*„Bądźcie pewni, że grzech wasz znajdzie was."* — Lb 32,23
JEST to jeden z tych ustępów w natchnionych pismach, które, choć wypowiedziane przy szczególnej okazji i w ograniczonym znaczeniu, wyrażają prawdę powszechną — taką, którą zdajemy się od razu odczuwać jako daleko głębszą, niż wymaga kontekst, i której używamy niezależnie od niego. Mojżesz ostrzegł Rubenitów i Gadytów, że jeśli oni, którym wyznaczono już ich dziedzictwo, nie wspomogą braci w zdobyciu ich własnego, grzech ich znajdzie ich, czyli dosięgnie ich kara. A gdy tak mówił, Ten, który przemawiał przez niego — Bóg, Duch Święty — przekazał, jak wierzymy, pod jego słowami głębsze znaczenie dla zbudowania Kościoła Swego aż do końca czasów; mianowicie dał do poznania owo wielkie prawo Bożych rządów, któremu wszyscy badający te rządy przyznają słuszność: że grzech zawsze pociąga za sobą karę. Dzień i noc następują po sobie nie pewniej, niż kara przychodzi po grzechu. Czy grzech jest wielki czy mały, chwilowy czy nałogowy, rozmyślny czy z słabości — własna jego swoiście mu odpowiadająca kara zdaje się, wedle prawa natury, podążać za nim, o ile sięga nasze doświadczenie owego prawa — wcześniej lub później, łagodniej lub surowiej, stosownie do okoliczności.
My, chrześcijanie, jesteśmy wprawdzie pod Dyspensacją łaski i błogosławieni pewnym zawieszeniem tego groźnego prawa naturalnej religii. Krew Chrystusa, jak powiada święty Jan, jest tak cudownie skuteczna, że „oczyszcza nas z wszelkiego grzechu" — stając między naszym grzechem a jego karą i wymazując ten pierwszy, zanim dosięgnie nas ta druga. Owa nieoceniona korzyść jest udzielana naszym duszom rozlicznymi drogami, wedle niezgłębionego upodobania Bożego; i o tyle, o ile tak się dzieje, uchyla lub odwraca prawo natury, które do nieposłuszeństwa przyłączyło cierpienie. Jakkolwiek jednak skutecznie i szeroko jest ono stosowane, doświadczenie zapewnia nas z całą pewnością, że nie zostało nam jeszcze udzielone w pełnej mierze i w każdej okoliczności. Nieodparty to fakt, że pokutnicy, choćby prawdziwie nawróceni, nie są zabezpieczeni od doczesnych następstw dawnych win — ani zewnętrznych, ani wewnętrznych, w duchu, ciele czy w majętności. Wiemy też, że bywają przypadki, gdy chrześcijanie odpadają od wiary i już się nie nawracają. Co więcej, mamy podstawy twierdzić, że ci, którzy grzeszą po otrzymaniu łaski, są przez to samo w gorszym stanie, niż gdyby jej nie otrzymali. Choć wielkie są nasze przywileje pod Ewangelią, w niczym nie umniejszają one mocy i powagi przestrogi zawartej w słowach tekstu. Nadal prawdziwe jest, i to na wiele przerażających sposobów — ba, w jeszcze większym stopniu niż przed śmiercią Chrystusa — że grzech nasz nas znajduje i pociąga za sobą karę we właściwym czasie; tak jak kamień spada na ziemię, ogień pali albo trucizna zabija — niby z koniecznego związku przyczyny i skutku.
