*„Dni lat pielgrzymowania mojego mają sto i trzydzieści lat: dni lat życia mego były nieliczne i złe, i nie osiągnęły dni lat życia ojców moich w dniach ich pielgrzymowania."* — Rdz 47,9
Dlaczego sędziwy Patriarcha nazwał swoje dni nielicznymi, skoro żył dwa razy dłużej niż żyją teraz ludzie w chwili, gdy to mówił? Dlaczego nazwał je złymi, widząc, że wiódł życie na ogół w bogactwie i czci, a co więcej — w łasce Bożej? A jednak opisał swój czas jako krótki, dni swoje jako złe, a życie jako zaledwie pielgrzymowanie. Gdyby nawet przyznać, że jego uciski były tak wielkie, iż słusznie myślał nisko o swoim życiu pomimo towarzyszących mu dobrodziejstw, to i tak wydaje się na pierwszy rzut oka zaskakujące, że miał je za krótkie — bo przecież miał nieporównywalnie więcej czasu na najwznioślejsze cele swego istnienia niż my. Nawiązuje on wprawdzie do dłuższego życia, jakie było udziałem jego ojców, i może dotkliwiej niż oni odczuwał niedołężność starości; lecz ta różnica między nim a nimi ledwie mogła być prawdziwym źródłem jego skargi w przytoczonych słowach — co najwyżej jej potwierdzeniem lub okazją do jej wyrażenia. Mowa ta żałobna nie stąd wynikała, że Abraham żył sto siedemdziesiąt pięć lat, a Izaak sto osiemdziesiąt, a on sam — choć życie jego jeszcze się nie skończyło — zaledwie sto trzydzieści. Bo gdy czas mija, nie ma znaczenia, jak długo trwał; i bez wątpienia to właśnie był prawdziwy powód, dla którego Patriarcha mówił tak jak mówił — nie dlatego że jego życie było krótsze od życia ojców, lecz dlatego że dobiegało końca. Gdy życie już minęło, wszystko jedno, czy trwało dwieście lat, czy pięćdziesiąt. I właśnie ta cecha, wyryta w ludzkim życiu w dniu jego narodzin — a mianowicie że jest śmiertelne — czyni je we wszelkich okolicznościach i w każdej postaci jednakowo słabym i godnym pogardy. Wszystkie różnice, jakimi ludzie się odznaczają — zdrowie i siła, stan wysoki lub niski, szczęście lub niedola — znikają wobec tego wspólnego losu, jakim jest śmiertelność. Minie kilka lat i najdłużej żyjący odejdzie; a to, co było, nie będzie mu wtedy żadnym pożytkiem, chyba w swych skutkach.
I to poczucie nicości życia, które budzi w nas sam fakt, że dobiega kresu, pogłębia się jeszcze bardziej, gdy zestawimy je z możliwościami tych, którzy je przeżywają. Gdyby Jakub dożył wieku Matuzalema, i tak nazwałby swoje życie krótkim. Tak właśnie wszyscy czujemy — choć na pierwszy rzut oka wydaje się to sprzeczne — że choćby dni płynęły powoli i były brzemienne wieloma zdarzeniami bądź pełne smutku i przygnębienia, przez co dłużą się i nużą, to jednak rok mija prędko, choć godziny się wleką, a czas miniony jest jak sen, choć zdawało nam się, że nigdy nie przeminie, gdy trwał. Przyczyna zdaje się być następująca: gdy rozważamy ludzkie życie samo w sobie, w jakimkolwiek jego wycinku, dostrzegamy w nim obecność duszy, energię duchowego bytowania, istoty pociągniętej do odpowiedzialności — świadomość mówi nam o tym w każdej chwili. Lecz gdy patrzymy wstecz na nie we wspomnieniu, widzimy je tylko z zewnątrz, jako zwykły upływ czasu, jako zwykłą ziemską historię. A najdłuższe trwanie tego zewnętrznego świata jest jak proch i nie waży niczego w porównaniu z jedną chwilą życia świata wewnętrznego. Tak więc bezustannie spodziewamy się od życia wielkich rzeczy, bo w każdej chwili wewnętrzna świadomość mówi nam, że mamy dusze; i bezustannie doznajemy zawodu, gdy rozważamy, co zyskaliśmy z czasu minionego lub czego spodziewać się możemy po czasie przyszłym. Życie bezustannie obiecuje i nigdy nie spełnia; i dlatego, jakkolwiek długie, dni nasze są nieliczne i złe. Na tym właśnie aspekcie zagadnienia chcę się teraz zatrzymać.
