*Wygłoszone 5 V 1873 w kościele Ojców Jezuitów w Londynie, na pogrzebie Jamesa R. Hope-Scotta*
*„Świat przemija i pożądliwość jego; kto zaś pełni wolę Bożą, trwa na wieki."* — 1 J 2,17
Poproszono mnie przez tych, których życzenie w takiej chwili jest dla mnie rozkazem, bym powiedział kilka słów na temat tego smutnego, a zarazem radosnego obrzędu, który o tej porannej godzinie zgromadził nas tutaj. Kilka słów — to wszystko, co konieczne, wszystko, co możliwe; tyle tylko, ile wystarczy, by spleść z sobą osobne myśli, osobne wspomnienia, osobne poruszenia uczucia, które budzi w nas obecność pośród nas tego, co z drogiego przyjaciela, z tej wielkiej duszy, którą utraciliśmy, pozostało jeszcze na ziemi; tyle, ile wystarczy, by otworzyć łączność między duszą a duszą i stworzyć wspólnotę duchową, i stać się niejako świadectwem, które każdy składa drugiemu w imieniu uczuć wspólnych nam wszystkim.
A przecież jakże jestem stosowną osobą nawet do tego? Mogę jedynie dotknąć kilku spośród wielu rysów, które budzi we mnie myśl o nim; a cokolwiek wiem o nim i cokolwiek mógłbym powiedzieć — jakże to może być miarą człowieka, którego umysł miał tak wiele oblicz i który musiał przez to wywierać tak różne wrażenia i tak rozliczne roszczenia wywodzić na sercach tych, którzy się do niego zbliżali?
Rzecz jasna — bez żadnego mego zaznaczenia — są tacy, którzy znali go o wiele lepiej niż ja mogłem go znać. Jakże mógłbym być wyrazicielem ich wiedzy i ich uczuć? Jak mogę się spodziewać, że jakiekolwiek moje słowa oddadzą przysługę tym, którzy tak dobrze znali głębię jego rzadkiej doskonałości dzięki nieprzerwanym, codziennym obcowaniu z nim i dzięki szczególnym chwilom, jakie im się po wielokroć nadarzały, aby się ona okazywała?
Wiem tylko, czym był dla mnie. Wiem tylko, czym jest dla mnie jego utrata. Wiem tylko, że jest jednym z tych, których odejście sprawiło, że niebo nad moją głową pociemniało. Lecz nigdy z nim nie mieszkałem, nigdy z nim nie podróżowałem; widywałem go od czasu do czasu; odwiedzałem go; korespondowałem z nim; łączyły nas wzajemne zwierzenia. Nasze drogi obowiązku wiodły w bardzo odmiennych kierunkach. Znałem go tak, jak przyjaciel zna przyjaciela w zgiełku i pośpiechu życia. Znałem go dość dobrze, by wiedzieć, jak wiele jest w nim do poznania; i by oczekiwać — niestety, daremnie — chwili, gdy wieczorem i ku schyłkowi życia mógłbym go poznać głębiej. Znałem go dość, by go bardzo kochać i bardzo się smucić, że tu już go nie ujrzę. Lecz gdy pomyślę: jeśli ja, który nie znam go tak, jak można go było znać, cierpię tak bardzo — cóż musi cierpieć ten, kto znał go tak dobrze?
**1.** Poznałem go po raz pierwszy, zdaje się, w 1837 lub 1838 roku, trzydzieści pięć lub sześć lat temu, kilka lat po tym, jak został fellowem Merton College. Wyraził życzenie poznania mnie. Jak rosła nasza przyjaźń — nie potrafię powiedzieć; musiałem wkrótce stać się z nim bliski, sądząc z listów, które między nami przechodziły; a już w 1841 roku uciekałem się do niego jako do pewnego rodzaju naturalnego doradcy, gdy znajdowałem się w trudności. Od tej chwili zawsze szukałem u niego rady, ilekroć jej potrzebowałem, aż do jego ostatniej choroby. Gdy po raz pierwszy się z nim spoufalałem, nie osiągnął jeszcze trzydziestki. Byłem od niego starszy o wiele lat; a jednak miał w sobie coś, nawet jako młody człowiek, co wzywało i wzbudzało zaufanie. Trudno było oprzeć się samej jego obecności. Prawda, mogę sobie wyobrazić tych, którzy widząc go po raz pierwszy i z daleka, czuli się zaskoczeni i zmieszani tą wyniosłą wstrzemięźliwością i ostrym dowcipem, które były mu wrodzone; lecz takie nieporozumienie rozwiałoby się natychmiast, gdy zbliżyli się do niego i doświadczyli go w rzeczywistości; zwłaszcza zaś — jak wspomniałem — gdy musieli się z nim naradzać i doświadczyli prostoty, powagi i — nie potrafię znaleźć innego słowa — słodyczy jego sposobu bycia, gdy wtapiał się natychmiast w ich myśli i uczucia, słuchał ich cierpliwie i wypowiadał jasny sąd, który wyrabiał sobie w sprawach, które przed nim postawiono.
