*„Niechaj nikt sam siebie nie zwodzi. Jeśli ktoś spośród was mniema, iż jest mądry według tego świata, niech stanie się głupim, aby się stać mądrym. Albowiem mądrość tego świata jest głupstwem u Boga. Napisano bowiem: On chwyta mądrych w ich własnej przebiegłości."* > — 1 Kor 3,18–19
Spośród rozmaitych złudzeń, przed którymi przestrzega nas święty Paweł, jednym z głównych jest złudzenie fałszywej mądrości, o której mówi przytoczony tekst. Koryntianie szczycili się swą bystrością umysłu i wiedzą — jak gdyby cokolwiek mogło dorównać doskonałości chrześcijańskiej miłości. Dlatego też święty Paweł, pisząc do nich, powiada: „Niechaj nikt sam siebie nie zwodzi. Jeśli ktoś spośród was mniema, iż jest mądry według tego świata" (to znaczy: cieszy się u świata opinią człowieka mądrego), „niech stanie się głupim (w oczach świata), aby się (prawdziwie) stać mądrym." „Albowiem" — ciągnie dalej — (tak jak prawdziwa mądrość jest głupstwem w oczach świata, tak też z kolei) „mądrość tego świata jest głupstwem u Boga."
To apostolskie ostrzeżenie przed ufaniem własnej mądrości może nas, z Bożą pomocą, doprowadzić dziś do pożytecznych rozważań.
Mądrość tego świata jest w oczach Boga głupstwem, a jej kresem — błąd, zamęt i ostatecznie zguba. „On chwyta mądrych w ich własnej przebiegłości." Oto jedna ze szczególnych przyczyn, dla których deklarujący poszukiwanie Prawdy nie potrafią jej znaleźć. Szukają jej fałszywą drogą, przez próżną mądrość, która — jakkolwiek zdaje się obiecywać powodzenie — wiedzie ich z dala od Prawdy.
Zbadajmy zatem, czym jest owa próżna mądrość, a wówczas tym wyraźniej ujrzymy, jak sprowadza ludzi na manowce.
Otóż, kiedy mówimy, że ufanie własnym mniemaniom jest rzeczą złą i próżną mądrością, nie chodzi oczywiście o wszelkie bez wyjątku własne mniemania; wszak musimy ufać własnym mniemaniom w takiej czy innej postaci, a niektóre z formułowanych przez nas przekonań są słuszne i prawdziwe. Pytanie brzmi zatem: czym jest owo grzeszne poleganie na sobie, owa grzeszna zarozumiałość lub zaślepienie, które tekst nazywa „mądrością tego świata" i które jest główną przyczyną błądzenia w religijnych poszukiwaniach?
Są mniemania, którym możemy ufać bez nagany — mianowicie te, które docierają do nas przez sumienie, bo takie pochodzą od Boga. Mam na myśli naszą pewność, że istnieje dobro i zło, że pewnych rzeczy należy czynić, a innych nie; że mamy obowiązki, których zaniedbanie przynosi wyrzuty sumienia; i dalej, że Bóg jest dobry, mądry, potężny i sprawiedliwy, i że powinniśmy usiłować Mu być posłuszni. Wszystkie te przekonania, i niezliczone im podobne, docierają do nas przez naturalne sumienie, to znaczy: są wpajane w nasze umysły od najwcześniejszych lat bez naszego trudu. Nie płyną z samego tylko wysiłku rozumu, choć prawda, że przez ten wysiłek bywają wzmacniane i kształtowane. Płyną od Boga, czy to w nas, czy poza nami; i choć nie możemy im ufać tak bezgranicznie jak Biblii — bo prawdy Biblii są zachowane na piśmie i nie mogą być zagubione ani zniekształcone — to jednak, o ile mamy podstawy uważać je za prawdziwe, możemy się na nich opierać i wysoko je cenić, nie narażając się na grzech zarozumiałości. Owe mniemania, które otrzymujemy bez własnego wysiłku, nigdy nas nie napełnią pychą ani zarozumiałością, bo zawsze towarzyszą im poczucie grzechu i winy, wypływające ze świadomości, że wielokrotnie je przekraczaliśmy i zadawaliśmy im uszczerbek. Ufanie im nie jest fałszywą mądrością świata ani głupstwem, bo pochodzą od Boga Wszechmądrego. I dalece zamiast wodzić człowieka w błąd, jeśli będzie im posłuszny, z pewnością doprowadzą go do mocnej wiary w Pismo Święte; w którym znajdzie wszystkie owe niejasne domysły i niedoskonałe pojęcia o Prawdzie, których nauczyło go własne serce, obficie potwierdzone, dopełnione i rozświetlone.
