonego niebezpieczeństwa grzechu.
Rozważcie ceremonię obchodzoną w wielki dzień przebłagania, a zobaczycie, jak wielka była grzeszność Izraelitów, a zatem i całego rodzaju ludzkiego, w oczach Bożych. Arcykapłan był wzięty jako reprezentant najświętszej osoby na całym świecie. Naród sam był święty ponad resztą świata; z niego wybrano święte pokolenie; ze świętego pokolenia — świętą rodzinę; a z tej rodziny — świętą osobę. Był to Arcykapłan, tak właśnie wyodrębniony jako wybrany okaz całego rodzaju ludzkiego; a jednak i jemu nie wolno było, pod karą śmierci, przystępować nawet do tronu łaski Bożej, jak tylko raz w roku — i to nie w swych wspaniałych szatach, i nie bez ofiar za grzechy swoje i ludu, których krew wnosił ze sobą do miejsca świętego.
Albo rozważcie ofiary nakazane przez Prawo za grzechy z niewiedzy; albo znowu za samo dotknięcie czegokolwiek, co Prawo uznawało za nieczyste, lub za chorobę cielesną — i stąd dowiadujcie się, jak grzeszne muszą być nasze codzienne myśli i czyny, gdy są nam przedstawione przez owe zewnętrzne ceremonialne wykroczenia. Nawet swego dziękczynienia nie mogli Izraelici składać bez ofiary z krwi, która by je oczyściła; bo nasze skażenie nie tkwi jedynie w tym czy owym czynie, lecz w naszej naturze.
**(2.)** Następnie, przechodzą od prawa żydowskiego, zauważycie, że Bóg mówi nam wyraźnie w opisie upadku Adama, czego domyślały się prawne ceremonie: że to sama nasza natura jest grzeszna. Na tym polega doniosłość nauki o grzechu pierworodnym. Jest ona bardzo upokarzająca i jako taka stanowi jedyne prawdziwe wprowadzenie do głoszenia Ewangelii. Ludzi można bez trudu skłonić do wyznania, że grzeszą, to znaczy że popełniają grzechy. Dobrze wiedzą, że nie są doskonali; co więcej, że niczego nie czynią w sposób najlepszy. Ale nie lubią, gdy im mówi się, że ród, z którego się wywodzą, jest zdegenerowany. Nawet leniwi mają tu swoją pychę. Myślą, że mogą pełnić swój obowiązek, tylko nie chcą tego czynić; lubią wierzyć — choć dziwna to wiara, bo potępiają sami siebie, gdy ją wyznają — lubią wierzyć, że nie potrzebują pomocy. Człowiek musi zajść bardzo daleko w degradacji i stracić nawet ową fałszywą niezależność ducha, która jest często substytutem prawdziwej religii w pobudzaniu do wysiłku, kto — żyjąc w grzechu — spokojnie i zadowolony trwa w przekonaniu, że urodził się do grzechu. A tym bardziej ludzie pilni i czynni nie lubią, gdy narzuca im się do umysłu, że cokolwiek czynią, mają skazę skażenia we wszystkich swych czynach i wyobrażeniach. Wiemy, jak wstydzą się ludzie niskiego urodzenia lub haniebnych powiązań. Taki właśnie wstyd jest udziałem każdego syna Adama. „Ojciec twój pierwszy zgrzeszył" — to napis na naszym czole, który nawet znak Krzyża jedynie zaciera, pozostawiając jego ślad. To jest nasz wstyd; ale wspominam o tym tutaj nie tyle jako o myśli upokarzającej, ile z zamiarem naciskania na wasze sumienia konieczności stawania przed Bogiem o stałych porach, aby odkładać na bok nieustannie odnawiającą się winę waszej natury. Kto odważy się trwać dzień po dniu w zaniedbaniu żarliwej modlitwy i Komunii Świętej, gdy każdy dzień przynosi swój własny straszny ciężar, przychodzący jakby samoistnie, wyrastający z samej naszej natury, lecz niemożliwy do usunięcia bez rozmyślnych i bezpośrednich aktów wiary w Wielką Ofiarę, która została złożona dla jego zgładzenia?
