*„I dane były każdemu z nich szaty białe; i rzeczono im, aby odpoczęli jeszcze przez małą chwilę, dopóki się nie dopełni liczba spółsług ich i braci ich, którzy też mają być zabici jako i oni."* — Ap 6,11
Biorąc te słowa za tekst, nie zamierzam dawać wam żadnego wyczerpującego ich objaśnienia. Bezwątpienia w swym pełnym znaczeniu są one zbyt głębokie dla śmiertelnego człowieka; wszakże zapisane zostały przynajmniej ku naszemu pobożnemu rozważaniu, i być może pod Bożym błogosławieństwem coś z siebie przyniosą — choćby prawdziwy i całkowity ich sens zaginął dla Kościoła razem z tym, który je napisał. Dostąpił on wejścia w niebiosa niebios, będąc jeszcze w ciele, jak przed nim święty Paweł. Oglądał tron i Tego, który na nim zasiadał; a jego słowa, podobnie jak słowa proroków pod Prawem, są raczej samorzutnymi towarzyszkami widzianych przez niego rzeczy niż określonymi i pełnymi opisami skierowanymi do nas. Opatrzone były i ukierunkowane według naszej potrzeby przez sprawującą nad nimi władzę natchnienia; lecz to samo święte działanie ograniczało też ich zasięg i określało, pod jakim aspektem i w jakich okolicznościach mają zarysowywać przerażające rzeczywistości nieba. Są więc zaledwie cieniami rzuconymi, lub co najwyżej liniami i cząstkami uchwyconymi z tego, co niewidzialne, i otaczają je na podobieństwo Serafinów, ze skrzydłami zakrywającymi oblicze i skrzydłami zakrywającymi stopy, w adoracji i tajemnicy.
Co do samego tekstu, mówi on o Męczennikach w ich stanie bezcielesnym, między śmiercią a sądem; wedle poprzedniego wersetu: „dusze pobitych dla słowa Bożego i dla świadectwa, które mieli". Przedstawia ich w stanie odpoczynku; a jednak wołają o pewną ulgę, o pomstę na prześladowcach. Każe im się czekać chwilę, „odpoczywać jeszcze przez małą chwilę", aż się dopełni grono Męczenników. Tymczasem otrzymują pewien zadatek obietnicy jako ulgę; „i dane były każdemu z nich szaty białe".
Niektórzy powiedzą, że to wszystko przenośnia i znaczy jedynie tyle, że krew Męczenników, wołająca teraz o pomstę, zostanie odpłacona ich mordercom w dniu ostatecznym. Nie mogę się skłonić do tego, by tak lekceważyć tak uroczysty fragment. Wydaje się zuchwałością mówić o mglistych wskazówkach dotyczących świata niewidzialnego: „one znaczą tylko to lub tamto" — jak gdyby ktoś wstąpił do trzeciego nieba albo stanął przed tronem Bożym. Nie; widzę tu głęboką tajemnicę, ukrytą prawdę, której nie mogę dotknąć ani określić, lśniącą „niczym klejnoty na dnie wielkiej głębiny" — ciemno i drżąco, a przecież prawdziwie tam będącą. I właśnie dlatego, choć nie jest ani pobożną, ani wdzięczną rzeczą tłumaczyć na nicość słowa, które ją wyrażają, choć jest obowiązkiem posługiwać się nimi — nie mniejszym obowiązkiem jest posługiwać się nimi pokornie, z rezerwą i w duchu uczenia się, z myślą o Bogu przed nami i o naszej własnej nicości.
Z tymi uczuciami podejmę teraz próbę komentarza do tekstu, z odniesieniem do Stanu Pośredniego, o którym zdaje się on wprost mówić. Najlepiej jednak będzie użyć go raczej jako sankcjonującego i łączącego nasze domysły o owym Stanie, wyciągnięte z wyraźniejszych fragmentów Pisma Świętego, niż w pierwszym rzędzie czegokolwiek z niego samego wyprowadzać. Mimo że tekst mówi wprost o Męczennikach, można go z pożytkiem odnieść do wszystkich Świętych w ogóle; bowiem Męczennicy będąc typami i pierwocinami wszystkich, to, co o nich prawdziwe, jest być może w pewnym sensie prawdziwe również o ich braciach; a jeśli jest prawdziwe o niektórych, wszelkie uprzednie zarzuty przeciw temu, by było prawdziwe o wszystkich — a to właśnie są główne argumenty, z którymi nam przyjdzie się zmagać — padają. Przystąpmy więc do zapowiedzianego rozważania.
Święty Jan mówi: „Ujrzałem pod Ołtarzem dusze pobitych dla słowa Bożego i dla świadectwa, które mieli; i wołali głosem wielkim, mówiąc: Dokądże, Panie, święty i prawdziwy, nie sądzisz i nie mścisz krwi naszej na tych, którzy mieszkają na ziemi? I dane były każdemu z nich szaty białe; i rzeczono im, aby odpoczęli jeszcze przez małą chwilę, dopóki się nie dopełni liczba spółsług ich i braci ich, którzy też mają być zabici jako i oni."