To jest pierwsze i szerokie ujęcie, do którego jestem przywiedziony. Był on — bez żadnej przesady — przyjacielem w potrzebie. I ta sama troska i współczucie, z którym przychodził z pomocą tym, którzy prosili go o korzyść jego zdania w ważnych sprawach, była, jak wierzę, jego cechą charakterystyczną w wielu innych płaszczyznach obcowania z tymi, wobec których stał w różnych relacjach. Był zawsze gotowy, jasny, stanowczy i bezinteresowny. Wchodził w ich dążenia, choć różniły się od jego własnych; interesował się ich celami; dostosowywał się do ich usposobień i upodobań; wnosił silny i spokojny zdrowy rozsądek w ich sprawy teraźniejsze i przyszłe; wspomagał ich i popierał w ich przedsięwzięciach swą współpracą. W ten sposób skupiał ludzi wokół siebie; i gdy jakaś poważna kwestia lub sprawa była omawiana i dochodziło — jak to zwykle bywa — do zgromadzenia zainteresowanych, wówczas gdy pojawiał się wśród nich, wszyscy obecni widziani byli jak gdyby oddający mu pierwsze miejsce, jakby przysługiwało mu ono z prawa; a on ze swej strony widziany był, jak wdzięcznie i bez żadnego wysiłku przyjmuje to, co mu ustępowano, i podejmuje rozpatrywany przedmiot, rzucając nań światło i niejako lokalizując go, wskazując, co jest w nim pierwszorzędne i czego się należy trzymać, i jakie kroki należy w nim podjąć. Mówią mi, że podobnie gdy przebywał na swej posiadłości we Francji, tam również stał się centrum rady i wskazówek ze strony sąsiadów, którzy na nim się opierali i jemu ufali w swych własnych sprawach, jak gdyby był jednym z nich. Był to zarówno jego bezinteresowność, jak i jego praktyczny zdrowy rozsądek, które na nich zjednał.
Taki człowiek, gdy młody i pełen zapału, z wszystkimi swymi zaletami urodzenia i stanowiska, wkraczał na scenę życia publicznego, jaką w swej najszlachetniejszej i najwspanialszej postaci przedstawia Westminster, mógł uchodzić za kogoś, kto odegra wielką rolę i dojdzie do wybitności w obranym zawodzie. Nie z całą pewnością; bo subtelność umysłu, która była jedną z jego najbardziej widocznych cech, jest w pewnych wypadkach zgubna dla powodzenia człowieka w życiu publicznym. Są tacy, którzy nie mogą swobodnie obcować z bliźnimi, a zwłaszcza z tymi, którzy stoją poniżej ich poziomu w wykształceniu umysłowym. Są zbyt wrażliwi na walkę z rywalami i wzdragają się przed szansami, jakie ona niesie. Albo mają w sobie pewną nieśmiałość, lub powściągliwość, lub dumę, lub poczucie siebie, które powstrzymuje ich od roztrwaniania sił przed mieszanym towarzystwem i jest przeszkodą w dawaniu z siebie tego, co najlepsze, gdy próbują. Toteż ich publiczny pokaz wypada blado wobec prywatnych zapowiedzi. Otóż jeśli był ktoś, kto był światłem i radością swego bliskiego otoczenia — to właśnie ów, o którym mówię; a kochał tak tkliwie, jak był kochany; do tej chwili wydawał się raczej stworzonym do życia domowego.