**(3.)** Dalej, wejrzyjcie w swoje dusze, bracia moi, i zobaczcie, czy nie możecie dostrzec czegoś z prawdy tego, co starałem się wam przedstawić na podstawie Pisma. Przypomnijcie sobie złe myśli różnego rodzaju, które wpadają wam do umysłu jak strzały; będą one dla was pewnym świadectwem nieczystości i odrażającości waszej natury. Prawda, że pochodzą one od waszego przeciwnika, od Diabła; i sam fakt ich doznawania nie jest sam w sobie dowodem waszej grzeszności, bo nawet Syn Boży, wasz Zbawiciel, doznawał ich kuszenia. Ale z trudnością zaprzeczycie, że przyjmujecie je tak łatwo i chętnie, że ujawnia to, iż Szatan kusi was przez waszą naturę, a nie wbrew niej. I choćby były nawet tak zewnętrzne w swoim pierwszym nadejściu, czyż nie czynicie ich własnymi? Czy nie zatrzymujecie ich przy sobie? Czy też niecierpliwie i z oburzeniem strząsacie je z siebie? Nawet jeśli je odrzucacie, czy nie służą mimo to celom Szatana, pobudzając wasz umysł w tej chwili i dowodząc tym samym, że tworzywo, z którego jest zbudowany, jest ulegające zepsuciu? Czyż nie rozmyślacie na przykład o bogactwie i przepychu, dopóki nie pożądacie tych doczesnych dóbr? Albo czy nie pozwalacie sobie — choć na chwilę — na zazdrość, lub niezadowolenie, lub gniew, lub próżność, lub nieczystość, lub pychę? Ach! Kto zdolny ocenić stąd nieczystość jednego tylko dnia; nieczystość zaledwie dotknięcia owego martwego ciała grzechu, które wprawdzie złożyliśmy na Chrzcie, lecz które jest przywiązane do nas, dopóki tu żyjemy, i jest środkiem napaści Nieprzyjaciela na nas! Piętno śmierci jest na nas i zaprawdę dusimy się w ogarniającej nas zarazie, chyba że Bóg dzień po dniu raczy nas oczyścić.
**2.** Nadto rozważcie nawyki grzechu, które nałożyliśmy na naszą złą naturę, zanim zwróciliśmy się do Boga. Oto kolejne źródło nieustannego splamienia. Zamiast hamować złe pierwiastki tkwiące w nas, byłoż tak, że przez lata dawaliśmy im upust; a zaowocowały naprawdę śmiercią. Wtedy grzech Adama wzrastał i pomnażał się w nas; nastąpiła zmiana, lecz na gorsze, nie na lepsze; a nowa natura, którą nabyliśmy, daleka od duchowości, była dzieckiem piekła dwakroć bardziej niż ta, z którą się urodziliśmy. Tak więc gdy w końcu zwróciliśmy się ku lepszej drodze, jakże skomplikowane dzieło stanęło przed nami: zburzyć siebie samych! I bez względu na to, jak długo trudziliśmy się nad tym, ile wciąż nieświadomego, nieuniknionego grzechu, będącego skutkiem dawnych wykroczeń, wyrzucają z siebie nasze serca dzień po dniu w żywotności naszego myślenia i działania! Tak oto przez grzechy naszej młodości moc ciała zwraca się przeciwko nam jako drugoplanowa zasada twórcza zła, wspomagając złość Diabła — Szatan z zewnątrz, a serca nasze od wewnątrz: nie bierne jedynie i rozpalane przez pokusę, lecz knujące zło i wypowiadające przeciw Bogu twarde słowa wyraźnym głosem, czy chcemy tego, czy nie! Tak oto minione lata powstają przeciwko nam w obecnych grzechach; rażące niekonsekwencje ujawniają się w naszym charakterze; i wielka jest nasza nieustanna potrzeba błagania Boga, aby przebaczył nam nasze dawne przewinienia, które wciąż żyją mimo naszego nawrócenia i działają samorzutnie z siłą przeciwko naszemu lepszemu umysłowi, słabo podtrzymywanemu przez ową młodszą zasadę wiary, przez którą z nimi walczymy.
