*„Ciało pożąda przeciwko duchowi, a duch przeciwko ciału; te bowiem są sobie nawzajem przeciwne, tak że nie czynicie tego, co byście chcieli."* — Ga 5,17
Mówi się o Kościele Katolickim — i możemy to przyjąć z pokorą i wdzięcznością — że choć wśród jego poszczególnych członków panują błąd, niezgoda i grzech w stopniu skrajnym, to jednak to, co wszyscy czynią wspólnie, co czynią łącznie, co czynią zebrani razem w jedno, albo co powszechnie przyjmują lub dozwalają, jest Boskie i święte; że grzechy jednostek są ujmowane w ryzę, a ich błądzenie kierowane i przywodzone do celu, tak że kończą się w prawdzie — mimo błędu, a nawet, w pewnym sensie, za jego sprawą. Nie tak, jakoby błąd miał jakąś moc dochodzenia do prawdy, ani jakoby był jej koniecznym uprzednim warunkiem, lecz że Bogu Wszechmogącemu podoba się wypełniać swe wielkie zamysły w ludzkiej ułomności i grzechu i przez nie. Tak Balaam miał słowo włożone w usta wpośród swych czarów, a Kajfasz prorokował w chwili, gdy nakłaniał do śmierci Pana naszego.
To, co jest prawdą o Kościele jako całości, jest prawdą również o każdym jego członku, który wypełnia swe powołanie: ciągłe owoce jego wiary — jeśli mogę się tak wyrazić — są sprawiedliwe i święte, lecz proces, przez który są osiągane, jest procesem niedoskonałości; tak że gdybyśmy mogli ujrzeć jego duszę tak, jak widzą ją Aniołowie, ujrzałby się on z oddalenia jako młody obliczem i jasny strojem; ale zbliż się, a jego twarz ma na sobie ślady trosk, a szata jego jest w strzępach. Jego sprawiedliwość wydaje się więc — nie mówię: powierzchowna, bo to byłoby bardzo fałszywe jej przedstawienie — ale chociaż sięga głęboko w jego wnętrze, jednak w tej głębi nie jest cała i nienaruszona; lecz jakby wykuta z grzechu, wynik nieustannej walki — nie spontanicznej natury, lecz nawykłego panowania nad sobą.
Prawdziwa wiara nie przejawia się tu na ziemi w pokoju, lecz raczej w walce; i nie jest dowodem, że człowiek nie jest w stanie łaski, że nieustannie grzeszy — o ile takie grzechy nie pozostają na nim jako to, co mógłbym nazwać ostatecznymi owocami, lecz wciąż przechodzą w coś poza nimi i od nich odmiennego: w prawdę i sprawiedliwość. Jak szczęście osiągamy przez cierpienie, tak dochodzimy do świętości przez ułomność, albowiem samo położenie człowieka jest położeniem upadłym i wychodząc z krainy grzechu, nieodmiennie przez nią przechodzi. I stąd to święci mężowie strzeżeni są przed patrzeniem na siebie z zadowoleniem lub spoczynieniem na czymkolwiek innym niż śmierć Pana naszego jako na fundamencie swojej ufności; bo choć owa śmierć już w pewnej mierze zrodziła w nich życie i dokonała celu, dla którego się dokonała, to przecież sami sobie wydają się jedynie grzesznikami, gdyż ich odnowienie ukryte jest przed nimi przez towarzyszące mu okoliczności. Najwięcej, co mogą o sobie powiedzieć, to że nie popełniają takich grzechów, które w sposób oczywisty wyłączałyby ich z łaski; lecz jak nikłą ufność można pokładać w takim dowodzie z przeczenia, wynika jasno ze słów samego świętego Pawła na ten temat: mówiąc o zarzutach stawianych mu przez Koryntian, powiada on: „Nic sobie nie jestem świadom", to znaczy: niczego w sobie nie dostrzegam, „ale to mnie jeszcze nie usprawiedliwia; tym, który mnie sądzi, jest Pan". Jak żołnierze w boju nie widzą, jak się on toczy, tak chrześcijanie nie mają pewnych znaków obecności Boga w swoich sercach i mogą jedynie wznosić oczy ku swemu Panu i Zbawicielowi i trwożliwie ufać. Przeto chętnie przyjmą za własne słowa powszechnie znane — nie jako wyraz prawdy doktrynalnej, lecz jako świadectwo własnego doświadczenia o sobie samych: „Owoce świętości, które w sobie posiadamy, są, jak Bóg wie, skażone i niezdrowe; nie pokładamy w nich żadnej ufności; (…) naszą nieustanną prośbą do Niego jest i musi być, aby znosił nasze ułomności i przebaczał nasze przewiny."