Ponadto istnieją rozmaite działy jego zawodu, w których szczególne zdolności, które mu przypisałem, mogły znaleźć pełne zastosowanie i doprowadzić do autorytetu i wpływu bez potrzeby ani sposobności okazania tych bardziej błyskotliwych darów, dzięki którym zdobywa się popularny podziw i wysokie wyróżnienie. To właśnie przez okazanie uzdolnień odmiennego rzędu niż jasność umysłu, przenikliwość i sąd wyniósł się on od razu, jako adwokat, do owego powszechnego uznania swych zdolności, które było odpowiedzią witającą jego pierwsze wielkie przemówienie wygłoszone w poważnej sprawie przed dostojnym zgromadzeniem. Zdaje mi się, że mam rację twierdząc, iż przemawiał wówczas do Izby Lordów w obronie anglikańskich kapituł zagrożonych przez ówczesnego ducha reform; a okazja wymagała wykazania się nie tylko uzdolnieniami, o których już mówiłem, lecz i tymi, które są bezpośrednio krasomówcze. I te nie zawiodły. Nigdy nie słyszałem, jak mówił; lecz wierzę, że miał — oprócz owej gotowości i płynności języka, czyli wymowy, bez której krasomówstwo być nie może — te wyższe dary, które nadają krasomówstwu jego moc i siłę przekonywania. Mogę dobrze rozumieć na podstawie tego, co znałem go w życiu prywatnym, czym one były w jego przypadku. Jego postawa, jego sposób bycia, wyraz oblicza, jego młodość — nie mówię o jego młodym wieku, lecz o młodości ducha, której nigdy nie utracił do końca — jego radosna energia, jego rozumowania tak mistrzowskie, a przy tym tak swobodne, jego takt w posługiwaniu się nimi dla swego celu, światło, jakie rzucał na tematy niejasne, i zainteresowanie, którym oplatał tematy nudne, jego dowcip, jego gotowość umysłu w chwilach nagłych; dary takie, tak rzadkie, a tak popularne, były niezbędne dla jego powodzenia i miał je do swej dyspozycji. Przy okazji pierwszego ich użycia, do której się odwołałem, w całym Oksfordzie mówiło się, że najznakomitszy prawnik owych dni, człowiek literacki i krytyk, wysłuchawszy owego przemówienia, wydał swój niezwłoczny werdykt w słowach: „Fortuna tego młodego człowieka jest zrobiona." I rzeczywiście było oczywiste dla tych, którzy umieli przewidywać przyszłość, że nie ma takiej nagrody — jak to się mówi — życia publicznego, do której ów młody człowiek nie mógłby aspirować, gdyby tylko miał ku temu wolę.
**2.** Oto co przychodzi mi powiedzieć na pierwszym miejscu o drogim przyjacielu, z którym się teraz żegnamy. Takie, jak opisałem, były widoki otwierające się przed nim na starcie życia. Lecz teraz, po drugie, dla kontrastu — co z nich wynikło? Mógł on, w miarę upływu czasu, niemal wyciągnąć rękę i wziąć, co chciał, z honorów i nagród świata. Czy to w parlamencie, czy to w prawie, czy to w gałęziach władzy wykonawczej — miał prawo uważać, że żaden urząd, żadna władza nie jest absolutnie poza jego zasięgiem. Jego rówieśnicy i przyjaciele, którzy piastują lub piastowali najwyższe stanowiska w Państwie, są — w blasku swoich poszczególnych karier — ilustracją jego możliwości i jego zapowiedzi. Ale, choć na pierwszy rzut oka może się to wydawać dziwne, jego obojętność wobec nagród życia była tak wyraźna, jak jego kwalifikacje do ich zdobycia. Był w niezwykłym stopniu wolny od ambicji. Powodzenie w życiu jest niemal powszechną namiętnością. Jeśli nie przejawia się ono często w wzniosłej formie ambicji, to dlatego, że niewielu ludzi ma w sobie lub w swych okolicznościach jakiekolwiek zachęty, by oddawać się marzeniom o wielkości. Lecz żeby młody człowiek śmiałego, rozległego, przedsiębiorczego umysłu, o popularnych uzdolnieniach, ze świadomością własnej siły, po pierwszych sukcesach, z licznymi sposobnościami, przynoszący z sobą życzliwość i oczekiwanie otoczenia i przez nie zagrzewany ku wielkiej przyszłości — żeby on był głuchy na swe własne oczywiste interesy, żeby nie dorastał do chwili, żeby był tak wierny swemu przeznaczeniu, że etyczna jego natura tak mało zgadzała się z darami umysłu — to łatwo można przedstawić nie tylko jako dziwność, lecz jako oczywisty brak, a nawet wadę. Po co w ogóle dane są talenty — można zapytać — jeśli nie po to, by ich używać? Czym są wielkie dary, jeśli nie korelatami wielkich dzieł? Nie rodzimy się dla siebie, lecz dla naszych bliźnich, dla naszych sąsiadów, dla naszej ojczyzny; a zakopać swój talent w chustce i oddać go Wszechmocnemu Dawcy dokładnie tak, jak się go otrzymało — to tylko samolubstwo, opieszałość, przekorna wstrzemięźliwość, niemęskość, a nie żadna cnota ani chwała.
