*Religia jest wszystkim albo niczym. To nie jest zwykły uśmiech* > *zadowolenia ani westchnienie aspiracji, Panie —* > > *to raczej sedno sedna,* > > *życie życia i jaźń jaźni.* > > *Powiadam wam: ludzie tego nie dostrzegą. Gdy jednak dostrzegą,* > > *zrozumieją.* — Robert Browning.
Zainteresowanie, jakie wzbudził niniejszy cykl kazań o grzechach towarzystwa, kiedy były one po raz pierwszy wygłaszane, nie zaskoczyło nikogo bardziej niż samego kaznodzieję. Nawet jeśli trudno było to wyjaśnić, faktem pozostało, że tak właśnie było. Nie tylko prasa z całego cywilizowanego świata zdawała sprawozdania z kazań, lecz od tamtego czasu ludzie wszelkiego stanu i kondycji pytają o ich wydanie drukiem.
Mnie samemu przyniosły one ogromną korespondencję, której — ku mojemu szczeremu żalowi — nie byłem w stanie poświęcić więcej uwagi niż przeczytanie jej w całości, choć wiele listów domagało się baczniejszego rozważenia i wdzięcznych słów podziękowania.
Prasa, zarówno zagraniczna, jak i krajowa, komentowała moje słowa i przychylnie, i nieprzychylnie. Jedne dzienniki wyrażały podziw, inne — potępienie. Są oczywiście tacy, którzy uważali, że moje obrazy były przerysowane, i tacy, którzy twierdzili, że były zbyt blade; niemało było też i takich, którzy orzekli, że oddają wiernie rzeczywistość. Pewna część publicystów uważała, że moje krytyki winny były wymierzone w cały organizm społeczny, nie tylko w niektórych jego członków; inni z kolei skłaniali się ku temu, że to, co głosiłem, było grubą przesadą zdradzającą żałosną nieznajomość rzeczywistego stanu towarzystwa. Żadnego pożytku — twierdziły niektóre gazety — nie może przynieść atak taki jak mój; bawił on jedynie lekkomyślne towarzystwo, które było rad, że ktoś nim się zainteresował. Z drugiej strony niejeden zapewniał mnie, że tylko dobro może wyniknąć ze wskazywania błędów i wad ludzi, którzy zbyt długo pochlebiali sobie, że są co najmniej tak samo dobrzy jak ich sąsiedzi, i zapomnieli zupełnie o swoim obowiązku dawania dobrego przykładu tym, którzy stoją niżej w drabinie społecznej.
Ilość rad, które kazania te mi przyniosły, przerasta wszelki opis. Gdy o tym myślę, niemal dziwię się, że nie pozostał mi po tym paralicz do końca życia. Na szczęście większość rzeczy ma swój humorystyczny wymiar, a moi liczni korespondenci, którzy uważali za wielki błąd z mej strony, że nie poświęciłem cyklu kazań wiwisekcji, prawom kobiet, szczepieniom, strzelaniu do królików bądź wyścigom konnym zamiast poprzestać na wybranych przeze mnie tematach, dali mi dowód, że nawet ci, którzy sami nie posiadają poczucia humoru, mogą dostarczyć doskonałego materiału tym, którzy je posiadają.
Jedno jest pewne: gdybym kiedykolwiek w przyszłości poczuł się powołany do zajęcia się którymkolwiek z tematów tak hojnie mi sugerowanych, z pewnością nie musiałbym daleko szukać książek ich dotyczących, albowiem szczerze wierzę, że jestem już w posiadaniu większości dostępnej literatury traktującej o tych sprawach.
Z psychologicznego punktu widzenia doniesienia prasowe i korespondencja były nader pouczające i potwierdzają prawdziwość powiedzenia: *Unusquisque judicat prouti affectus est.*
Muszę tu powiedzieć, że po dłuższym namyśle nie doszedłem bynajmniej do wniosku, jakoby mój opis dzisiejszego towarzystwa światowego był zbyt ogólnikowy; wprost przeciwnie — jestem teraz zdania odmiennego. Jest moim szczerym przekonaniem, do którego doszedłem po głębszym zastanowieniu, że moje kazania nie oddają w pełni tego, co się dzieje dzisiaj wśród pewnych członków nie tylko wyższych sfer, ale i klasy średniej, a nawet wśród ludzi pracy.
