*„Dopełniam w moim ciele braków udręk Chrystusa dla Jego Ciała, którym jest Kościół."* — Kol 1,24
Pan nasz i Zbawiciel Jezus Chrystus przyszedł przez krew równie jak przez wodę — nie tylko jako Zdrój łaski i prawdy, źródło duchowego światła, radości i zbawienia, lecz jako wojownik z Grzechem i Szatanem, który był „uświęcony przez cierpienie". Jako taki wyznaczył Go przepowiednia: „Czerwone są jego szaty, a odzienie jego jak u tego, co depcze w tłoczni"; albo słowami Apostoła: „Odziany jest w szatę umoczoną we krwi". Były to niewyobrażalne cierpienia Przedwiecznego Słowa w naszej naturze — Jego ciało rozdarte i zgniecione, krew wylana, dusza gwałtownie odłączona bolesną śmiercią — które oddaliły od nas gniew Tego, którego miłość posłała Go właśnie w tym celu. To jedynie było naszym Odkupieniem; nikt nie miał udziału w tym dziele. On „sam tłocznię deptał, i z narodów nie było nikogo z Nim". Gdy zawieszony był na przeklętym drzewie, starł się ze wszystkimi zastępami zła i zwyciężył przez cierpienie.
W ten przedziwny i tajemniczy sposób wszystko, czego potrzeba temu grzesznemu światu — życie naszych dusz, odrodzenie naszej natury, wszystko, co najradośniejsze i najchwalebniejsze: nadzieja, światło, pokój, wolność duchowa, święte wpływy, religijna wiedza i moc — wszystko to wypływa z fontanny krwi. Krwią dokonało się nasze zbawienie; my zaś, jeśli chcemy być zbawieni, musimy zbliżyć się ku niemu i wpatrywać się weń w wierze, i przyjąć je jako drogę do nieba. Musimy wziąć za swego przewodnika Tego, który tak cierpiał; musimy objąć Jego święte stopy i iść za Nim. Cóż dziwnego, że i na nas spłyną krople owej świętej agonii, która zrosiła Jego szaty? Cóż dziwnego, że pokropieni będziemy boleściami, które dźwigał dla zadośćuczynienia za nasze grzechy?
I tak też rzeczywiście było od samego początku: zbliżać się do Niego znaczyło od zarania być uczestnikiem Jego cierpień — nie powiadam, że w przypadku każdego człowieka z osobna, kto w Niego wierzy, lecz jeśli chodzi o tych wybitniejszych, bardziej umiłowanych, wybranych Jego narzędzi i najgorliwszych Jego sług; to znaczy, że takim był los Kościoła w ogólności i tych w ogólności, którzy byli Mu najpodobniejsi jako Rządcy, Orędownicy i Nauczyciele Kościoła. On jeden czynił to zasługująco; oni — ponieważ byli blisko Niego. Tak tedy natychmiast po Jego narodzeniu miecz padł na niemowlęta w Betlejem, w Jego własnym wieku. Sam cień Jego, padłszy na miasto, w którym nie zamieszkał, był skropiony krwią. Jego Błogosławiona Matka nie tuliła Go do piersi od wielu tygodni, gdy ostrzeżono ją o cenie owego straszliwego przywileju: „I twoją duszę przeniknie miecz". Moc z Niego wychodziła; lecz woda i krew płynęły razem, jak potem z Jego przebitego boku. Mówi się, że spośród niemowląt, które wziął na ręce, by pobłogosławić, wyszedł jeden z pierwszych męczenników pokolenia następującego po Nim. Większość Jego Apostołów przeszła przez cierpienia całego życia ku gwałtownej śmierci. W szczególności, gdy umiłowani bracia Jakub i Jan przyszli do Niego z prośbą, by mogli siedzieć obok Niego w Jego Królestwie, On wyraźnie wskazał ów związek między bliskością Jemu a utrapieniem. „Czy możecie pić z kielicha, z którego Ja pić będę, i przyjąć chrzest, którym Ja mam być ochrzczony?" — jakby mówił: „Nie możecie mieć sakramentów łaski bez boleśnych ich znaków. Krzyż, gdy wyryty zostanie na waszych czołach, skrwawi je. Otrzymacie wprawdzie chrzest Ducha i kielich Mojej komunii, lecz towarzyszyć im będą zadatki Mojego kielicha konania i Mojego chrztu krwi". Gdzie indziej przemawia tym samym językiem do wszystkich, którzy chcą uczestniczyć w owocach Jego śmierci i męki: „Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być Moim uczniem".