To można powiedzieć, a powiedzieć to niemal banał; bo — kto by temu zaprzeczył? — bez wątpienia wiele winniśmy tym, którzy poświęcają się życiu publicznemu, czy to w bezpośredniej służbie Państwa, czy w prowadzeniu wielkich przedsięwzięć narodowych lub społecznych. Pędzą pracowite dni, z których my osobiście zbieramy owoce; niemniej, przyznając to w pełni, z pewnością są też inne sposoby bycia użytecznym dla swojego pokolenia. Trzeba pamiętać, że w życiu publicznym człowiek wzniosłego umysłu nie może pozwolić, by jego własne ja oddziaływało na innych po prostu i w całości. Jest zmuszony poruszać się w wyznaczonych torach. Musi działać razem z innymi; nie może sam dobierać celów ani dążyć do nich środkami wolnymi od metod i praktyk umysłów mniej wzniosłych niż jego własny. Może tylko czynić to, co sam uważa za rzecz drugorzędną. Postępuje na warunkach kompromisu; i trudzi się na chybił trafił, realizując przedsięwzięcia tak rozległe lub tak zawiłe, że ich ostateczny wynik jest niepewny.
Nie mogę też oczywiście pominąć religijnego aspektu tej kwestii. Jako chrześcijanie nie możemy zapomnieć, jak Pismo mówi o świecie i o wszystkim, co do niego należy. Społeczność ludzka jest wprawdzie ustanowieniem Bożym, któremu On daje swą sankcję i swój autorytet; lecz od początku nieprzyjaciel był czynny w jej deprawacji. Stąd pochodzi, że choć w swej istocie jest ona boska, to w swoich okolicznościach, tendencjach i skutkach kryje wiele zła. Nigdy ludzie nie gromadzą się w większej liczbie, by namiętność, samowola, pycha i niewiara — które mogą być mniej lub bardziej uśpione w każdym z nich z osobna — nie wybuchły płomieniem i nie stały się składnikiem ich zjednoczenia. Nawet gdy wiara istnieje w całym ludzie, nawet gdy ludzie religijni łączą się dla celów religijnych, to i tak, gdy tworzą ciało, po niedługim czasie okazują wrodzoną słabość natury ludzkiej i w swym duchu i postępowaniu, w swych deklaracjach i działaniach stoją w jaskrawej sprzeczności z chrześcijańską prostotą i prawością. Na to właśnie Pisma święte mają na myśli pod słowem „świat" i dlatego przestrzegają nas przed nim; a ich opis odnosi się w swej mierze do wszystkich skupisk i ugrupowań ludzkich, wysokich i niskich, narodowych i zawodowych, świeckich i kościelnych.