Tekst skłania nas do rozważenia następstw pojedynczego grzechu, jakim byłoby niedotrzymanie zobowiązania przez Rubenitów i Gadytów; a by zawęzić temat, mówić będę jedynie o następstwach moralnych. Rozważmy więc, jaki wpływ mogą wywierać na nasz obecny charakter moralny w obliczu Bożym pojedyncze grzechy — przeszłe lub teraźniejsze; jak wielki może on być, okaże się jasno z takich oto refleksji:
Przede wszystkim rzeczą naturalną jest zastanowić się nad prawdopodobnym wpływem na nas grzechów popełnionych w dzieciństwie, a nawet w niemowlęctwie, których nigdy nie uświadamialiśmy sobie w pełni lub o których zupełnie zapomnieliśmy. Jakkolwiek niewiedzący możemy być co do tego, kiedy dzieci stają się istotami odpowiedzialnymi, równie niewiedzący jesteśmy i co do tego, kiedy nimi nie są; i nie możemy wskazać żadnej, nawet najwcześniejszej daty, w której z pewnością nimi nie są. A i najodleglejsza dająca się wskazać data jest bardzo wczesna; a od owej chwili cokolwiek czynią, wywiera, nie możemy wątpić, najprzeważniejszy wpływ na ich charakter. Wiemy, że dwie linie wychodzące z jednego punktu pod małym kątem rozbiegają się ku coraz większym odległościom, im dalej są prowadzone; i zapewne podobnie dusza, żyjąca w wieczność, może być nieskończenie zmieniona na lepsze lub gorsze przez wpływy niezmiernie drobne, wywierane na nią na początku jej drogi. Bardzo nieznaczne odchylenie u progu może decydować o tym, czy się dąży ku piekłu, czy ku niebu.
Aby nadać tej myśli należytą wagę, powinniśmy pamiętać, że umysły dzieci są podatne na wrażenia w sposób szczególny, nieznany w późniejszym życiu. Przemijające zdarzenia, które je spotykają, czy to przez swą nowość, czy z innej przyczyny, trwają w ich wyobraźni, jakby miały czas trwania; a dni lub godziny, nosząc dla nich pozory lat, mogą dokonać dzieła lat. Każdy, kto cofnie myślą ku pierwszym swoim latom, może się o tym przekonać: charakter, jaki jego dzieciństwo ma w jego pamięci jako całość, daje się wywieść z kilku okoliczności zewnętrznych, które trwały przez bardzo krótką jego część — pewne mieszkanie, odwiedziny jakiegoś szczególnego miejsca, obecność pewnych osób, jakaś jedna wiosna lub lato — okoliczności, w których początkowo nie może uwierzyć, że były tak przelotne, jak przy bliższym badaniu się okazuje.
Z drugiej strony zauważmy, że z pewnością nie wiemy o wiele z tego, co się w nas dzieje w niemowlęctwie i dzieciństwie: mianowicie o naszych chorobach i cierpieniach jako dzieci, z których albo nie zdajemy sobie sprawy w chwili ich trwania, albo też zapominamy o nich wkrótce potem — a które jednak są bardzo poważnej natury i mając zapewne przyczynę moralną, znana lub nieznaną, muszą, jak by się zdawało, mieć i skutek moralny; i choć wskazują przez swoje pojawienie się na możliwość, że inne poważne rzeczy również się w nas dzieją, mają nadto naturalną skłonność do oddziaływania na nas w taki czy inny sposób. Jakkolwiek tajemnicze jest to, że niemowlęta i dzieci cierpią ból, z pewnością nie mniej tajemnicze jest, że gdy dochodzą do rozumu, tak go zapominają, iż ledwie są w stanie uwierzyć, gdy im o nim mówiono, że same były owymi cierpiącymi; a jednak jak choroby i wypadki wówczas przeżyte trwale wpływają na ich ciało, choć nic z nich nie pamiętają, nie ma nic przesadnego w myśli, że grzechy przelotnie wówczas popełnione i na zawsze potem zapomniane mogą tak oddziaływać na duszę, iż powodują owe moralne różnice między człowiekiem a człowiekiem, które, skądkolwiek by się brały, są zbyt oczywiste, by je kwestionować. Mając przed sobą tę trwożną myśl o odpowiedzialności ciążącej na pierwszych latach naszego życia, jakże smutne jest z drugiej strony rozważanie, że dzieci są powszechnie traktowane tak, jakby nie były odpowiedzialne, jakby nie miało znaczenia, co czynią lub czym są! Są one rozpieszczane, chwalone za złe, psute lub w najlepszym razie zaniedbywane. Daje im się złe przykłady; rzeczy się mówi lub czyni przy nich, które rozumieją i chwytają, gdy inni najmniej o tym myślą, i które gromadzą w swych umysłach lub na których się wzorują; i tak nieusuwalne piętna grzechu i błędu wbijają się w ich dusze, stając się równie rzeczywiście częścią ich natury, co grzech pierworodny, w którym się zrodziły.