**1.** Otóż w tym fragmencie powiedziano nam przede wszystkim, że Święci są w stanie odpoczynku. „I dane były każdemu z nich szaty białe." „I rzeczono im, aby odpoczęli jeszcze przez małą chwilę." Wyraźniej jeszcze mówi o tym późniejszy fragment tej samej księgi: „Błogosławieni umarli, którzy w Panu umierają, od tego czasu. Zaprawdę, mówi Duch, niech odpoczywają od prac swoich." Znowu, święty Paweł pragnął „rozwiązania i bycia z Chrystusem, co — jak dodaje — o wiele jest lepsze". A Pan nasz rzekł nawróconemu łotrowi: „Dziś ze Mną będziesz w raju". I w przypowieści przedstawia Łazarza jako spoczywającego „na łonie Abrahamowym" — miejscu odpoczynku zaiste, jeśli słowa mogą cokolwiek opisać.
Gdybyśmy nie mieli innego świadectwa o umarłych nad powyższe, zdawałoby się ono w zupełności wystarczające dla naszej potrzeby. Wielkie i niepokojące pytanie, jakie nas napotyka, brzmi: co się z nami stanie po tym życiu? Trwożymy się o siebie, troszczymy o naszych przyjaciół właśnie w tej sprawie. Odeszli od nas z wszystkimi swymi ujmującymi i drogimi nam przymiotami, z wszystkimi swymi cnotami, z wszystkimi swymi czynnymi władzami. Gdzie poszedł ów duch, przez rozległy wszechświat, w górę czy w dół, który niegdyś myślał, czuł, kochał, miał nadzieję, planował, działał w naszych oczach — i który gdziekolwiek pójdzie, musi nieść z sobą te same uczucia i zasady, pragnienia i cele? Wiedzieliśmy, jak myślał, czuł i zachowywał się na ziemi; znaliśmy ów umiłowany umysł, a on nas znał, w obustronnej świadomości; — i teraz został nam zabrany: cóż go czeka? — Oto pytanie, które nurtowało pogan dawnych czasów. Straszną jest rzeczą być wystawionym na tym świecie na znane nam niedole — na furię żywiołów i ciemność nocy, gdybyśmy zostali bez domu i schronienia.
Lecz gdy pomyślimy, jak jesteśmy głęboko nieświadomi zarówno natury duszy, jak i świata niewidzialnego — myśl o utracie przyjaciół lub własnym zejściu w taką ciemność jest, dla tych, którzy się do tej refleksji zdobędą, przytłaczająca. Tutaj Pismo Święte wychodzi naprzeciw naszej potrzebie w przytoczonych już tekstach. Dość zaiste być na łonie Abrahamowym, w obecności naszego Zbawiciela; dość po bólu i zgiełku tego świata być w spoczynku.
Co więcej, takie teksty czynią więcej niż tylko rozwiązują wątpliwości, które nurtowały pogan; są nam przydatne po dziś dzień, w rozterce, która łatwo może się nam przytrafić. Znaczna część chrześcijańskiego świata, jak powszechnie wiadomo, wierzy, że po tym życiu dusze chrześcijan zstępują zazwyczaj do więzienia zwanego Czyśćcem, gdzie trzymane są w ogniu lub innej kaźni, dopóki — gdy spalone zostaną ich grzechy — nie staną się wreszcie gotowe do owego chwalebnego królestwa, do którego nic splugawionego wejść nie może. Gdyby istniały jakieś dobre racje po stronie tej wiary, mielibyśmy przed sobą widok naprawdę smutny i przygnębiający: czuwać i modlić się, i walczyć jak tylko możemy, a po tym wszystkim przejść ze smutków tego życia, z jego znużenia i bólów, do drugiej i gorszej próby! Nie mówię, że mielibyśmy prawo skarżyć się; nasze grzechy zasługują bowiem na karę wieczną, gdyby Bóg był surowy. A jednak byłaby to myśl wielce bolesna, zwłaszcza w odniesieniu do naszych zmarłych przyjaciół, którzy — gdyby owa nauka była prawdą — znajdowaliby się w tej chwili w stanie cierpienia. Nie twierdzę, że dla niejednego grzesznika nieskończenie mniejszym złem byłoby cierpieć przez jakiś czas w Czyśćcu niż zostać wtrąconym na zawsze do piekła; lecz ci, których kochaliśmy najbardziej i czciliśmy najgłębiej, nie należą do tej liczby; i zanim przystąpimy do badania jej podstaw, każdy musi przyznać, że przynajmniej jest to wyobrażenie wielce przerażające, iż mieliby być pozbawieni odpoczynku i zamknięci w więzieniu pod ziemią. Owszem, choćby Biblia tego nie potwierdzała wprost, gdyby zarazem temu nie przeczyła, a gdyby pogląd sam był bardzo powszechny w Kościele (jak jest) i starożytny (jak nie jest) — byłoby w nim dość, by rozumnie nas zaniepokoić; bo kto mógłby