Pewien dżentelmen, gorliwy członek Kościoła anglikańskiego, który przez wiele lat sprawował jedno z najważniejszych stanowisk w rządzie Nowej Południowej Walii, zasugerował autorowi, iż pożyteczne byłoby ogłoszenie kazania wymierzonego w grzech bezecnego przeklinania, wówczas nader powszechny w kolonii. Kazanie to miało być napisane w stylu wcześniejszego kazania przeciwko pijaństwu, które autor podał uprzednio do druku, a które ów dżentelmen zwykł był odczytywać raz na dwa tygodnie skazańcom służącym na jego posiadłości. Niniejsze kazanie zostało zatem napisane w roku 1836, lecz przypadkowe okoliczności uniemożliwiły jego ówczesne ogłoszenie. Czytelnik słynnych homilii św. Jana Chryzostoma wygłoszonych do ludu Antiochii z łatwością dostrzeże, jak wielki wkład wniosły one w treść poniższego wywodu. Autor korzysta chętnie z niniejszej sposobności, by zaznaczyć, jak bardzo zarówno ten, jak i każdy inny grubiański grzech, zmniejszył się w Nowej Południowej Walii od okresu, o którym tu mowa. Opisy australijskiego społeczeństwa przedstawione przez autora w jego *Katolickiej Misji w Australazji* oraz w zeznaniach złożonych przed komisją Izby Gmin — jedno w roku 1837, drugie w roku 1838 — choć wówczas zgodne z rzeczywistością, nie oddają już, co go napawa radością, dzisiejszego stanu rzeczy. Przybycie tak wielu duchownych od owego czasu, wzniesienie licznych kościołów, szerzenie się oświaty, wielki napływ szanowanych i dobrze prowadzących się emigrantów oraz głęboka przemiana moralna, jakiej doznała ludność więzienna pod wpływem religii, sprawiły jedną z najbardziej niezwykłych przemian, jakie — biorąc pod uwagę tak krótki okres — stały się kiedykolwiek udziałem jakiegoś narodu. Zniesienie najpierw systemu przydziału, a następnie deportacji do tej kolonii w ogóle, zapowiada dopełnienie oczyszczenia, które tak pomyślnie postępuje naprzód. Pobożny katolik pojmie mnie wyraźniej, gdy wspomnę mu, że czterystu komunikantek widziano zbliżających się do ołtarza katedry w Sydney przy jednej mszy w dzień uroczysty.
---
*„Jeśli kto nie grzeszy mową, ten jest mężem doskonałym; ten może też uzdę włożyć na całe ciało. A język — mały to członek, ale się wielkich rzeczy chwali. Patrzcie, jaki mały ogień, a jak wielki las zapala! I język jest ogniem, jest to świat nieprawości. Język — między członkami naszymi — plugawi całe ciało, i zapala krąg życia naszego, sam zapalany przez piekło. Bo wszelka natura zwierząt i ptaków, gadów i morskich stworzeń daje się ujarzmić i ujarzmiła się naturze ludzkiej; lecz języka żaden człowiek ujarzmić nie może — zło niepohamowane, pełne jadu śmiertelnego. Przez niego błogosławimy Boga i Ojca, i przez niego przeklinamy ludzi, którzy są stworzeni na podobieństwo Boże. Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo. Bracia moi, tak być nie powinno."* — Jk 3.
Słusznie powiedział św. Jakub, że zły język jest ogniem i światem nieprawości. Pożerającym pożarem rozległym, siejącym spustoszenie. Małym narzędziem wyrządzającym wielkie zniszczenie. Ostrym mieczem — jak śpiewa Psalmista — wymierzonym na rzeź dusz. Cóż więcej: rózgą wzbudzającą plagi i cuda niegodziwości. Niczym żądło węża, niczym kieł żmii rani duszę, a przez zadaną ranę rozlewa jady zapalające, toksyny żrące i śmierci okrutne. Jest on stwórcą całego świata zła, zatruwającym i mącącym stworzony przez Boga świat dobra. Czyż bowiem zły język nie jest twórczym ojcem wszelkiej nieszczerości, wszelkich niesprawiedliwych postępków i wszelkiej niemiłości? Złośliwości, podstępu, kłamstw, krzywoprzysięstw? Przekleństw, złorzeczeń, bluźnierstw, nieprzyzwoitości, próżnej gadaniny i sprośnej mowy? Obmów, oszczerstwa, zelżywości, zniesławienia, kalumnii, zniewagi? Czyż z tego wszystkiego nie rodzą się zgorszenia, zapalczywe kłótnie, nieludzkie bijatyki, zataione urazy, trwałe nieprzyjaźnie; podniety do każdej zbrodni pod niebem i zagłada każdej dobrej sławy i reputacji na ziemi? Słusznie tedy powiedział Apostoł, że zły język jest ogniem i światem nieprawości. I gdzie indziej, że „kto nie grzeszy mową, ten jest mężem doskonałym". I znowu, że „jeśli kto mniema, że jest pobożny, a nie hamuje języka swego, tego pobożność jest próżna" — to znaczy: jest pusta, nie ma żadnej treści, jest niczym; człowiek nie hamujący języka nie ma religii.