A co prawdziwe w niemowlęctwie i dzieciństwie, jest w pewnym stopniu prawdziwe i w późniejszym życiu. Choć najwcześniejsze lata mają szczególnie tę cechę, że są podatne na wpływy zewnętrzne i nieuświadomione lub zapomniane, to jednak w szczególnych porach późniejszych, gdy umysł jest pobudzony, wytrącony z zwykłego stanu, wyrzucony na chwilę ze swego poddaństwa nawykom, niejako w ów pierwotny nieuformowany stan, gdy był bardziej wolny wybierać dobro i zło — wtedy podobnie przyjmuje wrażenia, i to nieusuwalne, a przy tym niemal nieuświadomienie, na sposób dzieciństwa. To jest jeden z powodów, dla których pora próby bywa tak często przełomem w duchowej historii człowieka. Jest to pora, gdy żelazo jest rozgrzane i giętkie; jeden lub dwa uderzenia wystarczają, by ukształtować je jako oręż dla Boga lub dla szatana. Innymi słowy: jeśli człowiek zostanie wówczas zaskoczony, pozornie mały grzech pociąga za sobą skutki na całe lata i wieki, tak przerażające, że ledwie można je odważyć się rozważać. To może nam pomóc zrozumieć krótkotrwałość i pozorną prostotę próby, która w Piśmie Świętym bywa przedstawiana jako przypieczętowująca los tych, którzy jej ulegają — jak próba Saula na przykład, czy Ezawa; jak z drugiej strony nieskończenie wielkie skutki mogą wynikać z jednego aktu posłuszeństwa, jak Józefa w oparciu się żonie jego pana, czy Dawida w oszczędzeniu życia Saula. Takie wielkie okazje, dobre lub złe, zdarzają się przez całe życie, lecz szczególnie w młodości; i dobrze by było, gdyby młodzi zdawali sobie sprawę, że zdarzają się i są doniosłe. Niestety! Cóż by dali potem, gdy przyjdzie im pokutować — nie mówiąc o tej najstraszliwszej chwili, przyszłym sądzie, gdy stanąć mają przed Bogiem i wnet wejść do nieba lub piekła — żeby nie uczynić tego, co uczynili w chwili podniecenia; żeby cofnąć bluźnierczą deklarację albo grzeszny czyn; żeby być tym, czym wówczas byli, a czym teraz nie są — wolnymi, by służyć Bogu, wolnymi od piętna i jarzma szatana! Jakże gorzko będą opłakiwać owo oczarowanie, lub odurzenie, lub sofistykę, które uczyniły ich tym, czym nie musieli się stać, gdyby użyli przeciw nim oręża, jaki im Chrystus dał!
Ale wróćmy: do tych pojedynczych lub zapomnianych grzechów, jakich opisałem, można w niemałym prawdopodobieństwie przypisać dziwne sprzeczności charakteru, które tak często obserwujemy w życiowym doświadczeniu. Mówię o tym, że napotykamy nieustannie ludzi posiadających wiele zalet, ludzi miłych i wyśmienitych, a jednak w jednym jedynym względzie jakoś dziwnie wypaczonych. Nie możesz ich zmienić ani nic na nich wskórać, lecz musisz zostawić ich takimi, jakimi ich znalazłeś. Może są słabi i nadmiernie pobłażliwi wobec innych, może są surowi, może są uparci, może są przewrotnie przywiązani do jakiejś błędnej opinii, może są niestali i niezdecydowani — jakiś albo inny mają brak, i żałujesz go, lecz naprawić nie możesz, i musisz brać ich takimi, jakimi są, i godzić się z tym, jakkolwiek żałujesz. Ludzie bywają niekiedy tak dobrzy i tak wielcy, że człowiek skłonny jest zawołać: O, gdyby byli tylko trochę lepsi i trochę więksi!
