*„Odwrócą uszy od prawdy i zwrócą się ku baśniom."* — 2 Tm 4,4
Ze słów błogosławionego Apostoła, napisanych krótko przed jego męczeńską śmiercią, dowiadujemy się, że istnieje coś takiego jak prawda religijna, a zatem istnieje też błąd religijny. Dowiadujemy się, że prawda religijna jest *jedna* — i dlatego wszystkie ujęcia religii *poza* jednym są fałszywe. Dowiadujemy się ponadto, że tak się właśnie miało stać (słowa te są bowiem proroctwem): chrześcijanie z imienia, zapominając o tym, mieli odwrócić uszy od jedynej Prawdy i dać się uwieść — nie jednemu, lecz wielu baśniom. Wszystko to spełnia się na naszych oczach: nasze credo i wyznania wiary są dziś liczne, ale Prawda jest jedna — nie mogą więc być wszystkie słuszne, a raczej niemal wszystkie muszą być błędne. To znaczy: tłum ludzki jest w błędzie o tyle, o ile się różni, a ponieważ różni się nie w sprawach błahych, lecz w sprawach wielkich, wynika z tego, że tłum ludzki — czy z własnej winy, czy nie — błądzi nawet w najważniejszych kwestiach religijnych.
Jest to myśl wielce poważna i niepokojąca. Istnieje jednak inna, która — choć nie powinna niepokoić — wciąż niepokoi, i być może bardziej niż tamta domaga się rozważenia i wyjaśnienia: mam na myśli to, że ludzie uczeni i zdolni również tak często mylą się w sprawach religijnych. Wielu potyka się o ten kamień, gdy spostrzega, że ci, którzy zdają się być prawomocnymi przewodnikami zesłanymi przez Opatrzność Bożą, którzy są w pewnym sensie naturalnymi prorokami i tłumaczami prawdy — że i oni stoją po wielu stronach, a zatem wielu z nich stoi też po stronie błędu. Są ludzie, którzy potrafią pogardzić opiniami *wielu* i czują, że *tamci* nie mają racji, lecz że prawda — jeśli w ogóle można ją znaleźć — leży po stronie *niewielu*; a ponieważ ludzie zdolni *są* wśród tych niewielu, myślą, że prawda leży po stronie ludzi zdolnych. Gdy jednak dowiadują się, że ludzie wybitni stoją po przeciwnych stronach w kwestiach religijnych, albo pochopnie zaprzeczają temu faktowi, albo ogarnia ich zdumienie i zataczają się w wierze.
Przeciwnie — przyznajmy uczciwie to, co jest pewne: że od Prawdy odwracają uszy i ku baśniom się zwracają nie tylko nieświadomi, słabowici, tępi, zapalczywi lub dziwaczni, ale i ludzie o umysłach potężnych, postrzeganiu bystrym, poglądach rozległych, wiedzy rozległej i różnorodnej. Przyznajmy to, powiadam; i mimo to nie wierzmy w Prawdę mniej przez wzgląd na to.
Mówię, że wśród przeciwników Prawdy liczni są ludzie o umysłach wysoko uzdolnionych i wysoko wykształconych. Po cóż temu zaprzeczać? Byłoby to niesprawiedliwe; i nie tylko niesprawiedliwe, lecz zupełnie zbędne. To, co zwie się zdolnością i talentem, nie czyni człowieka chrześcijaninem; owszem, jest nieraz — jak można bez trudu wykazać — okazją do odrzucenia przez niego chrześcijaństwa lub tej czy innej jego części. Nie tylko w wyższych warstwach społeczeństwa to widzimy: nawet w skromnej i odludnej wiosce zazwyczaj się okazuje, że ci, którzy mają od innych większe dary umysłu, więcej naturalnej bystrości, przenikliwości i dowcipu, są właśnie tymi, którzy najłatwiej schodzą na złą drogę — którzy w najmniejszej mierze podlegają zasadom religijnym — i którzy ani nie są posłuszni, ani nawet nie czczą Ewangelii zbawienia, którą Chrystus nam przyniósł.
Gdy sięgniemy do Listów św. Pawła do Koryntian, przekonamy się, że ten sam stan rzeczy istniał już w pierwszym wieku chrześcijaństwa. Sam Apostoł mówi o tych, którzy byli ślepi, albo przed którymi jego Ewangelia była zakryta; a gdzie indziej opisuje ich nie jako nieuczonych i tępo myślących, lecz jako mądrych tego świata, uczonych w Piśmie i miłośników sporów. Już wtedy, zanim się wypełniło proroctwo Apostoła zawarte w tekście, było wielu, którzy błądzili od prawdy pośród jasności i wbrew wyższym darom oraz nabytkom umysłu.
