*„Gdy zebrało się nieprzeliczone mnóstwo ludu, tak że jedni drugich tratowali, zaczął mówić najpierw do swoich uczniów: Strzeżcie się kwasu faryzeuszów, którym jest obłuda."* — Łk 12,1
Obłuda to słowo poważne. Przywykliśmy uważać obłudnika za postać odrażającą, godną pogardy i rzadką. Jakże więc nasz Błogosławiony Pan, otoczony nieprzeliczonym tłumem, zaczął przede wszystkim ostrzegać swoich uczniów przed obłudą — jakoby byli w szczególnym niebezpieczeństwie upodobnienia się do owych nikczemnych zwodzicieli, faryzeuszów? Otwiera się przed nami pouczające zagadnienie, które teraz rozwinę.
Powiadam: przywykliśmy uważać obłudnika za charakter wyjątkowo zbrodniczy i niezmiernie rzadki. Że obłuda jest wielką nieprawością — tego nie ma potrzeby kwestionować; że zaś jest grzechem rzadkim — prawdą nie jest, co pokrótce rozważone nam wykaże. Kimże bowiem jest obłudnik? Skłonni jesteśmy rozumieć przez obłudnika kogoś, kto wyznaje religię dla ukrytych celów, nie wypełniając tego, co wyznaje; kto jest złośliwy, chciwy lub rozwiązły, a zarazem przybiera pozory świętości w słowach i postępowaniu, czyniąc to z rozmysłem i bez wyrzutów sumienia, oszukując innych, sam zaś nie będąc wcale oszukany. Taki człowiek byłby zaprawdę tworem osobliwym, albowiem zdaje się nie wierzyć w istnienie Boga, który widzi serce. Nie przeczę, że w niektórych epokach — owszem, we wszystkich epokach — niewielu takich ludzi istniało. Ale nie o tym zdaje się mówić nasz Zbawiciel, gdy używa słowa „obłudnik", ani też faryzeuszowie tacy nie byli.
Faryzeuszowie co innego mówili, a co innego czynili; lecz nie zdawali sobie sprawy z tej niekonsekwencji — sami siebie zwodzili równie jak innych. Zaiste, nie leży w naturze ludzkiej zwodzić drugich przez dłuższy czas, nie zwodząc zarazem w jakiejś mierze siebie samego. I w większości przypadków potrafimy sami siebie oszukać równie skutecznie, jak oszukujemy innych. Faryzeuszowie szczycili się, że są dziećmi Abrahama, wcale nie rozumiejąc, co owo miano oznacza. Nie przynależeli oni prawdziwie do błogosławieństwa udzielonego Abrahamowi i pragnęli, by świat wierzył, iż przynależą; lecz oni sami również tak myśleli — albo przynajmniej, jakkolwiek by ich gnębiły wątpliwości, byli w gruncie rzeczy o tym przekonani. Sami siebie zwiódłszy, tak samo jak zwiódłszy świat, musieli usłyszeć od naszego Pana wielką i jasną prawdę, którą, prosta jak była, zapomnieli: „Gdybyście byli dziećmi Abrahama, spełnialibyście czyny Abrahama".
