HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom V

Kazanie IV. Lęk przed przyjściem Chrystusa

Adwent

Gdy boję się własnej śmierciGdy boję się o przyszłość ParuzjaSąd
„Oczy twoje oglądać będą króla w piękności jego; ujrzą ziemię daleką."
W skrócie. Newman rozważa paradoks lęku przed przyjściem Chrystusa u tych, którzy równocześnie modlą się „Przyjdź Królestwo Twoje". Bojaźń sądu u człowieka szczerze wierzącego jest znakiem zdrowego sumienia, nie zwątpienia. Modlitwa eschatologiczna zakłada gotowość stawienia się przed Bogiem z niepokalanym sumieniem.

„To znaczy: nie modlimy się, by po prostu skrócił świat, lecz — by tak się wyrazić — by przyśpieszył bieg czasu i popędził koła swego rydwanu.”

*Adwent*

*„Oczy twoje oglądać będą króla w piękności jego; ujrzą ziemię daleką."* — Iz 33,17

Zanim Chrystus przyszedł, wierna resztka Izraela krzepiła się obietnicą, że „oczy jej ujrzą" Tego, który miał być jej „zbawieniem". „Wam, którzy się boją imienia mego, wzejdzie słońce sprawiedliwości z uzdrowieniem na skrzydłach swoich." Godzi się jednak zauważyć, że proroctwo, choć radosne i pokrzepiające, nosiło w sobie zarazem coś grozy. Najpierw rzeczono: „Nagle przyjdzie do świątyni swojej Pan, którego wy szukacie, i anioł przymierza, którego wy pragniecie." A zaraz potem dodano: „Ale kto będzie mógł znieść dzień przyjścia jego? i kto się ostoi, gdy on się ukaże? Albowiem on jest jak ogień odlewający i jak mydło foluszników."

Toż samo pomieszanie bojaźni z pociechą odnajdujemy u uczniów po Zmartwychwstaniu. Niewiasty odeszły od grobu „z bojaźnią i radością wielką". „Drżały i były zdumione; i nikomu nic nie mówiły, bo się bały." Apostołowie „zatrwożyli się i przestraszyli, mniemając, że widzą ducha." „Nie wierzyli ze zbytniej radości i zdumiewali się." A Pan rzekł do nich: „Czemu jesteście zatrwożeni? i dlaczego myśli wstępują w serca wasze?" Innym razem: „Żaden z uczniów nie śmiał się go pytać: Kto ty jesteś? wiedząc, że to jest Pan." Może to wynikało z opieszałości wiary, z błędnego wyobrażenia albo z samego tylko oszołomienia, dość że tak było: radowali się i lękali zarazem.

Jeszcze bardziej wymowne jest opisane w Księdze Apokalipsy zjawienie się Pana świętemu Janowi; bardziej wymowne dlatego, że Jan nie żywił już żadnych wątpliwości ani zakłopotania. Chrystus wstąpił do nieba; Apostoł otrzymał dar Ducha Świętego; a przecież „padł do nóg Jego jak martwy".

Ta uwaga wiedzie nas ku pokrewnej refleksji dotyczącej stanu i perspektyw wszystkich chrześcijan w każdym wieku. My również wyglądamy przyjścia Chrystusa — jesteśmy wzywani do wyczekiwania, jesteśmy wzywani do modlitwy o nie; a przecież ma ono być czasem sądu. Ma to być wyzwolenie wszystkich Świętych z grzechu i udręki na wieki; a jednak każdy z nich, bez wyjątku, musi przejść przez straszliwą próbę. Jakże więc ktokolwiek mógłby wyczekiwać go z radością, nie znając — bo nikt nie zna — pewności własnego zbawienia? Trudność zaś wzrasta, gdy przychodzi nam o to się modlić, modlić o jego rychłe nadejście: jakże można modlić się, aby Chrystus przyszedł, aby dzień sądu się przyspieszył, aby królestwo Jego nastało, aby królestwo to przyszło na nas zaraz — dziś albo jutro — skoro przez owo przyjście skróciłby czas naszego ziemskiego życia i odciął te cenne lata dane nam na nawrócenie, poprawę, pokutę i uświęcenie? Czy nie ma sprzeczności w wyznawaniu, że pragniemy, by nasz Sędzia już przyszedł, gdy sami nie czujemy się na Niego gotowi? W jakim sensie możemy szczerze i gorąco modlić się, by skrócił nam czas, skoro sumienie mówi nam, że gdybyśmy nawet żyli najdłużej, i tak w ciągu tych niewielu lat mielibyśmy wiele do zrobienia?