Czy nie mówi tego samego nasz Zbawiciel, gdy dziękuje Ojcu, Panu nieba i ziemi, że ukrył te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawił je prostaczkom?
Nie powinno nas więc dziwić, gdy ludzie o umyśle ostrym i potężnym mniej lub bardziej odrzucają Ewangelię — i oto dlaczego: objawienie chrześcijańskie zwraca się do naszej natury duchowej, do naszej miłości prawdy i dobra, do naszej bojaźni grzechu i pragnienia pozyskania łaski Bożej. Tymczasem bystrość, przenikliwość, głębia myśli, siła umysłu, zdolność pojmowania, wyczucie piękna, dar słowa i tym podobne — choć są doskonałymi darami — są wyraźnie darami zupełnie innego rodzaju niż te duchowe doskonałości. Człowiek może mieć jedne, nie mając drugich. *To* właśnie jest prostą przyczyną, dla której zdolni — lub też uczeni — ludzie tak często są niedoskonałymi chrześcijanami: nie ma koniecznego związku między wiarą a zdolnościami; wiara jest jednym, a zdolność jest drugim; zdolność umysłu jest *darem*, wiara zaś jest *łaską*. Kto by kiedykolwiek wywodził, że człowiek może — niczym Samson — zabijać lwy lub obalać bramy miasta, dlatego, że jest zdolny, lub wykształcony, lub doświadczony w sprawach życia? Kto by kiedykolwiek dowodził, że człowiek może widzieć, bo słyszy, albo biegać z prędkimi, bo posiada „język nauczonych"? Dary te są różne co do rodzaju. Podobnie zdolności umysłu i zasady oraz uczucia religijne są darami odrębnymi; i jak najwyższa duchowa doskonałość — pokora, stałość, cierpliwość — nigdy nie zdoła człowiekowi dać umiejętności czytania nieznanego języka ani wejścia w głębiny nauki, tak wszystkie najświetniejsze dary umysłu — dowcip, wyobraźnia, przenikliwość, głębia — nigdy same z siebie nie uczynią nas mądrymi w sprawach religii. I jak słusznie i sprawiedliwie wyśmiewalibyśmy dzikusa, który chciałby rozstrzygać pytania naukowe lub literackie mieczem, tak możemy słusznie patrzeć ze zdumieniem na błąd tych, którzy sądzą, że mogą opanować wysokie tajemnice prawdy duchowej i znaleźć drogę do Boga za pomocą tego, co zwykle nazywa się rozumem — to jest przez przypadkowe i ślepe wysiłki czystej bystrości umysłu i czystego doświadczenia świata.
Owa Prawda, którą głosił św. Paweł, zwraca się do naszej natury duchowej: zostanie właściwie pojęta, oceniona i przyjęta jedynie przez miłośników prawdy, cnoty, czystości, pokory i pokoju. Mądrość usprawiedliwiona jest przez swoje dzieci. Ci, którzy są tak obdarowani, mogą i będą używać swoich zdolności umysłu — jakiekolwiek by one były — w służbie religii; tylko oni mogą ich właściwie używać. Ci, którzy dobrowolnie odrzucają objawioną prawdę, to ludzie, którzy nie kochają prawdy moralnej i religijnej. To ludzie źli, pyszni, o sercach twardych, temperamentach nieuniżonych i życiu niemoralnym — to oni odrzucają Ewangelię. To oni są tymi, o których mówi św. Paweł w innym Liście: „A jeśli nawet Ewangelia nasza jest zakryta, to jest zakryta dla tych, którzy giną, dla niewiernych, których umysły bóg tego świata zaślepił." Z tym zgodne są przykłady odwracania uszu od prawdy, jakich dostarcza nam Nowy Testament. Kimże byli wrogowie Chrystusa i Jego Apostołów? Niedowiarscy Saduceusze; niemoralni, twardosercowi, a przecież obłudni Faryzeusze; Herod, który poślubił żonę swego brata Filipa; i Feliks, który zadrżał, gdy święty Paweł mówił o sprawiedliwości, powściągliwości i przyszłym sądzie. Z drugiej strony — Korneliusz setnik, mąż życia świętego i prawego, oraz ci, którzy byli wierni religijnym ustanowieniom, jak Symeon i Anna, zostali chrześcijanami. Tak jest i dziś. Jeśli ludzie zwracają się ku baśniom z własnej woli, czynią to z powodu pychy lub miłości gnuśności i pobłażania sobie.
