HomiliaDB

John Henry Newman · Kazania parafialne i zwyczajne, tom VIII

Kazanie XII. Marność chwały ludzkiej

Gdy życie wydaje się bez sensuGdy świat mnie wciąga Marność świataPokora
„Świat nas nie zna, bo Jego nie poznał."
W skrócie. Święci Szymon i Juda — niemal nieznani z historii, choć wielcy słudzy Boży — ilustrują zasadę: czyń obowiązek nie dla ludzkiej chwały. Poganie szukali sławy jako namiastki wyższego dobra, lecz pośmiertna sława jest próżnością; chrześcijanin szuka Bożej pochwały. Prawdziwa chwała to uznanie Chrystusa — niemal niepojęta radość znana Apostołom.

„„Tajemnica Pańska objawiona jest tym, którzy się Go boją; i przymierze swoje oznajmia im Pan[^FN10]."”

*„Świat nas nie zna, bo Jego nie poznał."* — 1 J 3,1

O świętych Szymonie i Judzie, których w dniu dzisiejszym czcimy, wiemy niewiele. Święty Juda żyje wprawdzie w Kościele przez swój katolicki list; z jego dziejów wiemy jedynie, że był bratem świętego Jakuba Mniejszego i bliskim krewnym naszego Pana oraz że — podobnie jak święty Piotr — był człowiekiem żonatym. Obok imienia Juda lub Judasz ewangeliści nadają mu też imiona Tadeusz i Lebeusz. O świętym Szymonie wiemy tylko tyle, że nazywano go Kananejczykiem albo Gorliwcem, bo oba słowa znaczą to samo — że przed nawróceniem należał do pewnej gwałtownej sekty, która pod pozorem służby Bożej brała na siebie wykonywanie prawa na przestępcach bez prawnej władzy, bez formalnego oskarżenia ani sądu. Mówi się, że obaj Apostołowie zostali w końcu zamęczeni w toku swych wysiłków, by gromadzić wybranych Bożych do Jego owczarni.

O świętym Szymonie i świętym Judzie wiemy niewiele; w swoim pokoleniu trudowali się i nauczali, obdarzeni zostali mocą cudotwórczą, a przez swoje przepowiadanie zakładali kościoły i zbawiać dusze; przemierzyli Wschód i Zachód, aż wreszcie wzięci zostali z tej ziemi. Jednak dziś znamy ich historię tylko w szczątkach. Choć „uczczeni w swoim pokoleniu i chwała swoich czasów," to przecież „nie mają następców, lecz poginęli, jakby nigdy nie istnieli." List świętego Judy jest co prawda trwałym pomnikiem — lecz nie jego czynów, a jego darów. To, co napisał, pozwala nam jedynie domyślać się, jakim był człowiekiem; o jego historii nie wiemy nic więcej niż o historii świętego Szymona.

Stąd wyciągamy ważną naukę dla siebie — naukę, która choć oczywista, jest w codziennym życiu nieustannie przez nas zapominana: by wypełniać swój obowiązek bez ubiegania się o ludzką pochwałę. Ludzkość nie wie nic o czynach i cierpieniach świętych Szymona i Judy, choć wielkie były; a jednak jest Jeden, który „zna ich czyny, i trud, i wytrwałość, . . . i jak znosili . . . i dla imienia Jego trudowali się, a nie ustali." Ich czyny wymazane są z historii, lecz nie z Księgi życia Baranka; bo „błogosławieni, którzy w Nim umierają, . . . niechaj odpoczną od swoich trudów: czyny ich bowiem idą za nimi."

Na temat tej wielkiej praktycznej zasady — czynić to, co czynimy, gorliwie, jako dla Pana, a nie dla ludzi — poczynię teraz pewne uwagi; a czyniąc to, wskażę sposób, w jaki możemy naśladować tych błogosławionych Świętych, których życie na pierwszy rzut oka zdaje się nie pozostawiać nam żadnego wzoru do naśladowania.

