*„Duch powróci do Boga, który go dał."* — Koh 12,7
Powiedziane nam tu jest, że po śmierci duch człowieka powraca do Boga. Święty pisarz nie mówi tylko o ludziach dobrych czy o wybranym ludzie Bożym, lecz o ludziach w ogólności. W przypadku wszystkich ludzi dusza, odłączona od ciała, powraca do Boga. Bóg ją dał: On ją stworzył. On posłał ją w ciało i On ją tam podtrzymuje; podtrzymuje ją w odrębnym istnieniu, gdziekolwiek ona przebywa. Ożywia ciało przez cały czas trwania życia; powraca znów, zapada w stan niewidzialny po śmierci. Rozważajmy tę prawdę wytrwale — choć na pierwszy rzut oka możemy sądzić, że rozumiemy ją zupełnie. Rzecz, o której należy pamiętać, jest następująca: każda dusza ludzka, która jest lub była na ziemi, posiada odrębny byt — i to w wieczności, nie tylko w czasie; w świecie niewidzialnym, nie tylko w tym — nie jedynie przez czas swego doczesnego życia, lecz od samej chwili swego stworzenia, niezależnie od tego, czy jest złączona z cielesnym ciałem, czy nie.
Nic nie jest trudniejsze niż urzeczywistnienie w myśli prawdy, że każdy człowiek posiada odrębną duszę, że każdy spośród wszystkich milionów, które żyją lub żyły, jest istotą tak pełną i niezależną w sobie samej, jak gdyby nie było nikogo innego na całym świecie prócz niego. Żeby wyjaśnić, co mam na myśli: czy sądzicie, że dowódca armii urzeczywistnia to, gdy wysyła oddział żołnierzy na jakąś niebezpieczną służbę? Nie mówię, jakoby źle czynił, wysyłając ich — pytam jedynie o sam fakt: czy ów dowódca, jak mniemacie, powszechnie pojmuje, że każdy z tych biednych ludzi ma duszę, duszę tak drogą jemu samemu, tak cenną ze swej natury, jak jego własna? Czy raczej nie patrzy na ów oddział zbiorowo, jako na jedną masę, jako na części pewnej całości, jako na tryby czy sprężyny jakiejś wielkiej machiny, której przypisuje indywidualność — nie zaś każdej duszy, która się na nią składa?
Ten przykład ukazuje, co mam na myśli, i jak wszyscy wystawieni jesteśmy na zarzut, że nie pojmujemy nauki o odrębnej indywidualności duszy ludzkiej. Klasyfikujemy ludzi w masy, jak można by łączyć ze sobą kamienie budowli. Rozważcie nasz zwykły sposób patrzenia na historię, politykę, handel i tym podobne, a przyznacie, że mówię prawdę. Uogólniamy, formułujemy prawa, a następnie kontemplujemy owe twory własnych umysłów i działamy wedle nich i na ich podstawie, jak gdyby to one były prawdziwą rzeczywistością, pomijając to, co nią jest w sposób bardziej istotny. Weźmy inny przykład: gdy mówimy o wielkości narodowej, cóż to znaczy? Otóż znaczy to właściwie, że pewna określona, policzalna liczba nieśmiertelnych istot indywidualnych zdarzyło się przez kilka lat znajdować w warunkach pozwalających im działać wspólnie i jednym na drugiego, w taki sposób, że mogły oddziaływać na szeroki świat, zdobyć nad nim przewagę, osiągnąć potęgę i bogactwo, i wyglądać jak jedna całość, i być opisywaną i traktowaną jak jedna. Przez krótki czas wydają się być czymś jednym; a my, z przyzwyczajenia do życia przez to, co widzialne, uważamy je za jedno i zapominamy o ich odrębności. I gdy ten umiera i tamten umiera, zapominamy, że jest to przejście odrębnych nieśmiertelnych istot w stan niewidzialny, że cała ta całość, która się pojawia, jest jedynie pozorem, a jej składowe części — rzeczywistościami. Nie, nic o tym nie myślimy; lecz choć ciągle i ciągle umierają nowi ludzie, i ciągle i ciągle rodzą się nowi — tak że cała owa całość nieustannie się zmienia — my zapominamy o wszystkich, którzy odpadają, i nie jesteśmy wrażliwi na wszystkich, którzy dochodzą; i wciąż sądzimy, że owa całość, którą nazywamy narodem, jest jedna i ta sama, a jednostki, które przychodzą i odchodzą, istnieją w niej i dla niej jedynie, i są niczym ziarna sterty albo liście drzewa.