Nie przeczę, że w tej kwestii tkwi pewna trudność, lecz z pewnością nie większa niż ta, która otacza nas zewsząd w sprawach religijnych. Religia ma (by tak rzec) samo swoje życie w tym, co w oczach rozumu jest paradoksem i sprzecznością. Jest to pozorna niespójność: jak możemy modlić się o przyjście Chrystusa, a zarazem pragnąć czasu, by „sprawować nasze zbawienie" i „umacniać nasze powołanie i wybranie"? Było to pozorną sprzecznością, że dobrzy ludzie mieli pragnąć Jego pierwszego przyjścia, a nie mogli go znieść; że Apostołowie bali się, a jednak radowali się po Jego zmartwychwstaniu. I tak samo jest paradoksem, że chrześcijanin ma we wszystkim smucić się, a zawsze się radować; umierać, a żyć; nic nie mieć, a wszystkim władać. Takie pozorne sprzeczności wynikają z braku głębi w naszych umysłach, który nie pozwala nam ogarnąć całej prawdy. Nie mamy wzroku dość przenikliwego, by śledzić linie Bożej Opatrzności i woli — linie, które w końcu się spotykają, choć na pierwszy rzut oka zdają się równoległe.

Spróbuję teraz wyjaśnić, dlaczego te dwa przeciwne obowiązki — lęk przed oglądaniem Chrystusa i modlitwa o nie — nie muszą ze sobą wzajemnie się kłócić.

Dlaczego mamy się lękać — to nie budzi zdziwienia. Z pewnością bowiem, gdy człowiek usilnie skupia myśl na stanie rzeczy przekraczającym to życie, jest w drodze do tego, by zostać przytłoczonym tłumem nawiedzających go myśli. Jakże przerażające wyobraźni jest każde oblicze owej nieznanej zaświatowej przyszłości! To życie pełne jest wprawdzie niebezpieczeństw i bólów, lecz znamy ich rodzaj; nie wiemy natomiast, co będzie w świecie przyszłym. „Panie, dokąd idziesz?" pytali Apostołowie; „nie wiemy, dokąd idziesz." Wyobraź sobie, że komuś powiedziano, iż zostanie nagle przeniesiony na jakiś nieznany glob gdzieś w niebiesiech — to najłagodniejszy obraz tej trwogi, którą przyszłość budzi, gdy się nad nią zatrzymamy. A jeszcze bardziej niepokojąca jest szczególna perspektywa, jaką stwarza przyjście Chrystusa na sąd. Jakaż to perspektywa — być sądzonym za wszystkie swoje czyny przez Sędziego nieomylnego! Spróbuj przywołać w pamięci dzieje swego życia i wyobraź sobie, że każdą jego cząstkę wyznałeś słowami, że ją ujął w słowa wobec jakiegoś bliskiego przyjaciela — jakże wielki byłby twój wstyd! A przecież jakżebyś chętnie w ów dzień zgodził się na takie odsłonięcie przed współgrzesznikiem, jakże chętnie — przed całym światem grzeszników, w porównaniu z obecnością Wszechświętego, Wszechwidzącego Stwórcy, który zwraca na ciebie oczy, który „widzi" cię, jak mówi o Nim Ewangelia w dniach Jego ciała — gdy jeden po drugim wychodzą na jaw złe uczynki, a wszystkie twoje najlepsze czyny i najlepsze przymioty blakną i brzydzą się, jak gdyby nie było w nich nic dobrego; i ty wciąż nie wiedzący, jakie będzie rozstrzygnięcie. Nie ośmielam się twierdzić, że wszystko to nastąpi w szczegółach; lecz właśnie to oznacza sąd w ziemskim sensie tego słowa, i z pewnością nie bez powodu owa straszliwa próba zwana jest sądem, lecz po to, byśmy mogli stamtąd czerpać pewne wyobrażenie. Pomyśl o tym wszystkim, a nie będziesz zaprzeczał, że sama myśl o stanięciu przed Chrystusem wystarczy, by nas ogarnął drżenie. A jednak Jego obecność wskazana jest nam przez Niego samego jako najwyższe z dóbr; wszyscy chrześcijanie zobowiązani są modlić się o nią, modlić się o jej przyspieszenie; modlić się, byśmy rychło mogli oglądać Tego, którego nikt nie może zobaczyć „bez świętości", nikt prócz „czystych sercem" — i teraz pytanie brzmi: Jak możemy modlić się o to szczerze?