W czasach pogańskich, gdy ludzie rozumieli, że mają dusze, lecz nie wiedzieli, na czym polega prawdziwe szczęście duszy ani jak je osiągnąć, wiele myślano i jeszcze więcej mówiono o tym, co poganie nazywali *chwałą, sławą, honorem*. Było to naturalne, co ukazuje nieco głębsze zastanowienie. Póki bowiem ludzie nie zaczynają wyrabiać w sobie umysłu, póki pozostają ignorantami i tępymi, wystarczają im zwykłe przyjemności zmysłowe — jedzenie, picie i weselenie się. Nie myślą o jutrze. Nie mają przed sobą żadnego celu i nie działają według żadnego planu. Lecz gdy budzi się w nich inteligencja i uczą się odczuwać, rozważać, mieć nadzieję, planować i wysilać się, wówczas sama zwierzęca przyjemność im nie wystarcza i zaczynają szukać wyższych rozkoszy, trwalszych i bardziej wyrafinowanych. Oto prawdziwy skutek owej cywilizacji, tak bardzo wychwalianej: daje ludziom wyrafinowane pragnienia i skłania ich, by dążyli do ich zaspokojenia. Oświecona epoka to taka, która odczuwa potrzeby ludzkiej natury. Wiedza i kultura umysłu czynią ludzi wrażliwymi na to, co ich otacza, pobudzają ich i niepokoją; ale nie dokonują niczego ponad to, że uświadamiają im ich potrzeby — nie znajdują na nie lekarstwa, nie przynoszą odpowiedniego pokarmu dla głodu, który wzbudzają: albowiem tylko religia zdolna jest to uczynić.

Owi starożytni poganie, o których mówię, znajdowali się właśnie w takim stanie. Mając umysły wykształcone i intelektualnie wysubtelniałe, dostrzegali możliwości człowieka działającego na rozległym polu i potrzebę jakiegoś bodźca, który by go do takiego działania skłaniał. Widzieli, że natura ludzka zdolna jest do wielkich rzeczy, i spostrzegali, że jakieś wielkie dobra muszą być osiągalne w ten czy inny sposób — choć niezbyt dobrze wiedzieli, jakie by to miały być dobra. Uczucia tego rodzaju, działające na ludzi pośród wrzawy życia, przy rozpalonych namiętnościach, żywo nastawionych na to, co się nazywa celami politycznymi, i odwróconymi od tych wyrzeczeń, które sumienie — gdyby mu dano słuch — wskazałoby im jako drogę do owego nieznanego szczęścia, którego pragnęło ich serce, — uczucia te skłaniały ich, by w chwale i popularności upatrywali największego dobra i do niego przede wszystkim dążyli.

Cóż dokładnie chcieli poganie wyrazić słowem „chwała" — trudno powiedzieć, bo skłonni byli mówić o niej jak o czymś realnym, czymś, co można posiąść i uczynić swoją własnością; a przecież gdy przyjrzeć się jej rzeczywistemu sensowi, okazuje się ona niczym innym jak pochwałą innych ludzi, byciem podziwianym, czczonym i budzącym lęk; a częściej jeszcze: posiadaniem sławnego imienia — a więc czymś zewnętrznym wobec nas samych. Lecz cokolwiek dokładnie chcieli włożyć w to słowo, mówili z żarem o konieczności przechodzenia przez niebezpieczeństwa i cierpienia dla chwały — o trudzie dla dobra świata w imię chwały — i o umieraniu dla chwały.

Czytając o biednych poganach posługujących się takim językiem, mamy obowiązek ich żałować, bo każdemu trzeźwo myślącemu człowiekowi jasne jest bez trudu, że nie ma nic bardziej próżnego nad twierdzenie, iż chwała ta jest prawdziwym i trwałym dobrem. Nie ma bowiem lepszego powodu, dla którego miałbym być szczęśliwy dlatego, że moje imię jest sławne, niż z tego powodu, że cokolwiek innego, co przypadkowo i czasowo wiąże się ze mną i zwie się moim, jest sławne. Moje imię jest naprawdę moje tylko wobec tych, którzy go używają, mówiąc o mnie — to znaczy wobec tych, którzy mnie widują i znają. Gdy zaś ci, którzy mnie nigdy nie widzieli, wiele mówią o moim imieniu, nie czynią mi ani więcej dobra, ani więcej zła, niż gdyby sławili cokolwiek innego, o czym *ja* mogę wiedzieć, że jest moje. Mogą chwalić dom, który był niegdyś mój — to nie jest chwalenie mnie; podobnie też nie jest oddawaniem mi czci ani czynieniem mi dobra, gdy ci, którzy mnie nigdy nie widzieli, wymawiają z szacunkiem moje imię. Jest to zwykłe urojenie, które nie może dawać żadnej trwałej ani głębokiej radości. Jest pewien sens i rozum (choć i wielka niegodziwość) w pożądaniu domu albo ogrodu bliźniego, jego wołu lub osła; przewrotny szafarz, choć był złym człowiekiem, postępował przynajmniej roztropnie, to jest wedle mądrości tego świata; ale ci, którzy pożądają chwały — to znaczy wielkiego imienia — naprawdę nie pożądają żadnej rzeczy realnej, i są nie tylko „ludźmi najobraźliwszymi, jacy żyją," o tyle, że owa namiętność do sławy może ich prowadzić do najstraszliwszych zbrodni, ale i najostatniejszymi głupcami.