Lub znowu: przypatrzcie się jakiemuś gęsto zaludnionemu miastu. Tłumy płyną ulicami — jedni pieszo, drudzy w pojazdach; sklepy są pełne, i domy też, gdybyśmy mogli w nie zajrzeć. Każda część tego miasta tętni życiem. Stąd rodzimy sobie ogólne wyobrażenie blasku, wspaniałości, zamożności i energii. Lecz jaka jest prawda? Otóż taka: że każda istota w owym wielkim tłumie jest sama dla siebie centrum, a wszystko wokół niej jest tylko cieniami, jedynie „cieniem marnym", w którym „chodzi i niepokoi się na próżno". Ma ona własne nadzieje i obawy, pragnienia, sądy i cele; wszystkim jest dla siebie, a nikt inny naprawdę niczym nie jest. Nikt z zewnątrz nie może jej naprawdę dotknąć, dotknąć jej duszy, jej nieśmiertelności; musi żyć ze sobą samą na wieki. Kryje się w niej głębia niezgłębiona, nieskończona otchłań istnienia; a scena, w której bierze chwilowy udział, jest niczym błysk światła na jej powierzchni.
I znowu: gdy czytamy historię, natrafiamy na opisy wielkich rzezi i masakr, wielkich zarazy, głodów, pożarów i tym podobnych; i tu znowu jesteśmy przyzwyczajeni w szczególny sposób traktować zbiorowości ludzi jak gdyby indywidualne jednostki. Nie umiemy pojąć, że wielość jest zbiorem nieśmiertelnych dusz.
Mówię: nieśmiertelnych dusz. Każdy z owych wielkich tłumów nie tylko żył, gdy był na ziemi, lecz ma duszę, która w swoim czasie jedynie powróciła do Boga, który ją dał — i nie zginęła — i która teraz żyje dla Niego. Wszystkie owe miliony nad milionami istot ludzkich, które kiedykolwiek stąpały po ziemi i widziały słońce jeden po drugim, istnieją w tej chwili wszystkie razem. To, jak sądzę, przyznacie, należycie nie urzeczywistniamy. Wszyscy owi Kananejczycy, których lud izraelski wytracił — każdy z nich przebywa gdzieś we wszechświecie, teraz właśnie, w miejscu, które mu wyznaczył Bóg. Czytamy: „Doszczętnie wyniszczyli wszystko, co było" w Jerychu, „od młodego do starego". Znowu, co do Aj: „I tak padło tego dnia w boju wszystkich mężów i niewiast dwanaście tysięcy". I znowu: „Jozue wziął Makkeda, Libnę, Lachisz, Eglon, Hebron, Debir, i pobił je ostrzem miecza, i doszczętnie wytępił wszystkie dusze, które się w nich znajdowały". Każda z owych dusz nadal żyje. Miały swoje odrębne myśli i uczucia, gdy były na ziemi; mają je teraz. Miały swoje upodobania i dążenia; zdobywały, co uważały za dobro, i używały tego; i nadal gdzieś żyją — a to, co czyniły niegdyś w ciele, ma z pewnością swój wpływ na ich obecny los. Żyją, zachowane na dzień, który ma nadejść, gdy wszystkie narody staną przed Bogiem.