Takie więc są przekonania i uczucia, z których człowiek nie jest dumny. Cóż to za przekonania, z których jest skłonny być dumny? — te, które zdobył nie z natury, lecz własną pilnością, zdolnościami i dociekliwością; te, które posiada on, a nie inni. Każdy jest w niebezpieczeństwie chlubienia się tym, co sam uczynił; toteż prawdy (lub mniemane prawdy), które człowiek zdobył sam po długim namyśle i trudzie, skłonny jest wielce sobie cenić i na nich polegać — i to właśnie jest źródłem owej próżnej mądrości, o której mówi Apostoł w naszym tekście.
Owo zaufanie do własnych sił rozumowania nie tylko wiedzie do pychy, ale — powiadam — i do „głupstwa" oraz zgubnego błędu, gdyż skłania do przeciwstawiania się Pismu Świętemu. Człowiek, który sądzi, że może sam odkryć prawdę, pogardza Objawieniem. Kto mu się zdaje, że ją odkrył, jest niecierpliwy wobec Objawienia. Boi się, by nie zaprzeczyło jego własnym wyimaginowanym odkryciom, niechętnie się z nim liczy; a gdy już mu zaprzecza, ogarnia go gniew. Wiele o tym dumnym odrzucaniu prawdy czytamy w Liście, z którego pochodzi nasz tekst. Żydzi czuli gniew, a Grecy pogardę wobec nauki chrześcijańskiej. „Żydowie znaku żądają (zgodnie ze swymi uprzednimi mniemaniami o przyjściu Mesjasza), a Grecy mądrości szukają (jakiegoś subtelnego toku rozumowania), my zaś głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który dla Żydów jest zgorszeniem, a dla Greków głupstwem." W innym miejscu Apostoł powiada o zbłąkanych chrześcijanach korynckich: „Teraz jesteście nasyceni" własnymi mniemaniami, „teraz bogaci, bez nas zaczęliście królować;" to znaczy: pyszy się wam mądrość, którą posiądziecie „bez" nas, to znaczy poza prawdą Apostolskiej nauki. Zaufanie do własnych sił rozumowania prowadzi zatem do (tego, co święty Paweł nazywa) głupstwa, rodząc w sercach obojętność wobec Pisma Świętego lub niechęć do czerpania zeń wiedzy.
Nie dość jednak, że odsuwa nas od najlepszego z przewodników, ale czyni nas i głupcami z jeszcze innego powodu: jest ufnością pokładaną w złym przewodniku. Nasze zdolności rozumowania są bardzo słabe we wszelkich dociekaniach dotyczących prawdy moralnej i religijnej. Jakkolwiek bystry jest rozum w innych dziedzinach i jakkolwiek godny zaufania jako przewodnik, to jednak w kwestiach związanych z naszym obowiązkiem wobec Boga i bliźniego jest nader nieudolny i dwuznaczny. Przy całym swoim wysiłku ledwie dochodzi do tych samych wielkich prawd, które autorytatywnie głosi sumienie i Pismo Święte; a jeśli stosuje się go w religijnych poszukiwaniach bez odniesienia do tych Bogiem ustanowionych świadków, prawdopodobnie minie się z Prawdą całkowicie. Tak oto „mądrzy" zostaną schwytani we własnej przebiegłości. Wszyscy z pewnością pamiętamy słowa naszego Pana, które są tu jak najbardziej na miejscu: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi (przed tymi, którzy polegają na własnych siłach umysłu), a objawiłeś je maluczkim" — to znaczy tym, którzy postępują przez wiarę i dla dobra sumienia.