Przeto Apostołowie Jego często przypominają nam o tym koniecznym, choć tajemniczym postanowieniu i wzywają nas, „abyśmy się nie dziwili ognistej próbie, która nas nawiedza dla naszego doświadczenia, jakby coś obcego nas spotykało, lecz radowali się, jako uczestnicząc w cierpieniach Chrystusowych". Tej samej nauki udziela nam święty Paweł w tekście naszego kazania, w którym mówi o przyjęciu na siebie reszty boleści Chrystusowych jak drogocennego płaszcza, który opuścił się z Krzyża, i noszeniu go dla Jego chwały. „Raduję się z cierpień moich za was i dopełniam w moim ciele braków udręk Chrystusa dla Jego Ciała, którym jest Kościół". I choć mówi tu zwłaszcza o prześladowaniu i innych cierpieniach znoszonych dla sprawy Ewangelii, jest jednak naszym wielkim przywilejem — jak powiada nam Pismo Święte — że wszelki ból i udręka zniesiona w wierze i cierpliwości poczytane będą za znamiona Chrystusa, za żetony łaski od nieobecnego Zbawiciela, i przyjęte oraz nagrodzone zostaną dla Jego chwały w dniu ostatecznym. Pismo głosi ogólnie: „Gdy będziesz przechodził przez wody, będę z tobą, a rzeki nie zaleją cię; gdy pójdziesz przez ogień, nie spłoniesz, a płomień nie będzie cię parzył". „Albowiem chwilowe i lekkie utrapienie nasze sprawuje nam nad wszelką miarę wiekuistą chwały dostojność".
Tak tedy Ewangelia, która w tak wielu względach rzuciła światło na stan tego świata, szczególnie wsparła nasze spojrzenie na cierpienia, którym podlega natura ludzka, zamieniając karę w przywilej w odniesieniu do wszelkiego bólu, a zwłaszcza bólu cielesnego, który jest ze wszystkich najbardziej tajemniczy. Smutek, trwoga i zawód są mniej lub bardziej związane z grzechem i grzesznikami; lecz ból cielesny jest z natury swej mimowolny, rozciąga się po świecie mocą jakiegoś zewnętrznego, nieodpartego prawa, dosięga dzieci, które nigdy faktycznie nie zgrzeszyły, i zwierząt niższych, obcych naturze Adamowej, a w swych przejawach jest o wiele bardziej żałosny i przygnębiający niż jakiekolwiek inne cierpienie. Jest udziałem każdego z nas, prędzej czy później — i to może w takiej mierze, że samo jej przewidywanie byłoby przerażające i niewłaściwe, czy to z powodu choroby, czy przez przypadki życia. I każdy z nas musi w końcu umrzeć; śmierć zaś zwykle zapowiadana jest chorobą i kończy się owym rozdzieleniem duszy i ciała, które samo w sobie może, w niektórych przypadkach, nieść szczególny ból.
