HomiliaDB

Bernard Vaughan SJ · Grzechy towarzystwa

Bogacz i Łazarz

Gdy świat mnie wciągaGdy życie wydaje się bez sensu PiekłoEtyka społeczna
Był pewien człowiek bogaty, który się przyodziewał w purpurę i bisior i ucztował wystawnie każdego dnia. A był też pewien żebrak imieniem Łazarz, który leżał u jego bramy, pokryty wrzodami, i pragnął nasycić się okruchami spadającymi ze stołu bogacza; a nikt mu nie dawał; nadto psy przychodziły i lizały jego wrzody.
W skrócie. Kazanie o Bogaczu i Łazarzu jest rozrachunkiem z materializmem i egoizmem towarzystwa Smart Set: Vaughan zestawia nędzę Łazarza z przepychem bogacza, by pokazać, że grzechy zaniedbania — niedbałość o biednych, rozrzutność, niedziękowanie Bogu — prowadzą wprost do potępienia. Bogacz jest portretem współczesnego bywałca salonów, a przepaść między niebem a piekłem — ostrzeżeniem, że po śmierci żadne negocjacje nie są możliwe. Kaznodzieja wzywa do porządkowania życia, spłacania długów i odwiedzania chorych.

„Bogactwo jest straszliwą odpowiedzialnością, a ci, którzy je posiadają, narażeni są na takie niebezpieczeństwa zgubnego samolubstwa, że wierzę, iż Pan nasz rozumiał dosłownie, że „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Niebieskiego."”

*Był pewien człowiek bogaty, który się przyodziewał w purpurę i bisior i ucztował wystawnie każdego dnia. A był też pewien żebrak imieniem Łazarz, który leżał u jego bramy, pokryty wrzodami, i pragnął nasycić się okruchami spadającymi ze stołu bogacza; a nikt mu nie dawał; nadto psy przychodziły i lizały jego wrzody.* > > *I stało się, że umarł żebrak, i był zaniesiony przez aniołów na łono Abrahama. Umarł też bogacz i pogrzebano go w piekle. A gdy podniósł oczy w mękach, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie; i zawołał mówiąc: Ojcze Abrahamie, zmiłuj się nade mną i poślij Łazarza, aby umoczył koniec palca swego w wodzie i ochłodził język mój, bo się męczę w tym płomieniu. I rzekł mu Abraham: Synu, wspomnij, że otrzymałeś dobra za życia swego, a Łazarz podobnie złe rzeczy; lecz teraz on doznaje pociechy, a ty cierpisz katusze. I oprócz tego wszystkiego, między nami a wami jest utkwiona wielka przepaść, tak że ci, którzy by chcieli przejść stąd do was, nie mogą, ani stamtąd tu nie przechodzą. I rzekł: Proszę cię więc, ojcze, abyś go posłał do domu ojca mego, bo mam pięciu braci, niech im zaświadczy, żeby i oni nie przyszli na to miejsce mąk. Rzekł mu Abraham: Mają Mojżesza i proroków; niechaj ich słuchają. A on rzekł: Nie, ojcze Abrahamie, ale jeśliby kto z umarłych poszedł do nich, uczynią pokutę. I rzekł mu: Jeśli Mojżesza i proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą.*

(Łk 16, 19–31)

Boski nasz Pan przemawiał w obliczu faryzeuszy i innych do swoich uczniów, wskazując im, jak człowiek powinien najlepiej używać dóbr doczesnych, a zarazem ostrzegał ich przed grzechem chciwości, który był znamienną wadą faryzeuszy. Zaznaczył wyraźnie, że żaden sługa nie może służyć dwom panom, a na koniec zamknął swą mowę słowami: „Nie możecie służyć Bogu i Mamonie." Na te słowa faryzeusze, których serca przepełnione były goryczą, nie mogli już dłużej opanować swego gniewu; święty Łukasz zaś zaświadcza, że poczęli Go wyśmiewać.

Wielki Nauczyciel, widząc oburzenie i szyderstwo faryzeuszy, postanowił zilustrować swą naukę o bogactwach przez odsłonięcie zasłony i ukazanie obrazu z zaświatów, gdzie człowiek jawi się nie w przybranej, lecz w prawdziwej swej postaci — słowem, takim, jakim jest przed Bogiem, który go stworzył, i zbierającym to, co posiał.

Czy opowiadanie o Bogaczu i Łazarzu należy traktować — za Ireneuszem i Tertulianem — jako prawdziwą historię, czy też jedynie jako przypowieść mającą zilustrować daną naukę, nie do mnie należy tu rozstrzygać. Osobiście uważam je za autentyczne zdarzenie, podane w formie przypowieści, albo — jak powiada święty Ambroży — *Est non alio magis quam parabola*.

Pan nasz powiada nam, że był pewien bogacz (którego imię, być może dlatego, że było dobrze znane w okolicy, pomija milczeniem), który „przyodziewał się w purpurę i bisior i ucztował wystawnie każdego dnia." Zwróćcie uwagę, że Pan nasz nie powiada, iż strój bogacza nie licował z jego stanem, ani że stół jego przekraczał to, na co go było stać — choć słowa Jego zdają się sugerować, że ci, którzy zwykli okrywać ciała swe miękkimi szatami i karmić je wyszukanymi potrawami, utrudniają sobie życie cnotliwe, a życie grzeszne czynią niemal nieodparcie łatwym. Dogadzanie ciału równa się pobłażaniu grzechowi, zwłaszcza gdy staje się — jak u Bogacza — codziennym zwyczajem. Jesteśmy tak ukształtowani, że jeśli zaparcie się siebie nie przenika w znacznej mierze naszego życia materialnego, istnieje wszelkie prawdopodobieństwo, jeśli nie pewność, upadku i ruiny naszego życia duchowego. Stąd też owo słowo: „Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie."