Przeto teraz, drodzy chrześcijanie, póki jest czas, osądźcie sami siebie. Ile osób może wytrzymać próbę tej apostolskiej reguły i dowieść, że posiada religię? Kto gotów jest szczerze powiedzieć: „Nigdy nie obmawiam bliźniego"? Kto, znając własne serce i zważając na rozległość swoich stosunków, może oświadczyć: „Nigdy nie mówię źle o bliźnim ani nie wydaję pochopnego sądu o stworzeniu mi równym"? Kto gotów dodać: „Nigdy nie rozgłaszam jego słabości ani niepotrzebnie nie rozszerzam wieści o jego ułomnościach"? Jeśli to zbyt surowa próba; jeśli jest pewne, że przy tak ścisłym badaniu żaden z nas nie uniknie wyroku — pominąwszy tę kwestię na razie, choć jest ona wielce ważna, weźmy słowa Apostoła w szerszym znaczeniu. Kto jest zatem taki, którego język nigdy nie gwałci prawdy i kto nigdy nie ubliża ani nie krzywdzi bliźniego? Takiego Apostoł ogłasza pozbawionym religii. Lecz i w to nie będziemy się zagłębiać, choć rozważenie tego jest bardzo potrzebne. Jest inne pytanie, któremu chcę się wyłącznie poświęcić. Na odpowiedź zaś — niestety — nie muszę wnikać w tajne zakamarki serca. Odpowiedź jest słyszalna, widzialna, namacalna: narzuca się naszej uwadze o każdej godzinie dnia i nocy; nawet powietrza niebieskie przejęte są jej głosami.
Ileż to jest takich, których języki, stworzone do błogosławienia imienia Stworzyciela i do mówienia rzeczy życzliwych bliźnim, używane są do profanowania tego imienia najświętszego, do lekkomyślnego przysięgania nim i niekiedy nawet do bluźnienia mu, oraz do sprowadzania przekleństw i nieszczęść na bliźnich? Bo oto jest człowiek nad wszelkich innych o języku nieuzdowionym, który głośno ogłasza — i to nie tylko znajomym, lecz każdemu przechodniowi — że nie ma żadnej religii; a ściślej mówiąc, że ma religię, której jest godnym czcicielem, lecz że jego religia, podobnie jak on sam, jest próżna. Że wzniósł w swoim sercu ołtarz nie ku czci chwalebnego Boga, lecz ku oddawaniu czci i przepychom szatana.
Zawsze święte imię Wszechmocnego i wszechobecnego Stworzyciela; i owo wszelce święte imię, ponad które nie ma innego, mocą którego możemy być zbawieni; owo straszliwe imię triumfu, na którego wspomnienie niebiosa, ziemia i otchłanie mają nakaz skłaniać kolano w adoracji; i imię Odwiecznego Ducha wszelkiej świętości; wraz ze wszystkimi słowami, które przywodzą niebo na myśl i sprowadzają łaskę do serc naszych — wszystko to splata się poufale z imionami piekła i szatana, wśród gniewu, wesela, zgiełku, nieprzyzwoitości i wszelkiego rozprężenia tej rozwiązłej krainy. Wielki Bóg wszechświata przywoływany jest poufale z tronu swego przez słabe stworzenie przy każdym słowie, każdym obrocie, każdym kroku — by był świadkiem czego? Głupiej pozdrowiny, błahej myśli, sprośnego żartu, zabawnej historyjki, groźby w gniewie, bezznaczeniowej obietnicy albo też by zapełnić próżną lukę w mowie. Te same usta, które rano mówią: „Święć się imię Twoje", przez resztę dnia dowodzą swej fałszywości, znieważając to imię najświętsze. Tenże język odpoczywa od obrażania Stworzyciela, wzywając przekleństw na bliźnich. I ten nurt obyczaju stał się tak szeroki i silny, że unosi w swej gwałtowności kobiety, a nawet dzieci; aż powietrze, którym oddychamy, nasiąkło bezbożnością; aż dźwięki te uderzają chrześcijańskie ucho przy każdym kroku niby bluźniercze ciosy; aż najczystsze umysły plugawione są tym ciągłym natarczywym wtargnięciem w ich zmysły; i przez sam nawyk chodzenia wśród tych nieziemskich okrzyków stopniowo stają się obojętne na to, co jest najbardziej przerażające, niczym ci, którzy mieszkają w mieście zarażonym dżumą. Tak śmiertelne, tak szatańskie treści, w tonach tak niechrześcijańskich