*Adwent*
*„Oczy twoje ujrzą Króla w Jego piękności; będą patrzeć na ziemię odległą bardzo."* — Iz 33,17
Rok po roku, w swym biegu, przynosi nam te same przestrogi — i chyba żadne nie są bardziej wymowne niż te, które spotykają nas o tej porze roku. Sam mróz i chłód, deszcz i szarość, jakie teraz na nas spadają, zapowiadają ostatnie posępne dni świata, a w sercach pobożnych budzą o nich myśl. Rok dobiegł kresu; wiosna, lato, jesień — każda z kolei przyniosła swe dary i spełniła swoje zadanie; lecz wszystko minęło i koniec nadszedł. Wszystko przeszło i znikło, wszystko zawiodło, wszystko znużyło; jesteśmy zmęczeni przeszłością; nie życzylibyśmy sobie, by pory roku trwały dłużej; a surowa pogoda, która po nich następuje, choć dolegliwa dla ciała, jest w tonie z naszym usposobieniem i przyjmujemy ją z wdzięcznością. Takie jest nastrojenie ducha, jakie przystoi końcowi roku; i takie nastrojenie ducha ogarnia zarazem dobrych i złych u kresu życia. Nadeszły dni, w których już nie mają radości — a jednak niechętnie by odmłodnieli, choćby mogli to osiągnąć samym życzeniem. Życie jest jako takie dobre, lecz nie zaspokaja. Tak więc dusza wybiega ku przyszłości, i w miarę jak jej sumienie jest czyste, a jej postrzeganie bystre i wierne, raduje się ona z powagą, że „noc minęła, a dzień się przybliżył," że przyjdą „nowe niebiosa i nowa ziemia," choć dawne przemijają — owszem, raczej właśnie dlatego, że przemijają, „niebawem ujrzy Króla w Jego piękności" i „będzie patrzeć na ziemię bardzo odległą." Są to uczucia właściwe ludziom świętym w zimie i w starości — czekającym, może z pewnym przygnębieniem, lecz z ogólnym pocieszeniem i spokojnie, choć gorliwie, na Adwent Chrystusa.
I z takimi też uczuciami stajemy teraz przed Nim na modlitwie dzień po dniu. Pora jest chłodna i ciemna, oddech poranka wilgotny, a modlących się niewielu — lecz wszystko to przystoi tym, którzy z wyznania swego są pokutnikami i żałobnikami, czuwającymi i pielgrzymami. Droższa im ta samotność, weselsza ta surowość, jaśniejsza ta posępność, niż wszelkie ułatwienia i wygody, przy pomocy których ludzie w dzisiejszych czasach usiłują uczynić modlitwę znośniejszą dla siebie. Prawdziwa wiara nie pragnie wygód. Skarży się jedynie wtedy, gdy zabrania jej się klęczeć, gdy spoczywa na poduszkach, osłonięta zasłonami i otulona ciepłem. Jej jedyna udręka — to gdy się jej przeszkadza lub wyśmiewa ją, kiedy chciałaby stanąć jako grzesznik przed swoim Sędzią. Ci, którzy uświadamiają sobie ów straszny Dzień, gdy ujrzą Go twarzą w twarz — Tego, którego oczy są jak płomień ognia — tak mało będą się targować, by modlić się teraz wygodnie, jak mało będą o tym myśleć wówczas.
Rok mija i następuje rok kolejny, lecz te same przestrogi powracają. Znów przychodzi mróz lub deszcz; ziemia zostaje ogołocona z blasku; nie ma w niczym radości. I wtedy, pośród tej bezowocności ziemi i nieba, wracają dobrze znane słowa; czyta się proroka Izajasza; ten sam List i Ewangelia wzywają nas, byśmy „ocknęli się ze snu" i powitali Tego, który „przychodzi w imię Pańskie;" te same Kolekty błagają Go, by nas przygotował na sąd. O błogosławieni, którzy słuchają tych głosów ostrzegawczych i wypatrują Tego, którego nie widzieli, bo „miłują Jego przyjście!"