w takim razie twierdzić, że może nie jest prawdą? Tak być mogło; lecz w istocie Chrystus miłosiernie wkroczył, by wyraźnie zapewnić nas, że naszych przyjaciół czeka coś lepszego, niż ta nauka daje do myślenia. Zapewnia nas, że „odpoczywają od prac swoich, a uczynki ich idą za nimi"; i z tekstu wynika, że nawet owa samotność i mrok, które — zostawieni sami sobie — musieliby nieuchronnie odczuwać, choćby i całkowicie chronieni od rzeczywistej kary — mogą być w rzeczywistości miłosiernie wynagradzane. Smutny stan jest tam opisany, w jakim znaleźliby się po odłączeniu od ciała, oczekując obiecanej chwały przy przyjściu Chrystusa; i są przedstawieni jako podtrzymywani w nim, ukojeni, uspokojeni, pocieszeni. Jak matka tuliłaby niespokojne dziecię do serca, pieściła je w swych ramionach i kołysała do snu, albo odwracała je od bólu lub strachu, który je nurtuje — tak ów czas oczekiwania przed przyjściem Chrystusa na sąd, sam w sobie nużący i samotny, jest wynagradzany duchom sprawiedliwych przez obecny dar jako zadatek przyszłej radości. „Dokądże, Panie, święty i prawdziwy?" — taka jest ich skarga. „I dane były każdemu z nich szaty białe; i rzeczono im, aby odpoczęli jeszcze przez małą chwilę" — aż do końca.
**2.** Dalej, z tego opisu wynika — co zresztą już z niego wyprowadziłem — że odeszli Święci, choć w spoczynku, nie otrzymali jeszcze swej rzeczywistej nagrody. „Ich uczynki idą za nimi" — nie złożone jeszcze swemu Zbawicielowi i Sędziemu. Są w stanie niezupełnym pod każdym względem i pozostaną tak aż do Dnia Sądu, który wprowadzi ich do radości ich Pana.
Są niezupełni, ponieważ ich ciała leżą w proch ziemi, a oni oczekują Zmartwychwstania.
Są niezupełni jako niebędący ani przytomni, ani uśpieni; to znaczy: są w stanie odpoczynku, nie w pełnym użytkowaniu swych władz. Aniołowie służą Bogu czynnie; są pośrednikami między niebem a ziemią. I Święci też pewnego dnia będą sądzić świat — będą sądzić upadłych Aniołów; lecz teraz, do końca, są jedynie w spoczynku — wystarczającym dla ich pokoju, wystarczającym dla naszego pocieszenia w myślach o nich — a jednak niezupełnym w porównaniu z tym, czym będą pewnego dnia.
Co więcej, niezupełność dotyczy też ich miejsca spoczynku. Są „pod Ołtarzem" — nie w pełnej obecności Boga, oglądając Jego oblicze i radując się Jego dziełami, lecz w bezpiecznym i świętym skarbcu tuż obok — jak Mojżesz „w rozpadlinie skały" — osłonięci ręką Bożą i patrząc na skraje Jego chwały. Tak i gdy Łazarz umarł, był zaniesiony na łono Abrahamowe — które, choć zaszczytne i spokojne jako miejsce zamieszkania, było czymś niższym od nieba. Gdzie indziej wyraża się to słowem „raj", czyli ogród Eden; który znów, choć czysty i spokojny, nawiedzany przez Aniołów i przez samego Boga, nie był niebem. Żaden obraz nie mógłby wyrazić żywiej orzeźwienia i słodyczy owego błogosławionego odpoczynku niż nazwanie go ogrodem, w którym umieszczony był pierwszy człowiek; — do czego należy dodać opis świętego Pawła, że usłyszał w nim (gdy był wzięty tam w zachwyceniu) „słowa niewysłowione, których człowiekowi nie godzi się mówić". Bez wątpienia pełen jest znakomitych widzeń i cudownych objawień. Bóg objawia się tam nie jak na ziemi — mgliście i przez narzędzia materialne — lecz przez owe bardziej bliskie przybliżenia, do których dopuszcza duch, a których nasze obecne władze pojąć nie mogą. I w jakiś nieznany sposób owo miejsce spoczynku pozostaje w łączności z tym światem, tak że bezcielesne dusze wiedzą, co się dzieje na ziemi. Męczennicy w przytoczonym fragmencie wołają: „Dokądże, Panie, Święty i Prawdziwy, nie sądzisz i nie mścisz krwi naszej na tych, którzy mieszkają na ziemi?" Widzieli, co się dzieje w Kościele, i potrzebowali pociechy z powodu widoku triumfu zła. I otrzymali szaty białe i wieść pokoju. Atoli, cokolwiek jest ich wiedza, cokolwiek ich szczęście — utracili tylko namiot skażenia i są „obnażeni", oczekując, by być „przyodziani", zdjąwszy z siebie „śmiertelność", a jeszcze nie będąc pochłonięci przez „życie".