i nieludzkich, tak często brzmiące na językach ludzkich, że gdyby jakiś błogosławiony anioł po raz pierwszy zasłuchał się w nas z wnętrza swego kręgu radości, ów niebieski duch musiałby sądzić, że słyszy nie język dzieci Bożej ziemi, lecz głosy tych potępieńców, których siedziba leży poza zasięgiem wszelkiego promienia nadziei. Ziemia jawi się słuchowi jako krainy piekielne — i to ze strony tych właśnie, którzy ośmielają się zwać Boga Ojcem swoim, Chrystusa Odkupicielem, siebie zaś chrześcijanami, a każdego człowieka bratem. O, ślepoto! O, głupstwo i sprzeczność! Bo cóż innego, ludzie bezecni, mogę przywoływać? Cóż innego odpowie na me wołanie? Dziecię Boże znęcające się nad imieniem swego Ojca Niebieskiego! Wyznawca Chrystusa przeklinający tego właśnie brata, dla którego ocalenia od zagłady Chrystus umarł! Serce chlubiące się swą dobrocią — z ustami pełnymi złorzeczeń! Chrześcijanin z językiem pełnym profanicznych przekleństw! Cnotliwy ojciec i dobra matka karcący sumiennie dzieci rózgą języka zmoczoną w przekleństwach i złorzeczeniach! O, niedorzeczności! Piekło może się śmiać z głupoty tych rzeczy, lecz aniołowie i ludzie dobrzy płaczą. Czegóż mogę szukać na swą pomoc? Bo rozum naturalny nie ma tu nic do powiedzenia, a tym bardziej wiara natchniona. Nie macie tu nawet nędznego motywu własnego interesu na swe usprawiedliwienie ani podniety żadnego naturalnego popędu na swa obronę. Ta bezbożna praktyka nie wypełnia wam rąk niegodziwym zyskiem, jak niesprawiedliwość; ani nie zjednuje wam niezasłużonego szacunku, jak zasłona obłudy; ani nie dostarcza wam żadnego przelotnego podniecenia, jak głupstwo pijaństwa; ani nie nasyca żadnego zmysłu zwierzęcego, jak ta podła nieczystość; ani nie łechce was żadnym marzeniem o własnej ważności, jak nadęcie pychy; ani nie zaspokaja żadnej palącej potrzeby grzesznych stron waszej natury. Jest to czysty, nierozcieńczony grzech i z góry uplanowane bezbożnictwo. A to od razu rozstrzyga o jego ogromu. Bo skąd mierzymy ogrom przestępstwa? Czyż nie z godności osoby, którą ono bezpośrednio atakuje; z charakteru osoby wyrządzającej krzywdę; z ducha, w którym zło jest popełniane; z większej lub mniejszej prowokacji wobec sprawcy ze strony osoby skrzywdzonej; i ze stopnia namysłu, z jakim popełnia się występek? Osoby zaś bezpośrednio obrażane to Osoby adorowanej Trójcy. Nasz Ojcowski Stworzyciel i ów adorowany Syn, który nas miłuje i wystawiony jest na te obelgi dlatego, że umarł, aby dać nam życie. Jeśli zaś Przedwieczny nie jest obrażany w swym własnym Majestacie, gdyż jest cierpliwy w znoszeniu nas, to obrażany jest w owych świętych duchach i owych błogosławionych świętych, którzy stoją przed tronem Jego; albo obrażany jest w tych, swoich dzieciach, stworzonych na podobieństwo Jego, które go tu na ziemi przedstawiają. Osoba dopuszczająca się obrazy nie jest poganinem, mahometaninem ani niewiernym, ani nawet Izraelitą — lecz tym uprzywilejowanym dziecięciem Bożym, chrześcijaninem. Jeśli poganie byli bezbożni wobec swoich bóstw, mieli usprawiedliwienie: bogowie ich sami byli bezbożni. Znieważali jedynie twór swej wyobraźni i dzieło rąk własnych. Żydzi, przy całej swej zatwardziałości, żywili głęboki szacunek dla wiecznego imienia. W takiej świętości trzymali owo straszliwe imię, że nigdy go nie wymawiali nawet w uroczystych okolicznościach. Jeśli zachodziła konieczność wypisania go na jakimś przedmiocie, atrament, którym pisano to adorowane imię, nie mógł być użyty do żadnego innego celu, a pióro, którym je zapisano, musiało zostać oczyszczone przed tym uroczystym aktem i po nim — za taki je bowiem uważali — by okazać doskonalej swą cześć dla owego