*„Niczego bowiem nie przynieśliśmy na ten świat; nic też nie możemy z niego wynieść. Mając natomiast żywność i odzienie, bądźmy z tego zadowoleni."* — 1 Tm 6,7-8
Każda epoka ma swoje właściwe grzechy i pokusy. Niecierpliwość wobec własnego losu, szemranie, zawiść, niewdzięczność, niezadowolenie — to grzechy wspólne ludziom wszystkich czasów, lecz sądzę, że jednym z tych, które szczególnie przynależą do naszej epoki, jest pożądanie większej cząstki dóbr doczesnych, niżeli Bóg nam udzielił — ambicja i chciwość w tej czy innej postaci. Jest to wiek i kraj, w których bardziej niż w jakimkolwiek innym ludzie mają sposobność do tego, co zwie się awansem w życiu — przejścia z niższej klasy społecznej do wyższej, zdobycia bogactwa; a za bogactwem ciągną wszystkie inne dobra: znaczenie, prestiż, wpływ, władza, przyjemności, pożądliwość ciała, pożądliwość oczu i pycha żywota. Skoro więc ludzie dzisiejsi tak często mogą zdobywać dobra doczesne, których dawniej nie mieli, nie dziw, że są kuszeni, by je zdobywać; nie dziw też, że gdy je zdobędą, przykładają do nich serce.
Zdarzy się często, że z pożądania tych dóbr przed ich zdobyciem i z przywiązania do nich po ich zdobyciu ludzie skłonią się ku niegodziwym środkom — czy to by je pomnożyć, czy by ich nie utracić. Nie zamierzam jednak rozważać aż tak skrajnego przypadku nieuczciwości, oszustwa, dwulicowości, niesprawiedliwości i tym podobnych: do nich zdaje się nawiązywać św. Paweł, gdy w dalszym ciągu mówi: „Ci, którzy chcą się bogacić, wpadają w pokusę i w zasadzkę"; i znowu: „Chciwość pieniędzy jest korzeniem wszelkiego zła." Ograniczmy się jednak do rozważenia samej natury tych dóbr doczesnych i ich naturalnych skutków, nie rozciągając naszego spojrzenia na dalsze nieszczęścia, które mogą one sprowadzić. Św. Paweł mówi w wersecie-motto, że winniśmy poprzestać na żywności i odzieży; a Mędrzec mówi: „Nie dawaj mi ani ubóstwa, ani bogactwa; żyw mię chlebem sobie potrzebnym." A Pan nasz chce, byśmy „nie troszczyli się o dzień jutrzejszy" — co z pewnością jest przestrogą przed wzbogacaniem się, gromadzeniem majątku lub dążeniem do wyróżnienia. I nauczył nas modlić się słowami: „Chleba naszego *powszedniego* daj nam dzisiaj." A jednak wielka liczba ludzi — rzec można, że niemal wszyscy — nie zadowala się tym, co wystarczy; nie kontentuje ich dostateczność; pragną czegoś więcej niż prostoty, skromności, powagi i umiaru w sposobie życia; lubią przepych i blask, podziw tłumów i służalczość ze strony tych, którzy mają z nimi do czynienia, a także możność czynienia, co im się podoba; lubią przyciągać wzrok, być przyjmowanymi z uwzględnieniem i szacunkiem, słuchanymi z atencją, słuchanymi z pośpiechem; lubią pozdrowienia na rynkach i pierwsze miejsca; lubią się bogato odziewać i posiadać tytuły zaszczytne. Spróbuję więc teraz wykazać, że te dobra, których ludzie szukają, nie zasługują na miano dóbr prawdziwych; że są niedostosowane do naszej natury i do naszego obecnego stanu, i że są dla nas niebezpieczne; że na ogół jest lepiej dla naszych widoków na szczęście nawet tutaj — nie mówiąc już o wieczności — byśmy ich nie posiadali.