**3.** Dalej rozważcie, ile grzechów zawiera się w naszym posłuszeństwie — powiem: niejako z samej konieczności przypadku — to jest wskutek braku tej żywszej i jaśniejszej wiary, która pozwoliłaby nam rzetelnie rozeznawać i ściśle podążać drogą życia. Przypadek Żydów zilustruje, co mam na myśli. Były takie punkty doskonałego Prawa Bożego, które nie były narzucane ich przyjęciu, ponieważ z góry przewidziano, że nie byliby w stanie przyjąć ich tak, jak należało, ani przyswoić ich sobie w praktyce i wypełniać je szczerze i prawdziwie. My, chrześcijanie, mając te same złe serca co Żydzi i jak większość z nas nieurobieni w świętym postępowaniu, mamy mimo to doskonałe Prawo. Jesteśmy zobowiązani przyjmować i stosować wszystkie nakazy Nowego Testamentu, choć oczywiste jest, że wiele z nich jest w rzeczy samej zupełnie poza pojęciem większości z nas. Mówię o rzeczywistym stanie rzeczy i nie będę zbaczał, by pytać, dlaczego i w jakich okolicznościach Bóg zechciał zmienić swój sposób postępowania z człowiekiem. Tak jednak jest: Sługa Chrystusa musi uczyć Jego grzeszny lud doskonałego posłuszeństwa i nie wie, jak się do tego zabrać ani jak nalegać na jakikolwiek nakaz, by zabezpieczyć go przed błędnym rozumieniem i błędnym stosowaniem. Widzi ludzi działających na niskich pobudkach i w oparciu o niskie poglądy i nie może wznieść ich umysłów naraz, jakkolwiek jasno by przedstawiał Prawdę. Czuje, że ich dobre uczynki mogłyby być spełniane o wiele lepiej. Niezliczone są drobne okoliczności dotyczące sposobu, w jaki robią różne rzeczy, które go obrażają, jako świadczące o ubóstwie wiary, przesądach i ciasnych, cielesnych pojęciach. Zmuszony jest pozostawiać ich samym sobie z nadzieją, że ogólnie się poprawią i wyrosną ze swej obecnej ułomności; i często jest w rozterce, czy ich chwalić, czy ganić. Tak jest ze wszystkimi nami — zarówno z duszpasterzami, jak i z ludem; tak jest z najbardziej zaawansowanymi chrześcijanami, dopóki są w ciele, i Bóg to widzi. Jakże oto wielkie jest tu źródło nieustannego splamienia — nie tylko zaniechanie tego, co mogłoby być dodane do naszego posłuszeństwa, lecz powód do pozytywnej obrazy w Oczach Wiecznej Czystości! Kto nie jest niezadowolony, gdy człowiek podejmuje się jakiegoś wielkiego dzieła, które przerasta jego możliwości? Czy jest wymówką dla jego żałosnego wykonania, że dzieło go przerasta? Otóż taki jest nasz przypadek: jesteśmy zobowiązani służyć Bogu całym sercem — jest to dzieło wzniosłe, dzieło, do którego nasze grzechy nas niezdolnymi czynią. I gdy je podejmujemy — jakkolwiek konieczny jest nasz wysiłek — jakże nędznym musi się ono wydawać w oczach Aniołów! Jakże żałosne nasze okazywanie siebie; a przy tym jakże grzeszne! Bo gdybyśmy Boga miłowali gorliwiej z serca i służyli Mu od młodości naszej, nie byłoby z nami tak jak jest. Tak więc samo nasze powołanie — jako stworzeń, a nadto jako wybranych dzieci Bożych i wolnych w Ewangelii — przez grzeszność naszą staje się naszą hańbą; bo nakłada na nas obowiązki, a nadto korzystanie z przywilejów, które nas przerastają. Podejmujemy wielkie rzeczy z pewnością niepowodzenia i koniecznością podejmowania; i tak podejmując, potrzebujemy nieustannego przebaczenia za niepowodzenie wysiłku. Stoimy przed Bogiem jak Izraelici na Passze Ezechiasza, którzy pragnęli służyć Bogu według Prawa, lecz nie mogli tego czynić rzetelnie z braku wiedzy; i możemy jedynie ofiarować, przez naszego Wielkiego Arcykapłana, naszą szczerość i gorliwość zamiast dokładnego posłuszeństwa, jak uczynił to Ezechiasz za nich: „Dobry Pan niech przebaczy każdemu, kto przygotowuje swe serce, by szukać Boga, Pana Boga ojców swoich, choćby nie był oczyszczony według oczyszczenia przybytku świętego" — to jest nie wypełniając w pełni obowiązków swego powołania.
