*„Nie lękaj się ich oblicza, bo Ja jestem z tobą, aby cię ocalić, mówi Pan."* — Jr 1,8
Prorocy doznawali od Izraelitów nieustannej niewdzięczności — sprzeciwiano im się, lekceważono ich ostrzeżenia, zapominano o ich dobrodziejstwach. Istniała jednak pewna różnica między prorokami wcześniejszymi a późniejszymi: ci pierwsi żyli i umierali w czci wśród swego ludu — przynajmniej czci zewnętrznej. Choć nienawidzeni i krępowani przez złych, dzierżyli wysokie godności i panowali w zgromadzeniu. Mojżesz, na przykład, przez całe życie miał kłopoty ze swoim ludem, lecz do końca był jego prawodawcą i sędzią. Samuel również, choć odrzucony, otoczony był szacunkiem; gdy zaś umarł, „zebrali się wszyscy Izraelici i płakali nad nim, i pogrzebali go w jego domu w Rama." Dawid zakończył życie na królewskim tronie. Natomiast w czasach późniejszych prorocy byli nie tylko obiektem strachu i nienawiści ze strony wrogów Bożych, lecz wyrzucano ich z winnicy. W miarę jak zbliżała się chwila przyjścia prawdziwego Proroka Kościoła, Syna Bożego, upodabniali się do Niego w swoich ziemskich losach coraz bardziej; a jak On miał cierpieć, tak cierpieli i oni. Mojżesz był władcą, Jeremiasz — wygnańcem; Samuel spoczął w pokoju, Janowi Chrzcicielowi ścięto głowę. Wedle słów świętego Pawła, oni „doznali pośmiewisk i biczowania, a nadto więzów i więzienia. Ukamienowani byli, przerzynani piłą, kuszeni, mieczem zabijani; tułali się w skórach owczych i kozich, wśród niedostatku, ucisku i nędzy — ci, których świat nie był godzien — błąkając się po pustyniach i górach, po jaskiniach i rozpadlinach ziemi."
Spośród tych wszystkich przykładami tułaczy są Eliasz, który żył na pustyni, oraz owi stu prorocy, których Abdiasz żywił po pięćdziesięciu w jednej grocie. Michajasz zaś, skazany przez bałwochwalczego króla na chleb i wodę więzienną, jest wzorem tych, którzy „doznali więzów i uwięzienia." Spośród tych, których przerzynano piłą i zabijano mieczem, najznakomitszy jest Izajasz, który — jak głosi tradycja — z rozkazu Manassesa, syna Ezechiasza, został przepiłowany drewnianą piłą. A spośród ukamienowanych nikt nie jest słynniejszy od Zachariasza, syna Jojady, „zabitego między świątynią a ołtarzem." Ze wszystkich jednak prześladowanych proroków Jeremiasz jest najwybitniejszy — to znaczy: znamy więcej szczegółów z jego historii, z jego więzień, tułaczki i utrapień. Może być uważany za przedstawiciela Proroków; stąd też jest on szczególnym typem naszego Pana i Zbawiciela. Wszyscy Prorocy byli typami Wielkiego Proroka, którego drogę przygotowywali; zmierzali ku Chrystusowi i mówili o Chrystusie. W swoich cierpieniach zapowiadali Jego kapłaństwo, w nauczaniu — Jego urząd prorocki, w cudach — Jego królewską władzę. Dzieje Jeremiasza, jako opisane w Piśmie Świętym dokładniej niż losy innych Proroków, są najściślejszym spośród nich typem Chrystusa; oczywiście po Dawidzie, który ze wszystkich był mu najbliższy — jako cierpiący, natchniony nauczyciel i król. Jeremiasz zajmuje miejsce tuż po Dawidzie — nie mówię o godności i przywilejach, bo to Eliasz wziął był do nieba i ukazał się na Górze Przemienienia; nie mówię też o natchnieniu, bo Izajaszowi należy przypisać wyższe dary ewangeliczne — lecz w uosobieniu Tego, który przyszedł i płakał nad Jerozolimą, a potem był męczony i zabity przez tych, nad którymi płakał. Dlatego też, gdy przyszedł nasz Pan, jedni myśleli, że jest Eliaszem, drudzy — Janem Chrzcicielem zmartwychwstałym, inni zaś — że jest Jeremiaszem. O Jeremiaszu tedy będę teraz mówił jako o wzorze owych wszystkich Proroków, których święty Paweł stawia nam za przykłady wiary, a święty Jakub — za przykłady cierpliwości. Posługę Jeremiasza można streścić w trzech słowach: dobra nadzieja, trud, zawód.