Po pierwsze: że te doczesne korzyści, jak je zwą, nie dają wielkich radości nawet teraz osobom je posiadającym, nie wymaga to długiego dowodzenia. Mógłbym wręcz twierdzić, z niemałą dozą racji, że rzeczy te, zamiast pomnażać szczęście, są zazwyczaj źródłem wielkiego niepokoju; że im ktoś ma więcej bogactwa, więcej władzy, więcej znaczenia, tym bardziej rosną jego troski, a czas mniej do niego należy — stąd też, słowami Kaznodziei: „bogacza bogactwo nie da mu spać" i „w wielkim rozumie wiele smutku, a kto przydaje wiedzy, przydaje bólu." Jednak cokolwiek by powiedzieć w tej kwestii, przynajmniej te zewnętrzne korzyści nie pomnażają naszego szczęścia. Zapytam każdego, kto osiągnął jakiś cel swych pragnień: czy doświadczył w tym sukcesie owej pełnej i trwałej satysfakcji, jakiej się spodziewał? Czy po krótkim czasie nie ogarnęło jego duszy pewne rozczarowanie, znużenie, przesyt, niepokój? Myślę, że tak; a jeśli tak — cóż go upewnia, że owa większa cząstka sławy, zamożności i wpływu, której nie posiada, a której pragnie, gdyby mu była dana, wystarczyłaby do jego szczęścia? Nie; fakt jest pewny, choć możemy być powolni i niechętni, by w to uwierzyć: żadna z tych rzeczy nie przynosi radości, jaką z góry po niej oczekujemy. Bacznie obserwujcie ludzi, którzy je posiadają, a w końcu dostrzeżecie u nich ten sam niepokój i chwilową nerwowość, co u innych; zobaczycie, że zawsze jest jakieś coś ponad to, ku czemu dążą, albo jedna jedyna rzecz, która ich drażni i trapi. Dobra, które podziwiasz, sprawiają przyjemność przeważnie tylko dopóki są nowe; tymczasem ci, którzy je posiadają, już się do nich przyzwyczaili, więc mało się nimi przejmują i nie znajdują w nich ulgi pośród trosk i niepokojów, które nadal trwają. W perspektywie i wyobraźni piękne jest być podziwianym, oklaskiwanym, zabieganym, obawianym, mieć imię wśród ludzi, kształtować ich opinie i czyny swym słowem, wywoływać poruszenie swymi ruchami, gdy wołają: „Padnij na kolana!" — lecz nikt tak dobrze nie wie, jak próżna jest chwała świata, jak ten, kto ją posiada. I dlaczego tak jest? Otóż dlatego, jednym słowem, że dusza stworzona jest do zajęć i radości religijnych; i przeto żadne dobra doczesne, jakkolwiek wzniosłe i wyrafinowane, nie mogą jej zaspokoić. Równie dobrze moglibyśmy próbować żywić ciało plewami, jak karmić i krzepić nieśmiertelną duszę przyjemnościami i zajęciami tego świata.
Tyle tylko powiem o tym, że doczesne korzyści nie przynoszą teraźniejszego szczęścia. Rozważmy następnie, że wręcz przeciwnie — są one prawdziwie niebezpieczne dla naszych wiecznych interesów.
Wiele spośród tych rzeczy, gdyby nawet nie wyrządzało innej szkody, jest przynajmniej szkodliwe dla naszych dusz przez to, że zajmuje czas, który mógłby być poświęcony religii. Szerokie obcowanie ze światem, do którego zmuszają znamienitość i wysoka pozycja, ma tendencję do odciągania myśli od Boga i przytępiania jej na działanie religijnych motywów i pobożnych rozważań. Brak jest zgodności między wielką aktywnością a spokojną pobożnością, między wielkim przepychem a prostą wiarą — co boleśnie odczuje zwłaszcza chrześcijanin, któremu Bóg wyznaczył jakiś urząd szczególnej odpowiedzialności lub wyróżnienia. Zachowanie ducha religijnego wśród spraw i podniet tego świata jest możliwe jedynie dla świętego; co więcej, tak samo jest nawet wtedy, gdy nasze zajęcia mają charakter charytatywny i religijny, a nasze główne obcowanie jest z tymi, których uważamy za ludzi nastawionych religijnie, których zasady i postępowanie raczej nie sprowadzą naszych stóp z wąskiej drogi życia. Tu bowiem możemy być zwodzeni właśnie przez okoliczność, że nasze zajęcia są religijne; a cel — jako słuszny — wciągnie nas całkowicie i nieustannie będzie kusić, byśmy byli niedbali wobec środków i ducha, w jakim go realizujemy. Pan nasz napomina o niebezpieczeństwie nadmiaru zajęć w Przypowieści o Siewcy: „Ten zaś, który otrzymał ziarno między ciernie, to ten, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo i zostaje bezowocny."
