*„Czekaj na Pana i strzeż Jego drogi, a On wywyższy cię, abyś odziedziczył ziemię."* — Ps 37,34
Psalm, z którego wziąłem słowa tekstu, napisany jest w celu pokrzepienia ludzi prawych, którzy znaleźli się w rozterce — a zwłaszcza w rozterce co do zamiarów, Opatrzności i woli Bożej. „Nie gniewaj się" — oto nauka, którą wpaja od początku do końca. Świat jest w stanie zamętu. Niegodni ludzie kwitną i uchodzą za największych mężów swego czasu. Prawda i dobroć spychane są w cień; lecz czekaj cierpliwie — pokój, uspokój się — z czasem lepsza strona zwycięży, a cisi posiądą ziemię.
Nie ulega wątpliwości, że Kościół pogrążony jest w wielkich ciemnościach i rozterce pod rządami chrześcijańskiego porządku łaski, podobnie jak pod żydowskim. Nie znaczy to, by chrześcijaństwo nie wyjaśniało nam najważniejszych kwestii religijnych — wyjaśnia je ku naszej wielkiej pociesze; lecz z natury rzeczy istoty niedoskonałe, jakimi jesteśmy, muszą zawsze pozostawać, w ogólności, w stanie ciemności. Co więcej, same nauki Nowego Testamentu niosą z sobą własne, swoiste trudności; i dopóki nie nauczymy się uciszać naszych umysłów i wdrażać je do poddania Bogu, prawdopodobnie znajdziemy więcej rozterki niż światła nawet w tym, co św. Paweł nazywa „światłem chwalebnej Ewangelii Chrystusa". Objawienie nie zostało nam dane po to, aby zaspokajać wątpliwości, lecz aby czynić nas lepszymi ludźmi; i w miarę jak stajemy się lepszymi ludźmi, staje się ono dla naszych dusz światłością i pokojem — chociaż nawet do kresu naszego życia znajdować będziemy trudności zarówno w nim samym, jak i w otaczającym nas świecie.
Pragnę dziś poczynić kilka uwag na temat osób, które — choć są w ogólności szczerymi poszukiwaczami w sprawach religijnych — doznają mniejszego lub większego niepokoju i rozterki, i dlatego tracą odwagę.
Pożytek, jaki trudności przynoszą nam wszystkim w naszej próbie na tym świecie, jest oczywisty. Nasza wiara jest rozmaicie napastowana przez wątpliwości i trudności po to, aby dowieść jej szczerości. Jeśli prawdziwie miłujemy Boga i Jego Syna, będziemy iść naprzód mimo przeszkód — nawet jeśli, jak w przypadku kobiety kananejskiej, zdaje się On nas odpychać. Jeśli nie jesteśmy gorliwi, trudność skłania nas do zawrócenia. Jest to jeden ze sposobów, którymi Bóg oddziela ziarno od plew, zbierając stopniowo każde z nich, w miarę upływu czasu, na swój własny stos, aż nadejdzie koniec, gdy „zgromadzi pszenicę do swojego spichlerza, a plewy spali ogniem nieugaszonym".
Zdaję sobie sprawę, że niektórym może się wydawać dziwne mówienie o trudnościach w religii, gdyż sami żadnych nie napotykają. Lecz choć jest prawdą, że im wcześniej zaczniemy szczerze szukać Boga, tym mniej trudności i rozterki będziemy zapewne znosić, ta nieznajomość trudności religijnych w bardzo wielu przypadkach wynika, obawiam się, z nieznajomości samej religii. Kiedy serce nie jest zaangażowane w naszą pracę i dajemy się nieść prądem świata, trwając w Kościele, bo tak się w nim znaleźliśmy, zachowując religijne ustanowienia jedynie dlatego, że się do nich przyzwyczailiśmy, i wyznając się chrześcijanami, bo inni tak czynią — trudno oczekiwać, byśmy wiedzieli, czym jest czuć się w złym położeniu i nie móc znaleźć drogi wyjścia — czuć wątpliwość, niepokój, rozczarowanie, niezadowolenie; natomiast gdy nasz umysł się przebudza i dostrzegamy, że jest droga słuszna i droga niesłuszna, i że mamy wiele do nauczenia się, gdy staramy się czerpać wiedzę religijną z Pisma Świętego i stosować ją do siebie samych — wówczas od czasu do czasu dręczą nas wątpliwości i obawy, i przygniata nas przygnębienie.