Dany mu był przywilej powołania do świętego urzędu od najmłodszych lat. Podobnie jak Samuel, pierwszy prorok, pochodził z pokolenia Lewiego, od urodzenia poświęcony służbie Bożej i obdarzony nieustanną obecnością i łaską Bożą. „Zanim cię ukształtowałem w łonie matki, znałem cię" — mówi doń słowo Pańskie, gdy dawał mu posłannictwo — „zanim ujrzałeś światło dzienne, poświęciłem cię i ustanowiłem cię prorokiem dla narodów." Posłannictwo to zostało udzielone w roku następnym po rozpoczęciu reformy przez Jozjasza. Jeremiasz odpowiedział: „Ach, Panie Boże, oto nie umiem mówić, bo jestem młody." Czuł trudność prorockiego urzędu; tę stanowczość i nieustraszenie, których wymagało głoszenie słów Bożych. „Lecz Pan rzekł do mnie: Nie mów: jestem młody, bo pójdziesz do wszystkich, do których cię poślę, i będziesz mówił wszystko, co ci nakażę. Nie lękaj się ich oblicza, bo Ja jestem z tobą, aby cię ocalić — mówi Pan. Potem Pan wyciągnął rękę i dotknął moich ust, i rzekł do mnie: Oto wkładam moje słowa w twe usta."
Żaden prorok nie rozpoczynał swoich trudów z większą otuchą niż Jeremiasz. Na tronie zasiadł właśnie król, który przywracał czasy człowieka według Bożego upodobania. Żaden z synów Dawida nie był tak gorliwy jak Jozjasz, od samego Dawida poczynając. Król był też młody — w chwili rozpoczęcia swej reformy miał najwyżej dwadzieścia lat. Jakże wiele można było dokonać przez lata, choćby obecny stan ludu był jakże zepsuty i znikczemniały! — tak mógł myśleć Jeremiasz. Trzeba też pamiętać, że posłuszeństwo religijne pod przymierzem żydowskim nagradzane było doczesną pomyślnością. Zdawało się więc, że Jeremiasz miał wszelkie powody, by z początku spodziewać się dla Kościoła świetlanej przyszłości. Jozjasz był właśnie tym królem, którego narodziny zapowiedziano z imienia ponad trzysta lat wcześniej, gdy Jeroboam utrwala bałwochwalstwo; był obiecanym mścicielem przymierza Bożego, „naprawicielem wyłomów, odnowicielem dróg wiodących do siedzib ludzkich." Izrael (dziesięć pokoleń) poszedł w niewolę, schizma dobiegła kresu; królowie z domu Dawida panowali znów nad całym obszarem Ziemi Obiecanej; bałwochwalstwo zostało przez Jozjasza zniszczone we wszystkich miastach. Oto ówczesne błogosławieństwa, którymi cieszyła się resztka żydowska. Na pierwszy rzut oka rozsądne więc było oczekiwanie dalszej i trwałej poprawy. Każdy zaczyna z ufnością; wówczas, jak i dzisiaj, wielu pracowników na roli Bożej obejmowało swój urząd z żywszymi nadziejami, niż późniejsze losy miały uzasadnić. Niezależnie jednak od tego, czy owa nadzieja powodzenia pobudzała pierwsze wysiłki Jeremiasza — bardzo rychło, w jego przypadku, ta radosna perspektywa zachmurzyła się i skazano go na pracę w ciemności. Orędzie Chuldy do króla, gdy znalazł on Księgę Prawa w świątyni, wyznaczyło przyszłe losy Judy. Chulda przepowiedziała nieszczęście — rychłe odejście dobrego Jozjasza do wiecznego spoczynku jako miłosierdzie dla niego, a dla narodu niegodnego go — straszną zagładę. Proroctwo to zostało wypowiedziane pięć lat po wstąpieniu Jeremiasza w urząd; a on posługiwał łącznie czterdzieści lat przed niewolą — tak rychło w ciągu swojej drogi urwały mu się nadzieje.