Jest jeszcze inne słowo używane w Piśmie Świętym dla wyrażenia siedziby sprawiedliwych udoskonalonych, które daje nam to samo znaczenie. Mówi się w Credo, że Pan nasz „zstąpił do otchłani" — słowo to ma tam znaczenie zupełnie inne od tego, jakie zazwyczaj nosi. Nasz Zbawiciel, jak sądzimy, nie zszedł do przepaści wyznaczonej upadłym Aniołom, lecz do owych tajemniczych siedzib, gdzie dusze wszystkich ludzi oczekują sądu. Że poszedł do siedziby duchów błogosławionych, jest oczywiste z Jego słów do łotra na krzyżu, gdy to miejsce też nazwał rajem; że poszedł do jakiegoś innego miejsca oprócz raju, można się domyślać ze słów świętego Piotra, iż „poszedł i głosił duszom w więzieniu, które niegdyś były nieposłuszne". Okoliczność zatem, że owe dwie siedziby bezcielesnych dobrych i złych noszą jedną nazwę — Hades, czyli (jak nam przypadło ją wyrażać) piekło — zdaje się wyraźnie wskazywać, że raj nie jest tym samym co Niebo, lecz miejscem spoczynku u jego podnóża. Godzi się ponadto zauważyć, że Samuel, gdy wezwano go spośród umarłych w grocie wiedźmy, rzekł: „Czemuś mnie niepokój zadał, wywodząc mię?" — słowa, które zdają się zupełnie nie licować z tym, jakoby był już wtenczas w Niebie.
Jeszcze raz: Stan Pośredni jest niezupełny co do szczęścia Świętych. Przed przyjściem Pana naszego mógł nawet, jak można sądzić, dopuszczać niekiedy pewien niepokój — i to w przypadku największych Świętych — choć z pewnością w każdym razie byli całkowicie „w ręku Bożym"; Samuel bowiem mówi: „Czemuś mnie niepokój zadał, wywodząc mię?" Być może Pan nasz odwrócił tę niedoskonałość swym przyjściem i zabrał z sobą, nawet w ich ciałach, do samego nieba niektórych pierwszych Świętych Starego Przymierza, stosownie do wskazówki świętego Mateusza. Lecz nawet teraz, jak widać z tekstu, Błogosławieni w swym stanie bezcielesnym dopuszczają wzrostu szczęścia i otrzymują go. „Wołali" w skardze — i „dane im były szaty białe"; uśmierzano ich i proszono, by czekali chwilę.
Nie byłoby też zaskakującym, gdyby w Bożej łaskawej opatrzności właśnie tym celem ich pozostawania przez czas jakiś z dala od nieba było to, by mieli czas do wzrastania we wszystkim, co święte, i do dopełniania wewnętrznego rozwoju dobrego ziarna zasianego w ich sercach. Psalmista mówi o sprawiedliwym jako o „drzewie zasadzonym nad rzekami wody, wydającym owoc swój w czasie swoim"; i kiedy owo milczące wzrastanie ku świętości mogłoby się bardziej stosownie i szczęśliwie dokonać, niż gdy oczekują Dnia Pańskiego, uwolnieni od tych prób i pokus, które były niezbędne dla jego wczesnych początków? Rozważcie, ilu ludzi jest bardzo ciemnych i słabych w swym życiu religijnym, gdy stąd odchodzą — choć są prawdziwymi sługami Bożymi, na ile tylko sięga ich pobożność. Niestety! Wiem, że rzesza ludzi nie myśli o religii wcale; — są lekkomyślni w młodości, a z biegiem życia coraz bardziej świeccy; — uznają, że leży w ich interesie przyjąć pewne wyznanie; łudzą siebie, mniemając, że są religijni, i (pozornie rzecz biorąc) umierają bez głębszej religii niż ta, jaką takie wyznanie zakłada. Niestety! wielu jest też takich, którzy po lekkomyślnym życiu poprawiają się, lecz nieprawdziwie; — myślą, że się nawracają, ale nie w sposób chrześcijański. Niemało jest też takich, którzy odkładają nawrócenie na łoże śmierci i umierają bez żadnych znamion religii — poza taką miarą udobruchania i powagi uczucia, jaką wymusza ból. Wszyscy ci, o ile wiemy, umierają bez nadziei. Lecz po uwzględnieniu tych wszystkich przypadków zasługujących na współczucie — wciąż pozostaje wielu takich, którzy zacząwszy dobrze i wytrwawszy przez lata, są nawet na końcu zaledwie początkującymi, gdy dopadnie ich śmierć; — wielu, którzy znajdowali się w okolicznościach szczególnie trudnych, którzy mieli gwałtowniejsze pokusy i bardziej zawikłane doświadczenia niż inni i wskutek tego zostali zahamowani w swym biegu. Owszem, w pewnym sensie wszyscy chrześcijanie umierają, nie ukończywszy swego dzieła. Niechby przez całe życie zadawali sobie umartwienie i żyli w wierze