Zaparcie się siebie nie należało do programu bogacza. Wyśmiałby każdego, kto ośmieliłby się głosić mu tak ascetyczną naukę. Nie, „ucztował wystawnie każdego dnia." „Wszystko," jak wskazuje pewien współczesny pisarz, „co do niego należało, utrzymane było w najlepszym guście, jak to ludzie określają: jego dom, meble, srebro i złoto, służba, całe urządzenie. Wszystko służyło przyjemności i okazałości; by przyciągać oczy świata i zyskiwać poklask oraz podziw równych sobie, którzy byli towarzyszami jego grzechów. Towarzysze ci byli niezawodnie takimi, jakich wymaga człowiek o tak wysokich pretensjach; byli to mężczyźni z towarzystwa, jedzący nie żarłocznie, lecz rzeczy rzadkie i kosztowne; delikatni, wybredni i kapryśni w smaku, z racji samych nałogów zmysłowości; nie jedzący dla samego jedzenia, nie pijący dla samego picia, lecz czyniący jakby naukę ze swej zmysłowości; zmysłowi, cielesni tak, jak jeno ciało i krew być mogą, z oczyma, uszami, językiem pogrążonymi w nieczystości, każdą myślą, każdym spojrzeniem i każdym zmysłem będąc świadkami lub sługami Złego, który ich trzymał w swej mocy; a przecież z wyszukaną trafnością sądu i osądzania, wyznaczający reguły dla grzeszenia; bezduszni i samolubni, wyniosłi, drobiazgowi i pogardliwi w zewnętrznym obcowaniu, a stroniący od Łazarza leżącego u bramy jak od obrazu, który ze względów przyzwoitości trzeba by jak najprędzej usunąć z pola widzenia."

Przez ile lat bogacz ów cieszył się i — jak dobroczynnie zakładamy — zapraszał innych, by przy jego wystawnym stole korzystali z dóbr tego świata, nie śmiem twierdzić; wiemy o nim bowiem tyle tylko, że za życia był tak pochłonięty sobą, tak zajęty wszystkim, co służy zaspokojeniu własnego „ja," że nawet nie przychodziło mu na myśl, iż może mieć obowiązki wobec swego biednego brata, Łazarza. Z pewnością Bogacz nie mógł twierdzić, że nie wiedział o potrzebie Łazarza, skoro ilekroć wyjeżdżał przez bramy swego parku, musiał widzieć tego nędzarza leżącego tam, a przeszywający krzyk żebraka wołającego o jałmużnę musiał nieraz rozbrzmiewać w jego duszy niczym dzwon alarmowy.

Cóż to za świat pełen kontrastów! Jakże niepojęta — bez opatrzności Bożej — jest różnica w warunkach życia Bogacza i Łazarza: jeden posiada wszystko, drugi nic. Położenie Łazarza jest szczególnie bolesne, bo nie tylko znalazł się w stanie zupełnej nędzy, bez nawet najskromniejszych konieczności czyniących życie jako tako znośnym, lecz musi znosić to wszystko, gdy złociste blaski przepychu bogacza mienią się przed jego oczyma w sposób nad wyraz dokuczliwy. A jednak, czytamy: „Nikt mu nie dał nawet okruchów, które spadały ze stołu bogacza."

Ubodzy są naszymi wielkimi nauczycielami. Pamiętam innego Łazarza, mieszkającego w nędznej lepiance niedaleko posiadłości pewnego bogacza. Raz ośmieliłem się zapytać go, czy widok przepychu bogactwa jest dla niego pokusą. „Ojcze" — odrzekł — „nie oddałbym za wszystkie skarby owego domu jednego włosa z główki mojego dziecka. Z tego, co słyszę, nie są oni tak szczęśliwi jak my."

Jak długo biedny Łazarz trwał w walce o życie, w tak bezradnym stanie, że nie miał nawet sił, by odpędzić kundlów padlinożerców przychodzących lizać jego wrzody — nie wiem. Powiem tylko tyle, że nadszedł dzień, gdy żebrak był już poza zasięgiem pomocy, gdy bogacz na zawsze uwolnił się od strasznego widoku u swych bram. Łazarz umarł, a anioł kronikarz przeprowadziwszy dochodzenie, posłał do Nieba wyrok: „Znaleziony, zagłodzony na śmierć u bram bogacza."

Opis śmierci żebraka przez Pana naszego jest pełen wymowy. Powiada On: „I stało się, że umarł żebrak." Tak więc i ciężkie życie, i łatwe; i post i trud biednego, i uczta i biesiada bogatego — wszystko przemija, przemija na zawsze. Tak, ta zmienna scena ze swym światłem i cieniem przemija niczym dioramy, za którymi tak pilnie śledziliśmy w dzieciństwie, gdy bogaci i biedni, młodzi i starzy sunęli w kadr i wypadali z niego, aż wreszcie noc poczyna zaciemniać obraz i wszystko gaśnie.