Jakie opowieści o bólu i udręce mógłbym snuć! Dlaczego zamykamy oczy na to wszystko, łudząc się, że samo się naprawi? Jestem głęboko przekonany, że rzeczywisty stan spraw w angielskim świecie towarzyskim musi być dobrze znany większości bacznych obserwatorów ludzi i obyczajów; tylko że z pobudek najlepiej im samym znanych nie chcą go uznać. Wolą ukrywać to, co jest złe, żywiąc nadzieję, że czas to naprawi; albo też pocieszają się wspomnieniem minionych dni, kiedy towarzystwo nie było wcale lepsze — jakby to nas samych uprawniało do bycia gorszymi, bo przeszłe pokolenie było złe. Z całą pewnością nie jest to zgodne z ewangelią nowoczesnego postępu.
W tym epilogu mogę jedynie zwrócić uwagę na kilka objawów chorób toczących serce tego wielkiego organizmu społecznego zwanego Imperium Brytyjskim, które poważnie zagrażają jego życiu tak fizycznemu, jak i moralnemu.
Pierwszym i być może najgorszym spośród wszystkich złych zjawisk, z którymi musimy się zmierzyć, jest stale malejący wskaźnik urodzeń w tym kraju. Gdy logika liczb uświadamia nam, że wskaźnik urodzeń spadł z 35,4 do 27,2 na sto w ciągu trzydziestu lat i że rok po roku, miesiąc po miesiącu spada coraz niżej bez żadnej nadziei na wzrost, możemy słusznie zawołać: „Oto, co dzieje się, gdy lekceważy się Boga i Jego prawa!"
„Nie zawijajmy się" — mówił Sir James Crichton-Browne — „w szatę rasowej zarozumiałości. Nie zapominajmy o Imperium Greckim, Rzymskim i Bizantyjskim. Rasowa walka o byt nie jest jeszcze rozstrzygnięta na naszą korzyść. Historia dowodzi, że malejący wskaźnik urodzeń jest objawem narodowej schyłkowości, a wysoka śmiertelność niemowląt jest olbrzymim marnotrawstwem narodowych zasobów."
Wiem, że moi optymistycznie nastawieni rodacy powiedzą mi, że 10 na 100 tego spadku wynika ze zmniejszenia liczby urodzin nieślubnych. Może tak być, lecz z mojego punktu widzenia nie poprawia to sytuacji, gdyż mam powody sądzić, że kurczenie się wskaźnika urodzeń wynika nie z mniejszej liczby zbrodni, lecz z większej przebiegłości. Nie tyle martwię się, że liczba urodzeń jest mniejsza, ile że liczba grzechów jest większa. I jeśli próbujemy pocieszać się myślą, że 20 procent tego zła można przypisać spadkowi liczby zawieranych małżeństw, to i tak pozostaje nam jeszcze 70 na 100 do wytłumaczenia. Spójrzmy odważnie na tę przerażającą rzeczywistość i przyznajmy, że blisko 66 na 100 ze spadku angielskiego wskaźnika urodzeń jest wynikiem tego, co prezydent Stanów Zjednoczonych nazywa samobójstwem rasowym.
Imperium Romanum — jak zauważają historycy — zginęło z braku ludzi. Czego, pytam, brakuje dzisiaj Imperium Brytyjskiemu? Brakuje nam mężczyzn. Aby unaocznić, co mam na myśli, przypomnę, że potrzeba nam ponad 4000 Anglików, by zastąpić tę liczbę cudzoziemców służących w naszej marynarce handlowej, a niemal we wszystkich innych dziedzinach przemysłu i gałęziach pracy odczuwa się ten sam brak — brak mężczyzn. Co stanie się z największym Imperium, jakie dotąd widział świat, jeśli obecne ubóstwo w mężczyznach będzie się nadal pogłębiać? Co stanie się z nami jako narodem chrześcijańskim, jeśli angielscy rodzice, zamiast korzystać ze swych praw małżeńskich zgodnie z wolą swego Stwórcy, będą trwać w bezczeszczeniu świętości życia małżeńskiego przez odmowę wypełnienia swych obowiązków wobec Boga i ojczyzny?