Byłoby zatem niesprawiedliwe, gdyby ludzie wielkich talentów i szczególnych sposobności byli zobowiązani poświęcać się ambitnemu życiu — czy tego chcą, czy nie — narażając się na zarzut miłowania własnego spokoju, gdy tymczasem ich niechęć do tego może wynikać właśnie z subtelności i bezświatowości charakteru moralnego. Z pewnością mogą oni przedkładać bardziej bezpośrednie sposoby służenia Bogu i ludziom; mogą dążyć do czynienia dobra o charakterze wyraźniej religijnym; do dzieł pewnych, pewnych, i ponad wszelką wątpliwość zasługujących na nagrodę; do posług dobroci, dobroczynności i troskliwości, osobistych i szczegółowych; do trudów miłości i samozaparcia, w których lewa ręka nie wie, co czyni prawa. Jeśli chodzi o naszego drogiego przyjaciela, mówiłem już o wpływie, jaki wywierał na wszystkich wokół siebie — na przyjaciół czy nieznajomych, z którymi był w jakikolwiek sposób związany. Był to rozległy obszar dla jego czynnej dobroci, której nie zaniedbywał. Dawał innym bez żalu swych myśli, czasu i trudu. Był ich wsparciem i opoką. Gdy przyszło do niego bogactwo, rozporządzał nim swobodnie. Był jednym z tych rzadkich ludzi, którzy nie dają jedynie dziesięciny ze swych przychodów Bogu; był studnią hojności wiecznie bijącą. Wylewała się zewsząd: w ofiarach religijnych, w darach, w donacjach, w pracach na jego posiadłościach, w trosce o swych ludzi, w jałmużnach. Słyszałem o jego niezwykłej trosce o rodziny postawione w niedoli, o jego pomocy w kształceniu ich i wyprowadzaniu na ludzi, o jego aktach dobroci wobec ubogich konwertytów, samotnych kobiet i chorych kapłanów; i dobrze rozumiem troskliwą i wytrwałą czułość, z jaką śledził te dobroczynności wobec nich — z tego, co widziałem w nim samym. Miał bardzo wierną pamięć dla ich kłopotów i potrzeb. To jego wielkość ducha sprawiała, że był tak otwartego serca. Jak wszystkie jego plany, tak i jego prywatne dobrodziejstwa były wielkiego formatu. A gdy jakiś cel był publiczny i wymagał wsparcia wielu, on szedł na przód z hojną składką własną. Zbudował jeden kościół na swej posiadłości nad Loch Shiel; i drugi w Galashiels, który zamierzał uczynić centrum grupy mniejszych kościołów w okolicach; i udało mu się rzeczywiście wznieść jeden z nich w Selkirk. Nie ograniczał się też do darów pieniężnych: często trudniej jest zrezygnować z tego, co uczyniliśmy naprawdę naszym własnym, niż z tego, co nigdy faktycznie nie znalazło się w naszym posiadaniu. Kupował książki chętnie — teologiczne, historyczne i z zakresu ogólnej literatury; lecz miłość dawania przewyższała w nim miłość zbierania. Nie mógł ich zatrzymywać; rozdawał je; można powiedzieć, że oddał całe biblioteki. Mało kto jest w stanie określić granice jego hojności. Słyszałem o tym, jak dawał lub ofiarowywał na wielkie cele sumy tak zdumiewające, że boję się je wymieniać. Jedynie On zna pełną miarę jego dobrodziejstw, który je natchnął i nagrodzi. Nie sądzę, by on sam to wiedział. Mam podstawy sądzić, że nie prowadził ścisłego rachunku tego, co oddawał. Wiem z pewnością o jednym przypadku, gdy dał przyjacielowi kilkaset funtów, a zdawał się to zapomnieć i musiał go zapytać, kiedy to uczynił.
Mam nadzieję, że w tym, co mówię, nie sprawiłem nikomu wrażenia, że był bezmyślny i nierozważny w dawaniu. Gdyby tak było, to zaprzeczyłbym memu własnemu doświadczeniu i swemu zamierzeniu. Na tyle, na ile sięgały moje możliwości obserwowania go — tak jak wielkie były jego dobrodziejstwa i dobroczynności, tak samo niezwykła była skrupulatna troska, z jaką badał naturę i okoliczności spraw, o których wsparcie go proszono. Czuł, że jest jedynie szafarzem Tego, od kogo ma to, co rozdaje.