Zapytacie mnie może: co stało się z żebrakiem po śmierci? Gdy odszedł stąd — dokąd poszedł? Czy przeżył, czy też nie przeżył owej okrywy z rozkruszonej gliny, w której jego dusza przez tyle lat z takim trudem trzymała się życia u bram bogacza? Na wszystkie te pytania Pan nasz dał już odpowiedź w słowach dobrej nowiny: „Umarł żebrak i był zaniesiony przez aniołów na łono Abrahama." Niebo! Cóż za widok nagle rozbłysnął przed oczyma tego, który przez tyle lat patrzył na kołyszące się spiżowe bramy, daremnie wyglądając jakiejś litościwej duszy niosącej mu garść okruchów na uśmierzenie głodu lub łyk wody na ugaszenie pragnienia. Teraz Łazarz dostrzega, że naprawdę przechodzi przez Złote Bramy, niesiony na skrzydłach aniołów, wśród niezliczonych rzesz wołających głośno: *Pauper in caelum dives ingreditur*. *Io triumphe! Io triumphe!* — ku Wielkiemu Białemu Tronowi. O Łazarzu, czy możesz uwierzyć własnym uszom, gdy dosięgają cię słowa powitania: „Dobrze, sługo dobry i wierny; wnijdź do radości Pana twego." O błogosławiona ubogości, któraś mu zakupiła tak chwalebny i wspaniały dom!

Pozwólcie, że zapytam: czym był paszport żebraka do nieba i jakie było jego prawo do tak świetnego przyjęcia? Z pewnością nie sam nagi fakt ubóstwa, bo w byciu biednym nie ma więcej zasługi niż w byciu bogatym. Nie, nie ubóstwo, lecz znoszenie go cierpliwie i dla miłości Bożej sprawiło, że Łazarz był tak miły Bogu, tak godny nieba, tak uprawniony do triumfującego życia w radości w krainie wiecznego zwycięstwa. „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem ich jest królestwo niebieskie."

Cóż jest piękniejszego, szlachetniejszego, wzniośliejszego lub świętszego na ziemi niż życie człowieka biednego spełniającego wolę Bożą tak, jak czynią to Błogosławieni w niebie, i znoszącego ją cierpliwie? Takim był Łazarz, którego życie nasuwa słowa poety:

Wszystko, co On błogosławi, jest naszym dobrem; I niepoświęcone dobro jest złem; I wszystko jest dobre, co zdaje się złe, Jeśli taka jest Jego błogosławiona wola.

Tymczasem co stało się z Bogaczem? Czyż bezlitosna ręka Śmierci ośmieli się sięgnąć po kogoś tak mało przyzwyczajonego do czegokolwiek poza najdelikatniejszymi pieszczotami, najrzadszymi smakołykami, najwykwintniejszymi potrawami i najszlachetniejszymi winami? Niestety, żadna złocona dłoń nie zdoła przekupić tyrana Śmierci. Gdy Bóg puka do drzwi bogacza, nawet on musi porzucić swoje zajęcie, choćby była to gra o miliony, i wyjść takim, jaki jest, by Mu odpowiedzieć. Gdy Bóg nas wzywa, nie ma sposobu zapomnieć, że jesteśmy sługami, wszyscy przysłanymi tu — rzec można — po to, by odpowiedzieć na dzwonek. Jeśli Bogacz żył przez czas jakiś pochłonięty pogonią za samolubnymi przyjemnościami i za wszystkim, co służy zaspokojeniu zwierzęcej natury, nadeszła w końcu chwila, gdy doznał gwałtownego wstrząsu. Być może przybrała ona postać apopleksji lub jakiegoś innego nagłego ataku wywołanego nałogiem rozpasania; i wówczas, zanim jeszcze zdążył przelotną myślą zwrócić się ku swej biednej duszy, być może gdy sądził, że zdrowieje, i być może marzył już o czekających go uciechach; co więcej, być może gdy złorzeczył losowi i lekarzowi, że nie czuje się lepiej i silniej — nagle nastąpiła walka i padł martwy. Jakże pouczającym dla wszystkich czcicieli rozkoszy jest to słowo: „Umarł też i bogacz."

Nie pozostawiono nam żadnego opisu przepysznego i licznego konduktu pogrzebowego tego dostojnika. Był on niezawodnie odprawiony w najwspanialszym stylu i bez względu na koszty, a bogato zdobiona trumna była dosłownie zasypana kwiatami Bożego stworzenia — różami i liliami, symbolami piękna miłości i czystości życia. Niestety, nie ma na ziemi większego kłamstwa niż przepych pogrzebu bogacza, chyba że epitafium na jego nagrobku.

Mało mnie obchodzi, gdzie pochowano ciało bogacza, natomiast przeraża mnie nie mało słyszeć z ust samego Pana naszego, że jego dusza — innymi słowy, że on sam — była zgubiona: „Umarł też bogacz i pogrzebano go w piekle." Jakież to straszne przebudzenie, gdy oczy jego duszy, tak długo zamknięte, otwarły się po raz pierwszy i ujrzał siebie szarpanego przez diabły wlokące go na katusze otchłani bez dna. Na ziemi to Łazarz odczuwał kontrast między swym a bogacza położeniem; teraz odczuwa go Bogacz. Pan nasz opisuje tego złoconego syna fortuny podnoszącego oczy wśród mąk i widzącego z daleka Abrahama z Łazarzem na jego łonie, a Boski nasz Nauczyciel oznajmia nam, jaki był ów pełen boleści okrzyk tego biednego bogacza: „Ojcze Abrahamie, zmiłuj się nade mną" — oto żałosna prośba — „poślij Łazarza, aby umoczył koniec palca swego w wodzie i ochłodził język mój, bo się męczę w tym płomieniu." O cóż to za widok — bogacz, dla którego to, co najlepsze na ziemi, ledwo wystarczało, żałośnie błagający o jedną jedyną kroplę wody, by choć na chwilę ochłodzić koniec swego języka, i proszący o to żebraka, któremu odmówił okruchów ze swego stołu i wody ze swej fontanny.