1. Przede wszystkim, choćbyśmy w żaden sposób nie mogli pogodzić naszych uczuć względem siebie samych z danym nam nakazem, naszym obowiązkiem jest posłuszeństwo temu nakazowi w wierze. Jeśli Abraham mógł unieść nóż, by zabić syna, my możemy z łatwością tak dalece pokonać nasz lęk, by modlić się o to, co jest przecież straszliwe. Job rzekł: „Choćby mnie zabił, ja mu ufać będę." W każdych okolicznościach z pewnością możemy spokojnie powierzyć się Jego rękom. Czy możemy sądzić, że nas zwiedzie? że będzie z nami postępował z nieżyczliwością lub surowością? Czy może nas — jeśli wolno mi tak powiedzieć — użyć przeciwko nam samym? Nie myślmy tak o Panu nad wszelką miarę miłosiernym. Czyńmy, co nam każe, a resztę powierzmy Jemu. Tak, powiadam, moglibyśmy rozumować sami ze sobą, gdyby nic więcej nie dało się powiedzieć.

2. Następnie zaś zauważam, że gdy modlimy się o przyjście Chrystusa, modlimy się tylko słowami Kościoła, by „dopełnił liczby wybranych swoich i przyspieszył królestwo swoje". To znaczy: nie modlimy się, by po prostu skrócił świat, lecz — by tak się wyrazić — by przyśpieszył bieg czasu i popędził koła swego rydwanu. Zanim przyjdzie, pewien obszar musi zostać przebyty; wszyscy Święci muszą być zebrani, a każdy Święty musi dojrzeć. Ani jedno ziarno nie może upaść na ziemię; ani jeden kłos nie może być pozbawiony należnego mu deszczu i słońca. Prosimy tylko o to, by raczył zmieścić to wszystko w krótkim czasie; by „skończył dzieło i krócej je skrócił w sprawiedliwości" i „krótkie dzieło na ziemi uczynił"; by dopełnił — nie ograniczył, ale wypełnił — krąg swoich Świętych i przyspieszył wiek przyszły, nie wytrącając z porządku teraźniejszego. Nie może zresztą być inaczej. Wszystkie dzieła Boże mają swoje miejsce i czas; wszystkie są doskonałe. Jak w przyrodzie budowa nawet najdrobniejszych jej cząstek jest doprowadzona do doskonałości i owad jest równie cudowny co Lewiatan; tak i On, gdy w swej Opatrzności zdaje się spieszyć, wciąż zachowuje takt i posuwa się po głębokich harmoniach prawdy i miłości. Gdy zatem modlimy się, by przyszedł, modlimy się zarazem, byśmy byli gotowi; by wszystko zbiegło się i spotkało w Nim; by pociągał nas ku sobie, zbliżając się do nas, i by tym bardziej nas uświęcał, im bliżej przychodzi. Modlimy się, byśmy się nie lękali tego, czego teraz słusznie się lękamy; by „gdy się objawi, abyśmy mieli ufność i nie byli zawstydzeni przed Nim w przyjściu jego". Może On w ciągu jednej godziny skupić całe życie próby. Ten, który stwarza światy w jednej chwili, i powołuje pokolenia jednym tchnieniem ust swoich, i topi, i twardnieje, i zatapia, i wysusza lite skały w ciągu jednego dnia, i sprawia, że kości żyją, rosną i umierają, i zagrzebuje je w ziemi, i przemienia je w kamień — niezależnie od czasu i z samej tylko woli swojej — On tym cudowniej obcuje ze światem duchów, które nigdy nie podlegają przypadłościom materii. Może On jednym ostrym bólem ukarać duszę ziemską, lub jedną pokusą ją usprawiedliwić, lub jednym widzeniem ją uwielbić. Adam upadł w jednej chwili; Abraham dostąpił usprawiedliwienia, gdy chwycił nóż; Mojżesz utracił Kanaan przez jedno słowo; Dawid rzekł: „Zgrzeszyłem" — i był odpuszczony; Salomon dostąpił mądrości we śnie; Piotr złożył jedno wyznanie i otrzymał klucze; Pan nasz pokonał szatana trzema zdaniami; odkupił nas w ciągu jednego dnia; odradza nas przez formę słów. Nie wiemy, jak „przedziwnie i strasznie" są „uczynione" dusze nasze. Ludziom we śnie, topiącym się lub w uniesieniu chwile bywają latami. Nagle stają się innymi ludźmi — natura lub łaska czyniąc zbędnym czas.