Dla każdego rozumnego chrześcijanina zbrodnię samobójstwa rasowego, o które jesteśmy oskarżeni, uznać należy za jeden z najgorszych objawów obecnego stanu naszego narodu. Rzadko, o ile w ogóle, zdarza się, by lud, który raz wziął w nawyk tę grzeszną praktykę, zdołał z niej się opamiętać; wprost przeciwnie — stara się bronić swego życia w niegodziwości wszelkiego rodzaju pozornymi argumentami, aż wreszcie jego zmysł moralny i jego życie fizyczne leżą razem naznakowani degradacją, upadkiem i zgnilizną.
Innym objawem naszej narodowej dekadencji jest chciwość złota. „Bogać się w pośpiechu" — oto okrzyk roznoszący się po całej linii. Naszym bogiem jest Mamona — chwalimy, czcimy i wielbimy bogactwo. „Bogactwo jest tym, przed czym tłum ludzi składa instynktowny hołd. Jest to hołd płynący z uczciwego, szczerego i gorącego podziwu dla bogactwa samego w sobie — podobnie jak ów czysty miłość, którą święci ludzie żywią do Stwórcy wszystkiego; jest to hołd płynący z głębokiej wiary w bogactwo, z serdecznego i wewnętrznego przekonania, że bez względu na to, jak człowiek wygląda, jeśli jest bogaty, różni się od wszystkich innych; że jeśli jest bogaty, posiada dar, czar i wszechmoc — i że z bogactwem może dokonać wszystkiego."
Stąd pochód po szybkie zyski, dywidendy, gotową gotówkę. Mężczyźni i kobiety jednakowo mówią wam, że „mierzą szczęście bogactwem, a bogactwem mierzą szacunek". Toteż niektórzy z nich padają twarzą na ziemię w kornym podziwie przed Złotym Cielcem, któremu gotowi są złożyć każdą ofiarę — nawet ofiarę swoich zbytkowanych ciał — byle tylko ta ofiara zapewniła im natychmiastowy zwrot złota.
Pewna dama, która niegdyś była wybitną gwiazdą na firmamencie towarzyskim, rzekła mi o tym następująco: „W moich czasach byłyśmy lekkomyślne i niewierne, lecz nigdy nie sprzedawałyśmy się za pieniądze tak jak niektórzy z obecnego pokolenia. W moich czasach czciłyśmy podziw i uwielbienie, nie bogactwo."
I czymże jest owa chciwość — czym wytłumaczyć ten pościg za blaskiem złota? Czy nasi ludzie, podobnie jak Amerykanie, czczą bogactwo dla niego samego i zabiegają o nie dla samej ekscytacji jego zdobywania? Nie — poza upodobaniem do bogactwa dla niego samego, gonimy za nim tak zaciekle dlatego, że jeszcze bardziej pragniemy uciech. Istnieje prawdziwa gorączkowa żądza rozrywki. Wśród ludzi małżeńskich to pragnienie podniet jest widoczne nie mniej niż wśród debiutantek. Wszędzie słyszy się te same narzekania. W kantorach, w kancelariach prawniczych, w interesach, w kredensach, w salonach służby, w fabrykach i w warsztatach — wszędzie panuje ta sama niespokojna chęć rzucenia pracy i oddania się zabawie. Nikt nie chce „trudzić się i czekać". A przecież nic nie prowadzi do ruiny tak szybko jak rozrywka. To interes gotówkowy; nie daje kredytu — wymaga do ostatniego grosza, i choć może to oznaczać ruinę całej rodziny, pieniądze muszą być natychmiast znalezione, a dług spłacony.
Jakimże objawieniem była dla mnie korespondencja z minionych trzech lat! Jakie wylewanie serc dźwigających ciężar smutku; jakie odsłanianie umysłów dręczonych wątpliwościami; jakie wyznawanie sumień złamanych wyrzutami!
I tu pragnę zapytać: czemu przypisać tę chciwość złota, to samobójstwo rasowe, tę szaloną namiętność do hazardu, tę gorączkową pogoń za uciechą, to zapomnienie o dobru i zło narastające w każdym domu — ten pochłaniający wszystko, skupiony na sobie materializm, który odczłowiecza coraz więcej dusz ludzkich?