Lecz nawet gdyby założyć, że orędzie Chuldy do niego nie dotarło, z pewnością rychło wyzbył się wszelkich złudzeń co do swych oczekiwań — bądź to przez wyraźne objawienie Boże, bądź przez widok faktycznego stanu zatwardziałości w grzechu, w jakim leżał naród. Rychło z pewnością zniszczone zostały jego nadzieje i duch jego ochłódł, by osiągnąć pewien błogosławieńszy i szlachetniejszy stan — poddanie się woli Bożej.
Mówię, że poddanie jest stanem ducha błogosławieńszym niż ufna nadzieja na doraźny sukces — ponieważ jest prawdziwsze, bardziej zgodne z naszym upadłym stanem bytu i bardziej kształcące dla serca; ponieważ jest tym, czym odznaczali się najznakomitsi słudzy Boży. Spodziewać się wielkich owoców naszych wysiłków dla celów religijnych jest rzeczą naturalną i niewinną, lecz wynika z braku doświadczenia co do rodzaju pracy, którą mamy wykonywać — zmiany serca i woli człowieka. O wiele szlachetniejszy jest stan ducha, w którym pracujemy nie z nadzieją ujrzenia owocu swych trudów, lecz ze względu na sumienie, jako kwestię obowiązku; i znów — w wierze, ufając, że dobro zostanie zdziałane, choć go nie widzimy. Przejdźcie przez całą Biblię, a znajdziecie, że słudzy Boży, choćby zaczynali od powodzenia, kończą na zawodzie — nie dlatego, że zamierzenia Boże czy Jego narzędzia zawodzą, lecz że czas żęcia tego, cośmy zasiali, jest w przyszłości, nie tutaj; że tu, w żadnym ludzkim życiu, nie ma wielkich widzialnych owoców. Mojżesz, na przykład, zaczął od wyprowadzenia Izraelitów z Egiptu w triumfie; skończył zaś w wieku stu dwudziestu lat, zanim dotarł do celu i zdobył Kanaan — jeden spośród opornych rzesz, które zostały pogrążone na pustyni. Reformy Samuela zakończyły się tym, że lud z własnej woli wybrał sobie króla na wzór otaczających narodów. Eliasz, po swoich sukcesach, uciekł przed Jezabel na pustynię, by tam opłakiwać swoje zawody. Izajasz po pobożnym panowaniu Ezechiasza i cudownym zniszczeniu wojsk Sennacheryba dostał się w złe czasy jego syna Manassesa. Nawet w powodzeniach pierwszych chrześcijańskich nauczycieli, Apostołów, obowiązuje ta sama zasada. Po wszystkich wielkich dziełach, których Bóg im dozwolił dokonać, wyznawali przed śmiercią, że doświadczają i widzą przed sobą klęskę i nieszczęście; że owoc ich pracy nie ujrzy się, dopóki Chrystus nie przyjdzie, by otworzyć księgi i zgromadzić swoich świętych z czterech krańców ziemi. „Ale ludzie źli i oszuści będą się krzewić ku gorszemu, błądząc sami i innych w błąd wprowadzając" — takie jest świadectwo świętego Piotra, świętego Pawła, świętego Jana i świętego Judy.