Tę prawdę, jak powiadam, zapomnieli — bo niegdyś zapewne ją znali. Był czas, kiedy w pewnej mierze znali samych siebie i to, co czynią. Kiedy zaczęli (każdy z nich po kolei) zwodzić lud, nie byli jeszcze w tej chwili sami siebie zwiedzeni. Lecz stopniowo zapomnieli — gdyż nie dbali, by zachować tę wiedzę — zapomnieli, że aby dostąpić błogosławieństwa jak Abraham, muszą być święci jak Abraham; że zewnętrzne obrzędy bez wewnętrznej czystości niczego nie znaczą, że ich myśli i pobudki muszą być niebieskie. Część swoich obowiązków zupełnie przestali rozpoznawać; inną część mogli co prawda jeszcze znać, ale nie cenili jej tak jak powinni. Stali się nieświadomi własnego stanu duchowego; nie trafiało do nich, że motywują ich przede wszystkim względy doczesne; że gorliwość w służbie Bożej była jedynie drugorzędną zasadą w ich postępowaniu, że miłowali chwałę od ludzi bardziej niż chwałę od Boga. Mówili sobie nieustannie o religii, o niebie i piekle, o błogosławionych i odrzuconych, aż ich przemowy stały się w ich ustach jedynie słowami powszednimi, którym nie przywiązywali prawdziwego znaczenia; albo w ogóle nie czytali Pisma Świętego, albo czytali je bez gorliwości i czujności, by dotrzeć do jego prawdziwego sensu. Toteż skrupulatnie dbali o płacenie dziesięciny nawet w drobiazgach — z mięty, anyżu i kminku — opuszczając rzeczy ważniejsze Prawa: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę; i dlatego nasz Pan nazywa ich „ślepymi przewodnikami" — nie bezczelnie bezbożnymi zwodzicielami, którzy wiedzą, że są fałszywymi przewodnikami, lecz ślepymi. Znów byli ślepi, sądząc, że gdyby żyli za dni swoich ojców, nie zabijaliby proroków tak jak ich ojcowie. Nie znali siebie; nieświadomie zwiedli zarówno siebie, jak i lud. Nieświadomość własnej nieświadomości była ich karą i dowodem ich grzechu. „Gdybyście byli ślepi" — rzecze do nich nasz Zbawiciel — gdybyście po prostu byli ślepi i świadomi tego, i frasunek stąd czerpali, „nie mielibyście grzechu; ale teraz mówicie: »Widzimy«" — nawet własnej ślepoty nie znali — „dlatego grzech wasz trwa nadal".
Oto jest obłuda — nie tylko to, że człowiek zwodzi drugich, doskonale zdając sobie z tego sprawę, lecz to, że zwodzi siebie i drugich zarazem: że zabiega o ich pochwałę przez wyznanie religijne, nie spostrzegając, iż miłuje ich pochwałę bardziej niż pochwałę Bożą, i że wyznaje daleko więcej, niż praktykuje. I jeśli to jest prawdziwe, biblijne znaczenie tego słowa, mamy pewien wgląd — jak się zdaje — w powody, które skłoniły naszego Boskiego Mistrza do tak wyraźnego ostrzeżenia uczniów przed obłudą. Otaczał Go nieprzeliczony tłum, a wokół Niego stali Jego uczniowie. Dwunastu zostało powołanych, by Mu służyć jako Jego szczególni przyjaciele. Siedemdziesięciu innych zostało wysłanych przez Niego z darami cudotwórczymi i po powrocie z triumfem opowiadało o swoich zdumiewających czynach. Wszyscy oni byli przez Niego nazywani solą ziemi, światłością świata, dziećmi Jego królestwa. Byli pośrednikami między Nim a ludem, przedstawiając Mu chorych i utrudzonych. I oto stali przy Nim, uczestnicząc w Jego sławie, może chełpiąc się swą więzią z Chrystusem i z upodobaniem poddając się spojrzeniom niecierpliwego tłumu. Wówczas, zamiast zwrócić się do rzeszy, przemówił najpierw do swoich uczniów, mówiąc: „Strzeżcie się kwasu faryzeuszów, którym jest obłuda" — jakby rzekł: „Czym jest główny grzech Moich nieprzyjaciół i prześladowców? Nie tym, że jawnie zapierają się Boga, lecz tym, że miłują wyznanie religijne dla następującej po nim chwały od ludzi. Lubią stawiać się w kontraście do innych; szczycą się, że są małą trzódką, której życie jest zapewnione pośród odrzuconych; lubią stawać i być podziwiani pośród swoich obrzędów religijnych, i myślą, że będą zbawieni nie przez własną osobistą świętość, lecz przez wiarę ojca swego Abrahama. Wszystkie te złudzenia mogą stać się i waszym udziałem, jeśli zapomnicie, że macie być sądzeni jeden po drugim przed Bożym trybunałem wedle waszych uczynków. Teraz wprawdzie uczestniczycie w Mojej chwale i macie udział w zasłudze Mojej nauki i świętości; lecz »nie ma nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione, ani nic tajnego, co by się nie miało stać wiadome« — w dniu ostatecznym."