Fałszywa mądrość, o której mówi święty Paweł w przytoczonym tekście, polega zatem na ufaniu własnym siłom w dochodzeniu do prawdy religijnej, zamiast przyjąć to, co zostało nam przez Boga przygotowane, czy to w naturze, czy w Objawieniu. Taka jest droga świata. W świecie Rozum staje przeciwko sumieniu i uzurpuje sobie jego władzę; toteż ludzie stają się „mądrymi we własnym mniemaniu" i „trzymając się własnego rozumu", „zbaczają z drogi prawdy." Przejrzyjmy teraz niektóre szczegóły tego sporu między naszym wrodzonym wyczuciem dobra i zła a naszym słabym i zarozumiałym rozumem.
Spór ten zaczyna się w nas, gdy minęło dzieciństwo i chłopięctwo, a nadchodzi czas wejścia w życie. Przedtem ufaliśmy bez zastrzeżeń naszemu Bogiem oświeconemu poczuciu obowiązku i naszemu prawemu uczuciu; i choć — niestety! — nieustannie przekraczaliśmy te wskazania i tym samym osłabialiśmy ów wewnętrzny przewodnik, to przynajmniej nie kwestionowaliśmy jego władzy. Mieliśmy wówczas ów pierwotny duch wiary, wszczepiony w nas przez chrzest, ducha małych dzieci, bez którego — jak zapewnia nas Pan — nikt z nas, czy młody, czy stary, nie może wejść do Królestwa niebieskiego.
Lecz gdy nasze umysły stały się bardziej dojrzałe i świat otworzył się przed nami, wówczas — proporcjonalnie do obdarowania przez Boga darami intelektualnymi — przyszła pokusa niewiary i nieposłuszeństwa. Przyszedł rozum, wiedziony namiętnością, aby walczyć z naszą lepszą wiedzą. Zostaliśmy wygnani na pustynię — na podobieństwo naszego Pana — przez ten właśnie dany nam Duch, który wystawił nas na knowania Złego, zanim przyszedł czas i moc, by ten dar obrócić na służbę Bożą. I ileż spośród najwyżej uzdolnionych odpada wówczas pod próbami, którym oparł się bezgrzeszny Syn Boży! On współczuje wszystkim kuszonym, sam doświadczywszy pokusy; a jednak cóż za widok musi oglądać, i jak ogromną cierpliwością miłosierdzia musi się wykazywać Święty Jezus, znosząc zuchwałe i niezbożne myśli, które panują niekiedy najpotężniej w piersiach tych właśnie (przynajmniej przez pewien czas), których powołał bogactwem ich talentów na szczególnych szafarzy swojej woli!
Szemranie przeciwko owej służbie religijnej, która jest doskonałą wolnością; skargi, że jarzmo Chrystusa jest ciężkie; buntownicze powstawanie przeciwko władzy sumienia i dumne spieranie się z Prawdą — a przynajmniej przyzwolenie na wątpliwości i szyderstwa oraz lekkomyślne, beztroskie posługiwanie się argumentami i twierdzeniami sceptycznymi — oto początki apostazji. Następnie przychodzi afektacja oryginalności, pragnienie uchodzenia za człowieka dojrzałego i niezależnego oraz lęk przed drwinami znajomych — wszystko to razem sprawia, że najpierw mówimy, a potem naprawdę myślimy źle o najwyższym autorytecie religii. Temu stopniowemu przekraczaniu pierwszego przykazania Prawa towarzyszy na ogół przekraczanie przykazania piątego. W dzieciństwie kochaliśmy i religię, i dom rodzinny; lecz w miarę jak uczymy się lekceważyć głos Boży, tak też zrazu udajemy, a potem naprawdę odczuwamy obojętność wobec poglądów naszych przełożonych i starszych. Tak też nasze umysły stają się stopniowo niezdolne do odczuwania najczystszych radości, zarówno Bożych, jak i ludzkich.