Nasze życie ziemskie obiecuje więc to, czego nie spełnia. Obiecuje nieśmiertelność, a jest śmiertelne; zawiera w sobie życie w śmierci i wieczność w czasie; i pociąga nas zaczątkami, które tylko wiara zdolna jest doprowadzić do końca. Mam na myśli to, że biorąc pod uwagę moce, którymi dusze nasze są obdarzone jako chrześcijanie, sama ich świadomość napełnia nas pewnością, że muszą one przetrwać to życie — to znaczy w przypadku ludzi dobrych i świętych, których obecny stan jest dla tych, co dobrze ich znają, zadatkiem nieśmiertelności. Wielkość ich darów, zestawiona z nikłym czasem, jaki mają na ich ćwiczenie, narzuca umysłowi myśl o innym życiu niemal jako koniecznym dopełnieniu i następstwie tego życia, a na pewno jako w nim zawartym — pod warunkiem, że istnieje sprawiedliwy Rządca świata, który nie stworzył człowieka na próżno.
Jest to myśl, która nawiedza nas nie zawsze, lecz w pewnych okolicznościach. I wielu spośród tych, którzy na pierwsze słyszenie mogliby sądzić, że nigdy czegoś takiego nie odczuwali, rozpozna może to, co mam na myśli, gdy to opiszę.
Mam na myśli to, co dzieje się, gdy widzimy jakąś znakomitą osobę, której cnoty nam są znane, której dobroć, serdeczność, czułość i hojność — gdy widzimy ją umierającą (niech żyła choćby najdłużej; nie zakładam przedwczesnej śmierci; niech przeżyje swoje dni), myśl narzuca się nam jakby znienacka: „Z pewnością jeszcze nie pora, by umarł; nie miał jeszcze żadnej sposobności, by należycie użyć tych znakomitych darów, którymi Bóg go obdarzył." Niech żył siedemdziesiąt czy osiemdziesiąt lat — zdaje się, jakby nic dotąd nie uczynił i jego życie ledwie się zaczęło. Żył może przez całe swoje dni w sferze prywatnej; zajmował się mnóstwem drobiazgowych spraw, które kończyły się wraz z dniem i nie przynosiły widocznych owoców. Miał akurat tyle doświadczenia w różnych okolicznościach, by dać świadectwo temu, co w nim tkwiło — lecz nie dość, by to należycie rozwinąć. Dostrzegamy w nim, być może, szlachetną życzliwość serca, ciepłość duszy i dobroczynne usposobienie, które, gdyby miało środki, rozsiewałoby dobrodziejstwa na wszystkie strony; a jednak nigdy nie był bogaty — umiera w ubóstwie. Zwykliśmy mówić sobie: „Czymże byłby taki człowiek, gdyby miał majątek?" — nie dlatego że wyobrażamy sobie, iż kiedykolwiek bogactwo posiadał, lecz ze względu na to, jak dobrze by mu ono przystawało; gdy jednak naprawdę umiera tak, jak żył — bez niego — czujemy jakiś zawód: doszło do jakiegoś niepowodzenia, umysł jego, myślimy sobie, nigdy nie osiągnął swego celu, nosił w sobie skarb, który nigdy nie był użyty. Jego dni były nieliczne i złe, i przedwcześnie się zestarzały w porównaniu z jego możliwościami; i ta świadomość przymusza nas, by spojrzeć w przyszłość, na czas przyszłego życia, jako na czas, gdy zostaną one ujawnione i wejdą w działanie. Nie próbuję takimi rozważaniami dowieść istnienia życia przyszłego — przyjmijmy to za pewnik. Chodzi mi o to, że ponad i ponad naszym twierdząco wyrażonym przekonaniem o tej wielkiej prawdzie, doznajemy rzeczywistego przymusu wiary, osiągamy jakby zmysłowe przekonanie o owym życiu przyszłym, pewność trafiającą do serca i przenikającą je — właśnie przez to niedoskonałość tego, co obecne. Sama wielkość naszych możliwości sprawia, że to życie wydaje się mizernym; sama mizeria tego życia narzuca naszym myślom inne; a perspektywa innego życia nadaje temu życiu godność i wartość, skoro ono je zapowiada; i tak to życie jest zarazem wielkie i małe, i słusznie je lekceważymy, a zarazem wywyższamy jego znaczenie.