i posłuszeństwie — a i tak pozostaje w nich wiele nieujarzmionego: wiele pychy, wiele ciemnoty, wiele grzechów nieodpokutowanych i nieznanych, wiele niekonsekwencji, wiele nieregularności w modlitwie, wiele płochości i lekkoduchości myśli. Któż więc może wykluczyć, że w miłosierdziu Bożym czas oczekiwania między śmiercią a przyjściem Chrystusa może być pożyteczny dla tych, którzy byli tu Jego prawdziwymi sługami, jako czas dojrzewania owego owocu łaski, ledwie ukształtowanego w nich w tym życiu — jako szkolny czas kontemplacji, tak jak ten świat jest szkołą czynnej służby? Taką właśnie jest, zdaje się, wymowa słów Apostoła: „Ten, który zapoczątkował w nas dobre dzieło, będzie go wypełniał aż do dnia Jezusa Chrystusa" — „aż do", nie „przy", nie przerywając go ze śmiercią, lecz prowadząc je dalej aż do Zmartwychwstania. A to, co zostanie dane wszystkim Świętym, będzie każdemu pożyteczne w miarę stopnia świętości, z jaką umiera; albowiem, jak wyraźnie powiedziano, że duchy sprawiedliwych zostają w pewnym sensie udoskonalone przy swej śmierci, wynika stąd, że im większy postęp każdy uczynił tutaj, tym wyższy będzie poziom jego dalszego wzrostu między śmiercią a Zmartwychwstaniem.
I to wszystko tłumaczy, co mogłoby nas inaczej zaskoczyć — szczególny nacisk, jaki Apostołowie kładą na przyjście Chrystusa jako na cel, ku któremu musi być skierowana nasza nadzieja. W tym dniu jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by uważać śmierć za punkt zwycięstwa i triumfu Świętych; — porzucamy myśl o nich, gdy życie mija, jak gdyby wtedy już nie było się o co troszczyć; i w pewnym sensie tak jest. Wtedy są już bezpieczni od próby, od upadku; jacy umierają, tacy pozostają. Atoli okaże się, wziąwszy rzecz jako całość, że śmierć nie jest tym celem, na którym Pismo Święte każe spoczywać nadziei, lecz przyjście Chrystusa — jak gdyby czas między śmiercią a Jego przyjściem bynajmniej nie miał być pomijany w procesie naszego przygotowania do nieba. Otóż jeśli święci pisarze jednomyślnie wskazują na przyjście Chrystusa, my zaś uważamy śmierć za kres wszystkiego — czyż nie jest oczywiste, że pomimo pozornej zgodności z nimi w formalnych twierdzeniach nauki musi istnieć między nimi a nami jakaś ukryta i niedostrzeżona różnica — jakieś nieuzasadnione mniemanie z naszej strony, które odziedziczyliśmy, jakieś przejęte założenie, jakiś skryty przesąd, jakieś przyziemne usposobienie, czy też jakaś czysto ludzka zasada? Na przykład, święty Paweł mówi o Koryntianach jako „czekających na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa". Do Filipian pisze: „Nasza ojczyzna jest w niebie, skąd też oczekujemy Zbawiciela, Pana Jezusa Chrystusa, który przemieni ciało naszego uniżenia". W pierwszym Liście do Tesaloniczan zdaje się niemal wliczać to oczekiwanie na Dzień Ostateczny do definicji prawdziwego chrześcijanina: „Nawróciliście się od bałwanów do Boga, aby służyć Bogu żywemu i prawdziwemu, i czekać z niebios Syna Jego". W Liście do Tytusa: „Oczekując błogosławionej nadziei i objawienia chwały wielkiego Boga i Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa". Do Hebrajczyków: „Tym, którzy Go oczekują, drugi raz objawi się Chrystus — bez grzechu — ku zbawieniu". Znowu: „Potrzebujecie cierpliwości, abyście po spełnieniu woli Bożej odnieśli obietnicę. Jeszcze bowiem tylko trochę czasu, a Ten, co ma przyjść, przyjdzie i nie będzie zwlekał". I do Rzymian: „Sądzę, że cierpień teraźniejszego czasu nie można stawiać na równi z chwałą, która ma być w nas objawiona" — to jest przy Zmartwychwstaniu; „bowiem stworzenie oczekuje z utęsknieniem na objawienie synów Bożych. (…) My sami wewnętrznie wzdychamy, oczekując przybrania za synów — odkupienia naszego ciała"; i wkrótce potem dodaje, wyraźnie mówiąc o rzeczach należących do świata niewidzialnego i — jak możemy sądzić — włącznie ze Stanem Pośrednim: „Jestem przekonany, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani potęgi, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani wysokość, ani głębokość, ani