Zwróćcie uwagę: Pan nasz przedstawia tego nędznego człowieka świata palącego się w ogniu. To Boski Mistrz nasz włożył w krzyk Bogacza z piekła słowa: „Męczę się w tym płomieniu." Nazywajcie to miejsce lub stan jak chcecie — piekłem, Hadesem czy jak inaczej — cóż w nazwie? — człowiek jest w mękach; i obojętne, czy owe męki mają naturę ognia, jaki znamy, czy też nie. Co ma znaczenie, to właśnie to, że Ten, który zna wartość słów lepiej niż ktokolwiek z nas, wybrał słowo „ogień" w jego najostrzejszej formie — płomień — jako najlepsze ze wszystkich dla wyrażenia tortury bogacza w piekle. Pan nasz chce, byśmy teraz, zanim będzie za późno, starali się wyobrazić sobie człowieka niegdyś „przyodzianego w purpurę i bisior i ucztującego wystawnie każdego dnia," a teraz ogarniętego ogniem i płomieniami, teraz dręczonego takim obłędnym pragnieniem, że jego krzyk: „Wody, wody, jednej kropli wody!" dosięga uszu Łazarza spoczywającego z dala na łonie Abrahama. Lecz za późno, za późno; dzień miłosierdzia przeszedł w ciemność wiecznej nocy i Bogacz słyszy jedynie nieubłaganą odpowiedź: „Wspomnij, że otrzymałeś dobra za życia swego, a Łazarz złe rzeczy; lecz teraz on doznaje pociechy, a ty cierpisz katusze." Tak, Bogacz, jak widzieliśmy, pił niegdyś głęboko z czary rozkoszy, miał w bród „dóbr" i nadużywał ich; miał mnóstwo okazji i zaniedbywał je; tyle sposobności i stracił je wszystkie — a przede wszystkim tę szczególną, która nadarzyła się u samych jego bram. Łazarz zaś, przeciwnie, otrzymał jedynie „złe rzeczy" i to w codziennym widoku „dóbr" bogacza, a jednak nigdy nie narzekał, nigdy nawet w duchu nie szemrał przeciw Bogu, lecz po prostu oddał się w ręce Boże, czekając na czas Boży, wiedząc, że dla stworzeń Bożych nie ma nic lepszego niż spełniać wolę Bożą, ufając Mu jak dziecko swej matce. Toteż Łazarz „doznaje teraz pociechy," a Bogacz „cierpi katusze."

I tutaj pragnę zwrócić uwagę zwolenników restauracjonizmu i universalizmu, jak też wszystkich przedstawicieli szkoły „Szerszej Nadziei," na słowa włożone przez Pana naszego w usta Abrahama. Jakiż przerażający dogmat w nich się zawiera, jakiej uczą nauki, jakiego ostrzeżenia winny udzielić. „Oprócz tego wszystkiego, między nami a wami jest utkwiona wielka przepaść, tak że ci, którzy by chcieli przejść stąd do was, nie mogą, ani stamtąd tu nie przechodzą."

Jasne jest, że jeśli słowa te mają głosić jakąkolwiek prawdę, mówią nam, iż ziejąca otchłań utkwiona między Bogaczem a Łazarzem jest zbyt głęboka, by ją wypełnić, zbyt szeroka, by ją pokonać. Tak, i przepaść ta pozostanie na wieki nieprzebyta, tak że raz w piekle — na zawsze w piekle. Czyż nie zdaje się to oczywistym znaczeniem tego fragmentu opowiadania, jakie Pan nasz dał nam o Bogaczu w zaświatach?

Wiem, że spotkam się z nawałem retorycznych argumentów przeciw możliwości tak okrutnej interpretacji, i zostanę przypomniano, że nawet ascetyczny Jan Chrzciciel mówi o Panu naszym jako o Oblubieńcu, jako o BarankU, i kimże jestem ja, by śmieć czynić Go kimś innym? Niech tak będzie, lecz ilekroć stawiane mi są te pozorne zarzuty, odwołuję się do fragmentu Ewangelii, gdzie nasz miłościwy i łaskawy Pan ostrzega nas tymi słowy: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a duszy zabić nie mogą; ale bójcie się raczej tego, który może i duszę, i ciało zatracić w piekle."

Jeśli to ostrzeżenie nie jest w stanie wbić w serca nauki Pana naszego o ogromie grzechu i wieczności piekła — żaden argument mój tego nie dokona.

„Lecz" — zawoła może ktoś — „widzę poprawę w Bogaczu; staje się mniej egocentryczny i okazuje troskę o swych braci." Na poparcie tego twierdzenia przytoczona zostanie zapewne prośba, którą Pan nasz zdaje się wkładać w usta człowieka w mękach: „Proszę cię więc, ojcze, abyś go posłał do domu ojca mego, bo mam pięciu braci, niech im zaświadczy, żeby i oni nie przyszli na to miejsce mąk." Osobiście w tych słowach nie dostrzegam żadnej poprawy w Bogaczu. W prośbie, by posłano wieść do jego braci, może, czy nie może, kryć się motyw czysto samolubny? Mogę sobie dobrze wyobrazić, z jaką trwogą i lękiem ten bogaty człowiek świata spotkałby na progu piekła tych braci, którzy zarzucaliby mu złe przykłady, jakie im dawał, jeden po drugim, aż doprowadziłby go — jak byśmy powiedzieli — do bezsilnego szału. Niestety! gdy pielgrzym kończy swą podróż, gdy mija czas jego próby, jest albo zbawiony, albo zgubiony; jeśli zgubiony — zgubiony na wieki. „Jak drzewo padnie, tak leżeć będzie."

