*„Lot podniósł oczy swoje i ujrzał całą równinę Jordanu, że wszędzie była nawadniana, pierwej nim Pan zniszczył Sodomę i Gomorę, jako ogród Pański, jako ziemia egipska, gdy się przychodzi do Soaru. I wybrał sobie Lot wszystką równinę Jordanu."* — Rdz 13,10-11
Nauka, jaką wynieść można z dziejów Abrahama i Lota, jest oczywista: nic prócz jasnego pojęcia rzeczy niewidzialnych, prostej ufności w Boże obietnice i płynącej stąd wielkości ducha nie zdoła sprawić, byśmy żyli ponad światem — obojętni, lub niemal obojętni, na jego wygody, przyjemności i przyjaźnie; innymi słowy — że dobra tego świata psują nawet przeciętnego człowieka religijnego, który je posiada. Lot tak samo jak Abraham opuścił ojczystą ziemię „przez wiarę", posłuszny Bożemu nakazowi; a jednak w chwili dalszej próby, gdy wola Boża nie była już tak wyraźnie wskazana, jeden okazał się „nieskalany i nienaganny", drugi zaś „ocaleć zdołał, lecz jakby przez ogień". Abraham stał się „ojcem wszystkich wierzących"; Lot przyćmił szczególną nadzieję swego powołania — nadwyrężył przywileje swego wybrania — na pewien czas pozwolił sobie upodobnić się do rzesz ludzkich, jakie i dziś widujemy w krajach chrześcijańskich: ludzi pobożnych do pewnego stopnia, niekonsekwentnych w życiu, nie dążących do doskonałości.
Jego dzieje podzielić można na trzy części: po pierwsze, od chwili wyruszenia razem z Abrahamem z Haranu aż do ich rozstania; następnie, od zamieszkania w miastach równiny (jak je zowią), z których jednym była Sodoma, aż do jego pojmania i uwolnienia; i wreszcie, od powrotu do Sodomy aż po ucieczkę stamtąd na górę pod przewodem Anioła, kiedy to historia biblijna traci go z oczu. Przejdźmy je po kolei.
**1.** Gdy Abraham i Lot przybyli po raz pierwszy do ziemi Kanaan, nie otrzymali — jak się zdaje — żadnego Bożego wskazania, gdzie mają się osiedlić. Przyszli najpierw do Sychem; stamtąd powędrowali w okolice Betel; wreszcie głód zapędził ich do Egiptu — i od tego momentu zaczyna się historia ich próby (bo tak ją nazwać trzeba).
Abraham i Lot wyrzekli się tego świata na słowo Boże; czekała ich jednak próba trudniejsza. Choć nigdy łatwą, to jednak łatwiej jest skupić serce na religii, gdy nie ma nic innego, co by je pochłaniało — lub gdy czyni się jeden zdecydowany krok, który wyrywa nas z utartej kolei życia i niejako zmusza do tego, od czego z natury byśmy się wzdragali — niż posiadać w dostatku dobra tego świata, a przecież miłować Boga nade wszystko. Niejednemu człowiekowi przyszłoby z impulsu poświęcić swe doczesne interesy; a potem, nie mając nic, co by go rozchwiało, zdoła trwać mocno przy religii i służyć Bogu wytrwale i w sposób miły Mu. Oczywiście ci, którzy takich poświęceń dokonują, okazują często dużo siły charakteru w ich dokonywaniu — co bez wątpienia dotyczyło Lota, gdy opuszczał ojczyznę. Lecz o wiele jest to trudniejsze — wymaga jaśniejszej, trwalszej, szlachetniejszej wiary — być otoczonym dobrami doczesnymi, a zarazem zapierać się siebie; uważać siebie za jedynie zarządcę Bożej szczodrobliwości i być „wiernym