Nie znajdziemy lepszych rozmyślań na tę porę roku niż te, w które się tu zapuszczamy. Co może być przeznaczeniem innych rodzajów istot — nie wiemy; lecz to wiemy o własnym naszym lękiem przejmującym losie: że przed nami leży czas, gdy będziemy musieli ujrzeć naszego Stwórcę i Pana twarzą w twarz. Nie wiemy, co jest przeznaczone dla innych istot; może są takie, które nic nie wiedzą o swym Stwórcy i nigdy nie zostaną przed Nim stawione. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa dzieje się tak ze stworzeniami nierozsądnymi. Może prawem ich natury jest, by żyły i umierały, lub żyły przez nieokreślony czas, na samych krańcach Jego rządów — podtrzymywane przez Niego, lecz nigdy niedopuszczone do tego, by Go poznać czy się zbliżyć. Lecz to nie jest nasz przypadek. My jesteśmy przeznaczeni stanąć przed Nim; owszem — stanąć przed Nim na sądzie; i to przy pierwszym spotkaniu; i to nagle. Nie tylko będziemy nagrodzeni lub ukarani — będziemy sądzeni. Odpłata za nasze czyny nastąpi nie przez jakieś ogólne zarządzenie ani przez bieg natury, jak dzieje się teraz, lecz od samego Prawodawcy osobiście. Musimy stanąć przed Jego sprawiedliwą Obecnością — i to jeden po drugim. Jeden po drugim będziemy musieli znieść Jego święte i przenikliwe spojrzenie. Teraz przebywamy w świecie cieni. To, co widzimy, jest nietrwałe. Nagle zostanie rozerwane i zniknie, a nasz Stwórca objawi się. I wtedy, powiadam, to pierwsze zjawienie się będzie niczym innym jak osobistym obcowaniem między Stwórcą a każdym stworzeniem. On spojrzy na nas — my spojrzymy na Niego.
Nie muszę tu przytaczać licznych miejsc z Pisma Świętego, które nam to mówią, tytułem dowodu; jednak ponowne ich przywołanie może zakotwiczyć tę prawdę w naszych sercach. Powiedziano nam wprost, że dobrzy i źli ujrzą Boga. Z jednej strony święty Hiob mówi: „A choćby skóra moja była poraniona, a w ciele moim nie byłoby nic — to jednak w ciele moim oglądać będę Boga: Tego, którego ja sam sobie zobaczę, oczy moje ujrzą, a nie kto inny." Z drugiej strony niegodziwiec Balaam powiada: „Ujrzę Go, ale nie teraz; będę Go oglądał, ale nie z bliska; wschodzi Gwiazda z Jakuba, a berło powstaje z Izraela." Chrystus mówi do swoich uczniów: „Podnieście głowy i spoglądajcie w górę, bo zbliża się wasze odkupienie;" a do swych nieprzyjaciół: „Odtąd ujrzycie Syna Człowieczego siedzącego po prawicy Mocy i przychodzącego na obłokach niebieskich." A powiedziano ogólnie o wszystkich ludziach, po pierwsze: „Oto przychodzi z obłokami i ujrzy Go wszelkie oko, a zwłaszcza ci, którzy Go przebodli; i będą się bić w piersi wszystkie pokolenia ziemi." I po drugie: „A gdy się objawi, będziemy podobni do Niego, bo ujrzymy Go takim, jakim jest." Nadto: „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno, lecz wtedy twarzą w twarz;" i jeszcze: „I będą oglądać Jego oblicze, a imię Jego będzie na ich czołach."
A jak oni ujrzą Jego, tak i On ujrzy ich — bo Jego przyjście będzie po to, by ich sądzić. „Wszyscy bowiem musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa" — mówi św. Paweł. I znowu: „Wszyscy staniemy przed trybunałem Boga. Napisano bowiem: Jako żyję — mówi Pan — przede Mną zegnie się wszelkie kolano, a wszelki język wyznawać będzie Bogu. Tak więc każdy z nas zda sprawę Bogu z siebie samego." I jeszcze: „Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale, a wszyscy Aniołowie z Nim, siądzie na tronie swojej chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów."
Oto nasze pierwsze spotkanie z naszym Bogiem; i powiadam — będzie równie nagłe, jak bliskie. „Sami wiecie dobrze" — mówi św. Paweł — „że dzień Pański przyjdzie jak złodziej w nocy. Gdy bowiem będą mówić: Pokój i bezpieczeństwo — wtedy niespodziana zagłada ich dosięgnie." Mówi się to o złych — gdzie indziej powiedziano, że przyjście to zaskoczy dobrych nie mniej niż złych. „Gdy oblubieniec się opóźniał," mądre i głupie panny „wszystkie zasnęły i spały. A o północy rozległo się wołanie: Oto oblubieniec! Idźcie mu na spotkanie."