Ludzie tego świata odsuwają takie myśli jako posępne; nie mogą ani zaprzeczyć, ani odwrócić widma, które ich oczekuje, i postępują mądrze — na swoich własnych zasadach — nie zatruwając teraźniejszości jego antycypowaniem. Chrześcijanie jednak mogą bez nadmiernej trwogi na to spojrzeć; albowiem ta właśnie plaga, która najbardziej dotyka serce i wyobraźnię, obleczona została — jak rzekłem — przez Boga Wszechmogącego w nowe i pokrzepiające światło, jako pośredniczka Jego najdroższych łask ku nam. Ból nie jest już przekleństwem, złem koniecznym, które trzeba znosić w suchym poddaniu się lub biernej wytrwałości — może być uważany wręcz za błogosławieństwo Ewangelii; a będąc błogosławieństwem, dopuszcza, że można go przyjąć dobrze lub źle. W porządku natury zdaje się on wykluczać pojęcie obowiązku, jakby tak władcza dyscyplina z zewnątrz uchylała konieczność lub sposobność do panowania nad sobą; lecz teraz, gdy „Chrystus cierpiał w ciele", my jesteśmy zobowiązani „uzbroić się tą samą myślą" i być posłusznymi, jak On był, wpośród cierpień.
W tym, co następuje, zatrzymam się pokrótce, po pierwsze, nad naturalnym wpływem bólu na umysł; a następnie nad środkami zaradczymi i lekami na ten wpływ, jakich dostarcza znajomość Ewangelii.
**1.** Otóż co do wpływu bólu na umysł — niechaj dobrze będzie zrozumiane, że w sobie samym nie ma on żadnej siły uświęcającej. Złych ludzi czyni gorszymi. Należy o tym pamiętać, byśmy samych siebie nie oszukiwali; albowiem niekiedy mówimy — przynajmniej ubodzy tak często mówią — jak gdyby obecna niedola i cierpienie były same w sobie pewną podstawą ufności co do naszych przyszłych losów, czy to jako odpokutowanie grzechów, czy jako przybliżanie serc naszych do Boga. Co więcej, nawet spośród nas bardziej religijni mogą być zwiedzeni myśląc, że ból czyni ich lepszymi, niż w rzeczywistości czyni; gdyż ostatecznym jego skutkiem — u wszelkich poza usposobieniami bardzo pysznymi lub zbyt nieokiełznanymi — jest sprowadzenie pewnego odrętwienia i spokoju ducha, który wygląda jak rezygnacja, a jednocześnie rzuca koniecznie nasz rozum ku szczególnej myśli o Bogu, jedynej naszej podporze w takich chwilach próby. Bez wątpienia przynosi ono rzeczywiście korzyść chrześcijaninowi i to niemałą; i może on dziękować Bogu, który tak błogosławi mu przez cierpienie; niechaj tylko strzeże się mierzenia swego stanu duchowego szczególnym ćwiczeniem wiary i miłości w sercu w danej chwili, zwłaszcza jeśli to ćwiczenie ogranicza się do samych uczuć i nie ma sposobności objawienia się w czynach. Święty Paweł mówi o karności, że „wydaje potem spokojny owoc sprawiedliwości" — uformowany wprawdzie i dojrzewający w danej chwili, lecz objawiający się we właściwym czasie. Taki może być prawdziwy owoc cierpień łoża śmierci, choćby nawet nie zdążył się objawić innym, zanim chrześcijanin stąd odejdzie. Możemy zaiste pokornie ufać, że doskonali ono cnoty dotąd tylko częściowo ukształtowane i łączy ściślej różne łaski Ducha. Oto skutek cierpień w chrześcijanach utwierdzonych — lecz może ono nie zdziałać nic tak błogosławionego. Co więcej, w przypadku tych, którzy szli za Chrystusem z sercem tylko w połowie oddanym, może to być doświadczenie nazbyt mocne dla ich słabości i może ich przytłoczyć. Jest to przerażająca refleksja dla tych, którzy odkładają dzień nawrócenia. Słusznie modli się za nas nasz Kościół: „Nie dopuść, abyśmy w godzinie śmierci dla żadnych jej boleści odpadli od Ciebie!" Co zaś do niewierzących, wiemy, jak on ich dotyka, z tak poważnych miejsc Pisma Świętego jak następujące: „Gryzieni bólem gryźli języki swoje, i bluźnili Bogu niebios dla boleści i ran swoich, a nie pokutowali z uczynków swoich".