A jeśli życie to jest krótkie nawet wówczas, gdy najdłuższe — ze względu na wielką dysproporcję między nim a możliwościami człowieka odrodzonego — tym bardziej oczywiście ma to miejsce wtedy, gdy zostaje skrócone i śmierć przychodzi przedwcześnie. Są ludzie, którzy w jednej chwili swego życia okazali nadludzką wyżynę i majestat ducha, których wykonanie we właściwych mu przedmiotach wymagałoby wieków, a niejako wyczerpanie — i którzy przez takie przelotne rozbłyski, jak promienie słoneczne i błyskawice, dają nam znak swej nieśmiertelności, dają nam znak, że są zaledwie Aniołami w przebraniu, wybranymi Bożymi, naznaczonymi do życia wiecznego, przeznaczonymi sądzić świat i królować z Chrystusem na wieki. A jednak są nagle zabrani i ledwie ich rozpoznaliśmy, gdy już ich tracimy. Czyż można wierzyć, że nie zostali zabrani dla wyższych celów gdzie indziej? Mówi się o tym niekiedy w odniesieniu do naszych zdolności intelektualnych; lecz jeszcze bardziej jest to prawdą w stosunku do naszej natury moralnej. Jest coś w prawdzie i dobroci moralnej, w wierze, w niezłomności, w duchu niebieskim, w łagodności, w odwadze, w miłującym miłosierdziu, czemu okoliczności tego świata zgoła nie dorównują, na co najdłuższe życie nie wystarcza, co sprawia, że najwyższe sposobności na tym świecie są rozczarowujące, co musi rozsadzić więzienie tego świata, by mieć stosowne pole działania. Tak więc gdy dobry człowiek umiera, skłonni jesteśmy powiedzieć: „Nie pokazał jeszcze i połowy siebie; nie miał niczego, co by go rozwijało; dni jego przeminęły jak cień i uschł jak trawa."