Nadto owe doczesne korzyści, jak je zwą, będą nas uwodzić ku nadmiernemu umiłowaniu ich. Z natury zbyt skłonni jesteśmy żyć przez widzenie, a nie przez wiarę; poza bezpośrednią przyjemnością jest w zaszczytach i dochodach świata coś tak miłego dla naszych naturalnych skłonności, że tylko niezwykle mocny umysł i wielka miara łaski zdolne są nie dać się im stopniowo psuć. Przywiązujemy do nich serce i w tej samej mierze odwracamy je od Boga. Stajemy się niechętni do opuszczenia tego widzialnego porządku rzeczy i do zrównania się z tymi rzeszami, które są teraz niżej od nas. Pomyślność wystarczy, by uwodzić, choć nie wystarczy, by zaspokajać. Stąd też śmierć i sąd są przykrymi przedmiotami rozmyślania dla bogatych i potężnych; śmierć bowiem odbiera im owe wygody, które przyzwyczajenie uczyniło im niezbędnymi, i wyrzuca ich na pastwę nowego porządku rzeczy, o którym nic nie wiedzą, prócz tego, że nie ma w nim względu na osoby.
I jak te dobra prowadzą nas do miłowania świata, tak też prowadzą do ufania mu: stajemy się nie tylko światowi, ale i niewierni; gdy wola ulega zepsuciu, umysł też się zaciemnia, a nie lubiąc prawdy, stopniowo uczymy się podtrzymywać i bronić błędu. Św. Paweł mówi o tych, którzy „odpychając od siebie czyste sumienie, doznali rozbitki w wierze." Zadomowienie się w tym świecie czyni ludzi niezadowolonymi z nauki o wąskiej drodze; popadają w herezje i usiłują osiągnąć zbawienie na łatwiejszych warunkach, niż te, które wyznacza nam Chrystus. Miłość świata działa w rozmaity sposób. Opinie ludzi kształtują się niezauważalnie przez ich życzenia. Jeśli na przykład widzimy, że nasze doczesne widoki zależą — po ludzku sądząc — od pewnej osoby, jesteśmy skłonni szukać jej względów, okazywać jej cześć, przyjmować jej poglądy i ufać ramię z ciała, aż zapominamy o rządzącej opatrzności Bożej i konieczności Jego błogosławieństwa dla budowania domu i strzeżenia miasta.
Co więcej, owe doczesne korzyści, jak są uważane, mają silną tendencję do rodzenia w nas zarozumiałości. Gdy ktoś wybił się na świecie za sprawą własnej pracowitości i zdolności, gdy zaczął jako ubogi, a skończył jako bogaty — jakże skłonny będzie do chełpienia się i polegania na swych własnych pomysłach i zasobach! Albo gdy ktoś poczuwa się do dobrych zdolności: do szybkości w pojmowaniu tematu, lub do mocy argumentowania i łatwego wypowiadania się na dany temat, lub do przenikliwości w wykrywaniu błędów logicznych bez wielkiego wysiłku, lub do wyrafinowanego i wykształconego smaku, pozwalającego z precyzją oddzielać to, co poprawne i piękne w myśli i uczuciu, od tego, co wadliwe i nieregularne — ileż to taki człowiek będzie narażony na samozadowolenie i samouwielbienie! Jakże skłonny będzie polegać na sobie, spoczywać zadowolony z siebie, być szorstki i porywczy; lub wyniosły; lub wybredny, leniwy, niepraktyczny; i gardzić czystym, samozaparczym, pokornym usposobieniem religijnym jako czymś nierozumnym, nudnym, egzaltowanym lub niepotrzebnie surowym!