U starożytnych pogan możemy ten grzech ganić, lecz musimy go żałować, albowiem dowodził przynajmniej ich świadomości wielkiej potrzeby ludzkiej natury i był do pewnego stopnia oznaką wyższego stanu umysłu niż u tych, którzy nie odczuwali żadnych potrzeb, nie mieli pojęcia o żadnych rozkoszach poza egoistycznymi i zadowalali się życiem i śmiercią podobną do bydląt, które giną. Grzech ich nie leżał w tym, że pragnęli jakiegoś dobra, którego nie mieli przed oczyma, lecz w tym, że w tej sprawie nie radzili się własnych serc i nie szli drogą wskazywaną przez sumienie. Ale, jak mówię, byli poganami — nie mieli ani Biblii, ani Kościoła; dlatego ich żałujemy; a ich błędy przypominają nam, by wejrzeć w siebie i sprawdzić, na ile sami wolni jesteśmy od ich grzechu.

Otóż jest rzeczą nader smutną, że chrześcijanie — mimo całego swojego światła — obciążeni są tym samym głupim i nierozumnym grzechem. Nie było to wpierw widoczne. Jest to przypadek szczególny. Zważcie: nie mówię, że dziwne jest, iż szukamy pochwały osób, które znamy. To rozumiem. Wszyscy naturalnie lubimy być szanowani i podziwiani, i w należnych granicach być może wolno nam tak czynić; miłość pochwały zdolna jest przyjąć religijne zdyscyplinowanie i charakter. Ale zadziwiające jest to, że mamy porzucać myśl o dobrach doczesnych — czy to rozkoszach zmysłowych, czy też bardziej wyrafinowanej przyjemności, jaką sprawia nam pochwała przyjaciół — a jednak nie przechodzić do poszukiwania dobra na tamtym świecie; że mamy zapierać się siebie — lecz nie dla czegoś realnego, ale dla cienia. Naturalne, jak mówię, jest pragnienie, by ci, z którymi obcujemy, okazywali nam szacunek i cześć; ale mówię o pragnieniu chwały — to znaczy pochwały ze strony ogromnej rzeszy ludzi, których nigdy nie widzieliśmy, nie zobaczymy i którymi się nie troszczymy. Jest to wyuzdany apetyt, sztuczny twór fałszywie oświeconego rozumu; tak samo pozbawiony sensu, jak grzeszny — a raczej tym bardziej grzeszny, że tak bardzo pozbawiony sensu; wybaczalny wprawdzie u pogan, nie tylko dlatego że nic lepszego nie wiedzieli, ale że nie miało im przed oczami wyraźnie żadnego lepszego dobra; lecz w chrześcijanach, którym dana jest Boża łaska i życie wieczne, głęboko zbrodniczy, gdyż odwracają się od chleba niebieskiego, by żywić się popiołem, zwiedzioną i zepsutą wyobraźnią.

Ta miłość bezróżnicowej pochwały jest więc grzechem wstrętnym, zbędnym i zuchwałym, i należy ją odpychać z męską odrazą jako coś nierozumnego i poniżającego. Czyż człowiek — zrodzony do wielkich celów, sługa i syn Boży, odkupiony przez Chrystusa, dziedzic nieśmiertelności — ma wychodzić ze swej drogi po to, by jego samo imię chwalone było przez ogromną rzeszę ludową albo przez różnych ludzi, o których nic nie wie, a których większości (gdyby ich zobaczył) byłby pierwszym do potępienia? Jest to wstrętne — a jednak ludzie młodzi, z duchem szlachetnym i mocnym, są szczególnie narażeni na to, by dać się wziąć w tę diabelską pułapkę. Jeśli rozumowanie ich nie przekonuje — niech przekonają fakty: miłość chwały ma swoją szczególną karę w swych skutkach. Żaden grzech nie wydał tak rozległych i trwałych spustoszeń pośród ludzkości: wojny i podboje są środkami, przez które ludzie najbardziej liczyli na jej zapewnienie sobie. Drzewo poznaje się po owocu.