Nie ulega wątpliwości, że brat wiecznie potępiony, wiedząc, co wie o swych braciach, myśli, że może jest jeszcze jakaś nadzieja na ich pokutę; nalega bowiem: „Jeśliby kto z umarłych poszedł do nich, uczynią pokutę."

Jak lubią ludzie światowi stawiać warunki, po których spełnieniu nawrócą się do Wiary i staną się „doskonałymi świętymi." A przecież wszyscy wiemy, że gdyby nawet dokonał się taki cud, jak ten, o który proszono, nie uwierzyliby w niego; powiedzieliby, czy nie, „Cuda się nie zdarzają."

Na potwierdzenie prawdziwości tego, co mówię, posłuchajcie odpowiedzi Abrahama na prośbę Bogacza: „Jeśli Mojżesza i proroków nie słuchają, to choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą."

Zapytam was: czy dzisiejsi ludzie świata wierzą, że Jezus Chrystus zmartwychwstał? Oczywiście, nie wierzą w nic podobnego i starają się wytłumaczyć wiarę innych w to zdarzenie teorią wizji lub teorią nie-śmierci jako swoim wyjaśnieniem dogmatu o Zmartwychwstaniu Pańskim. Twierdzą oni, że jedno jest pewne, mianowicie że jeśli Jezus Chrystus rzeczywiście powstał z grobu, to znaczy że nigdy nie umarł; jeśli zaś umarł, to musi nadal być martwy. Jakże wielkie znaczenie mają te słowa proroctwa w ustach naszego drogiego i błogosławionego Pana, wypowiedziane, by wszyscy czciciele rozkoszy po wszystkie czasy mogli je usłyszeć: „Choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą." Tak, nawet gdy Tym Jednym jest sam Jezus Chrystus. I jakiż to wniosek mamy dziś wyciągnąć z opowieści o Bogaczu i Łazarzu, którą przekazał nam Pan nasz? Ten, jak mi się zdaje, który sami musimy wziąć sobie do serca: że miary cnoty i grzechu, dobra i zła, słuszności i niesłuszności, jakie stosuje świat, gdy sprawdzimy je według normy Pana naszego, okażą się całkowicie fałszywe; nastąpi straszliwe rozrachowanie.

Z tego, co czytamy o towarzystwie rozrywkowym *Smart Society*, z tego, co w nim widzimy i co o nim wiemy, możemy, sądzę, bez wahania powiedzieć, że gdyby Bogacz, pogrzebany w piekle, miał ponownie odwiedzić tę ziemię, miałby dziś wstęp do najświetniejszego kręgu londyńskiego towarzystwa. Byłby dosłownie zasypywany zaproszeniami, czyż nie? I dlaczego nie? Bogacz tak zadbany i elegancki, z tak znakomicie zaopatrzoną spiżarnią i tak doborowo uzupełnionym piwniczką, byłby idealnym gospodarzem, którego warto pielęgnować! Wiecie, „tak by was ugaszczał," a na pewno spotykalibyście u niego „właściwych ludzi" i zawsze moglibyście zabrać tam „najnowszego przyjaciela." Poza tym tak cudownie byłoby być zapraszanym na jego party w wiejskim domu, gdzie nie byłoby obawy nudy i nie miałoby się okazji do znudzenia. Faktem jest, że w opisie Bogacza przez Pana naszego czytam najlepszy z możliwych portret człowieka z towarzystwa *Smart Set*, tak widocznego dziś. Towarzystwo dzisiejsze, jak wszyscy wiemy, jest równie materialistyczne jak wówczas, gdy żył Bogacz. Mało troszczy się, i owszem bardzo mało, o to, czego nie może ani na siebie włożyć, ani w siebie włożyć. Jest egocentryczne. Jego piękne wyznawczynie muszą być ubrane przez najlepszego krawca i nakarmione przez najlepszego kucharza; a potem, byleby były znane w operze po swych diamentach, w Mayfair po swych samochodach, w Cowes po swym jachcie — nic innego nie ma znaczenia, zwłaszcza jeśli mają dom w Ascot i łódź w Henley na czas regat.