To właśnie stanowi całą różnicę między byciem prawdziwym świętym Bożym a chrześcijaninem drugiej lub trzeciej kategorii. Niewielu ludzi jest wielkimi świętymi. Zawsze jest jakieś „ale"; nie mówię o grzechach rozmyślnych lub jawnych — grzechach przeciw sumieniu (one oczywiście wykluczają człowieka zupełnie od wszelkiej nadziei), lecz o braku właściwego spojrzenia i zasady, o wypaczeniu charakteru. Taki jest powszedni przypadek nawet lepszych chrześcijan; są skrzywieni w postawie, nie są prości, nie chodzą doskonale z Bogiem. I nie możesz powiedzieć, dlaczego tak jest: żyli zawsze pobożnie, byli ustrzeżeni od pokus, mieli dobre wychowanie i pouczenie, i wypełniają swoje powołanie, są dobrymi mężami lub żonami, dobrymi rodzicami, dobrymi sąsiadami — a jednak gdy bliżej ich poznasz, jest w nich ta lub inna wielka sprzeczność.
To rozważanie tłumaczy nadto w pewnym stopniu dziwny sposób, w jaki braki charakteru bywają ukryte w człowieku. Idzie on przez lata może, i nikt nie odkrywa jego szczególnych ułomności, ani on sam ich nie zna; aż w końcu zostaje postawiony w pewnych okolicznościach, które je wydobywają na wierzch. Stąd ludzie okazują się tak bardzo odmienni od tego, czego się po nich spodziewano; i rzadko kiedy możemy powiedzieć z góry o innym, a sami dla siebie ledwie śmiemy obiecywać, jeśli chodzi o przyszłość. Przysłowie powiada np., że władza sprawdza człowieka; tak samo bogactwo, tak samo rozmaite zmiany życiowe. Przekonujemy się, że po wszystkim nie znamy go, choć byliśmy z nim obznajomieni od lat. Jesteśmy zawiedzeni, ba, niekiedy zdumieni, jakby niemal utracił swoją tożsamość; podczas gdy być może jest to jedynie wyjście na jaw grzechów popełnionych na długo przed naszą znajomością z nim.
Dalej: pojedyncze grzechy dozwalane lub zaniedbywane bywają często przyczyną innych braków charakteru, które zdają się nie mieć z nimi żadnego związku, lecz które ostatecznie są raczej symptomem tamtych niż samoistnymi przyczynami zła. Jest to ogólnie uznane w odniesieniu do sceptycznego usposobienia umysłu, które najczęściej daremnie jest zwalczane przez argumenty — korzeń zła tkwiąc głębiej, to znaczy w nałogach złego życia, choć winni uparcie utrzymują, że jest to zupełnie oddzielna sprawa, dotycząca ich postępowania i nie mająca żadnego wpływu na ich rozum czy opinię. To samo może zachodzić i w innych przypadkach: miękkość umysłu i obyczajów oraz fałszywa subtelność mogą być niekiedy owocem pobłażania sobie w nieczystych myślach; albo roztargnienie w modlitwie może mieć jakiś subtelny związek z zarozumiałością; albo namiętność może zawdzięczać swą władzę nad nami pobłażaniu, choć bez przesady, w jedzeniu i piciu. Nie łączę tu tych rozmaitych grzechów jako przyczyny i skutku, lecz stwierdzam powiązanie, które niekiedy faktycznie zachodzi, jakkolwiek byśmy je tłumaczyli.