W miarę jak postępuje ten pochód ku grzechowi, nasze nieposłuszeństwo staje się własną karą. Im bardziej polegamy na własnym rozumie, tym bardziej jesteśmy do tego zmuszani z braku lepszego przewodnika. Nasz pierwszy prawdziwy przewodnik — światło niewinności — jest nam stopniowo odbierany; i nie pozostaje nam nic innego, jak „błądzić po omacku w miejscach spustoszonych" przy mdłym, niepewnym świetle rozumu. Tak oto jesteśmy schwytani we własnej przebiegłości. To właśnie bywa niekiedy nazywane zaślepieniem sądowym — takim jak zaślepienie faraona, który z powodu opierania się woli Bożej przestał w końcu odróżniać światło od ciemności.
Na jak dalekie odejście w tę złą drogę pozwoli poszczególnemu człowiekowi, zależy od rozmaitych przyczyn, w które nie muszę tu wchodzić. Jedni lękają się samych siebie i zawracają na właściwą drogę, póki nie jest za późno. Inni są powstrzymywani i choć nie szukają Boga z całego serca, zostają uchronieni od silnego i pełnego ujawnienia się złych zasad, które w nich tlą; jeszcze inni są utrzymywani w poprawnej zewnętrznej formie religii przez okoliczności, w jakich się znaleźli. Ale są i tacy — a jest ich niemało, może we wszystkich stanach życia — którzy idą dalej ku złemu; i zamierzam opisać po części ich stan: stan tych mianowicie, w których intelekt rozwija się w przerażający sposób przy zaniedbaniu prawdy moralnej.
Najpowszechniejszym przypadkiem jest oczywiście ten, gdy ludzie o tak nie ukształtowanych, a raczej chwiejnych zasadach, angażują się w zwykły sposób w codzienne sprawy życia. Pierwotna prostota charakteru odeszła u nich wcześnie. Nastąpiła gwałtowność namiętności, była folgowana i sama też odeszła, zostawiając — bez ich wiedzy — jak najzgubniejsze skutki w ich umyśle, podobnie jak niektóre choroby nieznacznie zmieniają układ ciała. Wreszcie próżny rozum wprowadził nieład w ich pojęcia o obowiązku moralnym i przyzwoitości, zarówno w dziedzinie religii, jak i w prowadzeniu życia. Jest rzeczą oczywistą, że nie mając owej wiary, która „zwycięża świat", muszą być przez świat zwyciężeni. Niechaj nikt nie sądzi, że mówię tu o jakimś niezwykłym przypadku, który nas nie dotyczy; bo kto wie — dotyczyć on może niektórych spośród nas w sposób bardzo bliski. Wynik naszej młodzieńczej walki w dobru i złu miał zapewne charakter raczej zdecydowany w tym lub tamtym kierunku; i możemy być pewni, że jeśli skłonił się ku złemu, nie będziemy o tym wiedzieli. Głuchota na głos Boży, zatwardziałość serca, jest jednym z samych objawów niewiary. Boże sądy, czy to nad światem, czy nad jednostką, nie są głośno obwieszczane. Wyrok zapada, by budować lub burzyć; Aniołowie go słyszą; a my idziemy dalej po świecie zwykłą drogą, choć nasze dusze mogły zostać, przynajmniej na pewien czas, opuszczone przez Boga. Chcę przez to powiedzieć, że jest całkiem prawdopodobne, iż w przypadku niektórych spośród tych, którzy mnie teraz słuchają, znaczna część wyznawanych przez nich prawd wiary jest jedynie czczą formą słów, bez treści i zasad; że przekonania, które rzeczywiście wyznają własnym wysiłkiem umysłu, zostały osiągnięte przez sam tylko wysiłek intelektu, przypadkowe i chaotyczne użycie czystych zdolności rozumowania — niezależnie od tego, czy są silne — i nie są owocem wytrwałego, niezachwianego i postępowego posłuszeństwa Bogu, nie są wiedzą, której użycza uczciwe i dobre serce. Nasze pojęcia religijne mogą leżeć na samej powierzchni naszego umysłu, nie zapuszczając w nim korzeni; i (powiadam) wynika to z tego okoliczności — że pobłażanie wczesnym namiętnościom, choć teraz zapomniane, i błędne użycie rozumu w młodości wycisnęły na naszym sercu niezatarty złowrogi ślad: sądową zatwardziałość i zaślepienie. Pomyślmy o tym: taki stan może być udziałem tych, którym przyszło zaznać tylko zwykłych pokus wynikających z wzrostu tej władzy rozumowania, którą wszyscy jesteśmy obdarzeni.