we wszystkim", co nam zostało powierzone. Na tym właśnie polegała następna pokusa, która spotkała obu patriarchów. Bóg obdarzył ich bogactwem i znaczeniem. Gdy zeszli do Egiptu, Abraham przyjęty był zaszczytnie przez tamtejszego króla. Wkrótce potem czytamy, że Abraham posiadał „owce i woły, i osły, i sługi, i służebnice, i oślice, i wielbłądy"; znowu, że „Abram był bardzo bogaty w bydło, w srebro i w złoto"; a nieco dalej, że „Lot też miał trzody i stada, i namioty". Skutkiem tego, po powrocie do Kanaanu, ich czeladź i bydło stały się zbyt liczne, by mogły zamieszkiwać razem: „Nie mogła bowiem ich podołać ziemia, żeby razem mieszkali; bo miał wielkie bogactwo i nie mogli mieszkać wespół". Słudzy zaczęli się kłócić; każda ze stron usiłowała na przykład zająć najbardziej żyzne pastwiska i najobfitsze studnie. Ta niezgoda w wybranej rodzinie była rzecz jasna bardzo niestosowna, tym bardziej że świadczyli jej bałwochwalcy — Kananejczycy i Peryzyci — zamieszkujący te okolice. Abraham zaproponował więc zgodne rozstanie i pozostawił Lotowi wybór, w jakiej części kraju chce się osiedlić.
Oto była próba wiary Lota; zobaczmy, jak jej sprostał. Zdarzyło się tak, że żyzniejsza kraina — równina Jordanu — była w rękach podłego ludu: mieszkańców Sodomy, Gomory i miast sąsiednich. Bogactwo, jakim Lot dotychczas się cieszył, dane mu było jako rękojmia Bożej łaski i czerpało swą główną wartość z tego, że pochodziło od Boga. Lecz zapomniał o tym z pewnością i cenił je dla niego samego, skoro dał się uwieść żyzności i pięknu kraju winowajczego i na zgubę skazanego. Pomyślności niegodziwego ludu nie można było poczytać za znak Bożej miłości; lecz patrzeć ku Sodomie znaczyło iść drogą świata i czynić z bogactwa miarę wszystkiego i cel życia. Słowami tekstu: „Lot podniósł oczy swoje i ujrzał całą równinę Jordanu, że wszędzie była nawadniana… jako ogród Edenowy… I wybrał sobie Lot wszystką równinę Jordanu… i rozbił namioty aż do Sodomy. A mężowie Sodomscy byli bardzo źli i grzesznicy przed Panem". Nie widzę, jak można by zaprzeczyć, że był to fałszywy krok świętego patriarchy — naganny sam w sobie i prowadzący do najpoważniejszych następstw. „Wolę być odźwiernym w domu Boga mego", powiada Psalmista, „niźli mieszkać w namiotach grzesznych". Lecz ci, którzy przyzwyczaili ducha swego do patrzenia na doczesną pomyślność jako na rzecz wysoce pożądaną samą w sobie, biorą ją, gdzie ją znajdą: raz jako daną przez Boga, a kiedy indziej, gdy nie jest przez Niego dana. Nie stanowi to dla nich kwestii pierwszorzędnej wagi, od kogo pochodzi — przynajmniej nie w głębi serc, choć może by się zdumieli, gdyby im to powiedziano. Jeśli wszystko to w pełni do Lota nie przemawia, to jego historia przypomina nam przynajmniej to, co dzieje się co dzień w wypadkach zewnętrznie do niej podobnych. Ludzie nadal uważają siebie i obiecują sobie, że będą wiernymi czcicielami jedynego prawdziwego Boga, a tymczasem popadają w ten grzech, który Apostoł zowie „bałwochwalstwem" — w miłość i cześć dla stworzenia zamiast Stwórcy.