Przejdę teraz do rozważenia istnienia grzechów jednostkowych i stanu osób pod nimi cierpiących z innego punktu widzenia. Sądzę, że niewielu, jeśli w ogóle jest ktokolwiek, nie ma jakiegoś własnego grzechu nałogowego, jakiejś słabości, jakiejś pokusy; i w opieraniu się jej leży ich próba. Otóż człowiek może być we wszystkim innym bardzo pobożny, a ta jedna dozwolona słabość może w konsekwencji wywierać jak najbardziej bolesne skutki na jego stan duchowy, zarówno sam w sobie, jak i w oczach Bożych, bez jego wiedzy. Przypuśćmy na przykład, że ktoś jest z natury małoduszny i mściwy. Pomimo tego może mieć wiele zalet, bardzo wzniosłe poglądy, bardzo głęboko zakorzenione zasady, wielkie rysy charakteru, wielkie oddanie służbie Bożej, wielką wiarę, wielką świętość. Mogę sobie wyobrazić takiego człowieka niemal przekonującego samego siebie do zakwestionowania własnego przeświadczenia, że pielęgnuje ów tajny grzech — ze świadomości swej własnej prawości i ducha pobożności w ogólnym kręgu swych powinności. Są grzechy, które gdy zostaną popełnione, tak dotkliwie trwożą umysł, że są dla niego o wiele mniej niebezpieczne, niż czyniłaby je ich wewnętrzna złość. Nigdy oczywiście nie powinniśmy umniejszać skrajnej nędzy i winy złych myśli, w które tak często popadają młodzi; a jednak potem napełniają one człowieka wyrzutami sumienia i domagają się głośno jego pokuty, a zanim dokona pokuty, tak go obciążają, że nie ma spokoju ani zadowolenia. Nie może pełnić zwykłych swych obowiązków jak dotąd; i gdy to wszystko jest odczuwane, wielka choć jest ich grzeszność, nie zadają ciosu skrytego, lecz w pewnym sensie odpierają własne skutki. Lecz jakże odmiennie się rzecz ma z chciwością, zarozumiałością, ambicją lub małostkowością mściwości, o której właśnie mówię. Może mieć dziesięć tysięcy paliatywów; może być ukryta pod pięknym pozorem; pobudza sumienie tylko od czasu do czasu, na chwilę, i to wszystko; ukłucie szybko mija. Ukłucie jest chwilowe, lecz spokój i zadowolenie, i harmonia ducha, płynące z dokładnego wypełniania przez owego człowieka ogólnych jego obowiązków, są stałymi gośćmi w jego wnętrzu. Cokolwiek są jego powinności, towarzyszy mu ta świadomość; jest uczciwy, sprawiedliwy, wstrzemięźliwy, zapierający się siebie; obcuje z innymi i jest może łagodny i pokorny, nienarzucający się i serdeczny, lub — gdy zajdzie potrzeba — mocny, jasno widzący w sprawach zasady, gorliwy w postępowaniu, czysty w pobudkach. Wchodzi do domu Bożego i serce jego odpowiada temu, co tam widzi i słyszy. Zdaje mu się, że może powiedzieć: „Ty, Boże, widzisz mnie!" — jakby nie było w jego sercu żadnej tajnej winy. Modli się tak spokojnie i poważnie jak wprzódy; czuje jak wprzódy, że serce jego wznosi się w górę przez historię Pana swego, lub przez Psalmy Dawidowe. Jest świadom w sobie samym, że nie jest z tego świata. Pokornie ufa, że nic na tym świecie (dzięki łasce Bożej) nie może oderwać jego serca od Boga i Zbawiciela jego. Czy nie widzicie, jak imaginacja jego jest przez to wszystko dotknięta? Jest on w istocie tym, czym uważa siebie za będącego; uważa się za poświęconego Bogu we wszystkich czynnych służbach, we wszystkich wewnętrznych myślach — i takim jest. Nie myli się myśląc tak; lecz mimo to wszystkiego ma właśnie jedną winę w innym kierunku — jest wina niewidoczna. Zapomina, że pomimo tej harmonii między tym, co wewnątrz, a tym, co zewnątrz, przez dwadzieścia trzy godziny na dobę, jest jeden temat, nawracający od czasu do czasu, który zazgrzyta z jego umysłem — jest właśnie jedna struna fałszywa. Jakaś szczególna osoba skrzywdziła go lub znieważyła, i kilka minut każdego dnia lub każdego tygodnia oddaje się pobłażaniu ostrym, mściwym myślom, które początkowo podejrzewał, że są tym, czym naprawdę są — grzeszne; lecz stopniowo nauczył się je usprawiedliwiać, a raczej tłumaczyć na innych zasadach, odnosić do innych pobudek, uzasadniać na gruncie religijnym lub innym. Salomon mówi: „Martwe muchy psują maść aptekarza i sprawiają, że wydaje cuchnący zapach; tak czyni trochę głupoty temu, kto jest w sławie mądrości i czci." Niestety! Któż może pretendować do ocenienia wpływu tego pozornie małego przestępstwa na stan duchowy kogokolwiek z nas? Któż może pretendować do powiedzenia, jaki jest jego skutek w oczach Bożych? Co o nim myślą Aniołowie? Co myśli nasz własny Anioł Stróż, jeśli jeden nam jest zesłany, który czuwał nad nami i był nam bliski od naszej młodości; który radował się, widząc jak niegdyś wzrastaliśmy razem z łaską Bożą, a który teraz się o nas lęka? Niestety! Jaki jest prawdziwy stan naszego własnego serca? Martwe ciała zachowują ciepło przez pewien czas; i któż może powiedzieć, czy dusza w takich okolicznościach nie jest odcięta od łaski ustanowień, choć zewnętrznie w nich uczestniczy, i żyje jedynie ze szczupłego zasobu siły i życia nagromadzonego w jej wnętrzu, wyczerpując go stopniowo? Ba, wiemy, że tak jest naprawdę, jeśli grzech jest rozmyślny i umyślny; bo słowo Pisma Świętego zapewnia nas, że taki grzech wyklucza nas z obecności Bożej i zatyka kanały, przez które On udziela nam łaski.