Otóż w przypadku Jeremiasza mamy zapisaną ową rozmaitość i zmienność uczuć, jaką wywołuje to przejście od nadziei do zawodu — przynajmniej w duszy wrażliwej. Jego doświadczenia były bardzo ciężkie już za panowania Jozjasza; gdy jednak odszedł ów pobożny król wskutek wczesnej śmierci, Jeremiasz wystawiony był na prześladowanie ze strony wszystkich warstw. Raz czytamy o tym, że lud knował przeciwko niemu; innym razem — że mężowie z jego własnego miasta, Anatot, „szukali jego życia" z powodu jego prorokowania w imię Pańskie. Jeszcze kiedy indziej schwytali go kapłani i prorocy, chcąc go stracić; uratowali go jedynie niektórzy książęta i starsi, którzy jeszcze dochowywali wierności pamięci Jozjasza. Następnie Paszchur, przełożony przybytku świątynnego, uderzył go i poddał torturom. Innym razem król Sedecjasz uwięził go. Gdy wojska chaldejskie oblegały Jerozolimę, Żydzi oskarżyli go o zdradę na rzecz wroga, pobili i uwięzili, a potem wrzucili do cysterny, gdzie „ugrzązł w mule" i o mało nie zginął z głodu. Gdy Jerozolima została zdobyta przez wroga, Jeremiasz siłą zawleczony został do Egiptu przez ludzi, którzy z początku udawali, że go czczą i z nim się radzą — i tam zakończył życie, jak się sądzi, śmiercią gwałtowną. Nabuchodonozor, pogański król Babilonu i zdobywca Jerozolimy, był jednym z nielicznych, którzy okazywali mu życzliwość. Ten wielki król, który potem zaszczycił swą łaską Daniela i w końcu — po surowej karze — uznał Boga niebios, po zdobyciu miasta uwolnił Jeremiasza z więzienia i polecił dowódcy swojej straży, by „pilnie na niego uważał i nie czynił mu żadnej krzywdy, lecz postępował z nim, jak on sobie zażyczy." Wzmiankowany jest też Etiopczyk — inny poganin — który wyprowadził go z cysterny.
Takie były jego doświadczenia; jego udręka, trwoga, przygnębienie, a niekiedy nawet niepokój pod ich ciężarem — wyrażone są na wiele sposobów; ów prąd i odpływ uczuć, przez który przechodzi większość ludzi, zanim duch ich osiągnie spokój poddania. Raz wyraża zdumienie swoim niepowodzeniem: „Panie, czyż Twoje oczy nie patrzą na prawdę? Uderzyłeś ich, a nie czuli bólu; wytępiłeś ich, lecz odmówili przyjęcia karności." Znów: „Coś zdumiewającego i odrażającego dzieje się w tej ziemi: prorocy prorokują kłamstwo, kapłani rządzą z ich pomocą, a mój lud kocha to właśnie." Kiedy indziej wyraża swą bezradność wobec nieporządku świata i powodzeń bezbożnych: „Sprawiedliwy jesteś, Panie, gdy się z Tobą sprzeczam. Chcę jednak rozważyć z Tobą Twoje wyroki: dlaczego droga bezbożnych wiedzie ku szczęściu? Dlaczego żyją spokojnie wszyscy zdrajcy? [...] Ale Ty, Panie, znasz mnie; widzisz mnie i doświadczasz moje serce w odniesieniu do Ciebie." Potem z kolei duch jego gnębi się myślą o własnych niespokojnych trudach i zamęcie: „Biada mi, matko, żeś mnie urodziła, jako człowieka niezgody i człowieka waśni dla całej ziemi! Ani ja nie pożyczałem na lichwiarski procent, ani ode mnie nie pożyczano na lichwę; a każdy mnie przeklina. [...] Czemu moja boleść jest nieustanna i moja rana nieuleczalna? [...] Czyżbyś miał mi być jako zawodny strumień, jak wody, które giną?" Są to udręki duszy łagodnej i spokojnej, wbrew swej woli wtrąconej w wiry życia i ściągającej na siebie nienawiść tych, którym się sprzeciwia, wbrew swojej naturze. Wyraża to gdzie indziej w ten sposób: „Co do mnie, nie [...] pragnąłem dnia nieszczęścia" (który przepowiadał); „Ty wiesz: to, co wyszło z moich ust, było przed Tobą dobre. Nie bądź dla mnie powodem trwogi; Ty jesteś moją ucieczką w dniu klęski." Gdy Paszchur poddał go torturom, ogarnął go jeszcze większy niepokój: „Panie, uwiodłeś mnie i dałem się uwieść. Jesteś mocniejszy ode mnie i przemogłeś mnie. Jestem przedmiotem pośmiewiska przez cały dzień, każdy się ze mnie naśmiewa. [...] Niech będzie przeklęty dzień, w którym się urodziłem" (tu mamy z pewnością język niecierpliwości), „niech dzień, w którym mnie porodziła moja matka, nie będzie błogosławiony."