Wszystkim zatem, którzy w jakikolwiek sposób popadli w rozterkę — którzy pragną światła, lecz znaleźć go nie mogą — dać należy jedno napomnienie: bądźcie posłuszni. To posłuszeństwo wprowadza człowieka na właściwą drogę; to posłuszeństwo utrzymuje go na niej i umacnia w niej. W każdych okolicznościach, cokolwiek jest przyczyną jego udręki — bądźcie posłuszni. Jak mówią słowa tekstu: „Czekaj na Pana i strzeż Jego drogi, a On wywyższy cię."
Zastosujmy to napomnienie do przypadku tych, którzy dopiero co w ogóle zajęli się religią. Każda nauka napotyka na początku trudności; dlaczego więc nauka dobrego życia miałaby być ich pozbawiona? Kiedy temat religii jest dla nas nowy, jest obcy. Słyszeliśmy prawdy przez całe życie, nie odczuwając ich należycie; gdy wreszcie nas dotykają, nie możemy uwierzyć, że są tymi samymi, które znamy od dawna. Jesteśmy wytrąceni z ustalonych pojęć o rzeczach; następuje zakłopotanie; powszechna, bolesna niepewność. Mówimy: „Czy Biblia jest prawdziwa? Czy to możliwe?" — i dręczą nas złe wątpliwości, których sami sobie ledwie możemy wytłumaczyć, a cóż dopiero innym. Nikt nie może nam pomóc. A względne znaczenie obecnych przedmiotów zmieniło się tak bardzo w porównaniu z tym, czym było dawniej, że z trudem możemy o nich wydać jakikolwiek sąd, a gdy próbujemy, sądzimy błędnie. Nasze oczy nie przystosowują się do różnych odległości stojących przed nami przedmiotów i oślepiają nas; albo też — jak ów niewidomy, któremu przywrócono wzrok — „widzimy ludzi niby drzewa, chodzące". Co więcej, nasz sąd o osobach zmienia się tak samo jak o rzeczach; a jeśli nie wszędzie jest zmieniony, to przynajmniej z początku wszędzie przez nas samych podawany jest w wątpliwość. Ów ogólny brak zaufania do siebie samych jest tym większy, im dłużej żyliśmy już w niedbałości o sprawy święte i im bardziej jesteśmy teraz upokorzeni i zawstydzeni z powodu siebie samych. I prowadzi nas do tego, by garść się pierwszego przewodnika religijnego, który się nam nadarzy, cokolwiek by była jego rzeczywista przydatność do tej roli.
Do tych wstrząsów umysłu dotyczących tego, co jest prawdą, a co błędem, dochodzi niepokój o nas samych, który — choćby szczery — skłonny jest prowadzić nas na manowce. Nie czujemy, nie myślimy i nie postępujemy tak pobożnie, jak byśmy pragnęli; i choć żałujemy za to, jesteśmy (może) również nieco zdziwieni i zniecierpliwieni tym stanem — co jest naturalne, lecz nierozumne. Zamiast uświadomić sobie, że właśnie przystępujemy do wyzdrowienia z choroby bardzo poważnej i długotrwałej, wyobrażamy sobie, że powinniśmy być w stanie śledzić tok naszego powrotu do zdrowia przez dostrzegalną poprawę. Tę samą niecierpliwość widać u osób wracających do zdrowia po cielesnej słabości. Siły odzyskują powoli, przez kilka dni może jest im lepiej, potem znów gorzej; i drobne nawrócenie odbiera im ducha. Podobnie, gdy zaczynamy szczerze szukać Boga, skłonni jesteśmy nie tylko do pokory (co jest słuszne), lecz i do zniechęcenia powolnością, z jaką jesteśmy