Nie tyle osoby, co rzeczy mają znaczenie w tym wieku materializmu. Toteż jest tylko jeden grzech mniej wybaczalny niż nudzenie, a jest nim ubóstwo. Ostatecznie może istnieć jakieś usprawiedliwienie dla tępoty, jeśli się ma pieniądze, lecz dla biedy — absolutnie żadnego; bieda, jak błoto na obuwiu lub kurz na sukni, musi być jak najprędzej usunięta z pola widzenia. Nawet biednych krewnych się nie toleruje ani nie uznaje, chyba wyjątkowo w „gorszy dzień," gdy — podobnie jak nieszczęsne guwernantki w takich domach — bywają zapraszani na podwieczorek, gdy nikogo nie ma. To wszystko jest zaiste godne pogardy i zupełnie niegodne dawnych angielskich tradycji. Tak, lecz dawne angielskie tradycje, z nielicznymi wyjątkami, zmiatane są przez napływającą falę milionerskich majątków, tak że dziś liczy się mało, czym się jest, a wiele — ba, wszystko — co się ma. Kto rozporządza pieniędzmi, rozporządza światem. Kto ich nie ma, jest nikim, choćby był księciem. Tu mogę sobie dobrze wyobrazić jakąś piękną wyznawczynię rozkoszy, pytającą mnie, dlaczego Bogacz, który był tak bogaty, miałby być, jak się powiada, w piekle. Powie mi: „Z pewnością, skoro przeżył ciało, powinien być w niebie — o ile w ogóle takie miejsce istnieje. Cóż złego uczynił? Dlaczego nawet w przytoczonej przez was historii, traktowanej jakoby była prawdziwa, nie zarzuca się Bogaczowi niczego poważniejszego niż to, że korzystał jak najlepiej z dobrych chwil. Czyż byłby głupcem, gdyby nie korzystał ze swego bogactwa? Nie był zły, nie wyrządził nikomu żadnej pozytywnej krzywdy; przeciwnie, był uprzejmy i gościnny, i długo byłoby go brak." Jeśli nalegacie, pozwolę sobie na chwilę przyjąć, że Bogacz nie wyrządził żadnego pozytywnego zła i nie uczynił nikomu żadnej wyraźnej krzywdy. Teraz zaś pytam: czy człowiek wypełnił posłannictwo, z którym Bóg go wysłał na ten świat, jeśli u jego kresu zdarzy mu się uniknąć wyroku wydanego na złodzieja lub mordercę? Czy nie ma on żadnych obowiązków i odpowiedzialności, powiedzmy, wobec swojego domu, swych sług lub biedniejszych braci? Czy nie musi zdać sprawy z użytku, jaki uczynił ze swych bogactw, ze swego stanowiska, swych talentów i wpływów? Czy nie jest jedynie zarządcą? Czy jego bogactwo nie jest mu powierzone jedynie przez Boga, jego Pana? Jak z głupimi pannami, jak z głupcem w Ewangelii? Jak z tym, który zakopał talent, lub z owym, który zapomniał o szacie weselnej? We wszystkich tych przypadkach, do których musimy dodać przypadek Bogacza, Pan nasz stawia nam przed oczyma przykłady osób zgubionych i to na wieki — nie tyle z powodu grzechów popełnienia, ile z powodu grzechów zaniedbania. A Boski nasz Nauczyciel przytacza szczególnie znamienity przykład Bogacza, by wbić faryzeuszom to samo, co chcę wbić i wam: że wszyscy inni też będą pod tym samym potępieniem i zostaną pogrzebani w piekle, jeśli nie chwycą czasu za czoło, nie obracają swymi talentami i nie skorzystają z ostrzeżenia płynącego z pogrzebu bogacza, tak plastycznie odmalowanego ręką Mistrza. Bogactwo jest straszliwą odpowiedzialnością, a ci, którzy je posiadają, narażeni są na takie niebezpieczeństwa zgubnego samolubstwa, że wierzę, iż Pan nasz rozumiał dosłownie, że „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do Królestwa Niebieskiego." Innymi słowy, jest to dla niego niemożliwe, chyba że pamięta, iż jest tylko zarządcą Bożym, który pociągnie go do odpowiedzialności za każdy ułamek jego bogactwa.

Jak byście kwestię tę odsuwali, jak byście się z niej wywinąć próbowali, nie ma ucieczki od tego faktu, wypisanego tak wielką literą, że może go czytać człowiek z ulicy; faktu tego mianowicie, że towarzystwo rozrywkowe *Smart Set*, o którym mówię, jest przez większość ludzi piętnowane jako skoncentrowana esencja samolubstwa, nieczysta i niezdrowa jak jakikolwiek potępiony wyrób z Chicago; lub — pożyczając języka Mistrza — „jako pobielane groby, pełne kości umarłych." Na razie nie pytam, jakiego zła, lecz jedynie jakiego dobra czynią ci złoceni czciciele rozkoszy? Czy nawet udają, że spełniają swój obowiązek? Z pewnością nie poświęcają żadnego czasu modlitwie, ani wiele miłości swym dzieciom, ani dobrego przykładu swym sługom, ani uwagi swym rachunkom, ani względów swym dostawcom; nie dają jałmużny biednym, nie odwiedzają chorych. Co się tyczy ich rachunków — można je zobaczyć leżące stosami — nieopłacone, nieotwarte — na toalecie buduaru, gdzie pozostają, aż zostaną wrzucone do kosza na papiery ze słowami: „To tylko rachunki!" Jakże mają poświęcać uwagę jakiemukolwiek obowiązkowi, gdy ich dzień jest tym, czym jest, gdy centrum ich duchowej równowagi jest stolik do kart, a wygrana przy nim — ich najwyższym celem i ambicją życiową? I dobrze, gdy stawki trafią do ich rąk, bo wówczas jest przynajmniej szansa, że jakiś krawiec lub inny dostawca otrzyma coś „na rachunek" zanim zostanie ogłoszony bankrutem. Cóż to za życie niskiego, pospolitego samozadowolenia! Czy staje się ono mniej haniebne i degradujące dlatego, że ci, którzy odeszli na tamten świat, byli jeszcze gorsi?

Oczywiście, powiedziane mi zostanie, że to wszystko jest grubą przesadą. Chciałbym móc tak myśleć, lecz będąc „w sprawach," jak to mówią ludzie, twierdzę, że obraz ów — z ową grupą ludzi, do których się odwołuję — gdybym rzucił nań mocniejsze światło, uwydatniłby się w jeszcze ciemniejszych rysach i jeszcze bardziej jaskrawych barwach. Nie powiedziałem na przykład nic o używaniu narkotyków, opiatów, kokainy i morfiny, które gdy są bez umiaru zażywane, tak całkowicie demoralizują swoich ofiary. Nie ma dna degradacji, do którego morfinistka nie zstąpi, i nie będzie o tym kłamać, zaprzeczając swemu nałogowi, choć morfina ma tę właściwość, że odbija swoje piętno na jej istocie równie niezmywalnie, jak oblicze króla na monecie państwowej.