„Ojciec Bernard Vaughan mężnie chłoszcze Grzechy towarzystwa światowego w niedzielne poranki. Jak słyszymy, w następstwie tego jest bardzo popularny w tym towarzystwie. Dostarcza mu nowego dreszczu. Pomaga mu odzyskać zatracone zainteresowanie samym sobą. W pewnym sensie cieszy ich duchowe biczowanie.
Lubią ojca Vaughana; lubią bawić się w wyrzuty sumienia i odczuwają słabą ekscytację, starając się dosłyszeć głos sumienia. Brzmienie słowa »grzech« jest dla ich uszu egzotyczne. Jest to dla nich rzecz dziwna i niezrozumiała. Grzech? Dziwna, starożytna, odległa sprawa. Węzłowaty bat ojca Vaughana jest ostry i dzierży go on surowo, lecz nie wyciąga ani jednego bąbla na delikatnej skórze tych masowanych i manikiurowanych Salome i Fryn. Jego pogarda jest ostra, lecz wywołuje jedynie uprzejmy uśmiech na tych gładkich i bez zarzutu obliczach. Jego wzgarda jest gorzka, lecz nie sprawi, by choć jedna modna nierządnica się zarumieniła. Trochę je bawi podniecenie tego dobrego człowieka. Nie są wcale obrażone. Wprost przeciwnie — z chęcią zaprosiłyby go na obiad. Cóż za wyszukana sensacja — podać cudzołóstwo z sosem ascetyzmu.
Ojciec Vaughan mówi, że gdyby król Herod, Herodiada i Salome zjawili się w Mayfair, towarzystwo światowe pieściłoby ich. Dobry ojciec — w niewinności swego serca — niedocenia roli Savonaroli. Herod, Herodiada i Salome przybyli. Są tutaj. Znamy ich. Widzimy ich codziennie. Ich imiona są w gazetach. Byli na Ascot. Bywają na najtreningowszych weselach w St George's, Hanover Square. Czy gardzimy nimi? Czy ich bojkotujemy? Czy ich unikamy? Bynajmniej. Czcimy i szanujemy ich. Możemy mówić o ich bestialstwach w zaciszu buduaru i palarni, lecz publicznie temat ten jest skrzętnie omijany.
Ironią jest to, że moralna odporność Modnego Grzesznika wynika wyłącznie z zaniku wiary religijnej. Kościoły utraciły swój wpływ na klasy wykształcone. Nowoczesny mężczyzna i nowoczesna kobieta nie wierzą w Boga ani w Niebo, ani w Piekło. Nie mają się czego bać prócz towarzyskiego ostracyzmu. Słuchają gromów ojca Vaughana tak, jak widz w teatrze słucha scenicznego grzmotu. Sądzą, że to tylko maszynista teatralny toczy kulę armatnią. Nie boją się Boga. Dlaczego mieliby się bać Vaughana?"
Bardzo mnie boli konieczność przyznania, razem z autorem przytoczonego artykułu, że „moralna odporność Modnego Grzesznika" (a nasze obecne uwagi dotyczą grzeszników towarzyskich) wynika, jeśli nie wyłącznie, to w każdym razie w dużej mierze z zaniku wiary religijnej. „Nowoczesny mężczyzna i nowoczesna kobieta nie wierzą w Boga ani w Niebo, ani w Piekło. Nie mają się czego bać prócz towarzyskiego ostracyzmu."
Muszę raz jeszcze, w obronie własnej, powtórzyć to, co mówiłem tak często: nikt nie obejmuje tym strasznym potępieniem całego towarzystwa. Prawdą jest jednak, że niemała liczba wpływowych ludzi żyje dziś w Anglii tak, jakby nie było osobowego Boga i jakby oni sami nie mieli nieśmiertelnych dusz przeznaczonych do wiecznego zbawienia lub potępienia.