zdolni się poprawiać, mimo wszelkiej pomocy łaski Bożej. Zapominając, że nasz właściwy tytuł, nawet w najlepszym wypadku, to tytuł pokutujących grzeszników, chcemy wzbić się od razu w szczęśliwość synów Bożych. Ta niecierpliwość wiedzie nas do niewłaściwego korzystania z celu rachunku sumienia, który ma głównie służyć ukazywaniu nam naszych grzechów, podczas gdy my rozczarowujemy się, jeśli nie powiadamia nas natychmiast o naszej poprawie. Bez wątpienia, w ciągu dłuższego czasu będziemy świadomi i poprawy, lecz celem zwykłego rachunku sumienia jest dowiedzenie się, czy jesteśmy gorliwi, i zarazem, co zrobiliśmy źle, abyśmy mogli modlić się o przebaczenie i postępować lepiej. Poza tym, czytając w Piśmie Świętym, jak wzniosłe powinny być myśli i duch chrześcijan, skłonni jesteśmy zapominać, że duch chrześcijański jest owocem czasu i że nie możemy go narzucić naszym umysłom — choćby posiadanie go było pożądane i konieczne; że wyrażając uczucia religijne, nie stajemy się pobożni, raczej przeciwnie; natomiast gdybyśmy starali się być posłuszni woli Bożej we wszystkim, naprawdę kształtowalibyśmy stopniowo nasze serca ku pełni ducha chrześcijańskiego. Nie rozumiejąc tego, ludzie dają się skłonić do mówienia wiele i wyraźnie o sprawach świętych, jakby to było ich obowiązkiem, i w nadziei, że ich poprawi; mierzą zaś swój postęp w wierze i świętości nie zdolnością do praktycznego posłuszeństwa Bogu, do opanowywania swej woli i coraz większej dokładności w codziennych obowiązkach, lecz ciepłem i żarliwością swoich religijnych uczuć. A gdy nie są w stanie podtrzymać ich na tym poziomie, który uważają prawie za cechę znamienną prawdziwego chrześcijanina, opadają z ducha i kuszeni bywają do rozpaczy. Nadto dawne ich grzechy, budzące się ze snu, w który zostały jakiś czas uśpione, zalewają ich umysły i zdają się gotowe wziąć ich w niewolę. Wołają do Boga o pomoc, lecz On zdaje się ich nie słyszeć, i nie wiedzą, gdzie szukać ocalenia.
Otóż takim osobom trzeba przede wszystkim przypomnieć o wielkości dzieła, które podjęły, to jest uświęcenie ich dusz. Ci zaś, którzy uważają to zadanie za łatwe — albo, co na jedno wychodzi, którzy sądzą, że chociaż samo w sobie jest trudne, dla nich będzie łatwe, bo łaska Boża zdejmie z nich cały jego ciężar — tacy ludzie z pewnością muszą być rozczarowani, gdy doświadczą siły swojej pierwotnej złej natury i niezwykłej powolności, z jaką nawet chrześcijanin jest zdolny ją poprawiać. I należy obawiać się, że to rozczarowanie w niektórych przypadkach kończy się przekonaniem, iż jest rzeczą niemożliwą pokonać nasze złe jestestwo; że źli byliśmy, źli musimy pozostać; że wrodzona nasza skażenie leży jak ciężar w naszych sercach i nie jest bardziej podatne na poprawę niż kamień na światło i myśl; i wobec tego wszystko, co mamy czynić, to wierzyć w Chrystusa, który ma nas zbawić, i rozmyślać o Jego doskonałym dziele dla nas — że to wszystko, co możemy uczynić — i że zuchwałością, a zarazem głupotą byłoby próbować czegokolwiek więcej.