Lecz cóż mi mówić o oddanych pod klątwy narodach Kanaanu, skoro Pismo mówi o sądzie szerszym i bardziej powszechnym, a w jednym miejscu zdaje się napomykać o obecnym stanie pełnego grozy oczekiwania, w którym trwają ci, których ów sąd dosięgnął? Cóż za przytłaczający sąd był Potop! Wszystkie istoty ludzkie na ziemi, oprócz ośmiu, zostały przez niego zgładzone. Ów stary świat dusz nadal żyje, choć jego materialne siedlisko zatonęło. Pismo, jak powiadam, daje to do zrozumienia — wprawdzie niejasno, lecz jednak, jak się wydaje, z całą pewnością: święty Piotr mówi o „duchach w więzieniu", to jest będących wtedy w więzieniu, które były „nieposłuszne", „gdy niegdyś długomyślność Boża oczekiwała za dni Noego". Te wielorakie, wielorakie dusze, które przemocą zostały wyrwane ze swych ciał przez wody potopu, żyły dwa tysiące lat później, gdy święty Piotr pisał. Z pewnością żyją dotąd.
I tak samo wszystkie inne wielkie rzesze, o których gdziekolwiek czytamy. Wszyscy Żydzi, którzy polegli podczas oblężenia Jerozolimy, nadal żyją; wojsko Sennacheryba nadal żyje; sam Sennacheryb nadal żyje; wszyscy prześladowcy Kościoła, którzy kiedykolwiek żyli, żyją nadal. Królowie Babilonu nadal żyją; są oni wciąż takimi, jakimi opisał ich Prorok — słabymi teraz zaiste i „w otchłani piekielnej" — lecz mającymi rachunek do zdania i czekającymi na dzień wezwania. Wszyscy, którzy kiedykolwiek zdobyli imię na świecie, wszyscy potężni wojownicy, którzy kiedykolwiek żyli, wszyscy wielcy mężowie stanu, wszyscy przebiegli doradcy, wszyscy intrygujący ambitni, wszyscy lekkomyślni awanturnicy, wszyscy chciwi kupcy, wszyscy dumni rozwiązłownicy — istnieją nadal, choć bezsilni i bezużyteczni. Balaam, Saul, Joab, Achitofel, dobrzy i źli, mądrzy i głupi, bogaci i ubodzy — każdy ma swe odrębne miejsce, każdy przebywa sam w owej sferze światłości lub ciemności, którą tu dla siebie przygotował. Cóż za nowe światło rzuca to na historię! Jesteśmy przyzwyczajeni czytać ją jak opowieść lub fikcję, i zapominamy, że dotyczy ona nieśmiertelnych istot, których nie można zmieść, które są tym, czym były, choćby ta ziemia ulegała zmianom.
I tak samo wszystkie imiona, jakie widujemy wypisane na nagrobkach w kościołach lub na cmentarzach, wszyscy pisarze, których imiona i dzieła oglądamy w bibliotekach, wszyscy budowniczowie, którzy wznosili wielkie gmachy, daleko i blisko będące zadziwieniem świata — wszystkich ich pamięta Bóg, wszyscy żyją.
Tak samo jest z tymi, których sami widzieliśmy, a którzy teraz odeszli. Nie mówię teraz o tych, których znaliśmy i kochaliśmy — tych nie możemy zapomnieć; nie możemy wymazać ich z pamięci. Lecz mówię o wszystkich, których kiedykolwiek widzieliśmy; i o nich też prawdą jest, że żyją. Gdzie — nie wiemy, ale żyją. Być może przypominamy sobie, jak w dzieciństwie widzieliśmy raz pewną osobę; i to niemal jak sen zdaje się nam teraz, żeśmy ją widzieli. Wygląda to jak przypadkowe zdarzenie, które przemija i jest już skończone — jak jakieś stworzenie chwili, niemające bytu poza nią. Deszcz pada i wiatr wieje; a ulewy i burze nie trwają dłużej niż czas, w którym je odczuwaliśmy; nie mają one bytu same w sobie. Lecz jeśli choć raz widzieliśmy jakiekolwiek dziecię Adama, widzieliśmy nieśmiertelną duszę. Nie przeminęła jak powiew wiatru czy blask słońca, lecz żyje; żyje w tej chwili w jednym z owych wielu miejsc — czy to szczęśliwości, czy udręki — w których wszystkie dusze pozostają zachowane aż do końca.