Gdy zaś ten dar rozumu jest czymś szczególnym — bystrym, błyskotliwym lub potężnym — wtedy niebezpieczeństwo wzrasta. Pierwszym grzechem ludzi obdarzonych wybitnym umysłem jest właśnie chełpienie się nim i spoglądanie z góry na innych. Czynią z intelektu miarę chwały i nagany; i zamiast uważać wspólną wiarę za węzeł jedności między chrześcijaninem a chrześcijaninem, marzą o jakiejś innej wspólnocie — cywilizacji, ogłady, literatury, nauki lub ogólnego oświecenia umysłowego — która połączyłaby uzdolnione umysły w jedność. Obaliwszy w ten sposób doskonałość moralną z jej prawdziwego miejsca i wyniósłszy uzurpatorskie panowanie samego rozumu, zaczynają następnie cenić wszelkie prawdy dokładnie w miarę możliwości ich udowodnienia za pomocą owego rozumu. Toteż prawdy moralne i religijne są przez nich lekceważone, gdyż leżą w zakresie sumienia o wiele bardziej niż intelektu. Religia w ich oczach marnieje lub zaczyna być niczym; zaczynają sądzić, że wszystkie religie są sobie równe — i nic dziwnego, bo podobni są do ludzi, którzy utracili zdolność rozróżniania barw i którzy żadnym wysiłkiem rozumu nie potrafią odróżnić bieli od czerni. Kodeks moralny uznają w pewnej mierze — to jest o tyle, o ile jego nakazy dają się udowodnić rozumowaniem, odwołaniem do obserwacji i pragmatyki, bez odniesienia do naturalnego poczucia dobra i zła jako rękojmi tych świadectw. Wysoko ceniąc postęp intelektualny, mocno dążą do poprawy świata przez uczynienie wszystkich ludzi intelektualistami; i usilnie starają się sami siebie przekonać, że w miarę jak ludzie wzrastać będą w wiedzy, wzrastać będą i w cnocie.
W miarę jak postępują na drodze sądowego zaślepienia, od niedoceniania przechodzą do pogardy lub nienawiści wobec autorytetu sumienia. Traktują je jako słabość, której ulegają wprawdzie wszyscy ludzie — i oni sami w tej liczbie — zwłaszcza w chwilach choroby, lecz której powinni się wstydzić. Przekonania lepszych ludzi o opatrznościowym Kierownictwie oraz o woli, zamysłach, postanowieniach, dziełach i sądach Bożych traktują z pogardą jako irracjonalne — zwłaszcza jeśli (co często ma miejsce) przekonania te są wyrażone nieścisłym językiem, z przypadkową niejasnością lub słabością wyrazu.
A wszystkie te zachęty do życia „widzeniem, a nie wiarą" ogromnie wzrastają, gdy ludzie oddają się jakimkolwiek zajęciom czysto intelektualnym. Toteż nauki badające doświadczalnie stworzony świat materialny skłaniają ludzi do zapominania o istnieniu ducha i Pana duchów.
Nie będę śledzić drogi niedowiarstwa aż do jej najgorszych i najohydniejszych postaci; może być jednak pouczające — zanim skończę — rozważyć przypadek takiego człowieka, jakiego opisywałem, w chwili gdy pod koniec życia nawiedza go pewna ulga sumienia.
Jest to przypadek wcale nierzadki — to znaczy, że nawet najbardziej zatwardzone sumienie bywa od czasu do czasu nawiedzane nagłymi wyrzutami, choć zazwyczaj są one przelotne. Zdarza się jednak niekiedy coś więcej: mężczyzna z tej czy innej przyczyny czuje, że nie jest w bezpiecznym stanie, zmaga się ze sobą, i owa walka kończy się w sposób, który dostarcza nowej ilustracji działania tej mądrości świata, będącej w oczach Bożych głupstwem.