Nikt, kto zna filozofię wywierającą dziś największy wpływ na moich myślących rodaków, nie może nie dostrzec jednej jej cechy charakterystycznej — zaprzeczenia osobowego Boga i jakiegokolwiek porządku rzeczy poza tym, który poznają nasze zmysły. Żaden filozof nie wywarł tak głębokiego i rozległego wpływu na nowoczesny umysł jak Kant, a samym fundamentem jego filozofii — o tyle, o ile jest ona dziś żywą siłą — jest całkowita niemożność transcendowania własnych granic przez intelekt ludzki, czyli osiągnięcia pewnej wiedzy o tym, co leży poza bardzo ograniczonym zakresem bieżącego doświadczenia. Bóg, dusza, nieśmiertelność, wolność — czy są to fakty, czy złudzenia umysłu kształtującego, jeśli nie wręcz stwarzającego przedmioty swojego poznania? Pytania te zamierają, dla dzisiejszych uczniów Kanta, bez echa odpowiedzi płynącej z krain rozumu, toteż w imię rozumu odrzucają oni wszelką wiarę w te nadzmysłowe rzeczywistości.
Zanim religia zdoła znaleźć posłuch, nowoczesny umysł musi uwolnić się od tej agnostycznej filozofii. Wielkie problemy, od rozwiązania których zależy moralna odnowa towarzystwa, nie są bezpośrednio religijne — są filozoficzne.
Fałszywe przesłanki filozoficzne leżą u podstaw niemal całej nowoczesnej myśli w sprawach religijnych i naukowych; tylko powrót do zdrowej filozofii umożliwi powrót do wiary w osobowego Boga i w osobową duszę, która potrzebuje religii, by wejść w osobową relację z Bogiem. Kantowska filozofia, która zaczęła od krytyki ludzkich władz intelektualnych i stwierdziła ich niezdolność do wyjścia poza świat zmysłowy, przeszła następnie do badania historycznych dokumentów, na których opierała się religijna wiara człowieka, i uznała je również za niewiarygodne. Ze wszystkich stron słyszy się dziś twierdzenie, że Boska Osobowość Jezusa Chrystusa nie daje się odczytać z Ewangelii synoptycznych i że dogmat ten utracił znaczenie i zainteresowanie dla obecnego pokolenia. Ludzie żywo interesują się całą literaturą poświęconą nauczaniu Pana naszego, lecz nie artykułami traktującymi o Jego Osobie.
I tak można powiedzieć dzisiaj: „Kościoły utraciły swój wpływ na klasy wykształcone. Nowoczesny mężczyzna i nowoczesna kobieta nie wierzą w Boga ani w Niebo, ani w Piekło." Wierzą tylko w to, co w danej chwili im odpowiada, a artykuły ich wyznania wiary, podobnie jak artykuły ich garderoby, zmieniają się stosownie do środowiska lub towarzyskich funkcji, w jakich się obracają. Z nadprzyrodzonym i cudownym nie chcą mieć nic wspólnego. „Cuda" — mówią — „się nie zdarzają." W efekcie chrześcijaństwo stało się dla nich niczym więcej niż nazwą, zwykłą odznaką przyzwoitości. Przestało być wpływem — nudzi ich.
Błagam wierzących rodziców, by uczyli swoje małe dzieci miłości do Boskiego Pana naszego i wychowywali je, dla Jego miłości, na dobre, łagodne i kochające. Na pewno nie musi to kosztować matek zbyt wiele trudu, by usłyszeć to zaproszenie: „Dopuśćcie małe dzieci do Mnie, a nie zabraniajcie im." Bądźcie pewni, że nigdy nie czynicie sobie tak wielkiego dobra, jak wtedy, gdy poświęcacie nieco czasu wyższym interesom waszych dzieci.