O tym należy pamiętać, gdy chrześcijanie niepokoją się, słysząc o przypadkach niewiary lub herezji u tych, którzy czytają, rozważają i dociekają — tymczasem jakkolwiek możemy bolować nad takimi przypadkami, nie mamy powodu, by się im dziwić. Chrześcijanom wystarczy w zupełności móc wykazać — a mogą to dobrze — że wiara w objawioną religię nie jest sprzeczna z najwyższymi darami i nabytkami umysłu, że chrześcijanami byli nawet ludzie o najsilniejszym i najwznioślejszym intelekcie; ale mają tyle samo powodów, by dziwić się znalezieniu *innych* zdolnych ludzi nie będących prawdziwymi wierzącymi, co do znalezienia, że pewni *bogaci* nie są prawdziwymi wierzącymi, albo pewni *ubodzy*, albo ktoś w każdym stanie i położeniu życiowym. Wiara w chrześcijaństwo ma niewiele więcej związku z tym, co zwie się talentem, niż z bogactwem, stanowiskiem, władzą czy siłą cielesną.
Pozwólcie mi teraz wyjaśnić to, co powiedziałem, przez jeszcze jedną uwagę. Czy nie jest oczywiste, że do zdobycia prawdy religijnej konieczna jest gorliwość? Z drugiej strony — czy nie jest naturalnym skutkiem zdolności to, że oszczędza nam trudu, a nawet kusi do rezygnowania z niego i prowadzi do lenistwa? Czy nie widzimy tego już u dzieci — ci zdolniejsi są leniwsi, gdyż polegają na własnej bystrości i pojętności? Czy lenistwo jest drogą do zdobycia wiedzy od Boga? A jednak właśnie o tym świat nieustannie zapomina. Zapominają o tym w pewnej mierze nawet najlepsi chrześcijanie, bo żaden człowiek na ziemi nie szuka poznania woli Bożej ani nie spełnia swojego obowiązku z gorliwością odpowiednią do wagi celu. Ale nie mówiąc tak rygorystycznie, zastanówmy się przez chwilę, jak żarliwie ludzie w ogóle zabiegają o dobra tego świata; a z jaką cząstką tej żarliwości trudzą się o poznanie prawdy słowa Bożego? Bezdyskusyjna prawda, że Bóg nie objawia się tym, którzy Go nie szukają, z pewnością nie jest przez nas naprawdę odczuwana — bo inaczej szukalibyśmy Go goręcej, niż czynimy.
Nic bardziej pospolitego, niż myślenie, że zdobędziemy wiedzę religijną samo z siebie, bez wyraźnego trudu z naszej strony. Choć nie ma żadnej sztuki ani zajęcia tego świata, którego nie uczymy się bez czasu i wysiłku, powszechnie sądzi się, że znajomość Boga i naszego obowiązku przyjdzie jakby przez przypadek albo przez naturalny proces. Ludzie idą za swoimi uczuciami i upodobaniami; biorą to, co popularne, lub to, co pierwsze pod ręką. Uważają za wiele, jeśli mają od czasu do czasu poważne myśli, jeśli od czasu do czasu otworzą Pismo Święte; i z zadowoleniem wracają myślą do takich chwil, jakby dokonali czegoś wielce znaczącego — nie pamiętając nigdy, że szukanie i zdobywanie prawdy religijnej jest długim i systematycznym dziełem. Inni sądzą, że wszystko załatwi im wychowanie i edukacja — że jeśli nauczą się czytać i używać słów religijnych, to rozumieją samą religię. Jeszcze inni posuwają się tak daleko, by twierdzić, że do odkrycia prawdy wysiłek nie jest potrzebny. Mówią, że prawda religijna jest prosta i łatwo dostępna; że Pismo Święte, przeznaczone dla wszystkich, jest od razu otwarte dla wszystkich, a gdyby miało trudności, sama ta okoliczność byłaby przeciwko niemu. Znowu inni utrzymują, że w religii są trudności i że właśnie to dowodzi, iż obojętne jest, czy szukają, czy nie, w tych sprawach, które są trudne.