Tymczasem Abraham pozbawiony jest wszelkiej części ziemskiej, lecz ma za dziedzictwo obecność Boga — i Bóg to poświadczył: albowiem, jakby w nagrodę za jego bezinteresowność, odnowił mu obietnicę już dawniej uczynioną, dotyczącą przyszłego przyznania mu całej ziemi, łącznie z tą piękną częścią, w której Lot czasowo przebywał. „I rzekł Pan do Abrama, gdy się już Lot odłączył od niego: Podnieś oczy swe i patrz z miejsca, gdzie jesteś, ku północy i ku południowi, ku wschodowi i ku zachodowi; bo wszystkę tę ziemię, którą widzisz, dam tobie i nasieniu twemu aż na wieki. I uczynię nasienie twoje jako proch ziemi: jeśli kto może policzyć proch ziemi, i nasienie twoje policzone będzie. Wstań i przejdź ziemię wzdłuż i wszerz jej, bom ją tobie dać przyrzekł".
**2.** Tu kończy się pierwsza część dziejów Abrahama i Lota. Idźmy dalej. Bóg jest tak miłosierny, że nie pozwala ulubionym sługom swym błądzić z dala od siebie bez powtarzanych przestróg. Nie mogą oni być „jak poganie" — dosięga ich nawiedzenie łaski, jak Jonasza, gdy uciekał. Lot obrał sobie mieszkanie wśród grzeszników; mimo to nie był pozostawiony samemu sobie. Zesłana mu była klęska ku ostrzeżeniu i skarceniu — nie powiedziano nam wprawdzie wyraźnie, że taki był jej cel, ale wiemy nawet ze światła rozumu naturalnego, że wszelkie utrapienie zdolne jest nas doświadczać i udoskonalać, i słusznie zatem powiedzieć można, że to właśnie było przeznaczeniem przemocy i pojmania, jakim Lot wkrótce uległ. Sodoma, Gomora i miasta sąsiednie, podległe Kedorlaomerowi, królowi Elamu, zbuntowały się wówczas przeciw niemu. W następstwie tego kraj ich został spustoszony przez jego wojska i wojska jego sprzymierzeńców; a gdy doszło do bitwy, królowie owych miast zostali pobici i zabici, a „dobra ich i żywność" zagarnięte. Lot wraz ze swym mieniem dostał się w ich ręce. W ten sposób, niezależnie od względów religijnych, miejsce jego zamieszkania miało tę wadę w samej tej żyzności i zamożności, których pragnął, że ściągało wzrok tych, którzy mieli dość siły, by być łupieżcami. Abraham mieszkał wówczas na równinie Mamre i usłyszawszy wieść o pojmaniu krewniaka, natychmiast zebrał swoich ludzi w liczbie ponad trzystu i przyłączywszy się do kilku okolicznych wodzów, z którymi był sprzymierzony, ścigał łupieżców, nocą ich zaskoczył, rozbił i wyzwolił Lota wraz z współjęńcami i całym jego mieniem.
Było to, jak powiedziałem, łaskawe ostrzeżenie dla Lota; nie tylko ostrzeżenie — zdaje się, że była to zarazem sposobność do zerwania więzów z ludem Sodomy i opuszczenia grzesznej krainy. Jednak nie potraktował jej jako takiej. Prawda, że w tej części historii nic nie ma o jego powrocie tam; ale w opisie, który następuje niebawem, widzimy go nadal w Sodomie, choć nie pogrążonego w Bożej karze na nią zesłanej — lecz o tym za chwilę.