Owszem, posunąłbym się tak daleko, by twierdzić nie tylko, że ból zwykle nas nie ulepsza, lecz że bez czujności ma on silną skłonność do czynienia duszy szkody — mianowicie przez wprowadzanie nas w egoizm; skutek ten pojawia się nawet wtedy, gdy w innych względach przynosi nam dobro. Słabe zdrowie, na przykład, zamiast otwierać serce, nieraz sprawia, że człowiek staje się nadmiernie troskliwy o cielesny spokój i wygodę. Ludzie szukają w swych niedołęgstwach usprawiedliwienia dla pewnej nadzwyczajnej dbałości o własny komfort; uważają, że mają słuszne prawo, by we wszelkich sprawach własną wygodę stawiać ponad wygodę bliźniego. Pobłażają kaprysom swych zachcianek, pozwalają sobie na gnuśność, gdy mogliby naprawdę się zmobilizować, i sądzą, że mogą być drażliwi, bo są słabi. Stają się zrzędliwi, samowolni, wybredni i egocentryczni. Otoczenie powinno być wprawdzie bardzo ostrożne w ocenianiu, czy ten lub ów cierpiący jest istotnie tak nastawiony, gdyż w końcu chorzy mają mnóstwo odczuć, których nikomu innemu wytłumaczyć nie mogą, i nieraz mają rację w tych kwestiach, w których innym wydają się najbardziej fantazjujący lub nierozsądni. Nie zmienia to jednak trafności mojej uwagi w ogólności.
Weźmy inny przykład w bardzo odmiennych okolicznościach. Jeśli cierpienie cielesne może przybierać różne oblicza, to z pewnością w ospałości chorego łoża i w trudach żołnierskiego życia. A jednak w tym ostatnim przypadku egoizm jest niemal przysłowiową cechą charakteru. Życie żołnierzy na służbie jest zaiste, gdy je właściwie pojąć, prawdziwą szkołą hojności i zapomnienia o sobie, i takim jest traktowane przez szlachetnych i prawdomyślnych; a jednak tu umysł niski i cielesny, zamiast korzystać z jego dobrodziejstw, ulega pokusie sprowadzania wszystkiego, co go spotyka, do własnej wygody i zysku. Zabezpieczanie własnych interesów staje się dla niego umocnioną świętością jako jego główny obowiązek, i to tym bardziej przekonująco, że w pewnym sensie rzeczywiście tak można to przedstawić. Inni — powiada sobie — muszą dbać o siebie sami; głupstwem i słabością jest myśleć o nich; szans na ratunek jest niewiele; wielu musi cierpieć, niektórzy aż do śmierci; mądrością jest walczyć o życie i wygodę, a myśl o innych odpędzić. Niestety! Przykłady zdarza się nieraz w doświadczeniu życia, które pokazują, że takie myśli i uczucia nie są szczególną właściwością żadnej jednej klasy ludzi, lecz są zasadami rządzącymi rzeszą. Gdy wśród tłumu padnie znak niebezpieczeństwa, powszechna żarliwość w dążeniu do ocalenia skłania ludzi do traktowania się nawzajem z zupełną obojętnością, jeśli nie wściekłym okrucieństwem. Znane są opowieści o grupach ludzi, którzy znaleźli się na morzu z nikłymi zapasami, i o straszliwych czynach, które nastąpiły, gdy każdy walczył o zachowanie własnego życia.