3. Lecz znów: powiadasz, jakże mogę modlić się o oglądanie Chrystusa, skoro jestem tak nieczysty? Słusznie mówisz, że jesteś nieczysty. Lecz w jakim czasie zamierzasz stać się innym? Czy spodziewasz się w tym życiu kiedykolwiek być czystym? Tak — w pewnym sensie, przez obecność Ducha Świętego w tobie; lecz tę obecność masz, ufamy, już teraz. Ale jeśli przez „czysty" rozumiesz wolny od owej zarazy natury, której najmniejsza kropla wystarczy, by splugawić wszystkie twoje służby — czystym nie będziesz nigdy, dopóki nie zapłacisz długu grzechu i nie pozbędziesz się ciała, które Adam zrodził. Bądź pewien, że im dłużej żyjesz i im bardziej się uświęcasz, tym wyraźniej dostrzegać będziesz tę nędzę. Im mniej jej masz, tym bardziej cię gnębi; pełny jej kielich jedynie ćmi i ogłupia; gdy przyjdziesz do siebie, zaczyna się twoja udręka. Im bardziej dusza twoja jednoczy się z Tym, który raczy w niej mieszkać, tym bardziej widzi Jego oczami. Nie śmiesz modlić się o Jego obecność teraz — czy modliłbyś się o nią, gdybyś przeżył lata Matuzalema? Nie sądzę. Nigdy nie będziesz na tyle dobry, by jej pragnąć; nikt w całym Kościele nie modli się o nią inaczej, jak pod domyślnym warunkiem. Do końca najdłuższego życia jesteś wciąż nowicjuszem. Chrystus wymaga od ciebie nie bezgrzeszności, lecz pilności. Gdybyś przeżył dziesięć razy swój obecny wiek, wymagane byłoby dziesięć razy więcej służby. Z każdym dniem dłuższego życia wymagane będzie więcej. Gdyby przyszedł dziś, byłbyś sądzony aż po dzień dzisiejszy. Gdyby przyszedł jutro, byłbyś sądzony aż po jutro. Gdyby czas przesunięto o rok, miałbyś o rok więcej do zdania rachunku. Nie możesz wymknąć się swemu przeznaczeniu, nie możesz pozbyć się swego talentu; masz odpowiadać za swoje sposobności, cokolwiek by były, nie więcej ani nie mniej. Nawet przy najdłuższym życiu nie możesz Mu się stać pożyteczny; wiarę i miłość możesz okazać w ciągu jednej godziny. Prawda, że jeśli odwróciłeś się od Niego i służyłeś grzechowi, i w miarę jak to czyniłeś, masz wielkie dzieło przed sobą — cofnąć to, coś uczynił. Jeśli oddałeś lata szatanowi, masz podwójny obowiązek: pokutować i pracować; lecz nawet wtedy możesz modlić się bez bojaźni, albowiem modląc się o Jego obecność, modlisz się wciąż — jak powiedziałem — o to, by być na nią gotowym.