Lecz czym kończyły się owe zmiany uczuć? — poddaniem się woli Bożej. W innym miejscu używa Jeremiasz słów wyrażających ów poskromiony duch i serce oderwane od świata, które jest kresem wszelkiego wzburzenia i niepokoju w duszach religijnych. Ten, który niegdyś nie mógł sam siebie pocieszyć, innym razem posłany był, by pocieszyć brata; pocieszając zaś Barucha, przemawia w owym szlachetniejszym tonie poddania, który zastępuje ufną nadzieję i dokuczliwy lęk, i świadczy o spokojnej, jasnowidzącej wierze oraz wewnętrznym pokoju: „Tak mówi Pan, Bóg Izraela, do ciebie, Baruchu: Rzekłeś: Biada mi, bo Pan dodał smutek do mojego bólu; umdlałem w moim wzdychaniu i nie znajduję spokoju. [...] Oto to, co zbudowałem, burzę; to, co zasadziłem, wyrywam, a jest nim cała ta ziemia. A ty szukasz dla siebie wielkich rzeczy? Nie szukaj ich! Bo oto Ja sprowadzam nieszczęście na wszelkie ciało; [...] lecz tobie daję twoje życie jako zdobycz na wszystkich miejscach, dokąd pójdziesz" — to znaczy: nie szukaj powodzenia, nie bądź niecierpliwy, nie dręcz się — zadowól się, jeśli po wszystkich swoich trudach ocalisz przynajmniej siebie, nie widząc żadnego innego ich owocu.
A teraz, bracia moi, czy to, o czym mówiłem, odnosi się do nas wszystkich, czy tylko do Proroków? Do nas wszystkich. Bo wszyscy żyjemy w świecie, który dobrze obiecuje, lecz nie spełnia; i wszyscy (biorąc życie nasze w całości, z pominięciem perspektyw religijnych) zaczynamy od nadziei i kończymy na zawodzie. Niezaprzeczalnie wielka jest różnica w naszych poszczególnych doświadczeniach, wynikająca z różnorodności temperamentów i kolei losu. A jednak jest w naszej naturze to, że zaczynamy życie beztrosko i radośnie; że szukamy wielkich rzeczy w taki czy inny sposób; że żywimy nieokreślone wyobrażenia o dobru, które nadejdzie; że kochamy świat i wierzymy jego obietnicom, i szukamy w nim zadowolenia i szczęścia. I jak jest w naszej naturze mieć nadzieję, tak jest naszym udziałem, w miarę upływu życia, napotykać zawód. Wiem, że są rzesze ludzi w spokojnych szeregach społeczeństwa, którzy przeżywają dni swoje bez wielkich zmian losu; choć nawet w takich przypadkach ludzie refleksyjni mają wiele więcej do powiedzenia o sobie, niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. Niemniej jednak, że zawód w takiej czy innej postaci jest udziałem człowieka (to znaczy patrząc na nasze perspektywy z pominięciem życia przyszłego) — widoczne to jest choćby z samego faktu, jeśli nie z niczego innego, że zaczynamy życie w zdrowiu, a kończymy w chorobie; lub innymi słowy, że życie *dobiega kresu* — a kres jest porażką. I nawet w najspokojniejszych ścieżkach życia — czy starzy nie odczuwają żalu, mniej lub bardziej żywo, że nie są już młodzi? Czy nie opłakują minionych dni i czy nawet w przyjemności wspomnienia nie czują bólu? I dlaczego, jeśli nie dlatego, że myślą, iż utracili coś, co niegdyś mieli — podczas gdy u początku życia myśleli o zdobyciu czegoś, czego nie mieli? Podwójny zawód.