niezdolnego do udzielenia się, owego straszliwego imienia wiecznego. Nie. Ta profanacja w całej swej grozie zastrzeżona jest dla ludzi i czasów, które chlubią się wolnością od zaślepienia pogaństwa i niedoskonałości judaizmu; dla tych, którzy mają pełne światło chrześcijaństwa na swe przewodnictwo i pociechę, oraz doskonałe prawo miłości dla ożywiania swoich czynów. Co do sposobu i ducha obrazy — nie może być ona bardziej obciążona. Przypuśćmy, że macie dziecko, albo niech to będzie służący, który nieustannie przyzywa was do swej obecności, by poświadczył prawdziwość każdej głupoty wychodzącej z jego ust. Przypuśćmy dalej, że jest ktoś, kto otrzymawszy od was wielkie dobrodziejstwa, odpłaca wam za nie jedynie tym, że gdzie tylko chodzi, powtarza wasze imię z lekceważeniem. Przypuśćmy ponadto, że jakiś przyjaciel, któremu długo służyliście i świadczyliście przysługi, tak dalece stał się waszym wrogiem bez powodu i bez prowokacji, iż nieustannie miota przekleństwa i życzenia złego na członków waszej rodziny. Dodajcie do tego wszystkiego owego niepojętego postępowania jakiegoś podłego nędzarza, którego jesteście sprawcami, choć nigdy nie udało się wam uczynić go wdzięcznym, który — nadużywając waszego zaufania — nieustannie przywłaszcza sobie waszą władzę i powagę, i z całą tyranią i niesprawiedliwością uzurpacji bez przerwy używa tej waszej władzy i powagi dla przysparzania nędzy waszym podopiecznym. Bezbożny chrześcijaninie, tyś jest ten człowiek! Na miejsce dziecka, służącego, niewdzięcznego przyjaciela, nieprzyjaciela, nędznego zależnika postaw siebie; a na miejsce siebie postaw swego Boga.
Kiedy wciągani jesteśmy w grzech powabem pożądania albo kiedy pobudzani jesteśmy do jego popełnienia drażnieniami namiętności, jest po temu przynajmniej tyle usprawiedliwienia, że nie wyraża się żadnej zimnej złości; kiedy grzech popełniany jest dla jakiegoś doczesnego interesu, istnieje przynajmniej jakiś cel, choćby niegodny, któremu poświęca się duszę. Ale to jest przestępstwo przyjmowane rozmyślnie, przyjmowane z wysiłkiem i bez żadnego innego celu prócz czystej miłości samego grzechu. To wielka rzecz — sądzicie — okazać siłę ducha, która śmiało staje przed niebem i piekłem. Nie mówcie mi, że to tylko nałóg; że nie myślicie o tym; że nie macie tego na myśli; że czynicie tak tylko w gniewie; i że inni robią to samo co wy. Czyż to są wasze najlepsze pobudki do obrażania samego Boga? O, wstydziel O, boleści! Lecz jakie mam prawo oczekiwać stosownego milczenia albo słusznego samooskarżenia od ust tak bezecnych i nieostrożnych nawet przed Bogiem? Nie zasłaniajcie mi się przynajmniej takimi racjami, które jedynie powiększają waszą winę i dokładają ciężaru waszemu potępieniu. Przeklinacie, przysięgacie i plugawicie usta z nałogu? A kto wam ten nałóg dał? Jak się on ukształtował i kto go w was wytworzył? Czy pamiętacie trudność, jaką mieliście z początkiem; z jakimi wewnętrznymi wyrzutami sumienia, z jakim wysiłkiem po wysiłku przeciw oporowi sumienia dobijaliście się na początku i stopniowo wwieraliście się w ten nałóg? Czyż przestępstwo wasze jest teraz mniejsze, dlatego tylko że długa praktyka uczyniła wasze serce twardszym? Czyż jest mniejsze, ponieważ popełniacie przestępstwo łatwiej? Czyż jest mniejsze, ponieważ jesteście winni częściej? Jeśli teraz popełniacie grzech z mniejszą świadomością i namysłem, czyż nie rozmyślnie złożyliście powodów, dla których mielibyście go popełniać z mniejszą rozwagą? Jeśli o tym nie myślicie, czyż nie jest to dodatkową winą, że zaniedbywacie o tym myśleć? Czyż nie jest to dodatkowym dowodem, że obrażacie swego Boskiego Stworzyciela i krzywdzicie bliźnich bez żadnej