W ten i inne sposoby ludzie łudzą się ku niedbałości o prawdę religijną. Czy cała ta rozmaitość zaniedbania nie wystarcza, by wyjaśnić różnorodność opinii religijnych, jaką widzimy wokół siebie? Czy te dwa fakty nie oświetlają się wzajemnie: niezgodność naszych opinii religijnych, domagająca się jakiegoś wyjaśnienia — i nasze rzeczywiste lenistwo oraz niedbałość w szukaniu prawdy, które to wyjaśnienie dają? Ile sekt, wszystkich wyznających chrześcijaństwo, a sobie wzajemnie przeciwnych, przynosi hańbę temu krajowi! Bez wątpienia, gdyby ludzie szukali prawdy z jedną dziesiątą tej gorliwości, z jaką szukają bogactwa lub wiedzy świeckiej, ich różnice malałyby rok po roku. Bez wątpienia, gdyby dawali połowę lub ćwierć czasu modlitwie o Boże natchnienie, który dają rozrywce i rekreacji lub sporom i kłótniom, coraz bardziej by się do siebie zbliżali. Różnimy się w opinii — więc nie wszyscy możemy mieć rację; wielu musi się mylić; wielu musi być odwróconych od prawdy — i dlaczego? Z powodu tego niezaprzeczalnego faktu, który mamy przed oczami: że nie modlimy się i nie szukamy Prawdy.
Ale ta smutna różnorodność jest czasem wyjaśniana, jak przed chwilą napomknąłem, w inny sposób. Są ludzie, którzy twierdzą, że owa różnica zdań w sprawach religijnych, która istnieje, jest dowodem nie tego, że Prawda jest od nas wstrzymana z powodu naszej niedbałości w szukaniu jej, lecz że prawda religijna nie jest w ogóle warta szukania, albo że nie jest nam dana. Ten zamęt i chaos, który jest naprawdę dowodem gniewu Bożego na naszą niedbałość, owi ludzie mówią, jest dowodem, że prawdy religijnej nie można osiągnąć; że nie ma czegoś takiego jak prawda religijna; że w religii nie ma tego, co słuszne, i tego, co niesłuszne; że — byle *myśleć* o sobie, że się ma rację — jeden zestaw poglądów jest tak dobry jak inny; że wszyscy dojdziemy do prawdy w końcu, jeśli będziemy mieć dobre intencje — a raczej jeśli nie będziemy mieć złych intencji. To znaczy: sami powodujemy zamęt przez naszą niedbałość i nieposłuszeństwo, a potem usprawiedliwiamy niedbałość istnieniem tego zamętu. Nierzadka to, powiadam, rzecz, gdy ludzie mówią, że „w sprawach religijnych Bóg zechciał, żeby ludzie się różnili", i popierają to zdanie nie lepszym argumentem niż fakt, że *istotnie* się różnią; i przechodzą do wniosku, że *przeto* nie trzeba się zadręczać sprawami *wiary*, co do których i tak nie możemy być pewni. Inni znowu w podobnym duchu wywodzą, że formy i obrzędy nie mają znaczenia; że to drobiazgi; że nie wiadomo, co jest w nich słuszne, a co niesłuszne; i że naleganie na nie jako ważne dla religii jest znakiem ciasnego umysłu. Jeszcze inni — trzeba się tego obawiać — posuwają się tak daleko, by sądzić, że pobłażanie namiętnościom, własnej woli, samolubstwu lub chciwości nie jest złem, bo tak chodzi świat i nie można temu zaradzić.
Na wszystkie takie argumenty przeciw prawdzie religijnej wystarczy odpowiedzieć, że nikt, kto nie szuka prawdy z całego serca i z całych sił, nie może powiedzieć, co jest ważne, a co nie; że próba niedbałego rozstrzygania punktów wiary lub moralności jest sprawą poważnej zuchwałości; że nikt nie wie, *dokąd* go zawiedzie szukanie Prawdy, jeśli wytrwale jej szuka — i dlatego, ponieważ nie może z góry widzieć kierunku, w którym Bóg pokieruje jego dociekaniami, nie może z góry twierdzić, że nie zawiodą go do pewności w sprawach, które teraz uważa za błahe, dziwaczne lub nierozumne. „Co ja czynię" — rzekł nasz Pan do świętego Piotra — „teraz nie rozumiesz, ale to pojmiesz później." „*Szukajcie*, a znajdziecie" — taka jest Boża zasada. „Jeżeli wołasz o roztropność i głośno prosisz o rozsądek; jeżeli szukasz jej jak srebra i poszukujesz jej jak ukrytych skarbów, to zrozumiesz bojaźń Pańską i znajdziesz poznanie Boga."