A jeśli takie są braki nawet ugruntowanego chrześcijanina w jego zwykłym stanie, jakże wielkie muszą być braki pokutnika, który dopiero niedawno rozpoczął służbę Bożą? Albo braki młodych, którzy wciąż są pod wpływem jakiejś nieposkromionej wyobraźni lub jakiejś władczej namiętności? Albo braki ducha ciężko przygnębionego, którego Szatan więzi okowami cielesnej słabości lub rzuca tam i sam w zamęcie wątpliwości i niezdecydowania? Niestety! Jakże splugawione jest ich sumienie myślami, co więcej — słowami każdej godziny! I jakże niezmiernie potrzebne jest im uwolnienie się od zła ciążącego na ich sercu przez przystąpienie do Boga w pełni wiary i zmycie swej winy w Przebłaganiu, które On wyznaczył!
To, co powiedziałem, jest przede wszystkim wezwaniem dla was, bracia moi, do codziennej modlitwy prywatnej. Jest też wezwaniem, byście uczestniczyli w publicznych nabożeństwach Kościoła — nie tylko raz w tygodniu, lecz ilekroć mielibyście po temu sposobność; wiedząc dobrze, że wasz Odkupiciel jest szczególnie obecny tam, gdzie dwaj lub trzej są zgromadzeni w imię Jego. A nadto jest to szczególne wezwanie, byście uczestniczyli w celebracji Wieczerzy Pańskiej, w którym to błogosławionym ustanowieniu naprawdę i prawdziwie otrzymujemy owo duchowe życie, które jest celem naszych codziennych modlitw. Ciało i Krew Chrystusa dają moc i skuteczność naszej codziennej wierze i nawróceniu. Przyjmijcie ten pogląd na Wieczerzę Pańską: jako wyznaczony środek pozyskania wielkich łask, których potrzebujecie. Codzienne modlitwy chrześcijanina wypływają jedynie z jego uczestnictwa w niej i do niej się odnoszą. Chrystus umarł raz, dawno temu; przyjmując Jego Sakrament, odnawiacie śmierć Pańską; wprowadzacie w pośród siebie ową Ofiarę, która zgładziła grzechy świata; przyswajasz sobie jej dobrodziejstwo, spożywając ją pod postaciami chleba i wina. Owe zewnętrzne znaki są po prostu środkami ukrytej łaski. Nie spodziewacie się podtrzymywać życia zwierzęcego bez pokarmu; bądźcie w sprawach duchowych tak samo rozsądni jak w doczesnych. Patrzcie na konsekrowane postacie jako na konieczne — przy błogosławieństwie Bożym — dla waszego nieustannego uświęcenia; przystępujcie do nich jako do zbawienia waszych dusz. Dlaczegóż miałoby być dziwniejsze, że Bóg działa przez środki dla zdrowia duszy, niż że ustanowił je dla zachowania życia cielesnego, co uczynił niewątpliwie? Niewiara to sądzić, że dla waszego duchowego dobrostanu nie ma znaczenia, czy przystępujecie do Komunii, czy nie. A gorzej niż niewiara — to zupełna nieczułość i zatwardziałość serca: nie dostrzegać stanu śmierci i skażenia, w który, pozostawieni samym sobie, nieustannie się stoczycie. Raczej dziękujcie Bogu, że jako grzesznicy — zamiast by pozostawił wam tylko ogólną obietnicę życia przez Syna Jego, skierowaną do wszystkich ludzi — pozwolił wam tę obietnicę brać dla siebie jeden po drugim i tak daje wam pokorną nadzieję, że wybrał was ze świata ku zbawieniu.