Dawał jako szafarz Tego, któremu musi zdać rachunek. Jest dziś wielu filantropów i dobroczynnych ludzi, którzy w swych aktach szczodrości myślą tylko o człowieku, nie o Bogu. Powiedziałem już dość, by wykazać, że on do nich nie należał. Dałem do zrozumienia, że tkwiło w nim owo poczucie religii, owa religijna wrażliwość, która była w istocie jego wewnętrznym i prawdziwym życiem. I rzeczywiście szczodrość taka jak jego — tak nieustanna i szczegółowa, tak dobrze uporządkowana i skierowana ku religijnym celom — niemal sama przez się zaświadcza o swym nadprzyrodzonym pochodzeniu. Ale nalegam na tę kwestię nie tylko dla niej samej, lecz i ze względu na jej związek z ową brakiem ambicji, który u człowieka tak energicznego, tak wpływowego jest bardzo znamienną cechą charakteru. Taka obojętność — by tak to nazwać — mogłaby być, choć nie epikurejskim samolubstwem, to jednak naturalnym temperamentem, usposobieniem ducha wielkodusznego, jakie można by spotkać w starożytnej Grecji lub Rzymie, podobnie jak w czasach nowożytnych. Lecz w rzeczywistości był to w nim coś o wiele więcej niż dar natury; był to owoc i znak owej religijnej wrażliwości, która została mu zesłana z wysoka. Jeśli rzeczywiście jego umysł i serce były utkwione w przedmiotach Bożych, to od razu wyjaśnia to to, co było tak dziwne, tak paradoksalne w nim w oczach świata — jego niechęć do honorów i przepychu ziemi; a utkwione były one niezawodnie w niewidzialnym i wiecznym. Było to pouczenie dla wszystkich, którzy tego byli świadkami, w kontraście z wyglądem zewnętrznym tego człowieka — tak przenikliwego i opanowanego pośród zgiełku i prochu świata — gdy jego prawdziwe wewnętrzne, ukryte ja od czasu do czasu przeświecało spod roboczego ubrania, w które owijały go jego świeckie zajęcia.
Nie mogę słowami oddać sprawiedliwości wrażeniu, jakie wywarł na mnie w tym względzie. Miał delikatne sumienie — lecz mam na myśli coś więcej niż to; mam na myśli wzruszenie serca zawsze żywego i czujnego na myśl o Bogu. Gdy nagle w rozmowie pojawiała się kwestia religijna, nie miał już sposobu bycia ani głosu człowieka światowego. Prostota, gorliwość, powaga w jego spojrzeniu i słowach — czego nie można było zapomnieć. Zdawało mi się, że mówi o miłosnym pragnieniu podobania się Bogu, o prostodusznym wyborze Jego służby ponad wszelką służbę ludzką, o postanowieniu zbliżenia się do Niego drogami, które On wyznaczył. Nie było to bezkrytyczne przyjmowanie, że podążać za własnym najlepszym przekonaniem jest równoznaczne z wykonywaniem Jego woli; żadne łatwe przeświadczenie, że mglista, nieokreślona szczerość w naszych wnioskach o Nim i w naszej adoracji — niezależnie od tego, do jakiej szkoły doktryny te wnioski należą — to wszystko, czego się od nas wymaga. Inaczej mówiąc, miał głęboko w sobie ów dar, o którym mówią św. Paweł i św. Jan, gdy rozwijają cechy charakterystyczne wiary. Był to dar wiary — wiary żywej, kochającej, takiej, która „zwycięża świat", szukając „lepszej ojczyzny, to jest niebieskiej". To właśnie sprawiało, że tak bardzo pozostawał „nieskalany przez świat" pośród ziemskich zajęć i dążeń.
Nic więc dziwnego, że człowiek tak usposobiony stopniowo bywał prowadzony do Kościoła Katolickiego. Sądząc tak, jak czynimy to po owocach, wdzięcznie rozpoznajemy w nim duszę wybraną, dla której w wyrokach Miłości Wszechmocnej od wieków przygotowane jest miejsce w niebie, której imię jest wyryte na dłoniach tych Rąk, które zostały miłościwie przebite dla jego zbawienia. Takie gorliwe, pełne czci myśli o Bogu, jakie miał, zanim rozpoznał Matkę Świętych, są z pewnością jedynie pierwszymi znakami przeznaczenia, które kończy się w niebie. Ów prosty, jasny, zdrowy rozsądek, który okazywał w sprawach świeckich, nie zawiódł go w dociekaniu religijnym. Są tacy, którzy są praktyczni i roztropni we wszystkim z wyjątkiem religii; lecz on był konsekwentny; instynktownie odwracał się od bocznych dróg i manowców, na które dociekanie mogło być wyprowadzone, i patrzył na nie z szeroką, zrozumiałą perspektywą. A gdy już został wprowadzony w obręb Owczarni, sądzę, że nie przesadzę, mówiąc o trosce, którą przez cały czas okazywał — rozumnej i roztropnej trosce — o dostosowanie się we wszystkim do orzeczeń i decyzji świętego Kościoła; ani też o niezachwianym przekonaniu, jakie miał o jej nadludzkiej władzy, o pociesze, jaką znajdował w jej sakramentach, i o spokoju i ufności, z jaką uciekał się do wstawiennictwa Najświętszej Maryi Panny, chwalebnego świętego Michała, świętej Małgorzaty i wszystkich Świętych.