Najpierw zwróćmy się, dla porównania, do Abrahama. Ileż wymówek mógłby był sobie obmyślić, gdyby chciał, by zaniedbać krewniaka w nieszczęściu! Mógłby szczególnie rozwodzić się nad niebezpieczeństwem i pozorną beznadziejnością próby uwolnienia go. Lecz charakterystyczną cechą wiary jest to, że troszczy się o innych bardziej niż o samego siebie. Z garstką towarzyszy śmiało ruszył w pościg za wojskami zwycięskich królów i zdołał odbić bratankowego syna. Warto też zauważyć jego bezinteresownego i książęcego ducha po bitwie, gdy odmówił wzięcia części łupu. „Nie wezmę nici ani rzemyka od buta", powiedział królowi Sodomy, „i nie wezmę z niczego twojego, abyś nie powiedział: Ubogaciłem Abrama". Poza tym mogło to być szczególnie konieczne, by zamanifestować jego odrazę do mężów Sodomy i Gomory, i było poniekąd protestem przeciw ich grzechom. Jego postępowanie nasuwa jeszcze jedną uwagę: obiecana mu była ziemia, w której teraz mieszkał jako obcy przybysz; miał waleczne wojska, choć nieliczne, które bez wątpienia, gdyby tego zapragnął, mogłyby zdobyć mu wystarczającą jej część. Lecz nie próbował tego: wiedział bowiem, że Bóg zdoła przeprowadzić swój zamysł i spełnić obietnicę we własnym, sobie właściwym czasie, bez uciekania się przez niego do niedozwolonych środków. Siła oręża nie byłaby wprawdzie niedozwolona, gdyby Bóg nakazał jej użycie — jak później, gdy Izraelici wrócili z Egiptu; ale bez wyraźnego nakazu była niedozwolona, a Abraham miał może do przezwyciężenia pokusę, by się do niej nie uciec. W dalszej historii mamy podobny przykład powściągliwości w postępowaniu Dawida wobec Saula. Dawid, któremu sam Bóg obiecał królestwo, miał więcej niż raz życie Saula w swych rękach, a jednak nie pomyślał o tym, by mu jakąkolwiek krzywdę wyrządzić. Bóg mógł spełnić swą obietnicę, nie zmuszając go do „czynienia zła, by dobro z tego wynikło". To jest prawdziwy duch wiary: czekać na Boga, wyglądać Jego prowadzenia i iść za nim — nie usiłować wyprzedzać Go.
Lecz czy Abraham powrócił do swego miejsca bez nagrody za swe szlachetne i pełne zaparcia siebie postępowanie? Bynajmniej; Bóg w miłosierdziu swym odnowił mu rękojmię swojej łaski w odpowiedzi na ten nowy dowód jego wiary. Jak odnowił błogosławieństwo, gdy Lot wybrał żyzną ziemię, tak i teraz błogosławił go przez usta wielkiego kapłana i króla. Lot powrócił do Sodomy w milczeniu — a Bóg przemówił do Abrahama przez Melchizedeka. „I Melchizedek, król Salemu, wyniósł chleb i wino, a był kapłanem Boga Najwyższego; i błogosławił go, i rzekł: Błogosławiony Abram przez Boga Najwyższego, który stworzył niebo i ziemię" (który może oddawać królestwa i krainy według woli swojej), „i błogosławiony Bóg Najwyższy, który wydał nieprzyjaciół twoich w ręce twoje". Kim był Melchizedek, nie zostało nam powiedziane: Pismo mówi o nim jako o typie Chrystusa; nie możemy jednak wiedzieć, ile z tego wiedział Abraham, ani jaką szczególną świętość posiadała jego osoba, ani jaką moc miało jego błogosławieństwo. Oczywiście był to szczególny znak łaski okazanej Abrahamowi; a chleb i wino, przyniesione jako pokrzepienie po walce, miały może coś z natury sakramentu i były rękojmią miłosierdzia.
**3.** Przejdźmy teraz do ostatniego zdarzenia z dziejów Lota. Pozyskanie tego świata jest tylko przemijające; wiara zbiera spóźnioną, lecz trwałą zapłatę. Wkrótce Aniołowie Boży zstąpili, by w jednej i tej samej misji spełnić podwójny cel: odebrać Lotowi jego ziemską część i przygotować spełnienie się wiecznych błogosławieństw obiecanych Abrahamowi; zniszczyć Sodomę, a zarazem przepowiedzieć rychłe narodzenie Izaaka.