Czy to religia poddaje ów smutny pogląd na rzeczy? Nie — to doświadczenie; to dzieło *świata*; to fakt, od którego nie możemy uciec, choćby Biblia nie mówiła ani słowa o przemijającej naturze wszystkich ziemskich przyjemności.
Oto, gdzie sam Bóg oferuje nam pomoc przez swoje Słowo i w swoim Kościele. Pozostawieni sami sobie szukamy dobra od świata, lecz nie możemy go znaleźć; w młodości patrzymy naprzód, w starości — wstecz. Dobrze, byśmy przekonali się o tym w porę, by zyskać mądrość i przygotować się na dzień niedoli. Szukamy wielkich rzeczy? Szukać ich musimy tam, gdzie naprawdę można je znaleźć, i w sposób, w jaki można je znaleźć; szukać ich musimy tak, jak postawił je przed nami Ten, który przyszedł na świat, abyśmy mogli je osiągnąć. Musimy być gotowi porzucić doraźną nadzieję dla przyszłej radości, świat ten — dla świata niewidzialnego. Prawda jest bowiem (choć tak trudno nam przyjąć ją szczerze sercami), że nasza natura nie jest od razu przygotowana do radowania się szczęściem, nawet gdyby było nam ofiarowane. Szukamy go i czujemy, że go potrzebujemy; lecz (choć dziwnie to brzmi, tak właśnie jest) nie jesteśmy zdolni do szczęścia. Jeśli więc od razu rzucimy się naprzód, by szukać rozkoszy, będzie to jak dziecko usiłujące chodzić, zanim nabrało sił. Jeśli chcemy osiągnąć prawdziwą szczęśliwość, musimy przestać szukać jej jako celu; musimy odroczyć perspektywę jej kosztowania. Bo jesteśmy z natury w stanie nienaturalnym; musimy zostać zmienieni z tego, czym jesteśmy przy narodzeniu, zanim będziemy mogli przyjąć nasze największe dobro. A jak w chorobie stosuje się często ostre środki lub przykre leczenie, tak samo dzieje się z naszymi duszami; musimy przejść przez ból, musimy ćwiczyć zaparcie się siebie, musimy powściągać nasze wole i oczyszczać nasze serca, zanim będziemy zdolni do jakiegokolwiek trwałego i solidnego pokoju. Usiłowanie osiągnięcia szczęścia inaczej niż tą pozornie żmudną i okrężną drogą jest wysiłkiem na próżno; to budowanie na piasku — fundament rychło się rozpadnie, choć budowla przez jakiś czas wyglądać będzie pięknie. Być wesołym i beztroskim, samolubnym i samowolnym — to zupełnie nie przystoi naszemu prawdziwemu stanowi. Musimy nauczyć się poznawać siebie i mieć myśli i uczucia stosowne do nas samych. Porywcza nadzieja i nieokiełznana wesołość źle stoją grzesznikowi. Czyż ma on unikać niskiego mniemania o sobie, ostrego bólu i umartwienia przyrodzonej woli — on, którego wina ściągnęła z nieba Syna Bożego, by umarł za niego na krzyżu? Czy wolno mu żyć w przyjemności i nazywać ten świat swoim domem, gdy czyta w Ewangelii o długotrwałym utrapieniu i zawodach swojego Zbawiciela?