4. A jeszcze raz. Pytasz, jak możesz zebrać się na to, by stanąć przed swoim Panem i Bogiem; ja z kolei pytam, jak zdobywasz się na to, by stawać przed Nim dzień po dniu — bo czymże to jest, jeśli nie spotykaniem Go? Zastanów się, co masz na myśli, gdy się modlisz, a zobaczysz, że właśnie w tej chwili, gdy prosisz o przyjście królestwa Jego, uprzedzasz to przyjście i spełniasz to, czego się lękasz. Gdy się modlisz, wchodzisz w Jego obecność. Zastanów się teraz nad sobą samym — co czujesz, gdy wchodzisz. Twoje uczucia są następujące: zdaje się, że mówisz — jestem sam w sobie niczym innym jak grzesznikiem, człowiekiem o nieczystych wargach i ziemskim sercu, niegodnym wejść w Jego obecność. Nie jestem godzien najmniejszej ze wszystkich Jego łask. Wiem, że jest Wszechświęty, a jednak staję przed Nim; stawiam się pod Jego czystymi i przenikliwymi oczyma, które widzą mnie na wskroś i dostrzegają każdy ślad i każdy porusz zła we mnie. Dlaczego tak czynię? Przede wszystkim z tej przyczyny: Do kogóż miałbym iść? Co mógłbym zrobić lepszego? Kto jest na całym świecie, kto mógłby mi pomóc? Kto by się o mnie zatroszczył, kto by mnie pożałował, kto miałby ku mnie jakąś życzliwą myśl, jeśli nie mogę jej od Niego uzyskać? Wiem, że oczy Jego są zbyt czyste, by patrzeć na nieprawość; lecz wiem też, że jest Wszechmiłosierny i że tak szczerze pragnie mojego zbawienia, iż umarł za mnie. Przeto, choć jestem w wielkiej ciasnocie, wolę raczej wpaść w Jego ręce niż w ręce jakiegokolwiek stworzenia. Prawda, że mógłbym znaleźć stworzenia bardziej do mnie podobne — ułomne lub grzeszne; zdawałoby się może lepiej udać się do niektórych z tych, co mają moc u Boga, i błagać ich, by wstawili się za mną. Lecz nie; jakoś nie mogę się tym zaspokoić — nie, choć to straszne, wolę iść do Boga sam. Jest we mnie instynkt, który wiedzie mnie, bym powstał i szedł do Ojca mego, bym wymówił imię Jego umiłowanego Syna, a wymówiwszy je, postawił się bez zastrzeżeń w Jego rękach, mówiąc: „Jeśli Ty, Panie, będziesz pamiętał nieprawości, Panie, któż się ostoi? Ale u Ciebie jest przebaczenie." — Oto uczucie, z którym przychodzimy wyznawać grzechy nasze i modlić się do Boga o przebaczenie i łaskę dzień po dniu; i zauważmy, że jest to właśnie to uczucie, z którym musimy szykować się na spotkanie Go, gdy przyjdzie widzialnie. Nawet dzieci tego świata potrafią stawić czoło procesowi sądowemu i gwałtownej śmierci z opanowaniem. Nie powiadam, że mamy cokolwiek z ich pychy czy z ich samozaufanej spokojności. A jednak jest pewna pogoda i godność, która przystoi nam, urodzonym z nieśmiertelnego nasienia, gdy stajemy przed Ojcem naszym. Jeśli żyliśmy w nawykowej przynależności do świata, to naturalnie, że będziemy chcieli uciekać od Tego, kośmy przebili. Wówczas wolno nam dobrze wzywać góry, by na nas opadły, a pagórki, by nas pokryły. Lecz jeśli żyliśmy — choćby niedoskonale, a jednak nawykle — w Jego bojaźni; jeśli ufamy, że Duch Jego jest w nas, to nie musimy wstydzić się przed Nim. Staniemy wtedy przed Nim tak, jak teraz przychodzimy na modlitwę — z głębokim upokorzeniem, z czcią, z zaparcie się siebie; a jednak opierając się na Duchu, którego nam udzielił, z zachowanymi zdolnościami, ze skupionym i zdecydowanym umysłem, i z nadzieją.