Naturalnym tedy skutkiem bólu i strachu jest uindywidualnienie nas we własnych myślach, skupienie uwagi na sobie samych, uczynienie nas egoistycznymi. To przez ból głównie zdajemy sobie sprawę nawet z naszych własnych organów cielesnych; ciało całkowicie pozbawione bolesnych odczuć jest niejako jedną całością bez części i zapowiada ów przyszły ciało duchowe, które będzie udziałem Świętych. Do tego stanu najbardziej zbliżamy się w młodości, gdy nie jesteśmy świadomi, że zbudowani jesteśmy z grubej materii ziemskiej, o czym przekonują nas postępujące lata. Młodzi mało myślą o sobie samych; patrzą dokoła, żyją na dworze i mówią, że mają dusze, nie rozumiejąc swych słów. „Radują się ze swej młodości". Oto tedy skutek cierpienia: że zatrzymuje nas; że kładzie niejako palec na nas, by ustalić dla nas naszą własną tożsamość. Lecz nie czyni nic więcej nad to; jeśli takie ostrzeżenie nie prowadzi nas przez poruszenia sumienia ku niebu, wtrąca nas jedynie w siebie samych i czyni egoistami.
**2.** Tu tedy znajduje nas Ewangelia: dziedziców nawiedzeń, które prędzej czy później na nas przychodzą, odwracając nasze myśli od przedmiotów zewnętrznych i tym samym kuszących nas do bałwochwalstwa wobec samego siebie, ku niesławie Boga, którego winniśmy czcić, i ku zaniedbaniu bliźniego, którego winniśmy miłować jak siebie samych. Tak oto nas znajduje, i zapobiega temu niebezpieczeństwu — nie przez usuwanie bólu, lecz przez nadanie mu nowych skojarzeń. Ból, który z natury swej wiedzie nas jedynie do siebie samych, przenosi chrześcijańskie myśli od myśli o sobie ku rozważaniu Chrystusa, Jego męki, Jego zasług i Jego wzoru; a stamtąd dalej ku owej zjednoczonej gromadzie cierpiących, którzy idą za Nim i „są tym, czym On jest w tym świecie". On jest wielkim Przedmiotem naszej wiary; i gdy na Niego patrzymy, uczymy się zapominać o sobie.
Zaiste, nie jest to najbardziej straszliwe i nienawistne ze złych rzeczy tu na dole — choćby ciężkie dla ciała — to, co Chrystus zniósł dobrowolnie. Nikt nie wybiera zła dla niego samego, lecz dla większego dobra przez nie osiągniętego. Zniósł On je dla celów większych niż bezpośrednie jego usunięcie, „nie z musu ani z przymusu", lecz ochoczo pełniąc wolę Bożą, jak przedstawia nam to historia ewangeliczna. Gdy nadszedł Jego czas, czytamy, że „mocno postanowił wyruszyć do Jeruzalem". Uczniowie mówili: „Nauczycielu, Żydzi dopiero co chcieli Cię ukamienować, a znowu tam idziesz?" — lecz On trwał w postanowieniu. Znowu rzekł do Judasza: „Co masz czynić, czyń prędzej". Udał się do ogrodu za Cedronem, choć Judasz znał to miejsce; a gdy przybyła gromada siepaczy, by Go pojmać, „wyszedł naprzód i rzekł im: Jam jest". I jakąż spokojnością i majestatem znosił swe cierpienia, gdy na Niego przyszły — choć przez agonię w ogrodzie pokazał, że w pełni odczuwa ich ostrość! Psalmista, przepowiadając je, mówi: „Wylany jestem jak woda, a wszystkie kości moje rozsypały się; serce