pobudki? A jeśli nie macie na myśli tego, co mówicie, czyż nie sprawia to, że każda taka lekkomyślna przysięga i złorzeczenie jest kłamstwem i krzywoprzysięstwem? I jeśli niektórzy twierdzą, że grzeszą w ten sposób jedynie w gniewie — czyż grzech ten zmniejsza się przez to, że dodawany jest do innego grzechu i przez to, że pobudza do popełnienia owego grzechu? Przeklinanie i przysięganie są paliwem gniewu: usuńcie je, a jego płomień zgaśnie. Te nałogi są prawdziwymi piastunkami gniewu. Nie mówcie tedy, że czynicie to jedynie w gniewie, lecz że czynicie to i roznieca się gniew; że czynicie to i podsycacie płomień gniewu; że czynicie to i budzicie gniew, kiedy gniew rad by usnął. Ale robicie jedynie to, co robią wszyscy inni. Tak; a więc im bardziej Stworzyciel jest obrażany i znieważany, im bardziej jego stworzenia są pohańbiane i poniżane, tym bardziej mają być znieważane, obrażane, pohańbiane i poniżane. Im szerzej zło jest rozprzestrzenione, tym mniej należy się go brzydzić, nienawidzić i go unikać. O, chrześcijanie! Strzeżcie się rozumowań przestępstwa. Nic z nich nigdy nie wynikało prócz złego i sprzeczności. Te rozmaite wymówki posłużyły jedynie do ukazania wam zasięgu waszych złudzeń i jak daleko bardziej posunęliście zło, niż sądziliście. Dodajcie znowu do tego wszystkiego wieloraką okazję do grzechu dla waszego bliźniego; a nade wszystko — ten zgorszenie małych Chrystusowych. „Kto by — powiada nasz Boski Odkupiciel — zgorszył jednego z tych maluczkich, którzy wierzą we mnie, lepiej byłoby mu, gdyby mu zawieszono kamień młyński na szyi i wrzucono go w głębokość morską." Cóż tedy rzec o tych ojcach — cóż, jeśli zmuszony jestem dodać — i o tych nawet matkach, które zarówno postępowaniem, jak i przykładem wychowują dzieci swoje w tym diabolicznym nałogu? Lepiej było, żeby te dzieci nigdy nie ujrzały światła, niż żeby się rodziły z takich rodziców. Byłoby błogosławieństwem dla tych dzieci być pozbawionymi takich rodziców. Czy dreszczem przejmuje was słuchanie tych myśli? Po cóż tedy zmuszacie mnie do ich wypowiadania? Nie te uczucia, lecz postępowanie tych rodziców winno was napawać grozą. Na nich zwróćcie całą swą grozę. Owi rodzice, przez których Bóg miał się objawić tym dzieciom; owi rodzice, którzy niejako sprawują wobec potomstwa władzę Bożą; owi rodzice, którym Bóg przeznaczył wzniosły obowiązek kierowania pierwszymi młodymi otwierającymi się myślami ku pobożności, pielęgnowania ich w świętości, i jak widzialna opatrzność strzeżenia i ochraniania tej niewinności, która raz utracona, nie jest już nigdy odzyskana — ci rodzice kołyszą niemowlę wśród nieprawości, karmią biedne niewinię przy piersi bezbożności i poją młodą i wrażliwą duszę trucizną bezbożnych warg. Lecz przestępstwa tych dzieci od kołyski aż po grób są przestępstwami ich rodziców; krew dzieci ich będzie na ich głowach, a dusze ich będą od nich wymagane. I jakiż pomnik zostawili na ziemi, kiedy leżąc pod jej powierzchnią w grobach, synowie ich mówić będą: „Tego grzechu nauczył mnie ojciec mój"; a córki ich: „Tych złych słów nauczyłam się z ust matki mojej". Nigdy nie zapomnę krótkiej, lecz posępnej historii, którą pewien deportowany przestępca, nauczony tak we wczesnej młodości, opowiedział niegdyś temu, kto starał się go pocieszyć po przybyciu do jego miejsca przeznaczenia. „We wczesnej młodości — tak mówił — przeklinałem ojca mego i od tej pory byłem igraszką nieszczęścia. Skoro tylko, po długich dążeniach, zdawało mi się, że dotykam jakiej pomyślności, zmieniała się w przeciwność. To przekleństwo ciążyło nade mną zawsze. I oto jestem tutaj, skazany na nędzę przez całe życie. Niech Bóg się nade mną zlituje!"