Uwagi te odnoszą się do miłości bezróżnicowej pochwały we wszystkich jej postaciach. Niewielu ludzi jest w położeniu, w którym mogliby ulec pokusie miłości chwały; lecz wszyscy mogą ulec pokusie próżności, która jest niczym innym jak pragnieniem ogólnego podziwu. Człowiek próżny to taki, który lubi być chwalony bez względu na to, kto chwali — dobry czy zły. Zastanówmy się więc — ilu jest ludzi, którzy w swojej mierze nie są próżni, zanim nie dotrą do tego okresu życia, gdy z biegiem natury próżność zamiera? Niech wszyscy chrześcijanie ze szczerością zapytają siebie, czy nie są bardzo skłonni — nie tylko do pochwały od zwierzchników i przyjaciół, co jest słuszne — ale do pochwały od byle kogo, od przypadkowego przechodnia, o którym nic nie wiedzą. Któż nie jest otwarty na pochlebstwo? A jeśli ktoś pozornie nie ulega mu — czyż nie dlatego, że jest zbyt bystrym albo zbyt wyrafinowanym, by dać się zwieść czymś niesubtelnym i natarczywym? Człowiek nigdy nie rozważa, kto go chwali. Lecz bodaj najbardziej niebezpiecznym rodzajem próżności jest próżność z własnej urody — najbardziej niebezpieczna, bo tacy ludzie są nieustannie wystawieni na pokusę — rzec by można, nieustannie grzeszą. Dokądkolwiek idą, niosą z sobą swą pułapkę; a ich bezmyślna miłość podziwu jest zaspokajana bez wysiłku samym spojrzeniem tych, którzy na nich patrzą.

Powiem teraz coś o naturalnej i rozumnej miłości pochwały i jak dalece można jej bezpiecznie ulegać. Jak już rzekłem, *naturalne* jest pragnąć szacunku wszystkich tych, z którymi obcujemy, wszystkich, których miłujemy. Zaiste, sam Pan Bóg tego chce. Gdy kogoś kochamy, nie możemy nie pragnąć, by i on nas kochał; lecz nie może nas kochać, nie żywiąc zarazem do nas szacunku i poważania. Co zaś do pytania, od kogo i w jakiej mierze powinniśmy pragnąć pochwały — mamy prostą regułę: od wszystkich, którzy stoją wobec nas na miejscu Chrystusa. Sam Chrystus jest naszym wielkim Sędzią; od Niego musimy przede wszystkim szukać pochwały; i o tyle, o ile ludzie stoją na Jego miejscu, możemy jej szukać od ludzi. Możemy pragnąć pochwały rodziców i zwierzchników, i pochwały ludzi dobrych — jednym słowem, wszystkich, których cenimy; lecz pragnienie bezróżnicowej pochwały, pochwały od tych, do których nie żywimy ani szacunku, ani przywiązania — to właśnie jest szkodliwe. Możemy pragnąć pochwały tych, których nigdy nie widzieliśmy, jeśli mamy ich za ludzi dobrych. Święty Paweł mówi nie tylko o wzajemnej radości pomiędzy sobą a Koryntianami, którzy się znali, lecz składa też dzięki, że wiara Rzymian rozgłosiła się po całym świecie chrześcijańskim. I w ten sposób możemy pragnąć pochwały dobrych ludzi jeszcze nie narodzonych — to znaczy Kościoła Bożego aż do skończenia czasów. Święta Maryja w hymnie, którego codziennie używamy, składa dzięki, że „odtąd błogosławioną zwać ją będą wszystkie pokolenia." Ale to jej uczucie jest czymś bardzo różnym od pragnienia tego, co się zwie chwałą — pośmiertną sławą, sławą po śmierci — jakby to była wielka rzecz mieć swoje imię na ustach zmieszanego tłumu tego świata: bluźnierców i szyderców, kłamców i oszczerców, tych wszystkich ludzi, którzy choćby nie grzeszyli w czynie grubo, jednak używają języka do zła, mówią słowami świata, szkalują Kościół, mówią złe o dostojeństwach, szerzą błąd i bronią grzeszników — wielka to zaprawdę rzecz i bardzo pożądana, być czczonemu przez ów zły świat, który znieważa Boga i Jego Syna!