Wyliczmy zatem niektóre z owych ułomności, o których mówię; ułomności, które wprawdzie nieodmiennie trapią tych, którzy są wygnanymi spod Bożej łaski — i to z poważnymi dodatkami i zgubnym nasileniem — a jednak są możliwe również w stanie przyjęcia przez Boga i same w sobie nie zakładają braku prawdziwej i żywej wiary. Ów przegląd posłuży do upokorzenia nas wszystkich, a może i zachęci tych, którzy są przygnębieni poczuciem swego wzniosłego powołania, przypominając im, że nie są odrzuceni, choć nie są tacy, jakimi być powinni.
1\. Spośród grzechów, które nas plamiąc, nie wymagają jednak takiej zgody woli, która by pozbawiała łaski, muszę wymienić na pierwszym miejscu grzech pierworodny. Jak to się dzieje, że rodzimy się pod klątwą, której sami nie sprowadziliśmy na siebie, nie wiemy; jest to tajemnica. Ale gdy stajemy się chrześcijanami, owa klątwa zostaje usunięta. Nie jesteśmy już pod gniewem Bożym; wina nasza jest odpuszczona, lecz zakażenie nią pozostaje. Mam na myśli to, że wciąż mamy w sobie złą zasadę, hańbiącą nawet nasze najlepsze służby. Jak dalece przez łaskę Bożą zdołamy z czasem karać, powściągać i niszczyć to zakażenie — to jest inne pytanie; ale jeszcze nie jest ono usunięte od razu przez Chrzest, i jeśli nie jest, to zaiste jest to najsromotniejsze upokorzenie dla tych, którzy starają się „postępować godnie Pana, ku wszelkiemu Mu podobaniu". Jest ono mimowolne, a przeto nie wyrzuca nas z łaski; jednak samo w sobie jest bardzo nędzne i bardzo upokarzające: i każdy odkryje je w sobie, jeśli bacznie się obserwuje. Mam na myśli to, co zwie się starym Adamem: pychę, bezbożność, fałsz, niedowiarstwo, samolubstwo, chciwość — dziedzictwo Drzewa poznania dobra i zła; grzechy, które słowa węża zasiały w sercach naszych pierwszych rodziców, które wzeszły i wydały owoc, jedne trzydziestokrotny, inne sześćdziesięciokrotny, inne stukrotny, i które za sprawą zrodzenia według ciała zostały nam przekazane.
2\. Inną klasą grzechów mimowolnych, które równie jak zakażenie natury często nie są takiego rodzaju, by wyrzucały nas z łaski, lecz są jeszcze bardziej upokarzające i bolesne, są te, które wynikają z naszych dawnych nawyków grzechu — choć od dawna już porzuconych. Nie możemy pozbyć się grzechu, gdy tylko chcemy; choć pokutujemy, choć Bóg nam przebacza, grzech pozostaje w swojej władzy nad naszymi duszami, w naszych nawykach i w naszej pamięci. Nadał barwę naszym myślom, słowom i czynom; i choć wieloma wysiłkami chcielibyśmy go z siebie wypłukać, jest to możliwe jedynie stopniowo. Byli ludzie leniwi, zarozumiali, uparci, nieczyści lub oddani sprawom świata w swej młodości, a potem nawrócili się do Boga i pragnęliby być inni, niż byli — lecz dawne ich „ja" lgnie do nich jak odzienie nasączone trucizną i wżera się w nich. Nie mogą czynić tego, co chcieliby czynić, i od czasu do czasu zdają się niemal cofać do owego pogańskiego stanu, który Apostoł opisuje, gdy woła: „Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z tego ciała śmierci?"