Te rozważania o skrajnym niebezpieczeństwie posiadania doczesnych korzyści znacznie się wzmocnią, gdy weźmiemy pod uwagę postępowanie ludzi świętych, którym zostały one dane. Weźmy na przykład Ezechiasza, jednego z najlepszych królów żydowskich. I on był doświadczony przez zdarzenia, które można by myśleć, że powinny były zniszczyć wszelką pychę i zarozumiałość. Król asyryjski wystąpił przeciwko niemu, gotowy go przytłoczyć swymi hufcami; a on znalazł w Bogu swym potężnego Wybawiciela, który jednej nocy wygubił spośród nieprzyjaciół sto osiemdziesiąt pięć tysięcy mężów. Poza tym cudownie wyzdrowiał z choroby, gdy cień słoneczny cofnął się o dziesięć stopni, by go utwierdzić w pewności obiecanego wyzdrowienia. A jednak gdy król babiloński przysłał posłów, by go z tym ozdrowieniem pogratulować, widzimy, że ten święty mąż ostentacyjnie pokazuje im swoje srebro, złoto i broń. Zaiste, serce jest „zdradliwe nade wszystko"; i po to właśnie Bóg pozwolił mu tak postąpić, by to jeszcze wyraźniej ukazać. Bóg „opuścił go" — mówi natchniony pisarz — „aby go doświadczyć i poznać wszystko, co miał w sercu." Weźmy Dawida jako inny przykład wielkiego niebezpieczeństwa pomyślności; i on ukaże nam niezadowalającą naturę dóbr doczesnych — bo który, myślisz, był szczęśliwszy: prosty pasterz czy król Izraela? Patrz na jego prostą ufność w Bogu i spokój, gdy szedł na Goliata: „Pan" — powiada — „który mię wyrwał z pazura lwa i z pazura niedźwiedzia, On wyratuje mię z ręki tego Filistyna." I porównaj to z jego ciężkimi grzechami, jego ciągłymi błędami, słabościami, niekonsekwencjami, a następnie jego utrapieniami i upokorzeniami po objęciu tronu Izraela — i któż nie powie, że jego wyniesienie było okazją zarówno smutku, jak i grzechu, których, po ludzku sądząc, byłby uniknął, gdyby był umarł wśród owczarni Jessego? Wspaniałomyślnie podtrzymywany był przez łaskę Bożą i umarł w bojaźni Bożej; a jednak jakiż prawy i konsekwentny chrześcijanin nie wzdraga się na samą myśl o posiadaniu tak korumpującej i uwodzącej potęgi doczesnej, jaką okazała się królewska władza Dawida w przypadku tak wielkiego Świętego? Przypadek Salomona jest jeszcze bardziej wymowny: jego odpadnięcie przerasta nawet nasze oczekiwania co do tego, co Zbawiciel nasz nazywa „zwodnością bogactw." Może on się wprawdzie nawrócił, bo skąd wiemy; lecz historia nie mówi nam o tym nic. Powiada tylko, że „Król Salomon kochał wiele kobiet obcych… i stało się, gdy Salomon był stary, że żony jego odwróciły serce jego ku bogom cudzym; i serce jego nie było szczere z Panem, Bogiem jego, jako serce Dawida, ojca jego. Albowiem Salomon poszedł za Astartą, bóstwem Sydończyków, i za Milkomem, obrzydliwością Ammonitów." A był to ten sam, który zanosił ową najbardziej wzniosłą i wzruszającą modlitwę przy Poświęceniu Świątyni, i który przy innej sposobności, gdy Wszechmogący dał mu możność wyboru jakiegokolwiek daru, przedłożył serce rozumne nad długie życie, zaszczyt i bogactwa.
Tak niebezpieczne jest zaiste posiadanie dóbr tego świata, że sądząc z historii biblijnej, rzadko Bóg zsyłał niezmąconą pomyślność komuś, kogo miłuje. „Błogosławiony człowiek, którego Ty karcisz, Panie, i uczysz go prawa swego" — mówi Psalmista. Nawet najlepsi potrzebują jakiegoś bólu lub smutku, by ich otrzeźwić i utrzymać serce w należytym nastawieniu. Tak więc, by wziąć za przykład samego świętego Pawła: nawet jego trudy, cierpienia i troski, jak nam powiada, nie wystarczyłyby, by uchronić go od unoszenia się pychą z powodu obfitości objawień, gdyby nie było dodane jeszcze jakieś dodatkowe umartwienie, ów „oścień dla ciała", jak to sam określa — jakaś ukryta niedola, o której nie jesteśmy bliżej poinformowani — by go ukorzyć i utrzymać w poczuciu jego słabości i zależności.