Owo ostrzeżenie przed obłudą staje się tym bardziej potrzebne i doniosłe, gdy uwzględnimy, o ile większe są przywileje chrześcijańskie w porównaniu z żydowskimi. Faryzeuszowie chlubili się, że są dziećmi Abrahama; my mamy nieskończenie wyższe błogosławieństwo płynące z obcowania z Chrystusem. W niemowlęctwie wszyscy zostaliśmy obdarzeni najdostojniejszymi i najwspanialszymi tytułami — jako dzieci Boże, członkowie Chrystusa i dziedzice królestwa niebieskiego. Dostąpiliśmy zaszczytu duchowych łask, które nas okryły i zamieszkały w nas, czyniąc nawet nasze ciała świątyniami Bożymi; a gdy doszliśmy do lat rozeznania, zostaliśmy dopuszczeni do tajemnicy niebieskiego udzielenia Ciała i Krwi Chrystusa. Cóż bardziej prawdopodobnego, zważywszy naszą przewrotną naturę, niż że zaniedbamy obowiązki, pragnąc zachować przywileje naszego chrześcijańskiego wyznania? Pan nasz przepowiedział z bólem w swoich przypowieściach, co ma się stać w Jego Kościele; na przykład wówczas, gdy porównał go do sieci zagarniającej wszelkiego rodzaju ryby, nie przeglądanej aż do końca, a wtedy opróżnionej z rozmaitej zawartości — dobrej i złej. Aż do dnia nawiedzenia widzialny Kościół będzie zawsze pełen takich obłudników, jakich opisałem: żyjących w jego cieniu, cieszących się mianem chrześcijanina i bezpodstawnie mniemających, że będą mieli udział w ostatecznej jego szczęśliwości.
Być może jednak przyzna się, że w chrześcijańskim świecie istnieje ogromna liczba ludzi wyznających bez odpowiedniej praktyki, a jednocześnie kwestionuje się, czy taki stan rzeczy wystarcza, by w biblijnym sensie określić kogoś mianem obłudnika — jakby obłudnikiem był ten, kto podaje się za kogoś, kim nie jest, kierując się jakimś złym motywem. Można twierdzić, że faryzeuszowie mieli cel w tym, co czynili, którego niefrasobliwi i obrzędowi chrześcijanie nie mają. Lecz rozważmy przez chwilę: jaka była pobudka pchająca faryzeuszów do obłudy? Zapewne ta, by być widzianymi przez ludzi, by mieć chwałę od ludzi. Taka jest własna relacja Pana naszego o nich. Któż zaś powie, że szacunek i bojaźń przed sądem świata oraz oczekiwanie doczesnych korzyści nie wywierają dziś przemożnego wpływu na większość ludzi w ich wyznaniu wiary chrześcijańskiej? I to w takim stopniu, że jest rzeczą trudną i uchodzi za czyn wielki i szlachetny, gdy ludzie żyjący w publicznym życiu czynią to, co uważają za swój obowiązek wobec Boga, wprost i bez ogródek — jeśli zdarzy się, że opinia społeczeństwa biegnie im naprzeciwko. Zaiste, nie było bodaj — od czasów Apostołów — epoki, w której ludzie byliby bardziej skłonni niż w naszych czasach czynić dobre uczynki na pokaz przed ludźmi, zabiegać o ludzką chwałę i tym samym kształtować swoje postępowanie raczej według reguły świata niż woli Bożej. Powinniśmy być bardzo podejrzliwi — każdy z nas — co do naszej własnej wiary i cnoty. Rozważmy, czy postępowalibyśmy tak surowo jak teraz, gdyby oczy naszych znajomych i sąsiadów zostały od nas odsunięte. Nie dlatego, jakoby wzgląd na opinię innych był złą pobudką; podporządkowany bojaźni Bożego sądu jest niewinny i dozwolony, a w wielu przypadkach jest obowiązkiem go uwzględniać; i sposobność do tego jest łaskawym darem Bożym, danym