żadne inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Jezusie Chrystusie, Panu naszym." Znowu: „Ten, który wskrzesił Pana Jezusa, z Jezusem też nas wskrzesi i stawi wraz z wami. Utrapienie bowiem nasze obecne, chwilowe i lekkie, przynosi nam bezmiar chwały, przewyższający wszelką miarę i wszystko, co wieczne; (…) wiemy bowiem, że jeśli nawet zniszczeje nasz przybytek doczesnego zamieszkania, będziemy mieć mieszkanie od Boga, dom nie ręką uczyniony, lecz wiecznie trwały w niebie." Teraz zaś, jak owo oczekiwanie na przyjście Chrystusa, nakazane w powyższych fragmentach, jest równoległe do rzeczywistego zachowania się Świętych opisanego w tym fragmencie, którego część stanowi tekst! „Dokądże, Panie, Święty i Prawdziwy, nie sądzisz i nie mścisz krwi naszej na tych, którzy mieszkają na ziemi? (…) I dane były każdemu z nich szaty białe (…) dopóki się nie dopełni liczba spółsług ich i braci ich, którzy też mają być zabici jako i oni" — i ze słowami naszego Zbawiciela w Ewangelii: „Czy Bóg nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Mówię wam, że weźmie ich szybko w obronę. Wszelako czy Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?" (Przyjście Syna Człowieczego jest więc owym „wzięciem w obronę", o które wołają).
To jest właśnie zwykłą nauką naszego Zbawiciela, podobnie jak Jego Apostołów. Mam na myśli to, że Jego zwyczajem jest kłaść nacisk przede wszystkim na dwa wydarzenia: Jego pierwsze przyjście i Jego drugie — nasze odrodzenie i nasze zmartwychwstanie — pomijając perspektywę naszej śmierci, jak gdyby była ona tylko linią podziału (choćby wielce doniosłą), a nie cezurą, w rozciągniętym biegu naszego oczyszczenia. Na przykład: „Nadchodzi godzina, owszem, już jest, kiedy umarli usłyszą głos Syna Bożego, i ci, którzy usłyszą, żyć będą" — umarłych w grzechu; tu tedy przedstawione jest nasze odrodzenie. Potem dodaje: „Nadchodzi godzina, kiedy wszyscy, którzy są w grobach, usłyszą głos Jego, i wyjdą ci, którzy dobrze czynili, ku zmartwychwstaniu życia, a którzy źle czynili, ku zmartwychwstaniu potępienia." Tu mowa o Jego drugim przyjściu z towarzyszącymi mu wydarzeniami. Znowu: „W domu Ojca mego mieszkań jest wiele. Gdyby tak nie było, byłbym wam powiedział. Idę przygotować wam miejsce. A jeśli odejdę i przygotuję wam miejsce, znowu przyjdę i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem." I w przypowieści o talentach: „Pewien człowiek szlachetnego rodu udał się w kraj daleki, aby uzyskać dla siebie godność królewską i wrócić; przywołał więc dziesięciu swoich sług, dał im dziesięć min i rzekł do nich: Prowadźcie handel, aż wrócę." Tu jest wzmianka o pierwszym i o drugim przyjściu Chrystusa. Nie jest rzadkością mówić, że „aż wrócę" znaczy „aż każdy człowiek umrze", kiedy to w pewnym sensie Chrystus przychodzi do niego; lecz z pewnością jest to czysto ludzkie założenie; czas sądu, i nie wcześniej, jest czasem, gdy Chrystus woła swoje sługi i rozlicza się z nimi.
Wreszcie, zwyczajem Pisma Świętego jest dawać do rozumienia, że wszyscy Święci stanowią jedno ciało, Chrystus jest Głową, a między umarłymi i żywymi nie ma żadnej prawdziwej różnicy; jak gdyby terytorium Kościoła było rozległą niwą, z zasłoną tylko rozciągniętą przez nią, ukrywającą część przed nami. To przynajmniej, sądzę, będzie wrażenie pozostające na umyśle po uważnym przestudiowaniu natchnionych pisarzy. Święty Paweł mówi: „Zginam kolana moje przed Ojcem Pana naszego Jezusa Chrystusa, od którego bierze swe imię wszelka rodzina w niebie i na ziemi" — gdzie „niebo" zdaje się obejmować raj. Zaraz potem oświadcza, że jest tylko „jedno ciało", nie dwa, tak jak jest tylko jeden Duch. W innym liście mówi o chrześcijanach żyjących w ciele jako o tych, którzy „przystąpili do górnego Jeruzalem i do duchów sprawiedliwych, które doszły do doskonałości". Zgodnie z tą nauką kolekta na Dzień Wszystkich Świętych uczy nas, że „Bóg Wszechmogący połączył swoich wybranych" — to znaczy żywych i umarłych — „w jednej wspólnocie i łączności w mistycznym Ciele Swojego Syna".