Gdy ten stan rzeczy — perspektywa, która przed nami się roztacza — trafia do naszej myśli, na pewno powoduje ona, że z niepokojem pytamy: Czy to wszystko, co nam powiedziano? Czy to wszystko, co nam jest dozwolone, czy dla nas uczyniono? Czy tylko tyle wiemy: że teraz wszystko jest ciemne, a wówczas wszystko będzie jasne; że teraz Bóg jest ukryty, a pewnego dnia objawi się; że żyjemy w świecie zmysłów, a mamy wejść w świat duchów? Bo zaiste jest naszą oczywistą mądrością i ścisłym obowiązkiem przygotować się na tę wielką odmianę; a jeśli tak — czy dano nam jakieś wskazówki, sugestie lub zasady co do sposobu przygotowania? „Gotuj się na spotkanie z Bogiem swoim," „Idźcie mu na spotkanie" — oto nakaz rozumu naturalnego, nie mniej niż natchnienia. Lecz jak ma się to dokonać?
Zauważmy, że nie wystarczy niemal odpowiedzieć na to pytanie, mówiąc: musimy starać się Go słuchać i tym sposobem zyskać Jego uznanie. To mogłoby być wystarczające, gdyby nagroda i kara następowały jedynie na sposób naturalny, jak to się dzieje na tym świecie. Lecz gdy głębiej zastanowimy się nad rzeczą, to pojawienie się przed Bogiem i przebywanie w Jego obecności jest czymś bardzo różnym od podlegania po prostu systemowi praw moralnych — i zdaje się, że wymaga innego przygotowania: przygotowania szczególnego w myśli i uczuciu, takiego, które zdolni byśmy byli znieść Jego oblicze i obcować z Nim tak, jak należy. Owszem, może wymagać ono wręcz przygotowania samej duszy na Jego obecność — podobnie jak oko cielesne musi być ćwiczone, aby znieść pełne światło dnia, a ciało fizyczne — by wytrzymać wystawienie na powietrze.
Lecz czy to rozumowanie jest pewne, czy nie — Pismo Święte uprzedza potrzebę wszelkiego wywodu, oznajmiając nam wprost, że Przymierze Ewangeliczne ma na celu, między innymi swymi celami, przygotowanie nas na to przyszłe chwalebne i przedziwne przeznaczenie — oglądanie Boga — przeznaczenie, które, jeśli nie będzie najchwalebniejsze, będzie najstraszliwsze. I w kulcie i służbie Boga Wszechmogącego, które Chrystus i Jego Apostołowie nam zostawili, udzielono nam środków — zarówno moralnych, jak i mistycznych — zbliżania się do Boga i stopniowego uczenia się, jak znosić Jego widok.
To jest zaiste najdonioślejszy powód oddawania czci religijnej — o ile mamy podstawy uznać go za słuszny. Ludzie pytają nieraz: Po co wyznawać religię? Po co chodzić do kościoła? Po cóż przestrzegać pewnych obrzędów i ceremonii? Po co czuwać, modlić się, pościć i rozmyślać? Czy nie wystarczy być sprawiedliwym, uczciwym, trzeźwym, życzliwym i cnotliwym w inny sposób? Czy nie jest to prawdziwy i rzeczywisty kult Boży? Czy aktywność umysłu i postępowania nie jest najprzyjemniejszym sposobem zbliżania się do Niego? Jak mogą Mu się podobać przez poddanie się pewnym formom religijnym i uczestnictwo w pewnych czynach religijnych? Albo jeśli muszą to czynić, to czemu nie mogą sami wybierać swoich form? Dlaczego muszą przychodzić do kościoła po nie? Dlaczego muszą być uczestnikami tego, co Kościół nazywa Sakramentami? Odpowiadam: muszą to czynić najpierw i przede wszystkim dlatego, że Bóg im to nakazuje. Ale poza tym dostrzegam tu jeden oczywisty powód: że mają pewnego dnia zmienić stan swego bytu. Nie są tu na zawsze. Bezpośrednie obcowanie z Bogiem z ich strony teraz — modlitwa i tym podobne — może być niezbędne do tego, by mogli Go stosownie spotkać tam; a bezpośrednie obcowanie z Jego strony z nimi — czyli to, co nazywamy komunią sakramentalną — może być niezbędne w jakiś niepojęty sposób, do przygotowania samej ich natury do zniesienia Jego widoku.