Nie może tak być; przygotujmy się na cierpienie i zawód, które przystoją nam jako grzesznikom i są konieczne dla nas jako świętych. Nie odwracajmy się od doświadczeń, gdy Bóg nam je zsyła, ani nie zachowujmy się jak tchórze w boju wiary. „Czuwajcie, stójcie w wierze, mężnie postępujcie, bądźcie mocni" — takie jest napomnienie świętego Pawła. Gdy spotka was utrapienie, pamiętajcie, by przyjąć je jako środek poprawy serc waszych i módlcie się do Boga o łaskę, by właśnie tak działało. Patrzcie zawodowi w oczy. „Weźcie za przykład cierpliwości i znoszenia niedoli Proroków. [...] Oto tych, co wytrwali, ogłaszamy błogosławionymi." Nie porzucajcie wysiłków służenia Bogu, choć nie widzicie żadnego z nich owocu. Czuwajcie i módlcie się, i słuchajcie głosu sumienia, choć nie możecie dostrzec własnego postępu w świętości. Idźcie naprzód — a nie możecie nie posuwać się ku przodowi; wierzcie w to, choć tego nie widzicie. Spełniajcie obowiązki swego powołania, choć są wam przykre. Wychowujcie dzieci staranie w dobrej drodze, choć nie możecie wiedzieć, o ile łaska Boża dotknęła ich serca. Niech wasza światłość świeci przed ludźmi i sławcie Boga spójnym życiem, choćby inni nie zdawali się przez to oddawać chwały swemu Ojcu ani nie korzystali z waszego przykładu. „Rzucajcie chleb swój na wody, bo po wielu dniach znajdziecie go. [...] Rano siejcie ziarno swoje, a wieczorem ręki nie wstrzymujcie; bo nie wiesz, czy lepiej powiedzie się temu czy tamtemu, czy oba razem będą pomyślne." Wytrwajcie na wąskiej drodze. Prorocy przeszli przez cierpienia, wobec których nasze są drobiazgiem; przemoc i podstęp razem usiłowały ich zepchnąć z drogi, lecz oni szli prosto naprzód — i teraz spoczywają.
Wiem dobrze, że cały ten temat jest nieprzyjemny wielu ludziom, którzy powiadają, że powinniśmy być radośni. „Każą nam się radować — po cóż więc każecie nam smucić się?" Każę wam smucić się, abyście mogli radować się doskonalej. „Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni." „Którzy sieją ze łzami, żąć będą w radości." Każę wam brać krzyż Chrystusowy, abyście nosili Jego koronę. Oddajcie Mu serca swoje, a sami rozwiążecie ową trudność, jak to możliwe, że chrześcijanie są zasmuceni, a przecież zawsze radośni. Przekonacie się, że lekkość serca i wesołość są całkowicie zgodne z owym nowym i niebiańskim charakterem, który On nam nadaje — choć by nabyć go w jakiejkolwiek mierze, musimy przez pewien czas być smutni, a potem zawsze zamyśleni. Ostrzegam was jednak uczciwie: na początku musicie wziąć słowo Jego na wiarę; jeśli zaś tego nie uczynicie, nie ma na to rady. On mówi: „Przyjdźcie do Mnie, [...] a Ja wam dam odpoczynek." Zaczynać musicie od wiary; z początku nie widać, dokąd was prowadzi i jak światło wzejdzie z ciemności. Zacząć musicie od wyrzekania się waszych przyrodzonach pragnień — praca bolesna; od powstrzymywania się od grzechu, od wyrywa się z opieszałości, od strzeżenia języka przed słowami nieszczerymi, rąk przed czynami podstępnymi i oczu przed patrzeniem na marność; od czuwania przeciwko pierwszym podnietom gniewu, pychy, nieczystości, uporu, zazdrości; od uczenia się znoszenia śmiechu bezbożnych dla miłości Chrystusa; od zmuszania umysłów, by poważnie śledziły słowa modlitwy, choć byłoby to trudne, i od zachowywania przed sobą myśli o Bogu przez cały dzień. Zdolacie to czynić, jeśli tylko szukać będziecie potężnej pomocy Boga Ducha Świętego, która jest wam dana; a gdy za tym będziecie podążać, wówczas — słowami Proroka — „zajaśnieje pośród ciemności twe światło, a mrok twój stanie się jak południe. I Pan cię będzie prowadził nieustannie i nasyci twoją duszę na pustkowiach, i będziesz jak ogród nawodniony i jak źródło wody, której nie brakuje."