3\. Inną klasą grzechów mimowolnych są takie, które wynikają z braku panowania nad sobą; to znaczy z tego, że umysł posiada więcej światła niż mocy, że sumienie jest oświecone, lecz zasada rządząca słaba. Dusza ludzka powołana jest, by być dobrze urządzoną wspólnotą polityczną, w której jest wiele władz i zdolności, i każda ma swoje właściwe miejsce; gdy zaś przekraczają one swoje granice, jest to grzech — jednak granic tych nie można utrzymać inaczej, jak tylko przez rządzenie nimi, a podołanie temu zadaniu rządzenia sobą jest nam dostępne dopiero po długim przyzwyczajeniu. Kiedy uczymy się rządzić sobą, stale narażeni jesteśmy na ryzyko, a raczej na rzeczywiste występowanie niezliczonych niepowodzeń. Ponosimy porażki po drodze, choć w końcu triumfujemy; i tak — jak właśnie zauważyłem — proces uczenia się posłuszeństwa Bogu jest w pewnym sensie, z samej natury rzeczy, procesem grzeszenia. Mamy wiele do przebaczenia; co więcej, im więcej próbujemy, tym więcej mamy do przebaczenia. Im wyższe nasze zamiary, tym większe ryzyko. Ci, którzy odważnie obrączkują swoimi talentami, zyskują wiele i w końcu słyszą słowa: „Dobrze, sługo dobry i wierny"; lecz ponoszą po drodze tyle strat w handlowaniu, że samym sobie wydają się nie robić nic prócz niepowodzeń. Nie mogą uwierzyć, że czynią jakikolwiek postęp; i choć czynią go, to przecież mają zaiste wiele do przebaczenia we wszystkich swoich służbach. Są jak Dawid: mężami krwi; toczą dobry bój wiary, lecz splugawieni są walką.
Nie mówię o przypadkach nadzwyczajnej pobożności, lecz o czymś, co każdy musi znać z własnego doświadczenia: jak trudno jest panować nad sobą i czynić to, co się chce; jak słaba jest zasada rządząca w jego umyśle i jak marnie i niedoskonale dorównuje on własnym wyobrażeniom o tym, co słuszne i prawdziwe; jak trudno opanować uczucia — smutek, gniew, niecierpliwość, radość, strach; jak trudno rządzić językiem i mówić dokładnie to, co się chce; jak trudno zmusić się do działania o tej czy innej porze; jak trudno wstać rano; jak trudno zabrać się do obowiązków, nie opieszaleć; jak trudno jeść i pić dokładnie tyle, ile należy; jak trudno skupić myśli na modlitwie; jak trudno regulować swe myśli przez cały dzień; jak trudno nie dopuścić do umysłu tego, co winno z niego być wykluczone.
„Jesteśmy małoduszni, pobudliwi, zniewieściali, przekorni, drażliwi, zmienni, nędznicy. Nie ma nad nami pana, bo jesteśmy jedynie częściowo poddani panowaniu prawdziwego Króla Świętych. Choćbyśmy usiłowali czynić dobrze, jak tylko możemy, choćbyśmy się modlili najgorliwiej, w chwili próby i tak nie dorównujemy nawet własnym wyobrażeniom doskonałości, a raczej daleko do nich nie dorastamy i czynimy może właśnie odwrotność tego, co mieliśmy nadzieję uczynić. Gdy nie ma zewnętrznej pokusy, namiętności nasze drzemią i zdaje się nam, że wszystko jest dobrze. Wtedy rozmyślamy, rozważamy i postanawiamy, co będziemy czynić, i nie przewidujemy żadnej trudności. Lecz gdy pokusa przyszła — gdzieśmy wówczas? Jesteśmy jak Daniel w jaskini lwów, a namiętności nasze są owymi lwami; z tą tylko różnicą, że nie mamy łaski Daniela, by uprosić Boga o zamknięcie lwom pysków, aby nas nie pożarły. Wtedy rozum nasz podobny jest do nędznego stróża dzikich zwierząt, który w zwykłych porach daje im radę — lecz nie wówczas, gdy są rozjątrzone. Biada nam! Jakikolwiek byłby ów stan wzruszenia ducha — jakże jest nędzny! Może to być tępe, ciężkie lenistwo lub tchórzostwo, które zarzuca na nas swe ogromne członki, wiąże mocno, przygniata oddech i każe nam gardzić sobą, gdy jesteśmy bezsilni, by mu się oprzeć; albo może to być gniew lub inna, nikczemniejsza namiętność, która na chwilę wymyka się spod kontroli i rwie za swą zdobyczą — ku naszej grozie i hańbie; tak czy inaczej, jakże