Przyjmijmy zatem ten pogląd na służbę religijną: jest ona „wyjściem naprzeciw Oblubieńcowi," który jeśli nie zostanie ujrzany „w Jego piękności," zjawi się jako ogień trawiący. Prócz swoich innych doniosłych racji jest ona przygotowaniem na straszne wydarzenie, które pewnego dnia nastąpi. Czym byłoby spotkanie Chrystusa bez przygotowania — możemy się domyślać po tym, co spotkało nawet Apostołów, gdy Jego chwała nagle się im objawiła. Św. Piotr rzekł: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny." A św. Jan „gdy Go ujrzał, padł do Jego nóg jak martwy."
Skoro tak jest, to z pewnością Bóg okazuje wielkie miłosierdzie, udzielając nam środków przygotowania — i to środków takich, jakie rzeczywiście ustanowił. Gdy Mojżesz schodził z góry, a lud olśniony był blaskiem jego oblicza, Mojżesz zakrył je zasłoną. Ta zasłona tak dalece jest w Ewangelii usunięta, że jesteśmy w stanie przygotowania na jej całkowite zdjęcie. Jesteśmy z Mojżeszem na górze o tyle, że mamy widok Boga; jesteśmy z ludem u jej podnóża o tyle, że Chrystus nie objawia się nam widzialnie. Nałożył zasłonę i przebywa wśród nas cicho i skrycie. Gdy przystępujemy do Niego, wiemy o tym jedynie przez wiarę; a gdy objawia się nam, dzieje się to bez naszej możności urzeczywistnienia sobie tego objawienia.
Takie tedy jest usposobienie, z którym mamy przystępować do wszystkich Jego ustanowień — uważając je za zapowiedź i pierwociny owego oglądania Go, które pewnego dnia musi nastąpić. Gdy klękamy na modlitwie w prywatności, powiedzmy sobie: Tak oto pewnego dnia uklęknę przed Jego własnym podnóżkiem, w tym moim ciele i tej mojej krwi; a On zasiądzie naprzeciw mnie, też w ciele i krwi, choć boskiej. Przychodzę, mając w myśli tę straszną godzinę, przychodzę wyznać Mu teraz mój grzech, aby mi go wtedy odpuścił — i mówię: „O Panie, Boże Święty, Święty i Mocny, Święty i Nieśmiertelny — w godzinie śmierci i w dniu sądu wybaw nas, Panie!"
A gdy przychodzimy do kościoła, powiedzmy sobie: Przyjdzie dzień, gdy ujrzę Chrystusa otoczonego Jego Świętymi Aniołami. Zostanę wprowadzony w owe błogosławione grono, gdzie wszystko będzie czyste, wszystko jasne. Przychodzę więc uczyć się znoszenia widoku Świętego i Jego Sług; hartować się na widok, który jest przerażający, zanim stanie się wywyższający — i który tylko ci cieszą, których nie pochłania. Gdy ludzie na tym świecie mają przejść przez coś trudnego, przygotowują się do tego z góry, myśląc o tym często — i nazywają to „zbieraniem ducha." Każdą niezwykłą próbę czynią sobie w ten sposób znajomą. Odwaga jest niezbędnym krokiem do osiągnięcia pewnych dóbr, a odwagę zdobywa się przez wytrwałą myśl. Dzieci boją się i zamykają oczy na widok potężnego wojownika lub chwalebnego króla. A gdy Daniel ujrzał Anioła, podobnie jak św. Jan — „wspaniałość jego obróciła się w nim w znikczemnienie i nie pozostało w nim siły." Przychodzę więc do kościoła, bo jestem dziedzicem nieba. Jest moim pragnieniem i nadzieją, by pewnego dnia objąć w posiadanie moje dziedzictwo; i przychodzę, by się do niego przygotować. Nie pragnąłbym jeszcze widzieć nieba, bo nie mógłbym go znieść. Mogę w nim przebywać, nie widząc go — abym nauczył się je widzieć. I przez psalm i pieśń świętą, przez wyznanie i chwałę — uczę się swojej roli.