Rozważmy znowu, jak wielka klęska może być z takiej przyczyny sprowadzona na cały Kościół. Wstawiennictwa świętych są życiem Kościoła. Jałmużny i dobre uczynki, modlitwy i posty, czystość, ścisłe sumienność, pobożność wszystkich prawdziwych wiernych, wielkich i małych, są naszą obroną i tarczą. Gdy więc szatan chce dotknąć ją w którymś z jej odgałęzień, bez wątpienia zaczyna od usiłowania ograbuć ją z tego, w czym leży jej moc. Czyni postęp za każdym razem, gdy potrafi wciągnąć osoby pobożne w jakiś rozmyślny grzech — gdy może wzbudzić ich pychę, rozpalić ich małoduszną mściwość, powabić ich chciwość lub podsycić ich ambitne nadzieje. Jeden grzech wystarczy: jego dzieło jest dokonane, gdy może postawić jedną jedyną przeszkodę na ich drodze; i tam ją zostawia, zadowolony. Należy zauważyć, że odnosi się to zarówno do przypadku jednostek, jak i do samego Kościoła w danej chwili. Gdyż wedle wszelkiego prawdopodobieństwa właśnie teraz szatan mógł przywiązać do nas jako narodu jakiś grzech, który dokonuje naszego zniszczenia, pomimo jakichkolwiek dobrych stron, jakie naprawdę posiadamy poza tym. Umiłowanie dóbr światowych na przykład może wystarczyć, by zniweczyć wiele łask. Co do jednostek, przypadek Achana doskonale tu pasuje, jak dobrze pamiętacie. Jego jeden grzech — zatajenie spośród łupów Jerycha kosztownej szaty babilońskiej oraz złota i srebra — sprowadził klęskę na wojska Izraela, a następnie śmierć na samego siebie i śmierć na jego synów i córki. Nie myślmy, że Opatrzność Boża jest dziś zasadniczo odmienna, bo nam się jej nie ogląda. Główna różnica między Jego postępowaniem z Żydami a z chrześcijanami sprowadza się z pewnością do tego: dla tamtych było ono widzialne, dla tych — niewidzialne. Nie widzimy teraz skutków Jego gniewu tak jak wtedy, lecz są one równie rzeczywiste, i tym straszliwsze, że proporcjonalne do wielości nadużytych przywilejów.