Lecz cóż mówi tekst? „Czekaj na Pana i strzeż Jego drogi." A Izajasz? „Ci, którzy oczekują Pana, nabierają nowej mocy; wzbijają się w górę na skrzydłach jak orły; biegną, a nie mdleją; idą, a nie ustają". A św. Paweł? „Wszystko mogę w Chrystusie, który mnie umacnia". Właśnie owocem Męki Chrystusa był dar Ducha Świętego, który miał nam umożliwić czynienie tego, czego inaczej nie moglibyśmy czynić — „przyczynianie się do własnego zbawienia" — Lecz chociaż musimy do tego dążyć i żywić głębokie przekonanie o naszej zdolności do osiągnięcia tego celu z biegiem czasu dzięki udzielonym nam darom, nie możemy czynić tego właściwie bez głębokiego, ugruntowanego przekonania o niezwykłej trudności tego dzieła. To znaczy — nie tylko będziemy kuszeni do niedbałości, lecz i do niecierpliwości, a stąd do wszelkiego rodzaju niegodziwego traktowania duszy, jeśli zapanuje w nas mniemanie, że religijna dyscyplina staje się rychło łatwa dla wierzącego i że serce przemienia się szybko. Jarzmo Chrystusa jest „słodkie" — owszem, dla tych, którzy są do niego przyzwyczajeni, nie zaś dla karku dotąd nieujarzmionego. „Mądrość jest bardzo nieprzyjemna dla nieuczonego (powiada syn Syracha), kto jej pozbawiony rozumu, nie wytrwa przy niej." „Na początku będzie z nim kroczyć krętymi drogami i napełni go lękiem i trwogą, i dręczyć go będzie swą karnością, dopóki nie zaufa jego duszy i nie wypróbuje go przez swe prawa. Wtedy wróci z nim prostą drogą i napełni go radością, i odkryje mu swe tajemnice".
Niech więc każdy początkujący postanowi w duchu znosić niepokój i rozterkę. Nie może uskarżać się, że tak być musi; i chociaż powinien głęboko wstydzić się, że tak jest (bo gdyby poszedł za Bogiem od dziecięctwa, jego stan byłby o wiele różny, choć może i wtedy nie bez pewnych rozterek), to jednak nie ma powodu, by się dziwić ani tracić odwagi. Im bardziej postanowi po męsku znosić wątpliwości, zmagać się z nimi i z pokorą pełnić wolę Bożą przez cały ten czas, tym prędzej ten niespokojny stan umysłu ustanie i z zamętu wyłoni się ład. „Czekaj na Pana" — oto reguła; „strzeż Jego drogi" — oto sposób czekania. Wypełniaj swój obowiązek; dbaj o rzeczy małe tak samo jak o wielkie. Nie zatrzymuj się, mówiąc: „Jestem taki sam jak byłem; dzień za dniem mija, a wciąż żadnego światła" — idź naprzód. Bardzo bolesne jest nawiedzenie przez błądzące wątpliwości, gdy myśli przekradają się przez umysł co do rzeczywistości religii w ogóle, lub tego czy innego szczegółowego jej dogmatu, albo co do poprawności własnej wiary i bezpieczeństwa własnego stanu. Lecz musi być słuszne służyć Bogu; mamy w sobie głos odpowiadający na nakaz tekstu, by oczekiwać na Niego i strzec Jego drogi. Wyznaje to Dawid: „Gdy rzekłeś: Szukajcie oblicza Mego; serce moje rzekło do Ciebie: Oblicza Twego, Panie, szukać będę" — I z pewnością takie posłuszne oczekiwanie na Niego uzyska Jego błogosławieństwo. „Błogosławieni, którzy strzegą Jego przykazań." A ponadto, poza tym wyraźnym przyrzeczeniem, gdybyśmy nawet musieli szukać drogi do poznania Jego doskonałej woli, czy moglibyśmy wyobrazić sobie drogę obfitującą w większe nadzieje niż ta, która polega na zaczynaniu od rzeczy małych i stopniowym czynieniu postępów? Czy nie na tym polega we wszystkich innych dziedzinach droga do doskonałości? Czy dziecko nie uczy się najpierw chodzić na krótkich odcinkach? Kto próbowałby dźwigać wielkie ciężary, zanim zdołał podołać mniejszym? Z wielkiej dobroci Bożej pochodzi, że nasz codzienny, stały obowiązek polega na spełnianiu małych i stosunkowo łatwych posług. Być powinnymi i posłusznymi w zwykłych sprawach, mówić prawdę, być uczciwym, być trzeźwym, strzec się grzesznych słów i myśli, być łagodnym i wyrozumiałym — i to wszystko dla miłości naszego Zbawiciela — spróbujmy najpierw tych obowiązków. Nawet one będą trudne — nawet najmniejszy z nich; a jednak są o wiele łatwiejsze niż rozwiązanie dręczących nas wątpliwości, i stopniowo dadzą nam praktyczną znajomość Prawdy.