Powiadam, że słowo „rozczarowujące" jest jedynym słowem, które oddaje nasze uczucia przy śmierci świętych Bożych. Jeżeli nasza wiara nie jest dość czynna, by przebić się poza grób i urzeczywistnić przyszłość, czujemy przygnębienie na widok czegoś, co wygląda jak niepowodzenie wielkich rzeczy. A z tego właśnie uczucia możemy, przez rodzaj sprzeczności, czerpać słuszną nadzieję; bo jeśli to życie jest tak rozczarowujące, tak niedokończone, to z pewnością nie jest ono całością. To uczucie rozczarowania nachodzi nas często w szczególny sposób wówczas, gdy przypadkowo dowiadujemy się lub jesteśmy świadkami łoża śmierci ludzi świętych. Godzina śmierci zdaje się być chwilą, z której w rękach Opatrzności można by wiele uczynić, jeśli wolno mi użyć tego wyrażenia — wiele można by zdziałać dla chwały Bożej, dobra ludzi i objawienia osoby umierającej. Z góry przyjaciele oczekują może, że wtedy wydarzy się coś wielkiego, czego nigdy nie zapomną. A jednak: „Jako umiera mędrzec, tak umiera i głupiec." Takie jest doświadczenie Kaznodziei i nasze własne mu wtóruje. Król Jozjasz, gorliwy sługa Boga Żywego, umarł śmiercią bezbożnego Achaba, czciciela Baala. Prawdziwi chrześcijanie umierają tak jak inni ludzie. Jeden ginie w nagłym wypadku, drugi na polu bitwy, trzeci bez przyjaciół, którzy by widzieli, jak umiera, czwarty jest nieprzytomny lub nie jest sobą. Sposobność zdaje się być więc zaprzepaszczona i z mocą przypomina nam się, że „objawienie synów Bożych" należy do przyszłości; że „tęskne oczekiwanie stworzenia" czeka jedynie na nie; że to życie nie jest na miarę tak wielkiego zadania, jakim byłoby należyte ukazanie tych ukrytych, którzy pewnego dnia „zajaśnieją jak słońce w królestwie swego Ojca."
Lecz ponadto (o ile wolno spekulować), można sobie wyobrazić to samo rodzaju uczucie, i to w stopniu wprost unoszącym duszę, ogarniające duszę wiernego chrześcijanina, gdy właśnie oddzielona od ciała uświadamia sobie, że jej próba skończyła się raz na zawsze. Choć życie jego było długą i bolesną szkołą, to gdy dobiegnie końca, możemy przypuszczać, że w tej chwili odczuje takie samo zdziwienie z jego zakończenia, jakiego zazwyczaj doznajemy po każdym wysiłku w tym życiu, gdy cel został osiągnięty i oczekiwanie minęło. Gdy nastawiamy się duchowo na jakiś moment czasu, jakieś wielkie wydarzenie, spotkanie z obcymi, widok czegoś niezwykłego lub sposobność jakiejś wyjątkowej próby — gdy przychodzi i mija, następuje w nas dziwna przemiana uczucia z racji odmienionych okoliczności. Takie może być — lecz bez żadnej domieszki bólu, bez żadnego znużenia, przytępienia czy rozczarowania — szczęsne rozważanie ducha uwolnionego od ciała; jakby mówił do siebie: „A więc wszystko już po wszystkim; to jest to, na co tak długo czekałem; do czego się utwierdzałem; przeciwko czemu przygotowywałem się, pościłem, modliłem się i pełniłem sprawiedliwość. Śmierć przyszła i minęła — po wszystkim. Ah! czy to możliwe? Jakże łatwa próba, jakże mała cena za chwałę wieczną! Kilka ciężkich chorób albo jakiś ostry ból przez czas jakiś, albo kilka nielicznych i złych lat, albo jakieś walki duchowe, ponura osamotnienie przez pewien czas, walki i lęki, bolesne utrata bliskich lub pogarda i złe traktowanie ze strony świata — jakże mnie dręczyły, jak wiele o nich myślałem, a jednak jak mało są w istocie warte! Jakże godną pogardy rzeczą jest życie ludzkie — samo w sobie godne pogardy, lecz w swych skutkach bezcenne! bo było mi jak małe ziarnko łatwe do nabycia, kiełkujące i dojrzewające w szczęśliwość wieczną."