Ten bezecny i bezbożny obyczaj, zaprawiony jak zwykle nieprzyzwoitością, rozsyła swe zgorszenia we wszystkich kierunkach, aż umysły nawet niewinnych, skutkiem stworzonej przezeń atmosfery zarazy, niemal przestają być czyste — pomimo ich dobrej woli. O, bracia moi! Wy, którzy macie jeszcze jaką miłość Bożą, jakiś szacunek dla naszej świętej religii, jakiekolwiek względy na siebie samych — strzegajcie się tych ludzi o bezbożnych ustach; uciekajcie od nich jak od zarazy, niech ani człowiek, ani Bóg nie widzi was w ich towarzystwie. „Gardło ich — powiada Pismo — jest grobem otwartym; językami swymi zdradliwie postępowali; jad żmijowy jest pod wargami ich." Przyrównani są do grobu, z którego nie wychodzi nic prócz śmierci, i do żmii, z której nie wychodzi nic prócz jadu. Dlaczego ten straszliwy opis? Bo — ciągnie dalej Psalmista — „usta ich pełne są przekleństwa i gorzkości; zagłada i nieszczęście na drogach ich; drogi pokoju nie poznali; bojaźni Bożej nie ma przed oczami ich". Ustęp ten nie jest pozbawiony grozy, lecz jest inny, który winien skłonić każde bezecne usta do wahania: „Jak ptak lecący na inne miejsca i jak wróbel, który tu i tam się kręci, tak przekleństwo bez przyczyny wymówione powróci na człowieka". To znaczy: nie zaszkodzi temu, kto jest przeklinany, lecz zwróci się na przeklinającego. I znowu powiedziane jest: „Gdy bezbożny przeklina szatana, przeklina własną duszę swoją". Sąd Boży nad tą winą jest straszliwy. „Umiłował przekleństwo, i przyjdzie nań; nie chciał błogosławieństwa, i oddalone będzie od niego. Oblekł się w przekleństwo jak w szatę, i weszło jak woda we wnętrzności jego, a jak oliwa w kości jego. Niech mu będzie jak szata, którą się okrywa, i jak pasek, którym się zawsze przepasuje." Nic straszliwszego nie znam w Piśmie Świętym nad to orzeczenie Boże przeciw człowiekowi pogrążonemu w przeklinaniu. Przekleństwo człowieka, o ile idzie o szkodę dla innego, jest rzeczą próżną, głupią i bezużyteczną; lecz ściąga na tego, kto się nim winni, przekleństwo Boże, które przesyca jego duszę wewnętrzną jak oliwa i pokrywa jego ciało zewnętrzne jak szata. Cóż tedy jest przekleństwo Boże? Słuchajmy z głęboką uwagą i czcią. Błogosławieństwo Boże sprawia, że wszystkie nasiona dobra wzrastają w nas i zbierają wzrost pod świętym działaniem Ducha Jego. Przekleństwo Boże usuwa pierwiastki dobra i pozostawia jedynie zaląźki złego i zepsucia, by wzrastały i szerzyły się niezatamowane pod wpływem ducha złego. I dlatego w innym miejscu powiedziane jest: „praca warg ich okryje ich; węgle gorejące będą nad nimi; w niedolach swoich nie zdołają się ostać". I raz jeszcze Duch Boży oznajmia, że „człowiek, który wiele przysięga, napełni się nieprawością, a bicz nie oddali się od domu jego". Po tak jasnym wyłożeniu natury i następstw tego przestępstwa z ust samego Przedwiecznego, któż nie poczuje wraz z Eklezjastykiem, że „mowa, która często przysięga, stawi włosy na głowie, a jej bezbożność zmusi człowieka do zatykania uszu".