Weźmy jeden przykład spośród wielu, które można by przytoczyć: przypuśćmy, że nękają nas jakieś bolesne, nieopisane wątpliwości co do Boskiej mocy naszego błogosławionego Pana lub co do nauki o Trójcy Świętej; otóż porzućmy ten temat i zwróćmy się ku pełnieniu woli Bożej. Jeśli uczynimy to w wierze i pokorze, z czasem odkryjemy, że gdy byliśmy posłuszni przykazaniom naszego Zbawiciela i naśladowaliśmy Jego postępowanie w Ewangeliach, nasze trudności zostały usunięte — choć usunięcie ich może wymagać czasu i choć w tym czasie nie jesteśmy świadomi tego, co się dzieje. Mogą się wprawdzie zdarzyć przypadki, w których nigdy nie zostaną całkowicie usunięte — i w których bez wątpienia jakaś wielka i zbawcza rzecz jest zapewniona przez próbę; lecz możemy słusznie i bezpiecznie spodziewać się pomyślniejszego obrotu. I tak w odniesieniu do wszystkich naszych trudności. „Czekaj na Pana i strzeż Jego drogi." Jego słowo jest pewne; możemy mu bezpiecznie ufać. Zyskamy światło co do ogólnych dogmatów przez wcielanie ich w te szczegółowe wypadki, w których stają się zwykłymi obowiązkami. Zbyt często zdarza się jednak, że z tej czy innej przyczyny ludzie nie idą tą prostą metodą stopniowego wyplątywania się z błędu. Szukają jakiejś nowej ścieżki, która zdaje się być krótsza i łatwiejsza niż uniżona i kręta droga posłuszeństwa. Chcą dotrzeć na wyżyny Góry Syjon, nie okrążając jej podstawy; i na początku (trzeba przyznać) zdają się czynić większe postępy niż ci, którzy zadowalają się czekaniem i pełnieniem sprawiedliwości. Niecierpliwi siedzenia w ciemności i braku światła, i dopełniania prorockiego obrazu świętego w utrapieniu przez „bojaźń Bożą i posłuszeństwo głosowi Jego sługi", spodziewają się uzyskać szybki pokój i świętość dzięki nowym nauczycielom i nowej nauce.
Wielu daje się zwieść ufności w samych siebie. Spoglądają wstecz na pierwsze chwile swojego nawrócenia i pokuty, jakby była to pora ich największej wiedzy; i zamiast rozważyć, że ich najwcześniejsze religijne pojęcia były prawdopodobnie najbardziej niewyraźne i pomieszane z błędem, i w związku z tym starać się oddzielić to, co dobre, od tego, co złe — uświęcają wszystko, co wówczas czuli, jako miernik nauki, do którego są zobowiązani się odwoływać; i jeśli chodzi o opinię innych, mało sobie z niej robią, bo religia będąc dla nich samych nowym tematem, łatwo dają się prowadzić do myśli, że musi być nowym i niezbadanym tematem dla innych również — zwłaszcza że najlepsi ludzie są często najmniej skłonni do rozmów o sprawach religijnych, chyba w prywatności, i jeszcze bardziej niechętni do mówienia o nich tym, o których sądzą, że nie ocenią ich należycie.