moje stało się jak wosk, rozlało się" — opisując niejako owo opadnięcie z sił i drżenie nerwów, które wywołuje cierpienie dotkliwe. A jednak w obliczu udręki, która zdawała się wykluczać wszelką sposobność do posłuszeństwa, zajęty był „sprawą Ojca swego" jeszcze pilniej, niż gdy w dzieciństwie pytał doktorów w Świątyni; nie chcąc być jedynie biernym pod próbą, lecz uważając ją za wielką okazję do szlachetnego i surowego zdania siebie woli Ojca. Tak tedy „nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał". Rozważmy głębokie i pogodne współczucie, które skłoniło Go do modlitwy za tych, którzy Go ukrzyżowali; Jego troskliwą pieczę o Jego Matkę; i Jego słowa przebaczenia skierowane do łotra, który cierpiał razem z Nim. I gdy powiedział: „Wykonało się" — okazał, że kontempluje jeszcze jasnym umysłem „znój duszy swojej i jest nasycony"; a w uroczystym zdaniu się w ręce Ojca pokazał, gdzie spoczywał Jego duch pośród mroków. Nawet gdy zdawał się myśleć o sobie i rzekł: „Pragnę" — miał w istocie na oku słowa proroctwa i starał się potwierdzić co do litery Boskie zapowiedzi dotyczące Jego samego. Tak tedy na samym Krzyżu dostrzegamy w Nim miłosierdzie Posłańca z nieba, miłość i łaskę Zbawiciela, synowskie posłuszeństwo, wiarę stworzonej natury i gorliwość sługi Bożego. Myśl Jego spoczywała na suwerennej woli Ojca i Jego nieskończonych doskonałościach, a przecież mogła przejść, bez wysiłku, ku powinnościom synowskiej miłości lub potrzebie jednego grzesznika. Sześć z siedmiu ostatnich Jego słów było słowami wiary i miłości. Przez jeden jedyny moment przerażająca groza Go ogarnęła, gdy zdawał się pytać, dlaczego Bóg Go opuścił. Bez wątpienia „ów głos był dla nas"; podobnie jak gdy wspomniał o swym pragnieniu; i jak tamte słowa, zaczerpnięty był z natchnionego proroctwa. Może było to zamierzone, by dać nam obraz szczególnej próby, na którą narażona jest natura ludzka — bez względu na to, jaki był w istocie jej tajemniczy kształt w Nim, który przez cały czas podtrzymywany był wewnętrzną Boskością — to znaczy próby ostrej agonii porywającej umysł ku nieokreślonym lękom i dziwnym, niewyjaśnionym myślom; i dlatego miłościwie zapisana jest dla naszego pouczenia w opisie Jego śmierci, który mówi o tym, który był „kuszony we wszystkim na nasze podobieństwo, z wyjątkiem grzechu".
Oto tedy cierpienia Pana naszego: podjęte dobrowolnie i uszlachetnione czynnym posłuszeństwem; będące samym centrum naszych nadziei i czci, a jednak znoszone bez myśli o sobie, ku Bogu i dla człowieka. I któż spośród nas, kto się na nich nawykł skupiać, nie jest prowadzony — bez rozmysłu, samym żarem wdzięczności i uwielbiającej miłości — do próby znoszenia własnych, niższych doświadczeń w tej samej niebiańskiej postawie ducha? Któż nie widzi, że dobrze znosić ból — to spotykać go odważnie, nie cofać się ani nie wahać, lecz modlić się o pomoc Bożą, potem patrzeć nań nieustępliwie, zbierać wszelką tężyznę