Zagłada winowajczych miast była bliską. „I rzekł Pan: Głos krzyku Sodomy i Gomory jest wielki, a grzech ich zbardzo ociężał. Zejdę tedy i ujrzę, czy sprawą dopełnili krzyk, który do mnie przyszedł, czyli nie, abym wiedział". I oto okazany został Abrahamowi najwyższy zaszczyt. Bóg powierzył mu znajomość swego tajemnego zamiaru i uczynił go w ten sposób po raz drugi wybawicielem Lota od zguby, wyraźnie zaznaczając kontrast między nimi oboma, albowiem słaby brat zawdzięczał swe ocalenie wstawiennictwu tego, który cieszył się Bożą łaską, a zadowalał się brakiem ziemskiej części. „I rzekł Pan: Czy zataję przed Abrahamem, co uczynić zamierzam? skoro Abraham ma stać się narodem wielkim i potężnym, i będą w nim błogosławione wszelkie narody ziemi? Bo wiem, że rozkaże synom swoim i domowi swemu po sobie, a strzec będą drogi Pańskiej i czynić sąd i sprawiedliwość, aby Pan wypełnił Abrahamowi, co mu obiecał." I tak Abraham mógł wstawiać się za Sodomą i za wszystkimi, którzy w niej byli. Nie potrzebuję prawie przechodzić tego uroczystego opowiadania, które z pewnością jest dobrze znane wszystkim. Abraham zaczął od pytania, czy nie pozostało w mieście pięćdziesięciu sprawiedliwych; przekonał się, że zmuszony jest stopniowo pomniejszać przypuszczalną resztkę dobrych, aż zszedł do dziesięciu — lecz i dziesięciu nie znalazło się, by wstrzymać Boże zemstę. Tu przerwał swe wstawiennictwo, może w rozpaczy i bojąc się zuchwalstwa wobec tej czcigodnej litości, której głębię próbował, lecz nie zbadał. Nie wymienił Lota z imienia; Bóg jednak zrozumiał i wysłuchał niewypowiedzianego pragnienia jego serca; czytamy bowiem niebawem: „A gdy Bóg wyniszczał miasta w okolicy owej, wspomniał na Abrahama i uwolnił Lota z pośrodka spustoszenia, kiedy wywracał miasta, w których Lot mieszkał".
O zmierzchu przyszli do Sodomy dwaj Aniołowie, by ocalić z niej jedynego człowieka (jak się zdaje), który zachował w duszy owe instynkty dobra i zła dane nam przez naturę, który nadal wyznawał prawdziwego Boga, ćwiczył się w wierze i posłuszeństwie i nie znieważył łaskawego Ducha. Mnóstwo dzieci z pewnością było w tym mieście, nietkniętych grzechem rzeczywistym; te podzieliły zgubę rodziców, jak dziś giną w trzęsieniach ziemi, pożarach czy katastrofach morskich. Lecz z tych, którzy „umieją rozróżnić prawicę od lewicy", nie dziesięciu (to wiemy na pewno) — i (jak wnioskować można) ani jeden nie miał sprawiedliwości na miarę Lota. „Starzy i młodzi, wszystek lud" „ze wszystkich stron" skalani byli przed Bogiem i dlatego „wystawieni są za przykład" tego, co Bóg wszechmiłosierny uczynić może, gdy grzesznicy pobudzają Go do gniewu. „Zniszczymy to miejsce", rzekli Aniołowie, „albowiem się rozmnożył krzyk ich przed Panem, który nas posłał, żebyśmy je zniszczyli". „A gdy nastał ranek, pośpieszali Aniołowie Lota… i wywiedli go i postawili za miastem; i powiedzieli: Uciekaj, aby ocalić życie swoje, nie oglądaj się wstecz ani nie zatrzymuj się w żadnym miejscu równiny, uchodź na górę, byś nie zginął". Tak oto Lot po raz drugi ostrzeżony i ocalony został; czy stał się dzięki temu sprawiedliwszym i oświeconym bardziej w wierze niż poprzednio — nie wiemy. Co stało się z nim po tym zdarzeniu, nie wiemy; o jego późniejszym życiu i śmierci nic nam nie powiedziano, a święte opowiadanie urywa się raptownie. Jedno tylko wiemy: jego potomkowie — Moabici i Ammonici — byli wrogami potomków Abrahama, jego przyjaciela i krewniaka, ulubionego sługi Bożego; zwłaszcza jako wodzący go w pokuszenie do bałwochwalstwa i zmysłowości, którym to pokusom rodzina wybrana powołana była się opierać. Gdyby nie to, że Bóg w miłosierdziu swoim potwierdził nam przez usta świętego Piotra słowa mędrca z ksiąg Apokryficznych, że Lot był „sprawiedliwy", mielibyśmy powód wątpić, czy nie odpadł od wiary.