Skoro tak niepożyteczne jest to życie samo w sobie, jasne jest, jak powinniśmy je traktować, przeprowadzając się przez nie. Powinniśmy pamiętać, że jest ono zaledwie czymś przypadłościowym wobec naszego bytu — że nie stanowi żadnej jego części, bo jesteśmy nieśmiertelni; że jesteśmy nieśmiertelnymi duchami, niezależnymi od czasu i przestrzeni, a to życie jest zaledwie jakąś zewnętrzną sceną, na której działamy przez pewien czas i która jest tylko tyle warta i tylko tyle ma za cel, ile i co potrzeba, by wypróbować, czy będziemy służyć Bogu, czy nie. Powinniśmy uważać się za będących na tym świecie nie pełniej niż gracze są w grze; a życie za coś w rodzaju snu, oderwane i różne od naszego prawdziwego wiecznego istnienia, tak jak sen różni się od jawy — snu poważnego wprawdzie, bo dostarczającego środka do naszego osądzenia, a jednak samego w sobie jakby cienia bez treści, sceny rozpostartej przed nami, w której zdajemy się być i w której naszym obowiązkiem jest działać tak właśnie, jakby wszystko, co widzimy, miało prawdę i rzeczywistość, ponieważ wszystko, co nas spotyka, wpływa na nas i na nasz los. Dusza odrodzona zostaje przyjęta do wspólnoty z Świętymi i Aniołami, a „życie jej jest ukryte z Chrystusem w Bogu;" ma swoje miejsce w dworze Bożym i nie jest z tego świata — patrząc na ten świat jak widz mógłby patrzeć na jakiś pokaz lub widowisko, wyjąwszy gdy czas po czasie jest wezwana, by w nim uczestniczyć. I gdy słucha instynktu zmysłów, czyni to dla chwały Bożej i poddaje się rzeczom czasu na tyle, by przez nie dojść do doskonałości, żeby gdy opadnie zasłona i ujrzy siebie tam, gdzie zawsze była — w królestwie Bożym — mogła się okazać godną korzystania z niego. Ten właśnie pogląd na życie usuwa od nas wszelkie zdziwienie i rozczarowanie jego niezupełnością: równie dobrze moglibyśmy oczekiwać, by jakieś przypadkowe wydarzenie, które zaszło w jego toku, było zupełne — jakaś przypadkowa rozmowa z obcym lub godzinny trud czy rozrywka.
Tak więc rozumiejmy nasz obecny stan: jest on cenny, bo objawia nam pośród cieni i figur istnienie i przymioty Boga Wszechmogącego i Jego wybranych; jest cenny, bo pozwala nam obcować z nieśmiertelnymi duszami, które tak jak my są na próbie. Jest ważny, bo jest sceną i środkiem naszej próby; lecz poza tym nie ma żadnych praw wobec nas. „Marność nad marnościami, mówi Kaznodzieja, wszystko marność." Możemy być biedni lub bogaci, młodzi lub starzy, poważani lub lekceważeni — i powinno to na nas oddziaływać nie bardziej, nie unosić nas ani nie przygnębiać, niż gdybyśmy byli aktorami w sztuce, którzy wiedzą, że odgrywane przez nich postacie nie są ich własne i że choć jedni zdają się być wyżsi od drugich — czy to królami, czy chłopami — w rzeczywistości wszyscy są na równym poziomie. Jedynym pragnieniem, które powinno nami kierować, winno być przede wszystkim ujrzenie twarzą w twarz Tego, który teraz jest ukryty przed nami; a następnie — w Nim i przez Niego — bezpośredniego wiecznego obcowania z bliskimi wokół nas, których teraz znamy jedynie poprzez pośrednictwo zmysłów, przez niepewne i cząstkowe środki, dające nam małe wejrzenie w ich serca. Takie uczucia przystoją wobec tego pociągającego, a zwodniczego świata. Co mamy do czynienia z jego darami i zaszczytami my, którzy ochrzczeni już zostaliśmy do życia przyszłego i nie jesteśmy dłużej obywatelami tego? Po cóż mamy pragnąć długiego życia, bogactwa, sławy czy wygód