Lub znowu: przywołajmy w pamięci tych, których znaliśmy nieco lepiej, choć nie intymnie — wszystkich, którzy umarli nagle lub przed czasem, wszystkich, których widzieliśmy w pełni zdrowia i animuszu, wszystkich, których widzieliśmy w okolicznościach, które w jakiś sposób ujawniały ich charakter i dawały im jakieś miejsce w naszej pamięci. Zniknęli z naszych oczu, lecz wszyscy nadal żyją, każdy z własnymi myślami; czekają na sąd.
Sądzę, że przyznamy, iż te myśli o innych nie są nam bliskie; a jednak nikt nie może powiedzieć, że są one nieuzasadnione. I sądzę też, że te myśli o innych, które nam są bliskie, nie są takimi, jakie przystoją wierzącym w Ewangelię; natomiast te, które kreśliłem, przystoją nam — jako skłaniające nas do mniejszego przywiązania do tego świata, z jego nadziejami i lękami, planami, powodzeniami i rozkoszami.
Co więcej: każda z wszystkich dusz, które kiedykolwiek były na ziemi, przebywa, jak już wspomniałem, w jednym z dwóch stanów duchowych — tak od siebie różnych, że jeden z nich jest przedmiotem Bożej łaski, a drugi podlega Jego gniewowi; jeden na drodze do wiecznego szczęścia, drugi do wiecznej niedoli. Prawda ta dotyczy umarłych, lecz dotyczy także żyjących. Wszyscy zmierzają w jednym lub w drugim kierunku; nie ma dla nikogo żadnego stanu pośredniego ani neutralnego — choć na tyle, na ile oceniamy to, co zewnętrzne, wszyscy ludzie zdają się być w jednakowym, wspólnym stanie. A jednak — choć ludzie wyglądają podobnie do siebie i choć niemożliwe jest dla nas orzeczenie, gdzie każdy stoi w oczach Bożych — istnieją dwie, i tylko dwie klasy ludzi, a ich charaktery i przeznaczenia różnią się w swych tendencjach tak dalece, jak światło od ciemności. Odnosi się to nawet do tych, którzy pozostają w ciele — a jeszcze bardziej jest prawdziwe w odniesieniu do tych, którzy przeszli w stan niewidzialny.
Żadna myśl nie jest oczywiście bardziej przytłaczająca niż ta, że każdy, kto żyje lub żył, przeznaczony jest na nieskończoną szczęśliwość lub mękę. Jest ona zbyt ogromna, byśmy mogli ją w sobie urzeczywistnić. Lecz to, co szczególnie powiększa zamęt umysłu, gdy usiłuje on to uczynić, jest właśnie owa rzecz, o której wspomniałem: że są jedynie te dwa stany, że każdy z nas indywidualnie przebywa w jednym lub w drugim — że stany, w których indywidualnie jesteśmy umieszczeni, są tak niewypowiedzianie przeciwstawne sobie, podczas gdy my wyglądamy tak podobnie do siebie. Jest to z pewnością zupełnie poza zasięgiem naszych rozumów, że wszyscy my żyjemy razem — jako krewni, przyjaciele, towarzysze, sąsiedzi; że jesteśmy ze sobą w zażyłości lub w bliskich stosunkach, że odbywa się wśród nas powszechna wymiana, przepływ myśli, wzajemna pomoc, wzajemne oddziaływanie umysłu na umysł, woli na wolę, postępowania na postępowanie — i jednak po tym wszystkim, że przepastna rozpadlina rozdziela nas, biegnąc wśród nas niewidocznie i rozcinając nas na dwa obozy — nie przepaść nie do przebycia tu, Bogu dzięki! — nie do przebycia dopiero, gdy przejdziemy na tamten świat, lecz istniejąca naprawdę już teraz — tak że każda osoba, którą spotykamy, jest w nieomylnym oku Bożym albo po jednej, albo po drugiej stronie; i gdyby Mu spodobało się wziąć ją stąd natychmiast, znalazłaby się albo w raju, albo w miejscu katuszy. Pan nasz zaznacza to w odniesieniu do dnia Sądu: „Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, a druga zostawiona. Dwóch będzie na roli: jeden będzie wzięty, a drugi zostawiony."