ducha i ciała, by przyjąć jego atak i bronić się przed nim (dopóki siła jest dana) jak przed widzialnym wrogiem w bliskiej walce? Któż nie przyzna, że gdy nas nawiedza, musimy uczynić jego obecność niejako naszym własnym dobrowolnym aktem przez radosne i gotowe przyzwolenie własnej woli na wolę Bożą? Co więcej, któż jest taki, by nie przyznał, że wobec cierpień Chrystusa ból i utrapienie są ze wszystkich stanów nie tylko najbardziej błogosławionym, lecz nawet najstosowniejszym dla tych, którzy powołani są, by czerpać z nich pożytek? Najstosowniejszym, powiadam, nie jako koniecznym, lecz jako naturalnym i właściwym, harmonizującym w pełni z głównym Przedmiotem w zespole świętych cudów, na który Kościół wezwany jest patrzeć. Któż z kolei nie dostrzega przynajmniej, że cały blask i przepych tego świata, jego podniety, gorliwie ścigane dobra, jego sukcesy i uniesienia, jego pompy i zbytki, nie przystają do owej bladej i uroczystej sceny, którą wiara musi zawsze mieć przed oczyma? Który chrześcijanin nie przyzna, że „królować jako królowie" i „być nasyconym" nie jest jego powołaniem — tak iżby czerpał pociechę w godzinie choroby, żałoby lub innego utrapienia z myśli, że jest teraz na swoim miejscu, jeśli należy do Chrystusa, we własnym prawdziwym domu: w grobie, w którym złożono Pana? Tak głęboko odczuwali to Jego Święci, że gdy czasy były spokojne i Kościół bezpieczny, nie mogli spoczywać na łonie wygody i szukali dla siebie twardości, by świat ich nie skażał. Nie mogli patrzeć na wielce doświadczonego Pawła, dodającego do jego koniecznych utrapień dobrowolnie zadawaną sobie chłostę ciała, a sami pozwalać sobie na życie w delikatności i codzienne wystawne ucztowanie. Widzieli obraz Chrystusa odbity we łzach i krwi w chwalebnym zastępie Apostołów, zacnym towarzystwie Proroków i szlachetnym wojsku Męczenników; czytali w proroctwie o losie Kościoła, jako „kobiety karmionej przez Boga na pustyni" i jej świadkach „odzianych w wory"; i nie mogli uwierzyć, że przeznaczono ich jedynie do korzystania z przyjemności tego życia, choćby niewinne i umiarkowane było ich używanie. Nie rozstrzygając o sąsiadach, czuli siebie powołanymi do wyższych rzeczy; ich własne poczucie obowiązku stało się jego potwierdzeniem i świadectwem. Uważali, że Bóg przynajmniej dotknie ich w swej miłości, choćby ile nie będzie im żałować siebie. Oścień w ciele, uderzenia szatana, osierocenie oczu — oto był ich dział; i ze zwyczajnej przezorności — gdyby nawet nie było wyższej pobudki — nie mogli żyć w nieładzie i bez miary wobec tych spodziewanych nawiedzeń. Bez zabobonnych trwóg, tchórzliwych wyobrażeń czy bezmyślnego gnania się w trudności i doświadczenia — lecz spokojnie i w wierze — oddawali się w ręce Tego, który powiedział im w swym natchnionym słowie, że utrapienie ma być ich powszednim chlebem; aż w końcu nabrali takiego wstrętu do zbytków życia, że niecierpliwili się nimi od samej pełni łaski.