A zatem: to właśnie możemy pokornie wierzyć, że jest stanem Świętych przed Zmartwychwstaniem — stan spokoju, odpoczynku, bezpieczeństwa; ale zarazem stan bardziej podobny do raju niż do nieba — to znaczy stan, który nie dosięga chwały, jaka ma być w nas objawiona po Zmartwychwstaniu, stan oczekiwania, kontemplacji, nadziei, w którym to, co zostało zasiane na ziemi, może dojrzewać i spełniać się.
Uczynię jedną uwagę przed zakończeniem — jako zastosowanie tego, co powiedziano, do nas samych. Bywały czasy, wiemy, gdy ludzie zbyt wiele myśleli o umarłych. Taka nie jest wada tej epoki. My teraz wpadamy w przeciwną skrajność. Naszą winą jest z pewnością myślenie o nich zbyt mało. Jest to smutna rzecz do wyznania, a jednak tak z pewnością jest, że gdy przyjaciel lub krewny umrze, bywa on zwykle wygnany z umysłu bardzo rychło, jak gdyby go nie było; nie mówi się już o nim, nie nawiązuje się do niego, a świat toczy się bez niego, jak gdyby nigdy nie istniał. Oczywiście, najgłębsze uczucia są te, które milczą; nie mówię więc, że o przyjaciołach się nie myśli, bo się o nich nie mówi. Jakżeby? Czy jakaś forma życia społecznego lub jakaś ludzka nauka może przykuć nasze serca i sprawić, że będziemy myśleć i pamiętać według jej woli? Czy tyrania ziemi może przeszkodzić nam w podtrzymywaniu błogosławionej i trwałej na wieki wspólnoty z tymi, którzy umarli — przez zastanawianie się nad ich życzeniami, rozmyślanie o ich wizerunku, próbowanie naśladowania ich, wyobrażanie sobie ich spokojnego stanu, solidaryzowanie się z ich „głośnym wołaniem" i nadzieję spotkania ich w przyszłości? Nie, zaiste! Mamy wolność chwalebniejszą, niż może nam ją zabrać człowiek ze wszystkimi sofizmatami samolubstwa i subtelnościami szkół! Nie mówię o łagodnych sercem, serdecznych i zamyślonych. Nie mogą oni zapomnieć o odeszłych, których obecnością niegdyś się cieszyli, i którzy — językiem Pisma Świętego — choć „nieobecni ciałem, są przy nich duchem", „ciesząc się i widząc porządek wasz i stałość wiary waszej w Chrystusie". Mówię o rzeszy — nieczułej, zimnej i szyderczej, o ludziach przywiązanych do świata, beztroskich i lekkomyślnych; których zwyczajem jest, gdy przyjaciel zostanie zabrany, odsunąć myśl o nim i wymazać go z pamięci.
Pozwólcie mi wyjaśnić, co mam na myśli, biorąc przykład nieodosobniony. Powiedzmy, że rodzic lub krewny umiera i pozostawia człowiekowi majątek: wchodzi on w posiadanie radośnie; chowa umarłego z przepychem; a potem, sądząc, że dopełnił wszystkiego, wymazuje przeszłość i przystępuje do korzystania ze swego dobrodziejstwa. Nie jest rozrzutny ani rozwiązły, dumny ani skąpy, lecz myśli i działa we wszystkim tak, jak gdyby ten, któremu jest dłużnikiem, został unicestwiony w Bożym stworzeniu. Nie ma żadnych zobowiązań. Był wprzód zależny, lecz teraz jest niezależny; jest panem samego siebie; przestaje być wliczanym do „małych dzieci". Jak Koryntianie: „teraz jest syty, teraz jest bogaty, króluje jak król" bez tych, którym niegdyś zmuszony był się podporządkować. Jest głową (jak to się mówi) domu. Jeśli kiedykolwiek mówi o umarłych, czyni to wpół życzliwie, wpół z lekceważeniem — jak o tych, którzy są bezsilni i bezużyteczni, jak mówiłby o ludziach jeszcze żywych, lecz w zdziecinnieniu lub ubezwłasnowolnieniu umysłowym. Słyszysz nawet najżyczliwszych i najszlachetniejszych (taka jest siła złego przykładu) mówiących w ów obraźliwy sposób o starych ludziach, których znali w swej młodości — nie mając nic złego na myśli, lecz jednak bez wątpienia pielęgnując w sobie przez to bardzo subtelny rodzaj twardości, samolubstwa, wywyższania się, samozadowolenia. Ludzie mało myślą o tym, jaki to ma wpływ na ich ogólny charakter. Uczy ich to ograniczać swą wiarę do tego, co widzą. Wyrzekają się w ten sposób najłaskawszego środka Bożej opatrzności dla ich wejścia „w to, co jest za zasłoną" i widzenia poza grób; i uczą się zadowalać na zjednoczaniu się z rzeczami widzialnymi, w związkach i sojuszach, które wniwecz się obracają. Co więcej, ten sam błąd kieruje ich ku teraźniejszości zamiast ku przeszłości. Tracą cześć dla starożytności; zmieniają plany i dzieła swych poprzedników bez skrupułów; cieszą się dobrodziejstwami ubiegłych wieków bez wdzięczności, jak gdyby przysługiwały im z prawa; modlą się w kościołach, „przy których inni pracowali", nie myśląc o nich; zapominają, że mają tylko prawo dożywotniego użytkowania w tym, co posiadają — że otrzymali to jako powierzoną im spuściznę i muszą przekazać, jak sami otrzymali.