Następnie usilnie błagam tych, którzy biorą udział w wychowaniu chłopców w naszych protestanckich szkołach publicznych, by poświęcali nieco więcej indywidualnej uwagi powierzonym ich opiece wychowankom i uczyli ich znać i miłować Boskiego Mistrza ponad ojca i matkę, brata i siostrę — jednym słowem, by kochali Go jako swego Zbawiciela i Boga. Ileż to chłopców niekatolickich napotykam, dla których elementarne chrześcijaństwo nie jest tak bliskie, jak było dla ich ojców pokolenie temu. Nowoczesna myśl odebrała ludziom religię i nie dała im nic w zamian. Czyż Jezus Chrystus nie powinien być niewidzialnym Dyrektorem w każdej szkole nazywającej siebie chrześcijańską? Co stanie się z kwiatem, pięknem i blaskiem angielskiej młodzieży na uniwersytetach, jeśli wyrośnie ona bez uprzedniego solidnego i gruntownego zakorzenienia w nauce o Wcieleniu? Zbyt często słyszy się: „Cambridge jest agnostyczny i nie wie, Oxford zaś jest obojętny i nie dba o chrześcijaństwo." Czy to oszczerstwo? Czy motto *Dominus illuminatio mea* nie jest, jak tyle innych rzeczy w Oksfordzie, reliktem przeszłości? Niestety, moje doświadczenie pokazuje, że bardzo wielu mężczyzn opuszcza siostrzane uniwersytety z poczuciem: „Nie ma nic prawdziwego i nie ma nic nowego, i wszystko jest bez znaczenia." I ci mają być światłymi przywódcami Anglii, przyszłymi mężami jej córek i ojcami następnego pokolenia!
O, „zbierzcie okruszyny", które jeszcze pozostały po chrześcijaństwie w tej drogiej, drogiej ziemi, i niechaj nasi młodzi mężczyźni usiądą w gronach, by karmić się i żywić chlebem mocnych. To święty obowiązek mężczyzny, nie kobiety, dać przykład. Gdyby mężczyźni bardziej szanowali kobiety, kobiety mogłyby starać się dorównać oddawanemu im szacunkowi. Niestety, choć moim zdaniem nic na całym szerokim świecie fizycznie nie dorównuje dobrze wychowanemu, dobrze zbudowanemu i zadbanemu młodemu Anglikowi, nie mogę nie wyznać, że ma on wiele do nauczenia się od mężczyzn swojego stanu, którzy są cudzoziemcami. Któż może nie dostrzec, o ileż bardziej respektujący, uprzejmy i pełen szacunku jest mężczyzna za granicą w stosunku do kobiety, niż przeciętny angielski dżentelmen u siebie w domu? Na miłość Boską, niechaj każdy z moich rodaków pamięta, że to, jaką będzie jego przyszła żona i dom, zależy od niego samego. Niechaj każdy postanowi, że gdy nadejdzie jego dzień ślubu i złoży swej oblubienicy ślub honoru i wierności, będzie:
*Prowadził ją od biesiadnych stołów,* > *Wskazywał jej gwiezdne niebiosa;* > > *Strzegł jej prawdziwymi słowy* > *Czystej od podchlebstw zalotów.* > > *Przez prawdę twoją będzie wierna,* > *Wierna jak żony dawnych czasów,* > *I jej „tak" raz ci wyrzeczone* > *Będzie „tak" po wszystkie czasy.*
Moim apelem jest powrót do Chrystusa i do Jego nauki. Nic innego nie zaspokoi ludu, który był niegdyś prawdziwie chrześcijański. Zwracam się zwłaszcza do tych, którzy w głębi serca są naprawdę zasmuceni z powodu swoich splamionych żyć. Ileż mężczyzn i kobiet jest gotowych wiele oddać, by to, co złe, naprawić, a którzy, gdyby tylko mieli odwagę uczynić pierwszy krok, wkrótce szliby na czele pochodu wiernych na drogach twardej chrześcijańskiej cnoty. Są tysiące w rzucie kamieniem od miejsca, gdzie te słowa piszę, którzy, gdyby tylko odważyli się powrócić „jak małe dzieci" do stóp Chrystusa, oddaliby swej ojczyźnie większą przysługę niż gdyby wystawili armię na jej obronę. Lecz dopóki Jezus Chrystus nie stanie się dla nich tym, czym był dla ich przodków — Bogiem-Człowiekiem — nie będzie siły napędowej, która wyprowadziłaby ich z gnuśności do pracowitości, z lekkomyślności do powagi, z zmysłowości do czystości, ze sceptycyzmu do religii.