**3.** Dodam jeszcze jedną uwagę. Mówiłem najpierw o jego wysokich darach naturalnych, o jego różnorakich zaletach na starcie życia i o jego świeckich widokach. Następnie, w kontraście do tego pierwszego spojrzenia na niego, nalegałem na jego niezwykłą wolność od ambicji i przypisałem ją owej religijności umysłu, która była tak szczególnie jego własna; jego głębokiemu poczuciu próżności wszelkiego ziemskiego wyróżnienia i jego najwyższemu oddaniu Temu, który jedynie jest „Wierny i Prawdziwy". A teraz gdy dochodzę do trzeciej szczególnej cechy jego życia, tak jak się ona przedstawia memu spojrzeniu, odkrywam, że zbliżam się do świętego przedmiotu, którego nie mogę nawet dotknąć bez wielkiej czci i czegoś w rodzaju lęku.
Moglibyśmy być skłonni myśleć, że człowiek już oderwany duchem, postanowieniem i czynami od świata, w którym żył, zostałby przez swego Pana i Zbawiciela obdarzony możliwością swobodnego postępowania w swoim biegu, bez niezwykłych prób, jakie są konieczne w przypadku zwykłych ludzi dla ich wytrwania w wąskiej drodze życia. Lecz tych, których Bóg miłuje miłością ponad zwykłą, strzeże z troskliwością niezwykłą; i jeśli świat na nich się uśmiecha, tym bardziej zsyła im krzyże i umartwienia. Nie zadowala się tym, by należeli do Niego jakimkolwiek pospolitym tytułem; a ponieważ są Mu tak drodzy i bliscy, przygotowuje dla nich udręki, które przybliżają ich jeszcze bardziej. Mam nadzieję, że nie jest zuchwałością mówić tak o niezbadanych zamysłach Bożych. Wiem, że ma On własne mądre i szczególne obcowanie z każdym z nas i że to, co ustanawia dla jednego, nie jest regułą dla drugiego. Kontempluję i — o ile to możliwe — interpretuję Jego miłujące drogi i zamiary jedynie wobec tego właśnie człowieka, który jest przed nami.
Otóż tak się złożyło, że był zaledwie jeden aspekt tego niższego świata, który mógł on bez winy kochać; zaledwie jeden, w którym życie miało powab dla serca tak czułego, jak było religijne. Mam na myśli ów zbiór przedmiotów zawarty pod drogim imieniem Domu. Jeśli na ziemi było mu dane znaleźć odpoczynek i pociechę, znajdował je tam. Czy nie jest zatem zadziwiające, że właśnie w tym jego jedynym ziemskim sanktuarium Ten, który go kochał nieskończoną miłością, nawiedził go — nie raz, nie dwa razy, lecz raz po raz — surową rózgą kary? Cios po ciosie, raz po raz, pchnięcie po pchnięciu wymierzone były w samo jego serce. „Wielkie i przedziwne są dzieła Twoje, Panie, Boże Wszechmogący; sprawiedliwe i prawdziwe są drogi Twoje, Królu wieków. Któż by się nie bał Ciebie, Panie, i nie wielbił Twego imienia? Bo tylko Ty jesteś święty." Mogę mówić tu z żywszą wiedzą o nim niż w innych sprawach, bo byłem jednym z powierników jego krańcowego cierpienia pod natłokiem straszliwych doświadczeń, które zostawiały rany nigdy nie do uleczenia. Kończyły się dopiero wraz z jego życiem; gdyż choroba, która go ostatecznie pokonała, została wywołana przez ostatnie jego osierocenie. Co więcej, nawet tej wielkiej straty nie wolno mi uważać za jego ostateczną; jego wezwanie do odejścia stąd było samo w sobie ostateczną agonią owego czułego, kochającego serca. Ten, który niegdyś był przez innych pozostawiony w pustce, miał teraz sam zostawić innych w pustce. Miał zostać wyrwany — jakby przedwcześnie — od tych, którzy — by mówić po ludzku — tak bardzo go potrzebowali. Wezwano go, by oddał ich w wierze Temu, który ich dał. Mniej więcej na dwie godziny przed śmiercią, skonfrontowany — jak możemy przypuszczać — z tą wielką ofiarą, z tym uroczystym wezwaniem jego Najwyższego Pana, rzekł donośnym głosem: „Bądź wola Twoja"; dodając swą ulubioną modlitwę, tak nam wszystkim dobrze znana: *„Fiat, laudetur, atque in aeternum superexaltetur, sanctissima, altissima, amabilissima voluntas Dei in omnibus."* Były to niemal jego ostatnie słowa.