I tu przytoczę jeszcze jeden przykład tego, co można by uznać za nieposłuszeństwo tylko w jednym punkcie, mogące niekiedy współistnieć z wielką doskonałością pod innymi względami: mianowicie separacji lub odłączenia od Kościoła. Gdy spotykamy osoby, które odstąpiły od Kościoła, lub które czynnie mu się sprzeciwiają, lub które odrzucają część jego dogmatów, może się niekiedy zdarzyć, że widzimy w nich tyle dobrej zasady i prawego postępowania, że jesteśmy zakłopotani i zaczynamy pytać siebie, czy mogą się bardzo mylić w swych opiniach, czy też one same mogą im szkodzić. Lecz tutaj zauważmy: mówię o tych, którzy sprzeciwiają się prawdzie, mogąc ją znać. Ponadto chciałbym, żebyście nie zapominali, że wyższe dary łaski są zupełnie niewidzialne, podobnie jak znowu karania gniewu Bożego; mówmy jednak o tym, co jest widoczne u tych, którzy rozmyślnie sprzeciwiają się Kościołowi. Mówię, że nasza wyobraźnia jest prawdopodobnie dotknięta tym, co u nich okazuje się w wierze i świętości; i o wiele bardziej wyobraźnia samych tych osób, które często nie mają żadnej wątpliwości, że są w łasce Bożej. Powtarzam: mówię o tych, których Bóg widzi jako rozmyślnych w swym oddzieleniu; i choć nie możemy wiedzieć, kto jest taki, i dlatego nie możemy wydawać bezwzględnego sądu o nikim, to jednak chciałbym, żeby wszyscy ci, którzy obcują z osobami będącymi odstępnikami i mogącymi być takimi, pamiętali, że to, iż zdają się być święci i pobożni w jak największym stopniu, nie dowodzi, że naprawdę takimi są — o ile ten jeden tajny grzech jest wpisany w Boże księgi ich rachunków. Tak jak człowiek może być zdrowy, może mieć ramiona i ręce do własnej dyspozycji, głowę jasną, umysł czynny, a jednak mieć właśnie jeden organ chory, i choroba nie objawia się od razu, lecz jest utajona, ale śmiertelna, przynosząc pewną śmierć z czasem — tak może być i z nimi. Jak w przytoczonym przykładzie człowiek może być prawy i szlachetny, z czystym zamiarem i wysoką stanowczością, łagodny i życzliwy, zapierający się siebie i miłosierny, a jednak ku jednej konkretnej osobie żywić uczucia zemsty, i okazywać przez to, że jakaś zasada niższa od miłości Bożej rządzi jego sercem — tak może być z tymi, którzy zdają się być dobrymi ludźmi, a rozmyślnie opuszczają Kościół. Ich religijna doskonałość, cokolwiek by nią była, jest naprawdę bezskuteczna wobec tego lub jakiegokolwiek innego rozmyślnego grzechu.
Na zakończenie. Zaledwie zaproponowałem jedną lub dwie myśli na temat bardzo obszerny, a jednak dzięki miłosierdziu Bożemu mogą one być pożyteczne. Muszą być pożyteczne, jeśli doprowadzą nas do lęku przed samymi sobą. „Któż może rozumieć błędy swoje?" — powiada święty Dawid. „Oczyść mnie z grzechów tajnych." I jakże straszliwe są słowa tekstu: „Grzech wasz znajdzie was!" Któż może przedsięwziąć się twierdzić za siebie, czym i kiedy były jego grzechy rozmyślne, jak często się powtarzają i jak ciągle w konsekwencji odpada od łaski! Jakże potrzebujemy oczyszczenia i odnowienia dzień po dniu! Jakże potrzebujemy przystępować do Boga w wierze i pokucie, by błagać Go o takie przebaczenie, taką pewność, taką moc, jaką zechce nam udzielić! Jakże potrzebujemy trwać w Jego obecności, pozostawać w cieniu Jego tronu, korzystać ze wszystkich środków i sposobów, na które nam pozwala, być wytrwałymi w Jego ustanowieniach i gorliwymi w Jego przykazaniach, byśmy nie okazali się bez schronienia i pomocy, gdy nawiedzi ziemię!
Co więcej, jakże nieustannych modlitw powinniśmy do Niego zanosić, by był dla nas miłosierny w straszliwym dniu sądu! Naprawdę będzie to chwila pełna lęku, gdy staniemy przed Nim w obliczu ludzi i Aniołów, by być sądzeni według uczynków naszych! Będzie to przerażające dla nas samych i dla wszystkich nam bliskich. Wtedy dzień łaski będzie już przeminął; modlitwy nie zdadzą się na nic, gdy księgi będą otwarte. Błagajmy więc za siebie i za jedni drugich, dopóki czas ten zwany jest dniem dzisiejszym. Módlmy się do Niego, przez zasługi krzyża i męki Jego, by się nad nami zmiłował, by się zmiłował nad wszystkimi, których kochamy, nad całym Kościołem; by nam przebaczył, by nam objawił nasze grzechy, by nam dał nawrócenie i poprawę życia, by nam dał obecną łaskę i by nam zesłał, wedle bogactwa miłości Swojej, szczęśliwość przyszłą w wiecznym królestwie Swoim.