Chrześcijaństwo jest religią osobową i żadna inna nie odrodzi towarzystwa. Ludzie muszą odzyskać wiarę w Kogoś, Kto miłuje ich niewypowiedzianie i Czyja moc równa jest Jego miłości; w Kogoś, na Czyje słowo straszliwy ciężar grzechu unosi się z duszy najbardziej winnej. I owe smutne i głodne duchy, wołające — same nie wiedząc do kogo — jak niemowlęta w nocy, by zostały wyzwolone z niewoli, owe mężczyzny i kobiety z nieograniczonymi zdolnościami do wolności dzieci Bożych, choć teraz zniewolone w tyranii złego obyczaju, spotykane są tam, gdzie najmniej by się tego spodziewać.
Materialny ewolucjonista, który stara się przekonać siebie, że jest niczym więcej jak wytworem „wiecznej materii" i wyewoluowaną „mniejszą małpą", wydaje się być tylko konsekwentny, żyjąc życiem zwierzęcia i podążając za swymi zwierzęcymi instynktami, pobłażając żądzom chwili, kaprysom godziny i modom dnia; a jednak wyrzuty sumienia i poczucie degradacji, od których nie może uciec i które niekiedy są niemal ponad jego siły, są czymś więcej niż tylko głosem „sumienia plemiennego", do którego chciałby sprowadzić moralność. Kto nie zna mężczyzny i kobiety, którzy publicznie będą twierdzić, że ich życie jest pełne szczęścia, zalane niby altana różana wiecznym słońcem — lecz prywatnie, jak trzciny pod zacinającą burzą, łamią się i przysięgają, że jeśli Fortuna nie przyjdzie im z pomocą, odbiorą sobie życie, gdyż stało się ono już nie do zniesienia?
Zapytaj człowieka, czy znalazł szczęście godne siebie — jakiż to gorzki żart! W młodości wyruszył na poszukiwanie rozkoszy; pan siebie — mniemał — pięciu zmysłów i wszystkiego, co mu w pieczy powierzyły, chciał „ogrzewać obie dłonie przy ogniu życia", chciał „pójść i obfitować w rozkosze i używać dobrych rzeczy", a czegokolwiek pożądały jego oczy, tego im nie odmawiał. A jednak kto nie wie, że podobnie jak ów wielki król starożytności, wszystko okazało się dla niego marnością i utrapieniem ducha? Gorączkowo szukał, by ugasić przy fontannie rozkoszy pragnienie, którego tu ugasić nie sposób, a jego nędza stała się taka, że ucieka od jej myśli, jakby mógł uciec od samego swojego wnętrza. Można zastosować do takiego człowieka poważne słowa Lukrecjusza — słowa o głębszym znaczeniu, niż pisarz był świadom, głębsze zaiste, niż pozwalała na to jego filozofia:
„Człowiek znudzony domem często wychodzi ze swej wielkiej siedziby i równie nagle do niej wraca, nie znajdując, jak się okazuje, wcale lepiej na zewnątrz. Pędzi do swego wiejskiego domu, popędzając koniki w szalonym biegu, jakby spieszył z pomocą do płonącego domu; ziewa w chwili, gdy dotarł do progu swego domu, albo zapada się w ciężki sen szukając zapomnienia, albo też w pośpiechu wraca znowu do miasta. W ten sposób każdy ucieka od siebie samego (lecz jaźń, od której — możesz być pewien — nie można uciec, lgnie do niego mimo woli), i nienawidzi siebie, bo jest chory i nie zna przyczyny swojej choroby; bo gdyby mógł prawdziwie wejrzeć w to, porzucając wszystko inne, każdy starałby się poznać naturę rzeczy — oto warunek wieczności, nie jednej godziny, w której śmiertelnicy muszą spędzić cały pozostały czas, jakiego się spodziewają po śmierci."
Niezadowolenie i wyrzuty sumienia towarzyskiego materialisty świadczą o czymś, czego jego filozofia życia nie uwzględnia. „Stworzyłeś nas dla Siebie" — mówi święty Augustyn — „a serce nasze niespokojne jest, dopóki nie spocznie w Tobie." Są one świadectwem wyższego prawa niż prawa materii i siły: „Zapłatą za grzech jest śmierć."