Lekkomyślna przysięga może popchnąć człowieka do okropności, do których nigdy nie doprowadziłaby go własna jego złość. Dawid w gorącości młodości złożył lekkomyślną przysięgę i tylko interwencja Opatrzności Bożej uchroniła go od spełnienia jej przez zbroczenie ręki krwią całego domu Nabala. Saul złożył lekkomyślną przysięgę i jego syn Jonatan, choć niewinny żadnego przestępstwa, musiałby w następstwie zginąć, gdyby nie przysięgi ludu, które wyrwały go z rąk ojca. Jefte złożył lekkomyślne i nierozważne ślubowanie i jego dziewicza córka stała się jego ofiarą; powszechnie nawet uważano, że została przez ojca ofiarowana w ofierze, i że jej czysta krew wzniosła się ku niebu na świadectwo przeciw lekkomyślnym ślubom i modłom. Córka Herodiady weszła i tańczyła przed Herodem i gośćmi jego uczty; a Herod w gorączce i szaleństwie chwili świętowania przysiągł, że da jej wszystko, o co go poprosi, choćby połowę królestwa swego. Gdy zaś dotarło do jego uszu owo straszliwe żądanie, drżąc i trwożąc się, lecz ze względu na swą przysięgę i ze wstydu przed gośćmi, którzy byli świadkami jego przyrzeczenia, wysyła rozkaz; i zszokowani goście cofają się lodowaci z grozą na widok, który wniesiony zostaje na stół ucztowy — krwawiąca głowa najświętszego z ludzi, odcięta przez lekkomyślną przysięgę. Jakiż grzech bardziej zdolny uczynić człowieka zuchwałym i śmiałym przed Bogiem, w tej samej chwili gdy odgrywa podłego i żałosnego tchórza przed twarzą bliźniego? Rzekłeś, zagroziłeś, przysiągłeś; ludzie podobni tobie słyszeli przysięgę; rzecz jest niegodna; wezwałeś Boga z jednej strony na świadka, a diabła z drugiej na pomoc; cóż znaczą wątpliwości powstające w chwili, gdy twój zapał stygnie? Ludzie będą się naśmiewać i śmiać, a to jest straszne dla człowieka bez duszy; toteż lękając się oblicza ludzkiego i ukrywając swe myśli, jak mu się zdaje, albo jeśli nie może, śmiało wyzywając przed oczyma Bożymi, rzuca się w swoje przestępstwo. Taka jest naturalna skłonność nałogu, dla którego język ludzki nie dysponuje wyrazem dość mocnym, by naznaczył naszą pogardę.
Lecz na uroczystszych okazjach nie przysięgalibyście lekkomyślnie ani fałszywie. Co do mnie, nie widzę żadnej różnicy między tymi uroczystymi okazjami raz czy dwa razy w życiu a lekkomyślnym i fałszywym przysięganiem przy każdej sposobności, chyba że codzienny grzech jest przewiną najbardziej niegodnie i najdotkliwiej obciążoną, o ile idzie o samego grzesznika; jako że popełniany jest nie tylko nieustannie, lecz gorsząco i bez żadnej najlżejszej kompensującej pobudki. Czy sądzicie, że ci, którzy przysięgają lekkomyślnie i fałszywie co godzinę w ciągu dnia, będą mieli wielką trudność z fałszywym przysięganiem w chwili szczególnej uroczystości? Poczucie religii, hamulec sumienia, duch czci, uczucie nabożeństwa dla owego świętego imienia — wszystko to już przeminęło. Bezecny przysięgacz pracowicie wyćwiczył się w krzywoprzysięstwie.
Czy ten nie poświęcony język, sądzicie, może być kiedykolwiek nauczony chwał swego Stworzyciela? Czy jego głos może być przygotowany do szczerego wzywania Jego imienia w ostatnich chwilach śmiertelnej ostateczności? I gdy to życie rychło dobiegnie końca, czy tak zbezczeszczone usta potrafią mówić językiem nieba? Czyż nie ćwiczy się teraz ów głos w języku, którym ma mówić przez wieczność? Czy możecie rościć sobie prawo do owej niebieskiej krainy, jeśli nie znacie jej języka? Czy krainy ciemności nie wy roszczą sobie prawo do was przez sam fakt waszego mówienia ich własnym językiem? Czy możemy przypuścić, słysząc jak tak gorliwie naśladujecie radości pozbawioną mowę złorzeczących i bluźniących demonów, że jesteście przeznaczeni do śpiewania z cherubinami i serafinami: „Święty, Święty, Święty, Pan Bóg Zastępów!"? Albo by z niebieskimi świętymi głosić: „Jedynemu Bogu, nieśmiertelnemu i niewidzialnemu, wszelka cześć i chwała!"? Albo kłaść swe złote korony przed tronem wiecznym i razem ze starcami wykrzykiwać: „Chwała, cześć, błogosławieństwo i zbawienie na wieki Bogu naszemu!"?