Na koniec — mówiłem przez cały czas, zwracając się do prawdziwych chrześcijan, którzy idą wąską drogą i mają nadzieję nieba. Lecz ci są „nieliczni". Czy nie ma tu obecnych nikogo spośród „wielu", którzy chodzą szeroką drogą i mają na głowie wszystkie swoje grzechy od Chrztu wzwyż? Czy raczej nie jest prawdopodobne, że są wśród tej kongregacji osoby, które — choć zmieszane z ludem Bożym — są naprawdę nieprzebaczone i gdyby teraz umarły, umarłyby w swoich grzechach?
Najpierw niechaj ci, którzy zaniedbują Komunię Świętą, zapytają siebie, czy nie jest to ich położenie; niechaj rozważą, czy wśród oznak, po których dana jest nam możność rozpoznania naszego stanu, może istnieć dla własnego sumienia człowieka bardziej przerażająca niż ta, że opuszcza to, co zostało wyznaczone jako zwykły środek jego zbawienia. Jest to wyraźna próba, co do której nikt nie może się łudzić. Lecz następnie niechaj ucieka się do dokładniejszego badania swego sumienia i pyta siebie, czy (zgodnie ze słowami tekstu) „przystępuje do Boga z sercem prawym" — to jest, czy mimo jego modlitw i religijnych praktyk nie ma w nim jakichś tajemnych, niezwalczanych pożądliwości, które czynią z jego nabożeństwa szyderstwo w oczach Bożych i zostawiają go w grzechach jego; czy nie jest w gruncie rzeczy bezmyślny i religijny jedynie na tyle, na ile znajomi każą mu takim się wydawać; czy nie jest lekkomyślny i płytki w religii, nie znając głębi swej winy i opierając się zuchwale na własnej niewinności (jak mu się zdaje) i miłosierdziu Bożym; czy nie jest opętany chęcią zysku, posłuszny Bogu jedynie o tyle, o ile służba Jego nie koliduje ze służbą mamonie; czy nie jest twardy, złego usposobienia — mściwy, bezlitosny lub wyniosły — zarozumiały i pewny siebie; czy nie jest przywiązany do mód tego świata, które przemijają, pragnący przyjaźni możnych i udziału w wytworności towarzyskiej; czy nie jest oddany jakiemuś pochłaniającemu zajęciu, które zniechęca go do myślenia o Bogu i Zbawicielu jego.
Jakakolwiek jedna świadoma zła przyzwyczajenie czyni człowieka niezdolnym do przyjęcia darów Ewangelii. Wszystkie takie stany ducha są przerażającymi symptomami istnienia w naszych sercach jakiegoś takiego dobrowolnego grzechu; i w miarę jak rozpoznajemy te symptomy w naszym postępowaniu, z tym większym lękiem trwożymy się, by nie okazać się potępionymi.
Przystąpmy tedy wszyscy do Boga, wyznając, że sami siebie nie znamy; że jesteśmy bardziej winni niż możemy pojąć i możemy jedynie trwożliwie mieć nadzieję — nie pewnie twierdzić — że mamy wiarę prawdziwą. Pocieszajmy się tym, że jesteśmy jeszcze w stanie łaski, choć nie mamy pewnej rękojmi zbawienia. Prośmy Go, aby nas oświecił i pocieszył; aby przebaczył nam wszystkie nasze grzechy, pokazując nam te, których nie widzimy, i dając nam możność ich przezwyciężenia.
---