Nawet w dzisiejszych czasach, gdy „szczere złoto straciło blask", taki był umysł tych, których najbardziej czcimy. Lecz szczególnie takim był w pierwotnych czasach. Był to też sposób bycia owych Apostołów, którzy — bardziej niż ich bracia — oddaleni byli od ciosów ze strony świata; jak gdyby perspektywa cierpień w przyszłości nie była żadnym powodem do zwolnienia z dobrowolnie nakładanej sobie dyscypliny w chwili obecnej, lecz raczej jej wymagała. Święty Jakub Mniejszy był biskupem w Jerozolimie i cieszył się wielkim szacunkiem ze względu na swą prawość wśród nie wierzących w Chrystusa Żydów, wśród których żył nieprześladowany. Mówi się, że nie pił wina ani napoju upajającego, nie jadał mięsa ani nie korzystał z luksusu łaźni. „Tak często bywał w Świątyni na kolanach, że były one twarde i napuchnięte od jego nieustannych próśb". W ten sposób trzymał „biodra swe przepasane i lampę swoją gorejącą" ku błogosławionemu męczeństwu, które miało zakończyć jego bieg. Czyż mogło być inaczej? Jak mógł wielki Apostoł, przebywający w domu z woli Pana swego, „tuczyć serce swoje" — jak sam to nazywa — „na dzień zarania"? Jak mógł jeść i pić i żyć jak inni ludzie, gdy „Arka, i Izrael, i Juda były w namiotach", rozbite na odkrytych polach, i jeden po drugim wybrani wojownicy Boży padali wobec krótkiego triumfu szatana? Jak mógł być „wytwornym na ziemi i rozwiązłym", gdy Paweł i Barnabas, Piotr też i Jan, byli w chłostach i więzieniach, w trudach i niebezpieczeństwach, w głodzie i pragnieniu, w zimnie i nagości? Stefan przewodził armii Męczenników w samej Jerozolimie, która była jego własnym miejscem posługi. Jakub, brat Jana, poszedł za nim w tym samym mieście — pierwszy z Apostołów kosztując kielicha Pańskiego, o który niebacznie prosił. A jeśli takie były uczucia Apostołów w chwilowym bezpieczeństwie, dlaczego nie są one naszymi — my, którzy żyjemy całkowicie w spokoju — chyba że nie mamy dość wiary, by uobecnić sobie przeszłość? Gdybyśmy mogli ujrzeć Krzyż na Kalwarii i szereg cierpiących, którzy w czasach następnych oparli się aż do krwi, czy jest możliwe, byśmy czuli zdumienie, gdy ból nas dosięga, lub niecierpliwość z powodu jego trwania? Czyż to dziwne, że dotknięci jesteśmy przez nową, niespodziewaną plagę? Czyż to smutne, że Krzyż przygniata ten czy inny nerw lub kończynę przez wiele lat, aż nadzieja ulgi odchodzi? Czy jest rzeczywiście niemożliwe, by z Apostołem radować się z „noszenia w ciele naszym znamion Pana Jezusa"? I tym bardziej, czyż możemy, ze wstydu samego, pozwolić sobie na niepokój o to, co jest jedynie zwykłym bólem, na rozdrażnienie lub smutek, na posępność lub trwogę z powodu niedogodności, które nigdy nie mogłyby zaskoczyć ani wyprowadzić z równowagi tych, którzy zgłębili i zrozumieli swoje miejsce jako słudzy ukrzyżowanego Pana?
Postanówmy tedy z wesołym sercem ofiarować Panu Bogu naszemu wygody i przyjemności nasze, choćby niewinne, gdy On wzywa nas do tego — czy to dla celów swego Kościoła, czy w swej niezbadanej Opatrzności. Pożyczmy Mu kilka krótkich godzin obecnego spokoju, a odbiemy swoje z sowitem procentem w dniu Jego przyjścia. Jest w niebie Skarbiec, pełen takich ofiar, których człowiek cielesny się wzdraga — westchnień i łez, ran i krwi, tortury i śmierci. Pierwsi złożyli do niego wkład Męczennicy, a i my wszyscy możemy ich naśladować; wszyscy z nas, gdyż każde cierpienie — wielkie czy małe — może być niby grosz wdowy złożony w wierze Temu, który je zesłał. Chrystus dał nam słowa konsekracji, gdy dla przykładu rzekł: „Bądź wola Twoja". Odtąd, jak mówi Apostoł, możemy się „chlubić w utrapieniach" jako ziarnie przyszłej chwały.
Tymczasem nigdy nie zapominajmy we wszystkich naszych cierpieniach, że to właściwie nasz własny grzech jest ich przyczyną i że jedynie dzięki miłosierdziu Chrystusa pozwolono nam zająć miejsce obok Niego. My, którzy byliśmy dziećmi gniewu, staliśmy się przez Niego dziećmi łaski; a nasze bóle — które same w sobie są jedynie przedsmakiem piekła — odmienione przez pokropienie Krwią Jego w przygotowanie do nieba.
---