Sprawia to myśl jeszcze bardziej uroczystą, że mamy powody sądzić, iż dusze po złej stronie granicy są znacznie liczniejsze od tych po stronie dobrej. Spekulowanie jest rzeczą złą; lecz niepokój jest bezpieczny. Tyle wiemy na pewno: że Chrystus mówi wyraźnie: „Wielu jest wezwanych, lecz mało wybranych"; „Szeroka jest droga, która prowadzi na zatracenie, i wielu nią chodzi"; natomiast „wąska jest droga, która prowadzi do życia, i niewielu ją znajduje."
Jeśli więc trudno — jak powiedziałem — urzeczywistnić sobie, że wszyscy, którzy kiedykolwiek żyli, nadal żyją, to równie trudno jest przynajmniej uwierzyć, że trwają oni w stanie albo wiecznego spoczynku, albo wiecznej kaźni; że wszyscy, których znaliśmy i którzy odeszli, są już w tym stanie; i że my, którzy żyjemy jeszcze, gdybyśmy teraz umarli, znaleźlibyśmy się natychmiast albo w jednym, albo w drugim stanie. Co więcej, powiem jeszcze to: gdy poważnie zastanawiamy się nad tym zagadnieniem, jest niemal niepojęte — nie mówię, że co do dużej ich liczby, ale co do jakiejkolwiek osoby, którą widzimy przed sobą — choćby zewnętrzne pozory były jak najbardziej nieobiecujące — że owa osoba rzeczywiście jest pod Bożym niezadowoleniem i w stanie potępienia. Tak trudno żyć przez wiarę! Ludzie czują, że trudnością jest konieczność przyjęcia niektórych innych nauk Kościoła, które są mniej lub bardziej sprzeczne z tym, co widzą. Na przykład mówią jako argument przeciwko odrodzeniu w Chrzcie: „Czy możliwe, by wszyscy, którzy zostali ochrzczeni, rzeczywiście zostali odrodzeni, skoro patrzy się na życie, jakie prowadzą?" Każą świadectwu zmysłów przemawiać przeciwko nauce wymagającej wiary. A jednak — czy jest cokolwiek bardziej zdumiewającego, cokolwiek trudniejszego do wiary, niż to, że jakakolwiek jedna osoba, którą widzimy — choćby jej życie było jak najbardziej grzeszne — podlega w tej chwili wiecznemu gniewowi Bożemu i ściągnęłaby go na siebie, gdyby umarła od razu, i ściągnie go, jeśli się nie nawróci? To właśnie jest to, do wiary w co nie możemy się zdobyć. Wszystko, na co zazwyczaj się zdobywamy, to przyznanie, że pewne osoby są, jak to mówimy, „w niebezpieczeństwie piekła". Otóż, jeśli tym ostrożnym wyrażeniem chcemy jedynie powiedzieć, że ludzie bezbożni mogą się nawrócić przed śmiercią, albo że ludzie mogą nam się wydawać bezbożnymi, nie będąc nimi, i że dlatego bezpieczniej jest mówić o ludziach jako będących w niebezpieczeństwie gniewu Bożego, niż że są pod nim rzeczywiście — dotąd dobrze. Lecz błądzimy, jeśli chcemy przez to — jak często bywa — zaprzeczyć, że bezbożnicy, jako tacy, niezależnie od tego, czy człowiek może ich rozpoznać, czy nie, nie tylko trwają w tej chwili w niebezpieczeństwie, lecz rzeczywiście pozostają pod mocą gniewu Bożego. Zdrowych ludzi w niezdrowym kraju powiemy, że są w niebezpieczeństwie choroby; żołnierze w bitwie są w niebezpieczeństwie ran; ale bezbożnicy nie tylko narażają się na wieczne przekleństwo Boże, lecz rzeczywiście pod nim trwają — i gdy widzimy bezbożnika, widzimy kogoś, kto jest pod nim, tylko wyrażamy się ostrożnie, zarówno mając nadzieję, że może się nawrócić, jak i mając świadomość, że możemy się mylić. Lecz bez względu na to, czy ludzie mogą być takimi, jakimi się wydają, czy też nie, i bez względu na to, czy mają się zmienić, czy nie — pewne jest, że każdy, kto umiera, przechodzi natychmiast w jeden lub drugi z owych dwóch stanów; i jeśli umiera nieuświęcony i niepogodzony z Bogiem, w stan wiecznej niedoli.