nam, by prowadzić nas naprzód na właściwej drodze. Lecz gdy przekładamy omylny sąd ludzki nad nieomylne przykazanie Boże — wtedy właśnie błądzimy, i to podwójnie: zarówno dlatego, że go przekładamy, jak i dlatego, że będąc omylnym, zwiedzie nas; a to, o co was pytam, bracia moi, nie jest tym, czy po prostu zważacie na opinię ludzi o was (co czynić powinniście), lecz tym, czy stawiacie ją ponad sądem Bożym — czego bezwzględnie czynić nie powinniście — a jeśli czynicie, jesteście podobni faryzeuszom na tyle, by być obłudnikami, choć może nie posuwaliście się tak daleko jak oni w ich próżnych, samozwodniczych praktykach.
1. Że nawet przyzwoicie prowadzący się chrześcijanie są w przeważającej i przerażającej mierze rządzeni opinią społeczeństwa, zamiast żyć wiarą w Boga niewidzialnego, dowodzi w moim przekonaniu następująca okoliczność: w miarę jak pozycja życiowa czyni ludzi niezależnymi od oceny innych, porzuca się wyznanie regularności i surowości. Są dwie klasy ludzi, które są wyłączone spod sądu ogółu: ci, którzy stoją ponad nim, i ci, którzy stoją poniżej. Najuboższa warstwa, która nie myśli o utrzymaniu się własną pracą i utraciła poczucie wstydu; i to, co zwie się — by użyć słowa z tego świata — „wielkim towarzystwem modnym": rozumiem przez to nie bogatych w ogóle, lecz owych spośród bogatych i szlachetnie urodzonych, którzy wyłączają się poza nawias wspólnoty, zrywają więzi łączące ich z innymi — zarówno wyżej, jak niżej stojącymi — i żyją dla siebie i dla siebie nawzajem, a ich codzienne postępowanie jest niewidziane przez świat ogólny. Skoro zaś okazuje się, że te dwie warstwy — wyrzutkowie, by tak rzec, opinii publicznej — są (mówiąc ogólnie) najbardziej jawnie i zuchwale rozwiązłe w swoim postępowaniu, ile można stąd wnioskować o wpływie samej tylko miłości dobrego imienia w utrzymywaniu nas wszystkich na właściwej drodze! Oczywistą jest rzeczą, jako fakt, że ogromna większość ludzi chroniona jest od grzechów jawnych przez formy życia społecznego. Powszechnie obowiązujące prawa przyzwoitości i obyczajności, widmo utraty czci, stoją na straży jak wartownicy, dając alarm na długo przed tym, zanim chrześcijańskie zasady zdążą zadziałać.
Lecz wśród najuboższej i najbardziej nieokrzesanej warstwy, przeciwnie, takie sztuczne osłony przed przestępstwem są nieznane; i — zauważcie, co mówię — właśnie wśród niej i owej drugiej klasy, o której wspomniałem, nierząd i zbrodnia są najczęstsze. Czy jesteśmy zatem od nich lepsi? Ledwie. Bez wątpienia ich pokusy są większe, co samo przez się uniemożliwia nam chlubienie się przed nimi; lecz ponadto — czy nie wynosimy raczej z widoku ich bardziej skandalicznych grzechów poważnej nauki i naglącego ostrzeżenia dla siebie samych, wezwania do szczerego samozbadania? Jesteśmy bowiem tej samej natury, mamy podobne namiętności jak oni; możemy być od nich lepsi, lecz samo pozory tego nie jest dowodem, że jesteśmy. Pytanie brzmi: czy pomimo większej pozornej cnoty nie upadlibyśmy jak oni, gdyby więzy społeczeństwa zostały zdjęte; to jest — czy nie jesteśmy w gruncie rzeczy obłudnikami jak faryzeusze, wyznając cześć dla Boga, czcząc Go jednak tylko o tyle, o ile ludzie tego od nas wymagają?