Kto nie może modlić się o przyjście Chrystusa, ten nie powinien dla zachowania spójności modlić się w ogóle.

Mówiłem o przychodzeniu do Boga w modlitwie w ogólności; lecz jeśli to jest straszliwe, o ileż straszliwsze jest przystępowanie do Niego w Sakramencie Świętej Komunii; albowiem jest to w samej swej formie uprzedzenie Jego przyjścia, Jego bliskiej obecności jako zadatku. I wielu ludzi tak to odczuwa; z tego czy innego powodu nigdy nie staje przed Nim w owym najświętszym Ustanowieniu i tym samym pozbawia się najwyższego z błogosławieństw dostępnych tu na ziemi. Tak więc ich uczucie jest bardzo podobne do uczucia tych, którzy z lęku przed Jego przyjściem nie odważaliby się go wyglądać. Ci natomiast, którzy w praktyce religijnej przystępują do Komunii, doskonale rozumieją, jak można się bać, a jednak przychodzić. To z pewnością możliwe, i tak samo rzecz się ma w odniesieniu do przyszłego dnia Chrystusa. Musisz drżeć, a jednak modlić się o to. Wszyscy doświadczyliśmy wystarczająco nawet w tym życiu, by wiedzieć, że te same pory bywają często najbardziej radosne i najbardziej bolesne zarazem. Przykłady tego nasuwają się wszystkim. Pomyśl o stracie przyjaciół i powiedz, czy radość i ból, triumf i upokorzenie nie są przedziwnie pomieszane, a jednak jedno i drugie naprawdę zachowane. Radość nie przemienia bólu ani ból radości w jakieś trzecie uczucie; są nieprzenikalnie dla siebie, oboje trwają, oboje nas dotykają. Albo pomyśl o pomieszanych uczuciach syna, który doznaje przebaczenia od ojca — uspokajająca myśl, że wszelka niechęć się skończyła; cześć, miłość i wszystkie te niewymowne wzruszenia, niezmiernie przyjemne, których nie można ująć w słowa — a przecież jego gorycz do samego siebie. Taki jest nastrój, z jakim pragniemy przystępować do stołu Pańskiego; taki, z jakim musimy modlić się o Jego przyjście; taki, z jakim wybrani Jego staną przed Nim, gdy przyjdzie.

5. Na koniec chcę powiedzieć wyraźniej to, o czym już napomknąłem: że w owej uroczystej godzinie będziemy mieć, jeśli jesteśmy Jego, wewnętrzne wsparcie Jego Ducha, który będzie nas prowadził ku Niemu i „świadczyć będzie z duchem naszym, że jesteśmy dziećmi Bożymi." Bóg jest tajemniczo potrójny; i choć przebywa w najwyższym niebie, przychodzi sądzić świat — i choć sądzi świat, jest też w nas, podtrzymując nas i wychodząc w nas naprzeciw samego siebie. Syn Boży jest na zewnątrz, lecz Duch Boży jest wewnątrz — a gdy Syn zapyta, Duch odpowie. Ten Duch jest nam tutaj udzielony; i jeśli poddamy się Jego łaskawym wpływom, tak by unosił myśli nasze i wole nasze ku rzeczom niebieskim i stawał się jedno z nami, z pewnością pozostanie w nas i udzieli nam ufności w Dzień Sądu. Będzie z nami i umacniać nas będzie; a jakże wielka jest Jego moc — jaki umysł ludzki zdoła to pojąć? Obdarzeni tą nadprzyrodzoną mocą, będziemy może zdolni unieść oczy na naszego Sędziego, gdy na nas spojrzy, i wzajemnie na Niego spojrzeć — z głęboką czcią, lecz bez zawstydzenia twarzy, jako w świadomości niewinności.

Ta godzina musi kiedyś nadejść dla każdego z nas. Gdy nadejdzie, niech oblicze Najświętszego ożywia, a nie spożywa; niech ogień sądu będzie dla nas tylko tym, czym był dla Trzech Świętych Młodzieńców, nad którymi ogień nie miał mocy!

← wróć do odkrywania