Jak mało szeroki ogół zdaje sobie z tego sprawę, pokazuje zachowanie ocalałych bliskich po stracie. Niechaj odeszła osoba była nieważne jak jawnym grzesznikiem, nieważne jak zatwardziałym pijakiem, nieważne jak niedbałą o chrześcijańskie ustanowienia — i choć nie mają żadnej podstawy, by sądzić, że dokonywało się w niej cokolwiek budującego — jednak zazwyczaj skłonni są wierzyć, że poszła do nieba; z przekonaniem mówić będą o jej spokoju, o tym, że bóle się skończyły, o jej szczęśliwym uwolnieniu i tym podobnych rzeczach. Rozwijają te tematy — a tymczasem ich obowiązkiem jest zachowywać milczenie, czekać z drżącą nadzieją i w rezygnacji. Czemu więc mówią i myślą w ten sposób? Najwyraźniej dlatego, że nie mogą sobie wyobrazić, iż jest możliwe, by on lub by oni mogli być potępieni. Nawet najgorsi ludzie mają cechy, które sprawiają, że są drodzy tym, którzy stają się im bliscy. Mają ludzkie uczucia w takiej czy innej formie. Nawet czarownica z Endor okazała swemu gościowi współczucie i życzliwość, które nas wzruszają. Ludzkich uczuć nie ma w piekle, a my nie możemy się zdobyć na myśl, że ci, którzy je posiadają, są jego mieszkańcami. I z tego powodu ludzie nie mogą dopuścić nawet nagiej możliwości, że drugi człowiek może być potępiony; odrzucają tę myśl, i dlatego, gdy ktoś umiera, wnioskują — jako o jedynej możliwej alternatywie — że musi być na łonie Abrahama; i mówią to odważnie, i chwytają się jakiegoś urwanego zdania, które wypowiedział w czasie choroby, gdy był spokojniejszy lub słabszy, albo łatwości, z jaką umierał, dla potwierdzenia swego przekonania.
A jeśli trudno uwierzyć, że są wśród nas w tej chwili jakiekolwiek osoby w stanie śmierci duchowej, jakże mamy pojąć to, co być może jest prawdą: że jest ich wiele, a może mnóstwo? Jakże mamy przekonać siebie samych o wielkiej prawdzie, że pomimo zewnętrznych pozorów społeczność ludzka, jaką ją zastajemy, jest tylko częścią niewidzialnego świata i rzeczywiście dzieli się jedynie na dwa zastępy — synów Bożych i dzieci złego; że niektóre dusze są przez Aniołów obsługiwane, inne przez diabły prowadzone w niewolę; że niektóre są „współobywatelami świętych" i niewidzialnego „domownikami Boga", inne zaś towarzyszami tych Jego wrogów z dawnych czasów, którzy teraz czekają w więzieniu na sąd?