Jak ma grzesznik, który ukształtował swój charakter na niedowiarstwie, ufając wzrokowi i rozumowi bardziej niż sumieniu i Pismu Świętemu — jak ma zacząć pokutę? Co winien czynić? Czy może pokonać samego siebie i na nowo ukształtować swoje serce u kresu dni? To możliwe — nie ludzką mocą, lecz z Bożą pomocą, która daje łaskę wszystkim proszącym; lecz tylko w jeden sposób: drogą przykazań Bożych, przez powolną, żmudną i mozolną dyscyplinę własną — powolną, żmudną i mozolną dla kogoś, kto przez długi czas nabrał wstrętu do tej drogi i pobłażał sobie w wartkich lotach i łatwych zwycięstwach swego rozumu. Tylko jedna jest droga do nieba — droga wąska; a kto stara się szukać Boga, choćby na starość, musi wkroczyć na nią przez te same drzwi co inni. Musi cofnąć swoje kroki i zacząć od nowa, od samego początku, jak gdyby był chłopcem. I postępując tak — pracując, czuwając i modląc się — zdaje się, że po wszystkim uczyni niewielki postęp w krótkim resztku swego życia: zarówno dlatego, że czasu mu pozostało mało, jak i dlatego, że musi równocześnie coś niszczyć i coś budować — musi przełamywać opór starego, twardego uporu i zatwardniałego serca, na który w młodości by nie natrafił.
Rzeczą oczywistą jest, jak bardzo upokarza to jego pychę. Pragnie być zbawiony; lecz nie może się zdobyć na to, by przez całe życie być pokutnikiem: żebrać go wstyd. Szuka więc innych środków znalezienia bezpiecznej nadziei. I jednym ze sposobów, którymi się tu łudzi, jest właśnie owo przekonanie, że może zdobyć religijną wiedzę jedynie rozumem.
Tak to się dzieje, że ludzie, którzy w młodości prowadzili rozwiązłe życie lub spędzili swe dni w pogoni za bogactwem lub innym podnieceniem świata, nierzadko osiadają w herezjach na późne lata. Przedtem może niczego nie wyznawali i pozwalali się nazywać chrześcijanami i członkami Kościoła; lecz nareszcie, pobudzeni do szukania prawdy i zapomniawszy, że jedynie czystego serca mogą Boga oglądać, i że dlatego muszą zacząć od nawrócenia moralnego, od zaparcia się siebie, szukają jej jedynie drogą rozumowania. Nic dziwnego, że błądzą; nie są w stanie pojąć żadnej części systemu Kościelnego, ani w dziedzinie doktryny, ani dyscypliny; a jednak uważają się za sędziów i traktują najświętsze ustanowienia i najuroczystsze nauki z pogardą i brakiem czci. W ten sposób „ostatni stan takich ludzi jest gorszy niż pierwszy." Według słów naszego tekstu, powinni byli stać się głupcami, by w końcu prawdziwie być mądrymi; lecz wolą inną drogę i zostają schwytani we własnej przebiegłości.
Niechaj nam zawsze świeci w pamięci, że „bojaźń Pańska jest początkiem mądrości;" że posłuszeństwo naszemu sumieniu we wszystkim, wielkim i małym, jest drogą do poznania Prawdy; że pycha zatwardza serce, a zmysłowość je poniża; i że wszyscy ci, którzy żyją w pysze i zmysłowej pobłażliwości, nie bardziej mogą pojąć drogi Ducha Świętego lub poznać głosu Chrystusa, niż złe duchy, które wierzą martwą wiarą i drżą.
„Błogosławieni, którzy zachowują Jego przykazania, aby mieli prawo do drzewa żywota i weszli przez bramy do miasta…" gdzie „nie potrzeba słońca ani księżyca, by mu świeciły; bo oświetla je chwała Boża, a lampą jego jest Baranek."