Jednak, nie wydając surowych sądów o tym, kogo Pismo tak wyróżnia, możemy przynajmniej wyciągnąć z jego dziejów pożyteczną naukę dla samych siebie. Godny pożałowania będzie los ludzi chwiejnych, tych, którzy tak bardzo miłują ten świat, że nie chcą go się wyrzec, choć wierzą i przyznają, że Bóg im to nakazuje. Nie przyznają sobie wprawdzie, że serce ich jest do niego przywiązane; zasłaniają ten fakt przed samymi sobą pozornymi wymówkami i uważają się za ludzi pobożnych. Bracia moi, nie sądźcie, że usposobienie wasze jest o wiele wyższe od tego, które opisywałem i potępiałem — ba, że nie jest od niego gorsze. Wy żyjecie wprawdzie w epoce, która szczyci się przyzwoitością i w której nie ma pokus do bardziej szpetnych postaci grzechu, lub raczej wiele jest czynników od nich odwodzących. Lecz odpowiedzcie sobie na jedno pytanie, a potem rozstrzygnijcie, czy ta epoka nie idzie śladem Lota. Wydaje się, że myślał on bardziej o bogactwach niż o grzechach miast równiny. Otóż, co się tyczy ducha tego kraju, rozpatrzcie uczciwie: czy jest jakieś miejsce, jakaś osoba, jakieś przedsiębiorstwo, z którym nasi rodacy nie powiążą się w drodze handlu czy interesów? Czy dla zysku nie odkładamy na bok wszelkich względów zasadniczych, jako nieodpowiednich i niemal śmiesznych? Nie jest możliwe, bym mówił na ten temat bez wdawania się w szczegóły zbyt pospolite dla tego świętego miejsca; postarajcie się jednak sami rozwinąć w myśli to, co podaję wam ogólnie. Czy jest jakaś spekulacja handlowa, w którą religii wolno się wtrącać? Czy to, że mamy za wspólnika Żyda, poganina czy heretyka, choć trochę nas niepokoi? Czy zależy nam, po której stronie sporu — cywilnego, politycznego czy międzynarodowego — staniemy, byle zyskać? Czy nie służymy w wojnach, czy nie zostajemy polemistami i obrońcami, czy nie wchodzimy w stowarzyszenia i stronnictwa z jedynym celem zachowania majątku lub jego pomnażania? Czy nie wspieramy religii dla spokoju i ładu społecznego? Czy nie mierzymy jej wartości jej skutecznością w zabezpieczaniu tych celów? Czy nie popieramy jej jedynie o tyle, o ile te cele zapewnia? Czy nie zmniejszamy wszelkich nakładów na jej utrzymanie, które nie są konieczne dla ich osiągnięcia? Czy nie czulibyśmy się bardzo letni wobec religii ustanowionej, gdybyśmy nie sądzili, że bezpieczeństwo własności związane jest z jej pomyślnością? Czy nie pogodzilibyśmy się łatwo z jej obaleniem, gdyby nam udowodniono, że zagraża państwu, pociąga za sobą widmo niepokojów wewnętrznych lub krępuje rząd? Ba, czy nie moglibyśmy nawet zgodzić się na to obalenie za cenę zjednoczenia wszystkich stronnictw w narodzie, uśmierzenia burzliwych okolic i ugruntowania publicznego kredytu? Ba, pójdźmy jeszcze dalej: czy nie dalibyśmy się łatwo przekonać, by popierać