my, którzy wiemy, że świat przyszły będzie wszystkim, czego serce nasze zapragnąć może, i to nie pozornie tylko, lecz prawdziwie i wiecznie? Po cóż mamy spoczywać w tym świecie, gdy jest on znakiem i obietnicą innego? Po cóż mamy się zadowalać jego powierzchnią, zamiast przywłaszczać sobie to, co kryje się pod nią? Dla tych, którzy żyją wiarą, wszystko, co widzą, mówi im o owym świecie przyszłym; same chwały przyrody — słońce, księżyc i gwiazdy, bogactwo i piękno ziemi — są jakby typami i figurami, świadczącymi o niewidzialnych rzeczach Bożych i nauczającymi ich. Wszystko, co widzimy, przeznaczone jest pewnego dnia rozkwitnąć w niebiańskim kwiecie i zostać przemienione w nieśmiertelną chwałę. Niebo jest teraz poza naszym wzrokiem, lecz we właściwym czasie, jak śnieg topnieje i odkrywa to, co pod nim leżało, tak widzialne stworzenie zbladnie i zniknie przed tymi wspanialszymi blaskami, które stoją za nim i od których teraz zależy. W owym dniu cienie się cofną i jawi się sama substancja. Słońce zbladnie i zaginie na nieboskłonie, lecz stanie się to przed jasnością Tego, kogo ono jest jedynie obrazem — Słońca Sprawiedliwości z uzdrowieniem na Jego skrzydłach, który wyjdzie w widzialnej postaci jak oblubieniec ze swej komnaty, gdy Jego zniszczalny typ będzie zamierał. Gwiazdy, które je otaczają, zostaną zastąpione przez Świętych i Aniołów krążących wokół Jego tronu. Powyżej i poniżej — obłoki powietrzne, drzewa polne, wody wielkiej głębiny — okażą się przeniknięte postaciami wiecznie żyjących duchów, sług Bożych czyniących Jego wolę. I nasze własne śmiertelne ciała okażą się wtedy podobnie zawierające w sobie człowieka wewnętrznego, który wówczas otrzyma właściwe mu proporcje jako harmonijny organ duszy, zamiast tej grubej masy ciała i krwi, którą wzrok i dotyk teraz postrzega. Na to chwalebne objawienie całe stworzenie jest teraz w bólach rodzenia, gorąco pragnąc, by dokonało się w swoim czasie.
Myśli te każą nam z zapałem i pobożnością mówić: „Przyjdź, Panie Jezu, aby skończyć czas oczekiwania, mroku, zamętu, sporów, smutku, trosk." Myśli te skłaniają nas, by radować się z każdego dnia i godziny, które miną, jako przybliżających nas do czasu Jego przyjścia i końca grzechu i niedoli. Są to myśli, które powinny nas tak wzruszać; i tak by wzruszały, gdyby nie ciężar winy, który na nas spoczywa, za grzechy popełnione przeciw światłu i łasce. O, gdyby było inaczej z nami! O, gdybyśmy byli należycie przygotowani do przyjęcia tej lekcji, którą daje nam świat, i tak dobrze spożytkowali dary życia, żebyśmy czując, że jest ono przemijające, radowali się nim jako cennym! O, gdybyśmy nie byli świadomi głębokich plam na naszych duszach, nagromadzonych przez minione lata, i niemocy, które nas bezustannie ogarniają! Gdyby tego wszystkiego nie było — gdyby nie nasz stan nieprzygotowania, jak w pewnym sensie można go słusznie nazwać — jakże radośnie witalibyśmy każdy nowy miesiąc i rok jako znak, że nasz Zbawiciel jest nam o tyle bliższy niż kiedykolwiek dotąd! Niech nam hojnie udziela swojej łaski, by uczynić nas godnymi Jego oblicza, abyśmy nie zawstydzili się przed Nim w Jego przyjściu! Niech raczy udzielić nam pełni łaski swych ustanowień; niech karmi nas najcenniejszymi swymi darami; niech wypleni truciznę z naszych dusz; niech obmyje nas w swojej drogocennej krwi i da nam pełnię wiary, miłości i nadziei jako przedsmak niebieskiej cząstki, którą nam przeznaczył!