Lecz pominąwszy wzmiankę o tych, którzy błądzą z powodu zbytniej ufności w siebie, wolę raczej ubolewać nad tymi, których odciąga od drogi zwykłego, prostego posłuszeństwa podporządkowanie się poglądom i życzeniom otaczających ich ludzi. Takich osób jest pełno w całym Kościele i zawsze było. Takimi może było wielu chrześcijan w społeczności Kościoła Rzymskiego; którzy, odczuwając głęboko konieczność życia religijnego, starają się jednak innymi środkami niż te, którymi Bóg pobłogosławił, pozyskać Jego łaskę. Zaczynają religię od jej samego kresu i czynią z owych nakazów i reguł główny środek podobania Mu się, które w istocie powinny być jedynie spontanicznymi czynami ukształtowanego chrześcijańskiego usposobienia. A i inni spośród nas związani są podobnym jarzmem niewoli, choć bardziej przystojnie zamaskowanym, gdy poddają swoje umysły pewnym pozabiblijnym regułom i wymyślają, że muszą oddzielić się od świata na jakiś sposób własnego pomysłu, i że muszą mówić i postępować wedle pewnej samowolnej i nowej formy nauki, którą starają się sobie narzucić, zamiast dążyć do przesiąknięcia serc owym wolnym, nieskrępowanym duchem pobożności, który pokorne posłuszeństwo w zwykłych sprawach kształtowałoby w nich niepostrzeżenie. Ilu jest takich, mniej lub bardziej podobnych, którzy kochają Prawdę i pragnęliby pełnić wolę Bożą, a jednak dają się zwodzić na manowce i chodzą w niewoli, podczas gdy obiecuje się im wyższe światło i wolność! Pragną być żywymi członkami Kościoła i gorliwie szukają we wszystkim, co mogą podziwiać u prawdziwych synów Kościoła; lecz czują się zmuszeni mierzyć wszystko według pewnej zabobonnej miary, którą czczą — boją się cieniów — i tak od czasu do czasu bywają w kłopocie i rozterce, ilekroć nie mogą pogodzić postępowania i życia tych, którzy naprawdę są i których chcą uważać za wybitnych chrześcijan, z tym fałszywym systemem religijnym, który przyjęli.
Zanim zakończę, muszę wspomnieć o jeszcze jednym stanie umysłu, w którym nakaz „oczekiwania na Boga i strzeżenia Jego drogi" służyć będzie nade wszystko innemu do wyprowadzenia na właściwą drogę umysłu wątpiącego i pogrążonego w rozterce.
Zdarza się niekiedy, wskutek złego stanu zdrowia lub innej przyczyny, że ludzie popadają w religijne przygnębienie. Wyobrażają sobie, że tak nadużyli Bożego miłosierdzia, iż nie ma dla nich nadziei; że niegdyś znali Prawdę, lecz teraz została im odjęta; że mieli przestrogi, których nie usłuchali, i teraz zostali opuszczeni przez Ducha Świętego i wydani na pastwę szatana. Wówczas przypominają sobie rozmaite miejsca z Pisma Świętego mówiące o niebezpieczeństwie odstępstwa i odnoszą je do własnego przypadku. Mówię o takich przypadkach tylko o tyle, o ile można je nazwać dolegliwościami duszy — bo często trzeba je leczyć jako dolegliwości ciała. O ile są dolegliwościami duszy, zauważmy, jak bardzo prowadzenie się pokornych, codziennych obowiązków stanu, owo chodzenie drogą Bożą, o którym mówi tekst, przyczyniać się będzie do przywrócenia spokoju umysłowi. Niekiedy osoby tak dotknięte powiększają swoje cierpienie, próbując pocieszyć się owymi wzniosłymi dogmatami chrześcijańskimi, które rozszerza św. Paweł; i inni ich w tym zachęcają. Lecz nauka św. Pawła nie jest przeznaczona dla umysłów słabych i chwiejnych. On sam mówi: „Głosimy mądrość wśród doskonałych" — nie wśród tych, których nazywa „dziećmi w Chrystusie". W miarę jak nabieramy sił, będziemy zdolni rozumieć pełne obietnice przymierza chrześcijańskiego i z nich czerpać; lecz ci, którzy są rozkojarzeni, wzburzeni, niespokojni w duchu, którzy mnożą różne myśli i są przygnieceni sprzecznymi uczuciami — tacy ludzie stają się na ogół jeszcze bardziej niespokojni i nieszczęśliwi (jak może nam pokazać doświadczenie chorych łóż), gdy wysuwa się przed nimi nauki i zapewnienia, których nie są w stanie właściwie pojąć. Otóż, nie mówiąc o tym szczególnym błogosławieństwie, które obiecane jest posłuszeństwu woli Bożej, zauważmy, jak dobrze jest ono obliczone — swym naturalnym działaniem — na uśmierzenie i uspokojenie umysłu. Gdy zabieramy się do posłuszeństwa Bogu w zwykłych sprawach codziennego życia, zaraz jesteśmy zainteresowani przez rzeczywistości, które odwracają nasze umysły od nieokreślonych lęków i niepewnych, niesprecyzowanych domysłów o przyszłości. Nie odkładając na bok myśli o Chrystusie (przeciwnie), uczymy się jednak postrzegać Go w Jego spokojnej Opatrzności, zanim przystąpimy do rozważania Jego wielkich dzieł, i chronimy się od troski niechrześcijańskiej o jutro, gdy jesteśmy zajęci obecnymi posługami. W ten sposób nasz Zbawiciel stopniowo objawia się udręczonemu umysłowi; nie taki, jakim jest w niebie, jak gdy powalił Szawła na ziemię, lecz taki, jakim był w dniach Swojego ciała, jedząc i rozmawiając wśród swych braci, i wzywając nas, abyśmy wzorem Jego żadnego obowiązku nie uważali za niegodny uwagi tych, którzy szczerze pragną podobać się Bogu.