Historia Kościoła po nim dostarcza nam dodatkowej nauki tej samej poważnej prawdy. Przez trzy wieki Kościół był wystawiony na prześladowania pogańskie; przez ten długi okres ręka Boża spoczywała na Jego ludzie: cóż uczynili, gdy ta ręka została uniesiona? Jak postąpili, gdy świat stanął przed nimi otworem i gdy święci zajęli wyżyny ziemi? Czy cieszyli się tym? — bynajmniej; stronili od tego, z czego mogliby, gdyby chcieli, uczynić wiele; wyrzekali się tego, co im było podawane; gdy ręka Boża została odjęta, własna ręka była nad nimi ciężka. Bogactwa, zaszczyt i władzę odkładali od siebie. Pamiętali słowa Pana naszego: „Jak trudno wejdzie do królestwa Bożego ten, kto ma bogactwa!" I słowa świętego Jakuba: „Czyż Bóg nie wybrał ubogich w oczach tego świata, bogatych w wierze i dziedziców królestwa?" Przez trzy wieki nie potrzebowali myśleć o tych słowach, bo Chrystus pamiętał o nich i utrzymywał ich w pokorze; gdy zaś On pozostawił ich samym sobie, dobrowolnie czynili to, co dotąd cierpliwie znosili. Postanowili, by ewangeliczny charakter chrześcijanina był ich udziałem. Nadal, jak przedtem, Chrystus mówił o swych wyznawcach jako o ubogich i słabych, i pokornych, i prostego serca; o ludziach prostego życia, ludziach modlitwy, nie „ucztujących wystawnie", nie odzianych w „miękkie szaty", nie „troszczących się o dzień jutrzejszy." Pamiętali, co powiedział bogatemu młodzieńcowi: „Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź za Mną." I tak „złożyli z siebie szaty bujne", „złoto i perły i kosztowne szaty"; „sprzedawali, co mieli, i rozdawali jałmużny"; „umywali sobie nawzajem nogi"; „mieli wszystko wspólne." Tworzyli wspólnoty modlitwy i chwały, pracy i nauki, opieki nad ubogimi, wzajemnego budowania się i przygotowania się na Chrystusa; i tak, skoro świat ogłosił się chrześcijańskim, chrześcijanie niezwłocznie postawili wśród siebie świadectwo przeciwko światu, i królowie i mnisi weszli jednocześnie do Kościoła. I od tego czasu aż do dnia dzisiejszego zjednoczenie Kościoła z Państwem nigdy nie prosperowało inaczej, jak tylko wtedy, gdy Kościół był w jedności z pustelniami i celami.
Co więcej, w owych epokach religijnych chrześcijanie unikali wielkości w Kościele tak samo jak w świecie. Nie przyjmowali dostojeństw i stanowisk ze względu na ich duchowe niebezpieczeństwo, gdy nie były już okalani doświadczeniami doczesnymi. Gdy byli wybierani do episkopatu, gdy byli mianowani na kapłaństwo, uciekali i kryli się. Pamiętali słowa Pana naszego: „Kto by chciał być między wami pierwszym, niech będzie sługą waszym"; i znowu: „Nie dawajcie sobie tytułu Rabbi, bo jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście." A gdy ich znajdywano i przymuszano do zaszczytów, których się stronili, wielce lamentowali i zalewali się łzami. I czuli, że wyższe ich stanowisko w świecie wymaga od nich większej surowości i zaparcia się siebie w sposobie życia, by nie obróciło się w przekleństwo, by pokuta, z której by ich pozbawiło tutaj, nie była im wymierzona w niezmiernie zwielokrotnionej mierze w przyszłości. Bali się mieć „dobra swoje" i „pociechę" na ziemi, by nie mieć potem udziału Łazarza w niebie. Ów stan rzeczy wprawdzie już dawno minął, lecz nie pomijajmy nauki doktrynalnej, którą nam przekazuje, choćbyśmy nie chcieli brać go za wzór.
Zanim zakończę, muszę jednak zająć się pewnym zarzutem, który może być podniesiony przeciwko temu, co powiedziałem. Można zapytać: „Czyż te niebezpieczne rzeczy nie są darami Bożymi? Czyż nawet nie zwie się ich błogosławieństwami? Czyż Bóg nie obdarzył Salomona bogactwem i sławą jako nagrodą? I czy nie pochwalił go za modlitwę o mądrość? I czy nie mówi święty Paweł: »Starajcie się o dary najlepsze?«" To prawda; lecz ja nigdy nie zamierzałem twierdzić, że rzeczy te są złe same w sobie — są złe dla nas, jeśli szukamy ich jako celów, i niebezpieczne dla nas przez swą fascynację. „Wszelkie stworzenie Boże jest dobre" — jak mówi święty Paweł — „i niczego nie należy odrzucać"; lecz okoliczności mogą sprawić, że dobre dary staną się dla nas szkodliwe w konkretnym przypadku. Wino jest dobre samo w sobie, lecz nie dla człowieka gorączkującego. Gdyby nasze dusze były w doskonałym zdrowiu, bogactwa i władza, i silne zdolności umysłu byłyby nam bardzo stosowne; lecz są słabe i chore, i potrzebują tak wielkiej łaski Bożej, by te korzyści dobrze unieść, że możemy być spokojnie zadowoleni, nie posiadając ich.