I my też musimy powiedzieć po nim: „Bądź wola Twoja." Bądźmy pewni, że tych, których Bóg miłuje, zabiera On, jednego po drugim, dokładnie w chwili najlepszej dla ich wiecznych interesów. Czegóż możemy w trzeźwości naprawdę pragnąć, jak nie tej właśnie Woli Bożej? Czyż On nie jest mądrzejszy i bardziej miłujący niż my? Czy moglibyśmy pragnąć z powrotem tego, kogo utraciliśmy? Czy jest wśród nas ktoś, kto go najbardziej kocha, a nie czułby okrucieństwa w przywoływaniu do tego burzliwego życia, z jego niebezpieczeństwami duchowymi i mroczną przyszłością, duszy, która już raduje się z końca i skutku swej próby, ze zbawienia zapewnionego i nieba zapoczątkowanego w sobie? Owszem, któż nie pragnąłby był żyć jego życiem i umrzeć jego śmiercią? Jak dobrze dla niego, że żył nie tylko dla ludzi, ale i dla Boga! Czym są wszystkie interesy, rozkosze, sukcesy, chwały tego świata, gdy przyychodzi nam umierać? Co może zdziałać dla nas cnota pozbawiona religii, co może zdziałać niewinna miłość rodzinna, gdy stajemy przed Sędzią, którego znać i kochać jest życiem wiecznym, a nie znać i nie kochać — śmiercią wieczną?
Szczęśliwa duszo, której nie kochałaś ani świata, ani rzeczy świata poza Bogiem! Szczęśliwa duszo, która pośród trudu świata wybrałaś jedną rzecz potrzebną, ową lepszą część, której nikt nie może zabrać! Szczęśliwa duszo, która będąc doradcą i przewodnikiem, opoką, światłem i radością, dobrodziejem tak wielu, a jednak zawsze opierałaś się po prostu, niczym małe dziecko, na łasce Boga twego i zasługach i mocy twego Odkupiciela! Szczęśliwa duszo, która tak wchodziłaś w poglądy i interesy innych ludzi, tak dążyłaś do ich celów i łączyłaś się z nimi w ich trudach, iż nigdy nie zapominałaś, że jest jeden święty Kościół Katolicki Rzymski, jedna Owczarnia Chrystusa i Arka zbawienia, i nigdy nie zaniedbywałaś jej ustanowień ani nie igrałaś z jej słowem! Szczęśliwa duszo, która — jak wierzymy — swymi nieustannymi jałmużnami, ofiarami i darami zmyłaś te pozostałości codziennego powracającego grzechu i niemocy, których sakramenty nie dosięgły! Szczęśliwa duszo, która — przez pilne przygotowanie się na śmierć i długą pokutę choroby, znużenia i zwlekania — jak ufamy, spłaciłaś dług ciążący na tobie i już przechodzisz z czyścowego oczyszczenia do światłości i wolności nieba!
I tak żegnaj, lecz nie żegnaj na zawsze, drogi Jamesie Robercie Hope-Scott! Odszedł od nas, lecz tylko odszedł przed nami. Nam wypada patrzeć naprzód, nie wstecz. Spotkamy go znowu, jeśli będziemy godni, „na górze Syjon i w Jerozolimie niebieskiej", „wśród wielu tysięcy aniołów, Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach", z „Bogiem, Sędzią wszystkich, i duchami sprawiedliwych udoskonalonych, i Jezusem, Pośrednikiem Nowego Testamentu, i krwią, która przemawia lepiej niż krew Abla".
---