Jest to kwestia, na której nie można zbyt mocno nalegać. Żyjcie według waszego światła, nawet pośród trudności, a będziecie niesieni naprzód dalej, niż się spodziewacie. Abraham posłuchał wezwania i wyruszył, nie wiedząc, dokąd idzie; tak i my, jeśli pójdziemy za głosem Bożym, będziemy prowadzeni krok po kroku w nowy świat, o którym przedtem nie mieliśmy pojęcia. Taki jest Jego łaskawy sposób z nami: daje nie wszystko naraz, lecz z miarą i w stosownym czasie, mądrze. Temu, kto ma, więcej będzie dane. Musimy jednak zaczynać od początku. Każda prawda ma swój porządek; nie możemy wkraczać na drogę życia w dowolnym miejscu biegu; nie możemy poznać prawd wyższych, zanim nie poznamy prawd podstawowych. „Wołaj do Mnie" — mówi Słowo Boże — „a odpowiem ci i ukażę ci rzeczy wielkie i niedostępne, których nie znasz." Ludzie pobożni zawsze się uczą; gdy jednak ludzie odmawiają korzystania z już danego im światła, ich światło zmienia się w ciemność. Przyjrzyjcie się, jak nasz Pan postąpił z Faryzeuszami. Zapytali Go, jaką mocą to czyni. Nie odpowiedział im wprost, lecz odwołał się do misji Jana Chrzciciela: „Chrzest Janowy skąd był: z nieba czy od ludzi?" Odmówili odpowiedzi. Wtedy rzekł: „I Ja wam nie powiem, jaką mocą to czynię." To znaczy: nie chcieli skorzystać z wiedzy, którą już posiadali dzięki świętemu Janowi Chrzcicielowi, który mówił o Chrystusie — więc nic więcej im nie było dane.
Wszyscy możemy tu wziąć sobie naukę, bo wszyscy jesteśmy w niebezpieczeństwie pochopnego wytykania błędów innym i potępiania ich poglądów lub postępowania — nie zważając na to, że dopóki nie byliśmy wiernie posłuszni sumieniu i nie rozwinęliśmy swoich talentów, nie jesteśmy w ogóle odpowiednimi sędziami w tych sprawach. Chrystus i Jego Święci są jednakowo pozbawieni urody i wdzięku w oczach świata — i dopiero gdy trudzimy się, przez Bożą pomoc, przemieniać naszą naturę i służyć Mu prawdziwie, zaczynamy dostrzegać piękno świętości. Wtedy nareszcie odkrywamy powody, by powątpiewać o własnych sądach co do tego, co jest naprawdę dobre, i dostrzegamy własną ślepotę; bo stopniowo stwierdzamy, że ci, którymi dotąd gardziliśmy albo których opiniami i postępowaniem się dziwiliśmy jako przesadnymi, dziwacznymi lub słabymi, w istocie wiedzą więcej niż my i są ponad nami — i tak, im bardziej wzrastamy w wiedzy i rozwijamy się w duchowym oświeceniu, oni (ku naszemu zdumieniu) wzrastają również, gdy na nich patrzymy. Im sami jesteśmy lepsi, tym bardziej pojmujemy ich doskonałość; aż w końcu jesteśmy pouczeni o doskonałościach ich Boskiego Mistrza, które przedtem były przed nami ukryte, i rozumiemy, dlaczego — chociaż Ewangelia stoi na górze pośród świata jak miasto, które nie może się ukryć — to jednak dla wielu jest ona mimo to ukryta, skoro On chwyta mądrych w ich własnej przebiegłości, a tylko czystego serca mogą Boga oglądać.