Z drugiej strony, gdy myśl o umarłych jest dla nas powściągiem, jest ona zarazem wielką pociechą, zwłaszcza w tej epoce świata, gdy Kościół Powszechny popadł w błędy i jest podzielony — gałąź przeciw gałęzi. Cóż podtrzyma naszą wiarę — w Bożej łasce — gdy staramy się trwać przy Dawnej Prawdzie i zdajemy się samotni? Cóż doda odwagi „strażnikowi na murach Jeruzalem" przeciw szyderstwu i zawiści świata, zarzutom o dziwactwo, urojenia, wybrykaność, pochopność? Cóż zachowa nas spokojnymi i pokojowymi wewnętrznie, gdy oskarżani jesteśmy o „burzenie Izraela" i „prorokowanie złego"? Cóż, jeśli nie wizja wszystkich Świętych wszystkich wieków, których krokami podążamy? Cóż, jeśli nie obraz mistycznego Chrystusa wyciśnięty na naszych sercach i pamięci? Wczesne czasy czystości i prawdy nie przeminęły! Są wciąż obecne! Nie jesteśmy samotni, choć tak się zdaje. Niewielu żyjących dziś może nas rozumieć lub popierać; lecz owe rzesze z czasów pierwotnych, które wierzyły, i nauczały, i wielbiły Boga jak my, żyją nadal Bogu — i w swych minionych czynach, i w swych obecnych głosach wołają od Ołtarza. Zagrzewają nas swym przykładem; podnoszą na duchu swym towarzystwem; są po naszej prawicy i lewicy — Męczennicy, Wyznawcy i im podobni, wielcy i mali — którzy wyznawali te same Credo, sprawowali te same Tajemnice i głosili tę samą Ewangelię co my. I do nich dołączali się, w miarę jak biegły wieki — nawet w czasach upadku, owszem, nawet teraz w czasach podziału — wciąż nowi i nowi świadkowie z Kościoła poniżej. W świecie duchów nie ma różnicy stronnictw. Jest wprawdzie naszym oczywistym obowiązkiem tutaj walczyć nawet o szczegóły Prawdy stosownie do naszego poznania; i z pewnością jest Prawda pomimo niezgodności opinii. Lecz owa Prawda jest w końcu po prostu dostrzegana przez duchy sprawiedliwych; ludzkie dodatki, ludzkie instytucje, ludzkie przepisy nie wchodzą z nimi w stan niewidzialny. Odpadają razem z ciałem. Grecja i Rzym, Anglia i Francja nie zabarwiają tych dusz, które zostały oczyszczone w Jednym Chrzcie, karmione Jednym Ciałem i ukształtowane przez Jedną Wiarę. Przeciwnicy zgadzają się ze sobą natychmiast, gdy umierają — jeśli żyli i postępowali w Duchu Świętym. Harmonie łączą się i wypełniają świątynię, a dysonanse i niedoskonałości zamierają. Dlatego dobrze jest zanurzać się w świat niewidzialny — dobrze jest tam być — i budować przybytki dla tych, którzy mówią „językiem czystym" i „służą Panu jednym sercem"; nie po to jednak, by wywoływać ich z bezpiecznych siedzib, nie po to, by ich czcić zabobonnie lub rozmyślnie na nich polegać, by nie stali się dla nas sidłem, lecz by w milczeniu kontemplować ich ku naszemu zbudowaniu — zagrzewając przez to naszą wiarę, ożywiając naszą cierpliwość, chroniąc nas od myśli o sobie samych, nie dając nam odpoczywać na sobie samych, i sprawiając, byśmy zdawali się sobie — a naprawdę zawsze powinniśmy być — jedynie naśladowcami nauki tych, którzy poszli przed nami, nie nauczycielami nowości, nie założycielami szkół.
Niechaj Bóg udzieli nam wszystkim, z nadmiaru swych skarbów łaski, takiego ducha — ducha zmieszanej otwartości na naukę i gorliwości, spokoju w dociekaniu i mocy w postanowieniu, siły, i miłości, i trzeźwości umysłu!
---