Jak błogosławieni bylibyśmy, gdybyśmy to naprawdę pojmowali! Jaka zmiana dokonałaby się w naszych myślach, gdybyśmy nie byli zupełnymi wyrzutkami — gdybyśmy pojęli, czym jesteśmy i gdzie jesteśmy: istotami zdającymi rachunek i będącymi na próbie, z Bogiem jako swym przyjacielem i diabłem jako swym wrogiem, i posunąwszy się o pewien krok na drodze prowadzącej albo do nieba, albo do piekła. Żadne prawdy, choćby najstraszliwsze, choćby najpełniej przybliżone umysłowi, nie przemienią go, jeśli nie przebywa w nim miłość Boga i świętości; lecz żaden spośród nas, jak możemy pokornie ufać, nie jest w tym stanie potępienia. Pragnie się myśleć, że nikt nie wzgardził tak Duchem łaski i nie zgrzeszył tak przeciwko Krwi Przymierza, by nie pozostało mu już nic z jego odrodzonej natury; że nikt spośród nas — gdyby zamknął oczy na świat zewnętrzny i otworzył je na świat wewnętrzny, rozważył swój prawdziwy stan i przyszłość, i przywołał pamięć całego swojego dotychczasowego życia — nie zostałby doprowadzony do nawrócenia i poprawy. Starajcie się tedy, bracia moi, urzeczywistnić w sobie, że posiadacie dusze, i módlcie się do Boga, by pozwolił wam to uczynić. Starajcie się oderwać swoje myśli i sądy od rzeczy widzialnych; patrzcie na rzeczy tak, jak Bóg na nie patrzy, i sądźcie o nich tak, jak On sądzi. Minie jeszcze kilka lat, a sami będziecie rzeczywiście doświadczać tego, w co jesteście teraz wezwani wierzyć. Nie będzie już potrzeby owego wysiłku umysłu, do którego was zapraszam, gdy przejdziecie w stan niewidzialny. Nie będzie potrzeby zamykania oczu na ten świat, gdy ten świat zniknie wam z oczu i nie pozostanie wam przed oczyma nic prócz tronu Bożego i powolnych, lecz nieustannych poruszeń wokół niego w przygotowaniu do sądu. W owym przedziale czasu, gdy będziecie w owym rozległym przytulisku dusz rozłączonych z ciałem — jakie będą wasze myśli o świecie, który opuściliście! Jak małe będą się wam wtedy zdawać jego najwznioślejsze cele, jak blade jego najżywsze przyjemności — w porównaniu z wiecznymi celami i nieskończonymi rozkoszami, których wówczas odczujecie nareszcie zdolność duszy! O, bracia moi, niechaj ta myśl towarzyszy wam dzień po dniu — zwłaszcza gdy jesteście kuszeni do grzechu. Strzeżcie się grzechu jak węża; wygląda ponętnie i obiecuje wiele; kąsa potem. Jest straszliwy we wspomnieniu, straszliwy już na ziemi; lecz w owej pełnej grozy chwili, gdy gorączka życia minie i gdy będziecie czekać w ciszy na sąd, bez niczego, co by odciągało wasze myśli — któż może powiedzieć, jak straszliwa może być pamięć grzechów popełnionych w ciele? Wtedy nawet samo przeczucie kary, gdy Chrystus niespodziewanie nawiedzi, z pewnością przeważy tysiąckrotnie ową rozkosz — taką jaka była — jaką czuliście, popełniając je; a jeśli tak, to cóż dopiero, jaki będzie stosunek między nią a ową karą, jeśli po wszystkim zostanie ona rzeczywiście wymierzona? Weźmy sobie do serca własne, jak najbardziej miłosierne słowa Zbawiciela naszego: „Nie bójcie się" — mówi On — „tych, którzy zabijają ciało, a potem nie mogą nic więcej uczynić. Lecz wskażę wam, kogo się bać macie. Bójcie się Tego, który po zabiciu ma władzę wtrącić do piekła. Tak, powiadam wam, Jego się bójcie."