2. Inną miarę podobieństwa lub niepodobieństwa do faryzeuszów można tu wymienić. Pan nasz ostrzega nas przed obłudą w trzech przypadkach — w dawaniu jałmużny, w modlitwie i w poście. „Gdy dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak czynią obłudnicy w synagogach i na ulicach, żeby ich ludzie chwalili... Gdy się modlisz, nie bądź jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic stawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać... Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy. Przybierają oni twarze zmartwiałe, żeby ludziom pokazać, że poszczą".
Zapytajmy tu siebie, najpierw o jałmużnę — czy nie jesteśmy podobni obłudnikom. Bez wątpienia część naszych uczynków miłosierdzia musi być jawna, bo samo wymienienie naszego imienia zachęca innych do naśladowania naszego przykładu. A jednak pytam: czy wiele z naszej miłości bliźniego jest też prywatne? Czy tyle samo czynimy skrycie, ile publicznie? Nie pytam, czy wiele więcej dzieje się w tajemnicy niż jawnie, choć tak być powinno, jeśli to możliwe. Lecz przynajmniej — jeśli myślimy przede wszystkim o naszych publicznych dziełach miłosierdzia, a dopiero w drugiej kolejności o obowiązku prywatnego dawania jałmużny — czy nie jesteśmy jawnie podobni do obłudnych faryzeuszów?
Sposób naszych modlitw dostarczy nam jeszcze silniejszej miary. Oto zgromadziliśmy się tu na modlitwie. To dobrze. Czy naprawdę modliliśmy się, a nie tylko pozornie? Czy nasze umysły były czynnie zaangażowane w kształtowaniu w nas trudnego nawyku modlitwy? Dalej: czy jesteśmy równie regularni w modlitwie w naszym alkierzu do naszego Ojca, który jest w ukryciu, co na modlitwie publicznej? Czy odczuwamy głęboki wyrzut sumienia, opuszczając modlitwy ranne i wieczorne lub odmawiając je pośpiesznie i bez skupienia? A jednak czy nie czulibyśmy nadmiernego bólu i wstydu — i słusznie — na myśl o jakimś jawnym uchybieniu w kościele? Gdybyśmy na przykład dali się wciągnąć w śmiech lub inne lekkie zachowanie podczas nabożeństwa, czy nie czulibyśmy się najdotkliwiej zawstydzeni i nie uważali, że okryliśmy się hańbą — mimo że przywykliśmy całkowicie zapominać o wszelkiej grzesznej niefrasobliwości w modlitwie w naszym alkierzu? Czy to nie jest być jak faryzeuszowie?