Dzięki Bogu, moje zarzuty w żadnym stopniu nie odnoszą się do wszystkich ludzi z towarzystwa, lecz tylko do pewnego kręgu rozrywkowego *Smart Set*, który można by pominąć milczeniem, nie zwracając uwagi na ich grzeszne, frywolne życie — gdyby nie fakt, że tak bardzo rzucają się w oczy i dają tak straszne przykłady. Niestety, że moja droga, droga ojczyzna, nasza Anglia, musi liczyć wśród swych synów i córek tych, którzy „miłują marność i szukają kłamstwa," czyniąc to, czego czynić nie powinni.

Powiedzą mi, że mało lub może wcale nie ma prawdy w tym, co mówię. Niestety, nigdy w żadnym okresie dziejów ani w żadnym kraju nie brakowało tych, którzy łudzą się samych siebie, wołając nawet gdy symptomy śmierci są bliskie: „Dobrze, dobrze!" Lecz nie jest dobrze, i ci, których powołaniem jest diagnozować organizm duszy, rozpoznają, tak samo jak ja, że doznaje on dziś w istocie złośliwego wzrostu, który jeśli nie zostanie poddany bezwzględnemu skalpelowi, musi w końcu zagrozić życiu samego organizmu.

Bracia moi, musimy być odważni; musimy stawić czoło — zanim będzie za późno — dominującej namiętności, która czyni katastrofalne wyłomy (wraz z licznymi swymi pochodnymi) w naszej budowie i podkopuje jej życie. Musimy zmusić się do przyznania, że jesteśmy na złej drodze, zanim będziemy mogli choćby mieć nadzieję znalezienia się na właściwej; zanim będziemy mogli „uleczyć chore umysły" i przepisać lekarstwo.

Wszyscy potrzebujemy poczucia odpowiedzialności za życie i za nasze poszczególne wyznaczone posłannictwa. Nieszczęściem towarzystwa rozrywkowego jest nieuznawanie, że nie przez czysty przypadek znalazło się ono tu, wśród dóbr tego świata. Nie chce widzieć, że zostało tu posłane z posłannictwem, przeznaczone do jakiegoś dzieła; i nie tylko to — że zostało ponadto wyposażone przez pobłażliwego Ojca do swego dzieła sprawnie i wspaniale. Tak, Bóg, Ojciec nasz, obdarzył nas wszystkich środkami dość obfitymi, by spełnić nasze cele, osiągnąć nasz wieczny los; lecz tym bogatym ludziom udzielił środków w nadmiarze — byleby tylko chcieli z nich właściwie korzystać. Czy nie mogę nawet powiedzieć, że może ich — On, ze wszystkich ojców — rozpieścił nadmiernym pobłażaniem? On, który nade wszystko pragnie szczęścia swoich dzieci — a cóż może być lepszym tego dowodem niż nędza tych, którzy szukają szczęścia tam, gdzie go nie ma, poza Jego wolą i wbrew Jego życzeniom — oto oni, którzy „patrzą przed siebie i za siebie, i tęsknią za tym, czego nie ma." Tak, naśladując swoich lepszych, krążą w pogoni za szczęściem, wirując, kręcąc się w kółko przez letnie miesiące od Mayfair do Cowes, a stamtąd do Carlsbadu i z powrotem do Szkocji, aż zima wyśle ich najpierw na łowy i polowanie w kraju, a potem na golf i grę za granicą; i tak idą dalej, nie jak dzieci na karuzeli, lecz jak zmęczone konie w kieracie, aż wreszcie, znużeni i zużyci, znajdują się z powrotem w Mayfair, z niczym innym przed sobą niż ta sama jednostajna kolejka w tych samych jednostajnych okolicznościach i z tymi samymi jednostajnymi ludźmi. „Będą błąkać się od morza do morza, i od północy aż do wschodu, i będą się przebiegać." Lecz co wiedzą ci wędrowcy po obliczu ziemi o prawdziwym szczęściu? Starają się wprawdzie przekonać siebie, że są szczęśliwi, i powiedzą wam, że nigdy nie mają chwili nudy ani wolnego czasu, że ich książka spotkań na rok z górą naprzód jest zupełnie zapełniona. Lecz pytam: czy są naprawdę szczęśliwi? Czy wiedzą, co szczęście znaczy? Patrzcie na nich, słuchajcie ich; gdyby byli naprawdę szczęśliwi, to dlaczego, pytam, to gorączkowanie, niepokój i wrzawa? Dlaczego ta nieustanna gonitwa? Dlaczego ta niecierpliwość wobec tego, co jest, i ta udręka wobec tego, czego nie ma? Co więcej — same wyrazy twarzy, jakie przybierają, książki, jakie czytają, słowa, jakie wypowiadają, intrygi, jakie knują, waśnie, jakie wywołują, rywalizacje, jakie pielęgnują, i — dodam — wybuchy gniewu, jakim się oddają — wszystko to dowodzi, że są całkowicie obcy owej pokojowi, który „przechodzi wszelki rozum."

Bracia moi, ta niespokojność, ta namiętność do nowości, ta żądza zmiany stroju i jadła, widowisk i zabaw, miejsca i ludzi, powinna ich przekonać — gdyby tylko byli zdolni do przekonania — że ludzkie serce, będąc tak niespokojnym, cokolwiek mu dacie, musi być stworzone, by znaleźć swój dom, swój pokój, swą moc, swe spełnienie w Bogu — i w nikim oprócz Boga. Tak, gdyż stworzeni przez Boga i dla Boga, jedynie w Bogu może człowiek znaleźć swą prawdziwą atmosferę, swe prawdziwe środowisko i swe prawdziwe zadowolenie — słowem, swe życie szczęśliwe.