Jeśli tedy pragniecie uniknąć pełnej i jasnej pewności bycia rościonym przez owe krainy ciemności; jeśli chcecie mieć choć promyk nadziei ku owej niebieskiej krainie — zmieńcie język swój. Niechaj usta, które przeklinają, nauczą się błogosławić. Niechaj ten świętokradzki język nauczy się czci i chwały. Z pobożnym królem Izraela módlcie się, by Bóg dał waszym ustom drzwi roztropności i strażnicę ostrożności około warg waszych. Strzeżcie sami tych ust mocnym postanowieniem i troskliwą czujnością. Niechaj nie będzie mówione nadal, ku waszej hańbie, że dusza wasza ulega językowi waszemu. Niechaj każdy ofiaruje Bogu uroczyste postanowienie, by nie pozwalać na profanowanie Jego wszechmocnego imienia ani przez siebie, ani przez kogokolwiek innego. Powściągajcie to u sług waszych; nie lękajcie się wyrażać swej dezaprobaty wobec znajomych. Jeśli nie chcielibyście siedzieć przy stole i słuchać szyderstw z imienia swego ziemskiego ojca, nie znoście i towarzystwa tych, którzy szydzą z imienia Ojca waszego, który jest w niebiesiech. Niechaj religia wasza objawiać się będzie przez czystość języka waszego. Zacznijcie od tej chwili. Kilka dni troskliwej czujności, a trudność minie. Narzućcie sobie modlitwę za każdym razem, gdy tak dalece zapomniecie o swym postanowieniu, a nie zapomniecie go tak łatwo znowu. Zanieście to, co powiedziałem, w sercu waszym, i dodajcie do tego, co zaczerpniecie z własnych rozmyślań. Wezwijcie wyobraźnię na pomoc pamięci. Zanieście ze sobą, idąc do domów, w dłoni krwawiącą głowę Jana Chrzciciela. Udajcie się do swej prywatnej komnaty, połóżcie ją tam na stole przed sobą, a ta krwawiąca głowa przemówi do was najwymowniej o niegodziwości i niebezpieczeństwie lekkomyślnego i bezecnego przysięgania. Owe surowe i niewinne oblicze, tak promienne pobożnością, jest teraz blade, blade jak śmierć, pokryte zaschłą krwią; owe oczy, które biły tak łagodnym światłem, wzbudzając cześć, nawrócenie i pokój, są teraz zgasłe; a podczas gdy splątane włosy kalają się wokoło szyi, która jak gdyby jeszcze kurczy się i drży od ciosu śmierci, i letnia krew płynie na posadzkę — zapytajcie owych czarnych spuchłych warg o przyczynę tej klęski, a odpowiedzą wam: „To była lekkomyślna przysięga. Napomnę tyrana, i przeraził się mnie; oskarżyłem go o cudzołóstwo, i zawstydził się mnie; zbezcześcił usta przysięgą, i to wszystko stało się moim udziałem." Od tej rozmowy zwróćcie myśl ku scenie Kalwarii. Ujrzyjcie owego Bogoczłowieka przybitego do drzewa hańby. Słyszajcie przekleństwa, przysięgi i złorzeczenia motłochu wokoło Niego; wejdźcie w serce Syna Bożego i zobaczcie, jak On duchem widzi zgromadzony tam cały ród ludzi bezecnego języka, aż wyrasta pod Jego spojrzeniem w morze szyderczych głów; i pamiętajcie, że to, co najbardziej boli Boskiego Odkupiciela ludzi, jest widok was, Jego dzieci, przyłączających się do tłumu i mieszających swe przysięgi i przekleństwa z tymi bezbożnego motłochu. A potem zapytajcie sami siebie, czy możecie mieć serce, by bezcześcić Jego imię, poniżać imię Jego Ojca niebieskiego, hańbić religię zrodzoną z Jego krwi, znieważać Jego członki niemiłosiernymi wargami, zabijać Jego maluczkich zgorszeniem ust waszych, ściągając zarazem potępienie na własną duszę? Postanawiajcie i postanawiajcie raz jeszcze, czuwajcie, walczcie, wzywajcie nieba na pomoc, miejcie szczerą dobrą wolę, by zwyciężyć. Pamiętajcie, że temu, kto zwycięża, Chrystus obiecał białą szatę i ukrytą mannę, i nowe imię wyrażające nowe i tajemnicze rzeczy, i miejsce przy Ojcu Swoim w królestwie niebieskim.