Takich strapionych poszukiwaczy prawdy trzeba więc napominać, aby strzegli swych uczuć i panowali nad swymi sercami. Mówią, że przerażeni są lękiem, iż są może poza wszelką nadzieją; i nie chcą dać się przekonać, że Bóg jest w pełni miłosierny, wbrew temu wszystkiemu, co Pisma na ten temat mówią. Cóż, weźmy ich na ich własnym gruncie. Zakładając, że ich stan jest tak nędzny, jak tylko można sobie wyobrazić — czy mogą zaprzeczyć, że ich obowiązkiem jest teraz służyć Bogu? Czy mogą coś lepszego uczynić niż próbować Mu służyć? Hiob powiedział: „Choćby mnie i zabił, będę Mu ufał". Mówią, że nie pragną służyć Bogu — że brak im serca do służenia Mu. Przyznajmy (jeśli tak chcą) — że są najzaciętszymi; lecz żyją — muszą coś robić, i czy mogą uczynić coś lepszego niż starać się uspokoić się, być pogodnymi i czynić dobro, a nie zło — choćby byli przekonani, że nie pochodzi to z serca i nie jest przyjemne Bogu? Mówią, że nie śmią prosić o łaskę Bożą, by im pomogła. To zaiste nędzny stan; lecz ponieważ muszą działać w jakiś sposób, choć bez Jego łaski nie mogą czynić tego, co naprawdę dobre, niechaj przynajmniej czynią to, co wygląda jak prawda i dobroć. Ba, choć jest okrucieństwem stawiać przed nimi taki widok, to nawet gdyby byli już w miejscu kary, czy nie przyznają, że najlepszą rzeczą, jaką mogliby wtedy uczynić, byłoby popełniać jak najmniej grzechów? Tym bardziej więc teraz — gdy choćby nie mieli nadziei, ich serce przynajmniej nie jest tak zupełnie zatwardziałe, jak będzie wówczas.
Ani przez chwilę nie należy sądzić, że dopuszczam możliwość odrzucenia przez Boga kogoś, kto żywi takie słuszne uczucia w duszy. Niepokój cierpiących, których opisywałem, dowodzi, że wciąż są pod wpływem łaski Bożej, choć sami tego nie przyznają; lecz mówię to, by podać jeszcze jeden przykład, w którym postanowienie ścisłego posłuszeństwa woli Bożej w zwykłych sprawach dąży, za Jego błogosławieństwem, do uspokojenia i pokrzepienia umysłu oraz wyprowadzenia go z rozterki na jasny dzień.
I tak w różnych innych przypadkach, które można by przytoczyć. Cokolwiek jest naszą trudnością — to jest jasne. „Czekaj na Pana i strzeż Jego drogi, a On wywyższy cię." Albo słowami naszego Zbawiciela: „Kto ma przykazania Moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje; a kto Mnie miłuje, będzie umiłowany przez Ojca Mego, i Ja go umiłuję, i objawię mu siebie samego." „Ktokolwiek wypełni i będzie uczył tych najmniejszych przykazań, będzie nazwany wielkim w królestwie niebieskim." „Kto ma, temu będzie dane i będzie miał w obfitości".
---