Jak rozproszono po pustym świecie owce trzody Chrystusowej! Przyszedł, by je zgromadzić w jedno; lecz błąkają się znowu i opadają z sił w drodze, jakby utraciły swego Pasterza. Jakiż pogląd religijny można by wymienić, którego nie wyznawali w jakimś czasie jacyś ludzie? Wszyscy są jednakowo pewni prawdziwości swoich doktryn, choć wielu musi się mylić. W tym zamęcie patrzmy, bracia, każdy na siebie samego. Musi istnieć to, co słuszne, i to, co niesłuszne — i bez względu na to, czy inni zgadzają się z nami, czy nie, naszą poważną i praktyczną troską jest to, by nie odwracać uszu od prawdy. Niech was nie przeraża różnorodność opinii w świecie ani nie zniechęca do szukania przez całe życie prawdziwej mądrości. Nie jest to poszukiwanie na ten czy inny dzień, lecz jak powinniście stale wzrastać w łasce, tak też powinniście stale wzrastać w poznaniu naszego Pana i Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. Nie troszczcie się o to kłopotliwe pytanie, które wielu wam zada: „Skąd wiecie, że macie rację bardziej niż inni?" Inni nic wam nie są, jeśli nie są święci i pobożni w swoim postępowaniu — a wszyscy wiemy, co znaczy być świętym; wiemy, kogo byśmy nazwali świętym; być świętym to być podobnym do Apostoła. Szukajcie prawdy drogą *posłuszeństwa*; starajcie się żyć wedle sumienia, a niech wasze przekonania będą owocem nie byle jakiego rozumowania lub fantazji, lecz ulepszonego serca. Ta droga, powiadam, niesie ze sobą dla nas samych dowód, że jest drogą słuszną, jeśli jakakolwiek droga jest słuszna; i że istnieje droga słuszna i niesłuszna — o tym mówi nam sumienie. Bóg z pewnością wysłucha jedynie tych, którzy starają się Mu być posłuszni. Ci, którzy tak postępują, czuwając, modląc się, korzystając ze wszystkich danych im środków do zdobycia prawdy, rozważając Pismo Święte i spełniając swój obowiązek; słowem: ci, którzy szukają prawdy religijnej z zasady i nawyku, jako głównego zajęcia swego życia — pokornie, nie pyszałkowato; w pokoju, nie kłótliwie — nie „zwrócą się ku baśniom". „Tajemnica Pańska objawiona tym, którzy się Go boją"; lecz w miarę, w jakiej jesteśmy świadomi w sobie samych, że jesteśmy leniwi i przekraczamy własne poczucie dobra i zła, w tej samej mierze mamy powód lękać się nie tylko, że nie jesteśmy w bezpiecznym stanie, lecz, co więcej, że nie wiemy, co jest stanem bezpiecznym, a co nie; co jest światłem, a co ciemnością; co jest prawdą, a co błędem; która droga wiedzie do nieba, a która do piekła. „Droga niegodziwych jest w ciemności; nie wiedzą, o co się potykają."
Wiem, że bardzo ciężko nam będzie się ocknąć, przełamać siłę przyzwyczajenia, zdecydować się służyć Bogu i wytrwale w tym trwać. I niezawodnie musimy się spodziewać, nawet w najlepszym wypadku i przy wszelkich staraniach, być może upadków oraz z pewnością niemałej, nieustannej niedoskonałości przez całe nasze życie, we wszystkim, co czynimy. Powinno to jednak budzić w nas grozę przed nieposłuszeństwem, a nie zwątpienie w możliwość pokonania siebie. Nie jesteśmy pod prawem natury, lecz pod łaską; nie nakazuje nam się czegoś ponad nasze siły, bo choć nasze serca są z natury słabe, nie zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Jaki nakaz, taki i dar. Łaska Boża jest nam wystarczająca. Dlaczegóż więc mielibyśmy się lękać? A raczej: dlaczego nie mielibyśmy podjąć żadnej ofiary i wyrzec się wszystkiego, co z natury nam miłe — byleby tylko światło i prawda, które przyszły na świat, nie minęły nas? Bądźmy gotowi znosić trud i kłopot; a gdy będą nam dane chwile względnego spokoju, gdy na czas jakiś pokusa będzie odjęta lub Duch Pocieszyciela na nas zstąpi, nie spoczywajmy lekkomyślnie na tych przypadkowych błogosławieństwach. Dziękując za nie Bogu, pamiętajmy, że przyjdzie z kolei na nas czas trudu i bojaźni, niebezpieczeństwa i trwogi — i że musimy dobrze odegrać w nim naszą rolę. Żyjemy tu, by się zmagać i wytrwać; czas wiecznego odpoczynku przyjdzie potem.
„Błogosławieni niepokalani w drodze, którzy chodzą w prawie Pańskim. Błogosławieni, którzy strzegą Jego przykazań, i szukają Go z całego serca." „Droga sprawiedliwych jak jasność poranna, która coraz jaśniej świeci aż do pełnego dnia."