nędzną jamą dzikich stworzeń staje się wówczas dusza, gdy w tej chwili (powiadam to dosłownie) jesteśmy niezdolni zaradzić temu! Nie mówię oczywiście o czynach złych będących owocem umyślności — o złości, zemście, nieczystości, nieumiarkowania, gwałcie, grabieży, oszustwie — biada! grzeszne serce często posuwa się do popełnienia grzechów, które od razu zakrywają przed nim światłość oblicza Bożego; lecz zakładam to, co było przypadkiem Ewy, gdy patrzyła na drzewo i widziała, że owoc jest dobry, ale przed zerwaniem go, gdy pożądliwość poczęła i rodziła grzech, lecz zanim grzech dojrzał i zrodził śmierć. Zakładam, że nie posuwamy się tak daleko, by wyobcować od nas Boga; że On litościwie przykuwa lwów na nasze wołanie, zanim uczynią coś więcej ponad przestraszenie nas swym pojękiwaniem lub rykiem — zanim rzucą się na nas, by nas zniszczyć. A jednak — w najlepszym razie — cóż za nędza, cóż za plugastwo, cóż za świętokradztwo, cóż za chaos panuje wówczas w owym uświęconym miejscu, które jest świątynią Ducha Świętego! Jak to się dzieje, że lampa Boża nie gaśnie w niej od razu, gdy cała dusza zdaje się ciążyć ku piekłu i nadzieja prawie znika? Zaiste cudowne to miłosierdzie, które tyle znosi! Niepojęta cierpliwość Świętego, który tak mieszka na tej pustyni z dzikimi zwierzętami! Nadmierna i Boska moc łaski nam danej, że nie jest stłumiona! A jednak taka jest obietnica — nie dla tych, którzy grzeszą z upodobaniem po przyjęciu łaski; dla takich nie ma nadziei; lecz gdy grzech nie jest częścią pewnego ciągu postępowania, choć jest wciąż grzechem — czy to grzechem naszego urodzenia, czy nawyków uformowanych dawno temu, czy braku panowania nad sobą, o które się staramy — Bóg litościwie dozwala nań i przebacza go, a „krew Jezusa Chrystusa oczyszcza nas" ze wszystkiego.
4\. Mógłbym dalej zatrzymać się nad grzechami, w które popadamy przez zaskoczenie — gdy pokusa jest nagła — jak święty Piotr, gdy po raz pierwszy zaparł się Chrystusa; choć czy nabrała ona odmiennego charakteru, gdy zaparł się po raz drugi i trzeci, to jest kwestią odrębną.
5\. I znowu — te grzechy, które wynikają z kuszeń szatana, rozpalającego rany i blizny dawnych grzechów, uleczonych lub prawie uleczonych; pobudzającego pamięć i porywającego nas ze sobą; i w ten sposób obracającego nasze dawne „ja" przeciwko naszemu obecnemu „ja" — wbrew naszej woli.
6\. I znowu — mógłbym mówić o tych, które wynikają z braku praktycznego doświadczenia albo z nieumiejętności wykonywania obowiązków, do których się zabieramy. Ludzie pragną być szczodrzy, a ich czyny są rozrzutne; chcą być wytrwali i gorliwi, a ich czyny są okrutne; chcą być dobroczynni, a są pobłażliwi i słabi; wyrządzają krzywdę, gdy mają zamiar czynić dobro; podejmują się przedsięwzięć, popierają plany, głoszą opinie lub dają przykład, z których zło pochodzi; popierają zło; biorą fałsz za prawdę; są gorliwi o fałszywe nauki; sprzeciwiają się sprawie Bożej. Trudno powiedzieć, że to wszystko jest bez grzechu, a jednak w ich przypadku może to być grzech mimowolny, odpuszczalny na modlitwie wiary.
7\. Albo mógłbym mówić o owych niegodnych pobudkach, niskich zapatrywaniach, błędach w zasadach, fałszywych maksymach, które roją się ze wszystkich stron i które przyswajamy sobie — jakbyśmy je od siebie wzajem łapili — ów duch świata, którym oddychamy i który kala wszystko, co czynimy, a który ledwie można nazwać dobrowolną skazą; jest to raczej taki grzech, który nie sprzeciwia się obecności łaski Bożej w nas — tej łaski, która go zatrze i usunie.
8\. I na koniec, wiele można by powiedzieć o tym, co Litania zwie „niedbalstwami i niewiedzą" — o zapomnieniach, nieuwagach, braku powagi, lekkomyślnościach i rozmaitych słabościach, które możemy dostrzegać w sobie lub widzieć u innych.