Weźmy też przypadek postu. Niestety! większość z nas, obawiam się, w ogóle o poście nie myśli. Nie dopuszczamy nawet do myśli, nie zastanawiamy się, czy nie potrzeba nam lub czy nie przystoi pościć, czy też w jakikolwiek sposób umartwiać ciała. Otóż jest to jedno zaniedbanie słów Chrystusowych. Ale też z drugiej strony nie szpecimy swego wyglądu zewnętrznego, udając, że pościmy — co czynili faryzeusze. Zdaje się tu, że różnimy się od faryzeuszów. Lecz w istocie ta właśnie pozorna różnica jest osobliwym potwierdzeniem naszego rzeczywistego do nich podobieństwa. Surowość zjednywała im pochwałę; nam nie zjedna żadnej. Zjednałaby nam niewiele więcej niż kpiny ze strony świata. Czasy się zmieniły. Za dni Chrystusa pokazywanie, że się pości, sprawiało, że ludzie uchodzili za świętych w oczach wielu. Zobaczmy więc, co czynimy. Podtrzymujemy zewnętrzny pokaz dawania jałmużny i publicznego kultu — praktyk, które akurat świat aprobuje. Porzuciliśmy pokaz postu, który akurat świat współczesny wyśmiewa. Czy jesteśmy zupełnie pewni, że gdyby post był w cenie, nie zaczęlibyśmy go zachowywać jak faryzeusze? Tak zatem szukamy chwały od ludzi. Lecz we wszystkim tym — na ile idziemy za Bożym prowadzeniem i Jego obietnicami?
Widzimy tedy, jak na czasie jest ostrzeżenie Pana naszego skierowane do nas, Jego uczniów — najpierw ze wszystkich — by strzec się kwasu faryzeuszów, którym jest obłuda: wyznania bez praktyki. Ostrzega przed nią jako przed kwasem — subtelnym, wnikliwym złem, które będzie w milczeniu przenikać cały charakter, jeśli mu na to pozwolimy. Ostrzega nas, swoich uczniów, z troskliwą miłością, byśmy nie stali się pośmiewiskiem i przedmiotem drwin dla bezbożnego tłumu, który lgnie dokoła, by ciekawie, złośliwie lub egoistycznie przypatrywać się Jego działaniom. Szukają Go nie po to, by wielbić Go dla Jego cudów, lecz tylko po to, by — jeśli mogą coś od Niego uzyskać lub zaspokoić swoje przyrodzone upodobania, udając, że Go czczą — korzystać z Niego; a gdy nadchodzi czas próby, opuszczają Go. Robią z pobożności zysk lub modę. Przeto mówi nie do nich, lecz do nas — do swojej małej trzódki, do swego Kościoła, któremu upodobało się Ojcu Jego dać królestwo — i nakazuje nam wystrzegać się upadku, do jakiego przed nami doszli faryzeusze, i podobnie jak oni wypaść z naszej nagrody. Ostrzega nas, że udawanie religii nie zwodzi nikogo dłużej niż przez chwilę; że prędzej czy później „cokolwiek powiedzieliśmy w ciemności, usłyszane będzie w świetle, a co szeptaliśmy na ucho w komnatach, głoszone będzie na dachach". Nawet w tym świecie odkrycie bywa dokonane. Człowiek dostaje się w jakąś pokusę i nie mając w sobie korzenia, upada i daje sposobność nieprzyjaciołom Pana do bluźnierstwa. Co więcej, spotyka go to bez jego własnej świadomości; bo choć człowiek zaczyna zwodzić innych, zanim sam siebie zwiódł, nie zwodzi ich tak długo, jak długo siebie samego zwodzi. Ich oczy otwierają się w końcu na niego, podczas gdy jego własne pozostają dla siebie zamknięte. Świat przejrzy go, wykryje i szyderczo chełpi się wykryciem jego niskich pobudek, jego planów i wybiegów w służbie doczesnych celów — on zaś sam ledwo je w sobie wyczuwa, a tym mniej przypuszcza, że inni wyraźnie je widzą. I tak będzie dalej wyznawał najwznioślejsze zasady i uczucia, podczas gdy źli ludzie nim gardzą i znieważają przez jego osobę prawdziwą religię.