Lecz można jeszcze nalegać: czy mamy zatem bezwzględnie wyrzec się tych dóbr, jeśli je mamy, i nie przyjmować ich, gdy nam są ofiarowane? Zachowanie ich może być obowiązkiem; przyjęcie ich jest niekiedy obowiązkiem; w pewnych bowiem przypadkach Bóg wzywa nas nie tyle do odłożenia ich od siebie, ile do odłożenia starego naszego człowieka i uczynienia sobie nowych serc i nowego ducha, byśmy mogli je przyjąć. Jednocześnie wystarczy nam dla naszego bezpieczeństwa znać ich zgubną naturę, strzec się ich i w żadnym przypadku nie brać ich jedynie dla nich samych, lecz z myślą o chwale Bożej. Muszą być narzędziami w naszych rękach do szerzenia sprawy Ewangelii. I w tym świetle mają swą wartość i dają swą prawdziwą radość; lecz pamiętajmy: ta wartość i to szczęście płyną z celu, któremu zostają poświęcone. To „ołtarz uświęca dar"; lecz w porównaniu z celem, któremu muszą służyć, ich realna i wewnętrzna doskonałość jest zaiste niewielka.
W tym właśnie sensie mamy starać się o dary najlepsze: jest bowiem wielkim przywilejem móc służyć Kościołowi. Czy mamy bogactwo — niech będzie środkiem szerzenia znajomości prawdy; zdolności — środkiem jej polecania; władzę — środkiem jej obrony.
Z tego, co powiedzieliśmy o niebezpieczeństwie posiadania rzeczy, które świat podziwia, możemy wyciągnąć następującą regułę: używaj ich, o ile zostały dane, z wdzięcznością za to, co jest w nich naprawdę dobre, i z pragnieniem wsławienia Boga za ich pomocą, lecz nie wychylaj się z drogi, by je szukać. Na ogół nie uczynią cię szczęśliwszym, a mogą uczynić mniej religijnym.
Dla nas wszak, którzy wszyscy jesteśmy adoptowanymi dziećmi Boga Zbawiciela naszego — cóż jeszcze brakuje do dopełnienia naszego szczęścia? Co może pomnożyć pokój tych, którzy wierzą i ufają Synowi Bożemu? Czy dodamy kroplę do oceanu, czy ziarnka do piasku morskiego? Czy będziemy się domagać ziemskiego dziedzictwa, my, którzy mamy pełnię niebieskiego; władzy, my, którzy w modlitwie możemy używać mocy Chrystusa; albo mądrości, my, którzy możemy być prowadzeni przez prawdziwą Mądrość i Światłość ludzi? W tym właśnie sensie Ewangelia Chrystusowa jest wyrównywaczem stanów: składamy wprawdzie naszym przełożonym pełne uszanowanie i chętnie, jak Panu; szanujemy znakomite talenty jako zasługujące na podziw i nagrodę, i tym chętniej tak czynimy, że są to drobne rzeczy do oddania. Czas jest krótki, rok za rokiem mija, a świat przemija. Mało ma znaczenia dla tych, których Bóg miłuje i którzy chodzą w Duchu prawdy, czy oddają, czy odbierają cześć — która jest tylko przejściowa i bez pożytku. Dla prawdziwego chrześcijanina świat przybiera inny i ciekawszy wygląd; nie jest już sceną dla wielkich i szlachetnych, dla ambitnych, by na niej się szamotać, i dla bogatych, by się w niej rozkoszować; lecz jest miejscem próby. Każda dusza jest kandydatem do nieśmiertelności. I im bardziej urzeczywistniamy ten pogląd na rzeczy, tym bardziej znikać będą z naszego pola widzenia przypadkowe różnice natury lub fortuny; i przyzwyczaimy się do modlitwy, by na każdego chrześcijanina zstąpiła, w obfitej mierze, nie tylko doczesna pomyślność, lecz ta niebiańska łaska, która jedynie może obrócić nam ten świat na dobre i uczynić go drogą pokoju i życia wiecznego.