Oto niektóre klasy grzechów, które mogą się znaleźć — gdy tak się trafi — tam, gdzie wola jest prawa i wiara żywa; i które w takich przypadkach nie są niezgodne ze stanem łaski, albo mogą być nazwane ułomnościami. Oczywiście zawsze trzeba pamiętać, że ułomności nie zawsze należy uważać za ułomności; towarzyszą one również tym, którzy żyją w popełnianiu grzechów umyślnych i nie mają żadnej podstawy, by uważać się za będących w stanie zbawiennym. Ludzie nie przestają podlegać wpływowi grzechu pierworodnego czy grzechów dawnych lat, nie zyskują panowania nad sobą ani nie wyzbywają się niedbactw i ignorancji przez to, że do owych wykroczeń dodają inne, cięższe. Ci, którzy są poza łaską, mają ułomności i jeszcze wiele ponadto. I zawsze będzie u takich osób skłonność do tłumaczenia swych grzechów umyślnych jako ułomności. To trzeba mieć zawsze na uwadze. Nie staram się tu przeprowadzić granicy między ułomnościami a przestępstwami; mówię jedynie, że kogokolwiek ułomności takie spotykają — mogą się też zdarzyć tym, którzy wolni są od przestępstw i którzy nie muszą popadać w zwątpienie ani być nieszczęśliwi z powodu uchybień, które w ich przypadku nie niszczą wiary ani nie są niezgodne z łaską. Kto to jest — wie na pewno jedynie Ten, który „doświadcza nerek i serca", który „zna myśl Ducha" i „rozsądza między sprawiedliwym a niegodziwcem". On zdolny jest pośród splątanego labiryntu ścierających się w nas pobudek i zasad rozpoznać doskonałe dzieło sprawiedliwości trwale tam postępujące naprzód oraz zaczątki nowego świata wyłaniające się z chaosu. On potrafi odróżnić to, co nawykłe, od tego, co przypadkowe; to, co rośnie, od tego, co obumiera; to, co jest wynikiem, od tego, co nieokreślone; to, co pochodzi od nas, od tego, co jest w nas. On szacuje różnicę między wolą szczerze Jemu oddaną a wolą nieszczerą. I gdzie jest wola chętna, przyjmuje ją „według tego, co kto ma, a nie według tego, czego nie ma". W tych, których wole są święte, jest On obecny dla uświęcenia i przyjęcia; i jak promienie słońca w jakiejś ziemskiej grocie, Jego łaska rozsiewa światłość na wszystkie strony i pochłania wszelkie mgły i opary, w miarę jak się unoszą.
My zaiste nie mamy takiej wiedzy jak On; choćbyśmy byli nawet wysoko w łasce Bożej, pewność naszego usprawiedliwienia nie jest nam dana. A jednak nawet to tylko wiedzieć, że ułomności nie są konieczną oznaką odrzucenia, że wybrani Boży mają ułomności i że nasze własne grzechy mogą być niczym więcej niż ułomnościami — to samo przez się jest pociechą. I rozważyć to, że przynajmniej Bóg zachowuje nas widzialnie w swoim Kościele; że nie odbiera nam ustanowień łaski; że daje nam środki pouczenia, wzory świętości, kierownictwo duchowe, dobre książki; że pozwala nam nawiedzać swój dom i stawać przed Nim na modlitwie i w Komunii Świętej; że daje nam możliwości modlitwy prywatnej; że dał nam troskę o nasze dusze; niepokój, by zapewnić sobie zbawienie; pragnienie, by być bardziej surowym i sumiennym, prostszym w wierze, pełniejszym miłości niż jesteśmy — to wszystko będzie nas krzepiło i zachęcało, gdy poczucie naszych ułomności napełnia nas lękiem. A jeśli nadto Bóg zdaje się czynić z nas narzędzia do jakiegoś swego celu — do nauczania, upominania, przewodzenia lub pocieszania innych, odpierania błędu, szerzenia znajomości prawdy lub budowania swojego Kościoła — to i to wzbudzi w nas przekonanie — nie, że Bóg jest z pewnością zadowolony z nas, bo znajomość tajemnic może istnieć bez miłości — lecz że nie opuścił nas całkowicie mimo naszych grzechów, że wciąż o nas pamięta, zna nas po imieniu i pragnie naszego zbawienia. A dalej, jeśli mimo wszystkich naszych ułomności możemy wskazać na pewne okazje, w których dla służby Bożej poświęciliśmy coś z siebie, albo na jakiś nawyk grzechu czy złą skłonność natury, którą mniej lub bardziej przezwyciężyliśmy, albo na jakieś zwykłe zaparcie się siebie, które praktykujemy, albo na jakieś dzieło, które wykonaliśmy na cześć i chwałę Bożą — to może to napełnić nas pokorną nadzieją, że Bóg działa w nas, a przeto jest z nami w pokoju. I na koniec, jeśli za miłosierdziem Bożym mamy w sobie wewnętrzne poczucie własnej szczerości i prawości, jeśli czujemy, że możemy wołać do Boga ze świętym Piotrem, że miłujemy Go jedynie i pragniemy podobać Mu się we wszystkim — w miarę jak to czujemy, albo w takich chwilach, gdy to czujemy, mamy wlaną w serca pewność, że jesteśmy teraz w Jego łasce i jesteśmy kształtowani do dziedzictwa Jego wiecznego królestwa.