Nie sądźcie, że mówię o jednym czy dwóch ludziach, gdy mówię o zgorszeniu, które niespójność chrześcijanina przynosi jego sprawie. Świat chrześcijański, tak zwany — czym jest on praktycznie, jeśli nie świadkiem raczej dla szatana niż dla Chrystusa? Właściwie rozumiana, nawet nieposłuszność chrześcijan świadczy za Tym, który zwycięża, gdy jest sądzony. Lecz czy istnieje jakieś pierwotne uprzedzenie wobec religii większe od tego, które wzbudzają życiem jej wyznawcy? Pamiętajmy zawsze, że wszyscy, którzy idą za Bogiem tylko w połowie serca, umacniają ręce Jego nieprzyjaciół, dają powód do radości ludziom bezbożnym, wikłają szukających prawdy i hańbą okrywają imię swojego Zbawiciela. Jest rzeczą powszechnie wiadomą, że niewiernicy tryumfalnie twierdzą, iż większa część narodu angielskiego jest po ich stronie; że nieposłuszeństwo wyznających chrześcijan jest dowodem, iż — cokolwiek mówią — w sercach są też niewierzącymi. Słyszeliśmy to może sami; i słyszane — nie w rozgrzaniu się sporu ani jako satyrę, lecz w trzeźwej powadze, z prawdziwego i pełnego przekonania, że jest to prawdą; to znaczy: ludzie, którzy odrzucili swego Zbawiciela, pocieszają się myślą, że ich sąsiedzi, choć zbyt bojaźliwi lub zbyt leniwi, by uczynić to jawnie, jednak w skrytości lub przynajmniej w swym prawdziwym charakterze czynią to samo. Widząc tę powszechną niekonsekwencję, gardzą nimi jako niehonnymi, tchórzliwymi i zniewolonymi, a nienawidzą religii jako źródła owego upodlenia ducha. „Ludzie, którzy w tym kraju nazywają siebie chrześcijanami — mówi jeden z takich — z nielicznymi wyjątkami, nie są wierzącymi; i każdy człowiek rozumny, którego bigoteria nie zaślepiła, musi widzieć, że osoby jawnie oddane doczesnemu zyskowi, lub doczesnym próżnościom, lub rozkoszom zmysłowym, choć wciąż zachowujące odrobinę przyzwoitości, a udające, że wierzą w nieskończenie ważne dogmaty chrześcijaństwa, są aktorami nędznej farsy, która jest poniżej wszelkiej pogardy." Takie są słowa jawnego nieprzyjaciela Chrystusa — jakby czuł, że śmie wyznawać swą niewiarę, i gardził nikczemną obłudą otoczenia. Jego argument nie wytrzyma próby Bożego sądu w dzień ostateczny, bo nikt nie jest niewierzącym inaczej, jak tylko własną winą. Lecz choć dla niego nie jest to żadnym usprawiedliwieniem, dla nich jest potępieniem. Co bowiem odpowiedzą przed Bożym Tronem, gdy przy objawieniu wszystkich ukrytych czynów ów bluźnierca religii przypisze swą niewiarę po części widokowi ich niekonsekwentnego postępowania? Gdy wymieni tę lub ową rozmowę, ten gwałtowny lub światowy czyn, ową chciwą lub niesprawiedliwą transakcję, lub owo życie w dogadzaniu sobie — jako po części okazję do jego odpadnięcia? „Biada światu z powodu zgorszeń — napisano — bo musi przyjść zgorszenie, lecz biada człowiekowi, przez którego zgorszenie przychodzi"! Biada zwodzicielowi i samozwodzonemu! „Nadzieja jego zaginie; nadzieja jego zostanie odcięta, a ufność jego będzie pajęczyną: oprze się o swój dom, ale nie ostoi się on; chwyci się go mocno, lecz nie przetrwa". Niech Bóg da nam łaskę, byśmy uciekali od tej biady, dopóki mamy czas! Badajmy siebie, czy nie ma w nas drogi przewrotności; dążmy do uzyskania jakiejś pocieszącej pewności, że jesteśmy na wąskiej drodze wiodącej do życia. I módlmy się do Boga, by nas oświecał i prowadził, i by dał nam wolę podobania Mu się i moc do tego.