Przypomnijcie sobie na chwilę historię „pewnego bogacza," którego wspaniała posiadłość przynosiła mu tak wielki dochód, że jedyną pochłaniającą go myślą było, gdzie ulokować swój nieprzeliczony majątek; aż wreszcie powziął postanowienie: „To uczynię; rozwalę, i wybuduję na nowo, i zgromadzę wszystko, co mi urosło, i dobra moje. I powiem duszy swojej…" Cóż powiedział ten bogaty egoista? Wiecie, jakże to interesujące jest śledzić poczynania i słowa bogatych ludzi. Otóż, oto co zapisane jest w Ewangelii jako jego słowa: „Duszo, masz wiele dóbr zebranych na lata mnogie; odpoczywaj, jedz, pij, ucztuj." Zwróćcie uwagę, że nie ma tu żadnego odniesienia do życzeń jego Stwórcy, żadnego wyrazu wdzięczności Dawcy; żadnego pragnienia rozdania dóbr, lecz ich gromadzenia; żadnej myśli o pomocy bliźniemu, lecz o dogadzaniu sobie; żadnego postanowienia wypełnienia wielkiego posłannictwa, lecz czerpania radości z wielkiej fortuny: „Jedz, pij, ucztuj." I czy to jest człowiek, i czy może mu to przynieść szczęście? Posłuchajcie naszego reprezentatywnego poety:

Czymże jest człowiek, Jeśli jego głównym dobrem i rynkiem czasu Jest jeno spać i jeść? Zwierzęciem — niczym więcej. Zaprawdę Ten, który nas stworzył tak rozumnych, Patrzących przed siebie i za siebie, nie dał nam Tej zdolności i rozumu podobnego Bożemu, By rdzewiał w nas bezczynny.

Nie, Bóg nie zsyła człowieka na ten świat tak, jak zsyła bydło polne — by jadł i spał, a potem umarł; Bóg ma swoje plany wobec każdego z nas, niezależnie czy jesteśmy wysoko czy nisko, bogaci czy ubodzy, uczeni czy prości; a pierwszym z wszystkich zadań człowieka w życiu jest odkryć, czego Bóg od niego chce, od jego talentów i dóbr. Niekiedy gdy człowiek, nadużywając danej mu przez Boga zdolności samostanowienia, wybiera — jak bogacz w Ewangelii — uczynienie z siebie boga, całkowicie ignorując wolę Stwórcy, Bóg raczy dochodzić swych praw i nagle zostaje zmieciony z oblicza ziemi przez nagłą śmierć stwór, który w Jego obliczu i przy użyciu udzielonych mu zdolności do Jego służby, ośmielił się niweczyć i przeciwstawiać się Majestatowi Bożemu. Tak też stało się z owym dobrze sytuowanym egoistą. Mówił do swej duszy: „Masz jeszcze wiele lat wesołego życia;" lecz Bóg rzekł mu: „Głupcze, tej nocy zażądają duszy twojej od ciebie." Napisawszy epitafium tego egocentrycznego człowieka czterema literami — głupiec — Pan nasz dodaje: „Tak jest z tym, który gromadzi skarby dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem." I tutaj dodam: tak też było z Bogaczem, który „ucztował wystawnie każdego dnia," a był ubogi przed Bogiem; i tak też będzie z nami, jeśli mielibyśmy zapomnieć o Bogu i o Jego roszczeniach do nas w tym codziennym, pracowniczym świecie. Wówczas bowiem, gdy przyjdzie koniec — a raczej gdy zacznie się prawdziwy początek, gdy ta zmienna scena z całym swoim gorączkowym podnieceniem i upojeniem ustąpi miejsca scenie, która nigdy nie przemija — źle pójdzie nam, jeśli wola Boża nie była spełniana.

O moi umiłowani rodacy i rodaczki, poznajcie to, zanim będzie za późno: że wasze szczęście polega na byciu w zgodzie z Bogiem, na spełnianiu dzieła przez Boga wam wyznaczonego, na tym, by starać się jak najlepiej podobać — nie sobie, lecz Bogu, który was stworzył i który krwawił i umarł, aby was zbawić.

Teraz, gdy jest jeszcze czas, porządkujcie swoje domy, czyńcie swe życie ludzkim, żyjcie jak chrześcijanie — z troską o swe dusze, z miłością do waszych dzieci i z okiem zwróconym ku waszemu domowi; wzrastajcie w jedności z Bogiem przez nawyki modlitwy, skruchy, zaparcia się siebie i czystości intencji; pilnujcie myśli, powściągajcie języki i hamujcie apetyty; bądźcie przyzwoici w ubiorze, skromni w obejściu i umiarkowani w rozrywce; czytajcie co zdrowe, piszcie co prawdziwe i czyńcie co pożyteczne; płaćcie wasze rachunki, żywcie waszych biednych i odwiedzajcie chorych; żyjcie waszym życiem, uświadamiajcie sobie waszą odpowiedzialność i wypełniajcie wasze posłannictwo. „Wreszcie, bracia, cokolwiek jest prawdziwe, cokolwiek uczciwe, cokolwiek sprawiedliwe, cokolwiek czyste, cokolwiek miłe, cokolwiek sławne, jeśli jest jakaś cnota i jeśli jest jakaś chwała — o tym myślcie;" pamiętajcie bowiem słowa: „Błogosławiony lud, którego Bogiem jest Pan."

← wróć do odkrywania