A to, co prawdziwe o zwykłych nabożeństwach religijnych — publicznych i prywatnych — odnosi się w stopniu jeszcze wyższym, a raczej w sposób szczególny, do sakramentalnych ustanowień Kościoła. W nich objawia się w mniejszym lub większym stopniu — stosownie do miary każdego z nich — ów Wcielony Zbawiciel, który pewnego dnia ma być naszym Sędzią, i który uzdalnia nas do zniesienia Jego obecności wówczas, udzielając jej nam teraz w mierze. Gęsta czarna zasłona rozciąga się między tym światem a następnym. My, śmiertelni, krążymy wzdłuż niej, tam i z powrotem, i nic nie widzimy. Nie ma przez nią dostępu do następnego świata. W Ewangelii zasłona ta nie jest usunięta; pozostaje — lecz od czasu do czasu dokonują się cudowne objawienia tego, co za nią. Chwilami zdaje się nam, że dostrzegamy zarys Postaci, którą kiedyś ujrzymy twarzą w twarz. Przystępujemy bliżej — i mimo ciemności nasze dłonie, lub głowa, lub czoło, lub wargi stają się jakby wrażliwe na dotknięcie czegoś więcej niż ziemskiego. Nie wiemy, gdzie jesteśmy — lecz byliśmy kąpani w wodzie, a głos mówi nam, że to jest krew. Lub mamy na czole naznaczony znak i on mówił o Kalwarii. Albo wspominamy rękę położoną na naszych głowach — i z pewnością nosiła ona odcisk gwoździ i przypominała Tę, która jednym dotknięciem dawała widzenie ślepym i wskrzeszała umarłych. Albo jedliśmy i piliśmy — i z pewnością nie był to sen, że Jeden karmił nas ze swego zranionego boku i odnawiał naszą naturę niebiańskim pokarmem, który nam dawał. Tak więc na wiele sposobów On — nasz Sędzia — przygotowuje nas do bycia sądzonymi; On — który ma nas uwielbić — przygotowuje nas do uwielbienia, abyśmy nie zostali zaskoczeni; lecz gdy zabrzmią głos Archanioła i zostaniemy wezwani na spotkanie Oblubieńca — byśmy byli gotowi.
Rozważmy teraz, jakie światło te refleksje rzucają na pewne godne uwagi miejsca z Listu do Hebrajczyków. Jeśli w Ewangelii mamy to nadprzyrodzone przybliżenie się do Boga i do następnego świata, nic dziwnego, że św. Paweł nazywa je „oświeceniem," „skosztowaniem daru niebieskiego," „uczestnictwem w Duchu Świętym," „skosztowaniem dobrego słowa Bożego i mocy przyszłego wieku." Nic też dziwnego, że całkowite odpadnięcie po przyjęciu go miałoby być tak beznadziejnie beznadziejne; i że w konsekwencji jakakolwiek jego profanacja, jakikolwiek grzech przeciwko niemu, byłyby tak niebezpieczne w proporcji do swego stopnia. Jeśli Ten, który ma być naszym Sędzią, raczy tu nam się objawiać — to z pewnością, jeżeli ów przywilej nie uzdalnia nas do Jego przyszłej chwały, przysposobuje nas jedynie do Jego gniewu.
A to, co powiedziałem o Ustanowieniach, stosuje się tym pełniej do Świętych Pór roku, które obejmują celebrowanie wielu Ustanowień. Są to czasy, gdy możemy skromnie spodziewać się obfitszej łaski — bo skłaniają nas szczególnie do środków łaski. Ta pora roku jest zwłaszcza czasem oczyszczenia wszelkiego rodzaju. Gdy Bóg Wszechmogący miał zstąpić na górę Synaj, Mojżesz miał rozkaz „poświęcić lud" i nakazać mu „uprać szaty" oraz „wyznaczyć mu granice wokoło;" tym bardziej jest to pora, by „oczyszczać samych siebie z wszelkich brudów ciała i ducha, doskonaląc świętość w bojaźni Bożej;" pora dla serc skruszonych i oczu skupionych; dla myśli poważnych i postanowień surowych, i czynów miłości; pora, by pamiętać, czym jesteśmy i czym będziemy. Wyjdźmy naprzeciw Niemu z sercem skruszonym i oczekującym; a choć zwleka z przyjściem, czuwajmy na Niego w chłodzie i posępności, które pewnego dnia muszą mieć swój kres. Stawić się na Jego wezwanie i tak będziemy musieli — gdy nas obnaży z ciała; uprzedźmy dobrowolnym czynem to, co pewnego dnia spadnie na nas z konieczności. Czekajmy na Niego poważnie, w bojaźni, z nadzieją, cierpliwie, posłusznie; bądźmy oddani Jego woli, będąc zarazem czynni w dobrych uczynkach. Módlmy się do Niego nieustannie, by „pamiętał o nas, gdy przyjdzie w swym królestwie;" by pamiętał o wszystkich naszych przyjaciołach; o naszych nieprzyjaciołach; i by nawiedzał nas według swego miłosierdzia tu na ziemi, abyśmy mogli dostąpić nagrody według Jego sprawiedliwości w wieczności.