Muszę dodać jeszcze jedną przestrogę co do dopuszczania sobie pochwały innych: nie tylko nie wolno nam pragnąć pochwały od nikogo innego niż od ludzi dobrych, ale nie powinniśmy też gorliwie zabiegać o to, by być znani nawet przez wielu ludzi dobrych. Prawda jest taka, że naprawdę, rzeczywiście, znać możemy tylko niewielu ludzi, i zawsze jest niebezpiecznie rozkoszować się pochwałami obcych, choćbyśmy ich uważali za dobrych, a tym bardziej szukać ich pochwały, co jest rodzajem ambicji. Co więcej — duchowi chrześcijańskiemu bardziej odpowiada raczej zadowalać się tym, by znać i być poznanym przez niewielu, i z dnia na dzień rosnąć w ich szacunku i miłości, niż pragnąć, by swoje imię mieć na ustach wielu, choćby wyznawali wiarę i wiązali nas z rzeczami religijnymi. Wielkim przywilejem jest mieć to prawdziwe błogosławieństwo w zasięgu ręki, gdy owo wyobrażone dobro jedynie z trudem można posiąść. Niewielu chrześcijan może być wielkich lub pozostawić po sobie imię dla potomności; ale większość chrześcijan zdoła przez długość swego życia zjednać sobie miłość i pochwałę jednej czy dwóch osób, które są dla nich przedstawicielami Tego, „którego nie widziawszy miłują," i w których obecności — albo przynajmniej w których pamięci — mogą krzepit serca swoje, aż On przybędzie. To bez wątpienia było szczęściem wielu świętych, którzy nawet nie pozostawili po sobie imion. Było to bez wątpienia przywilejem świętego Szymona i świętego Judy. Oni zaś nie tylko byli nieznani światu za swego życia, ale wręcz przez niego znienawidzeni i prześladowani. Na nich spełniło się proroctwo naszego Zbawiciela: „że ludzie będą ich lżyć . . . i mówić wszelkie zło o nich fałszywie ze względu na Niego." Jednak w miłości, jaką darzyła ich Kościół, w miłości, którą żywili do siebie nawzajem, a nade wszystko w pochwale owego Zbawiciela, za którym szli na ziemi i który zaliczył ich do tych, co trwali z Nim w Jego próbach i byli zapisani w niebie, mieli chwałę prawdziwą, nie taką, jaką daje świat. Któż zdoła ocenić, kto zdoła wyobrazić sobie tę głęboką, przedziwną, pełną grozy radość, jaką dawałoby im uznanie ze strony Chrystusa? Gdy pomyślimy, jak bliska była dana im przestawania z Nim, jak byli świadkami Jego niebiańskiego obcowania przez dni Jego ciała — Jego dzieł miłosierdzia, Jego Boskich słów, łaski, czułości, świętości, majestatu, spokoju, które panowały w Nim; Jego wiedzy, Jego mądrości, Jego doskonałej miłości Boga, Jego gorliwości dla służby Bożej, Jego cierpliwego posłuszeństwa — a tym bardziej gdy poznali straszliwą tajemnicę tego, kim był przed przyjściem na ziemię, kim był nawet będąc na ziemi w obecności — otrzymać od Niego uśmiech, słowo zachęty, czyż nie było to przywilejem wartym przechowania w pamięci ponad wszystko inne, wspomnieniem tak jasnym, że wszystko inne w jego świetle blaknęło i stawało się mgliste? I czyż nie byłoby wprost utratą rozumu z ich strony mieć choć myśl o szukaniu pochwały słabych, ciemnych, grzesznych śmiertelników?

Szukajmy tej pochwały, która od Boga pochodzi, choć nie dostąpimy tego zmysłowego jej doświadczenia, które dane było Apostołom. Szukajmy jej, bo można ją osiągnąć; daje się ją tym, którzy są jej godni. Nawet najuboższy, najstarszy i najniemocniejszy spośród nas — ci, którzy żyją nie tylko w zapomnieniu, ale w pogardzie i w nicości, którzy zdają się nikomu nie służyć przez to, że trwają przy życiu, a których śmierci nie odczują nawet sąsiedzi jako straty — nawet ci mogą uzyskać przychylne spojrzenie naszego Zbawiciela i usłyszeć przyszłe pozdrowienie: „Dobrze, sługo dobry i wierny."

Idźcie więc spokojnie drogą obowiązku, szukając Chrystusa w Jego domu i Jego ustanowieniach, a On będzie waszą chwałą w dniu swego przyjścia. On przyzna się do was przed swoim Ojcem. Niech świat zapisuje w historii imiona bohaterów, mężów stanu i zdobywców i nagradza odwagę, zdolność, biegłość i wytrwałość swymi pysznymi tytułami honorowymi. Zaiste, oni biorą już swoją nagrodę. Wasze imiona będą zapisane w niebie — wraz z imionami świętego Szymona i świętego Judy oraz pozostałych Apostołów. Dostąpicie łaski Tego, którego łaska jest życiem. „Tajemnica Pańska objawiona jest tym, którzy się Go boją; i przymierze swoje oznajmia im Pan."

← wróć do odkrywania