Antychrysta — nie powiem u siebie, ale przynajmniej za granicą — byleby nie utracić choćby części ładunków, które przywożą nam „okręty Tarsziszu"? Jeśli tak jest w jakiejkolwiek znaczącej mierze, jakże próżno jest zasłaniać się, jak to mają w zwyczaju niektórzy, przekonaniem, że jesteśmy ludem moralnym, rozważnym, trzeźwym i pobożnym! Lot zwany jest „człowiekiem sprawiedliwym" przez świętego Piotra, i mówi się o nim jako o „gościnnym" przez świętego Pawła; bez wątpienia był wyznawcą prawdy wśród nędznych mieszkańców miast, w których zamieszkał; i promienie światła, jakie ci Apostołowie rzucają na jego historię, są bardzo pokrzepiające i mile widziane po lekturze smutnego opowiadania Księgi Rodzaju; a jednak, po wszystkim, kto chciałby dobrowolnie wziąć na siebie grzechy Lota, jasnym choć jest, że Bóg go nie porzucił? Zaprawdę, jeśli mamy być zbawieni, to nie przez trzymanie się ledwie ponad granicą odrzucenia i życie bez żadnego niepokoju i zmagania, by służyć Bogu całym sercem. Zaprawdę, jeśli chrześcijanie mają być zbawieni, to przynajmniej sprawiedliwość ich musi być daleko inna niż ta, która zaledwie wskazywała na jakąś pozostałą łaskę w kimś, kto chrześcijaninem nie był. Zaprawdę, jeśli chrześcijanie mają być zbawieni, muszą starannie wyuczyć się niemiłowania przyjemności, wygód, zbytków i zaszczytów tego świata. Nikt naprawdę nie może być chrześcijaninem, kto czyni ze swych doczesnych interesów główny cel swego działania. Człowiek może być do pewnego stopnia porywczy, mściwy, pyszny, okrutny czy zmysłowy — a jednak być chrześcijaninem. Namiętności bowiem należą do naszej niższej natury; są nierozumne, rodzą się samorzutnie, mają być ujarzmiane przez nasze panujące zasady i (przez Bożą łaskę) ostatecznie, choć stopniowo, są ujarmiane. Lecz co powiedzieć, gdy rozum i władza rządząca — ta siła, która chce i panuje — zwrócona jest ku ziemi? „Jeśli światłość, która jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka jest ta ciemność!"
Sam Bóg wie, jak dalece te uwagi dotyczą każdego z nas. Nie odważę się stosować ich do tego czy tamtego człowieka; lecz nawet gdybym mógł, wolę raczej odwracać od tego myśl. Myśl ta jest zbyt poważna, zbyt straszna, by przy niej się zatrzymywać. Ale wy, bracia moi, musicie czynić to, czego ja czynić nie powinienem. Waszym obowiązkiem jest stosować je do siebie samych. Nie wahajcie się, wy wszyscy, którzy nigdy tego nie uczyniliście, wyobrazić sobie nędzną i przerażającą możliwość, że zawiedziecie swą nadzieję — bo „umiłowaliście ten teraźniejszy świat". Wejdźcie w siebie i wyobraźcie to sobie; w obecności Chrystusa, waszego Zbawiciela — w tej obecności, która zarazem zawstydzi was i zachęci do nadziei przebaczenia, jeśli szczerze nawrócicie się do Niego, by je uzyskać.
---