Jeśli ktoś taki czyta te stronice, zaklinam go, by wejrzał głęboko w swoje doświadczenie moralne, w to, co nazwałbym jego duszą, i znalazł tam zaczątki wiary. Do takiego człowieka powiedziałbym: „Gdybyś znał dar Boży", ty też wyznałbyś razem z Piotrem: „Tyś jest Chrystus, Syn Boga żywego"; „Ty masz słowa życia wiecznego, i uwierzyliśmy i poznaliśmy, żeś Ty jest Chrystus, Syn Boży."
„Pokutujcie" — mówię tedy wam, którzy chcecie być materialistami — „Nawróćcie się, albowiem bliskie jest Królestwo Boże."
I w podobny sposób zwróciłbym się do agnostyka, który choć ledwo śmie wierzyć w swą duszę, jest jednak niespokojny o nią. Jego filozofia nie daje pewnego oparcia dla wiary w Boga, w wolność i nieśmiertelność, a mimo to przytłacza go świadomość grzechu i lęk — choć mglisty — przed jakimś sądem, który ma nadejść, gdy będzie musiał zdać „sprawę z czynów dokonanych w ciele". Niechaj nie stara się odpychać tych uczuć jako nierozumnych; niechaj raczej widzi w nich protest rozumu, który sam zgwałcił. Łatwo znaleźć pozorne argumenty przeciw istnieniu Boga i wolności ludzkiej woli, lecz w sercu grzesznik wie i się boi. Każdy głupiec może być niegodziwy; być cnotliwym, zawsze po stronie Boga — do tego potrzeba bohatera. Niechaj modli się zatem o coraz więcej światła, aż osiągnie pełną prawdę, prawdę, która go wyzwoli. Życie śpieszy szybko ku końcowi, gdy Bóg „osądzi wszelki czyn", gdy sofizmaty, którymi teraz chcemy łagodzić naszą winę, skurczą się w obliczu Jego znieważonej Prawdy i Świętości. Dopóki jeszcze jest dzień, zanim nadejdzie noc — „Pokutujcie, nawróćcie się i wierzcie Ewangelii." Pojednajcie się z Bogiem.
I na koniec jedno słowo do tych katolików, którzy pozwolili się zarazić panującą światowością i zapomnieli „o tym, co słyszeli na własne uszy i co mówili im ojcowie: o cudownych dziełach Bożych za ich dni i za dni minionych".
Jak bardzo zdegenerowaną musi niejedna katolicka rodzina wyglądać w oczach protestanckiej Anglii! Jak dalece niektórym z nich brakuje charakteru, jak mizernie prezentują się jako katolicy, jak mało cenią swoje wielkie dziedzictwo! Któż może uwierzyć, że są synami i córkami mężczyzn i kobiet, dla których nie było nic godnego dumy prócz religii; którzy gotowi byli pozbawić się wszystkiego, byle nie religii; którzy dla swojej religii cierpieli, krwawili i umierali? Niekiedy zastanawiam się, jak ich beztroski potomkowie mogą spoglądać na stare portrety rodzinne wiszące w ich jadalnich, albo odczytywać stare motta rycerskie wplecione w ich herby, albo wchodzić do domowej kaplicy, w której modlili się ich rodzice, albo przeglądać stare dokumenty opowiadające o ich miłości do Chrystusa i do ojczyzny. Po cóż ta chluba heraldyczna, jeśli nie pobudza nas do wzmocnienia omdlałych kolan, wyciągnięcia opuszczonych rąk i wezwania nas do działania jako katolickich obywateli angielskich?
Jesteśmy zbyt pogrążeni w świecie; nie chcemy, by ktokolwiek dostrzegł, że jesteśmy katolikami; jednym słowem — przestaliśmy być dumni ze swojej religii, połowicznie się jej wstydzimy. Jakie są nasze ambicje? Zachować nienaruszą wiarę powierzoną świętym, czy też przyłączyć się do tych, których zasady i postępowanie kłamią wszystkiemu, co powinniśmy uważać za najświętsze? Pytam znowu: jakie są nasze ambicje? Czego pragniemy dla naszych dzieci? Żeby „dobrze się prezentowały" w świecie, czy żeby zachowały się od plam tego świata, jak nakazuje Apostoł? Jakże mało dbamy o ich wychowanie i kształtowanie ich charakteru. Czy ćwiczymy je, by były szczodre, prawe i dzielne? By nawykły myśleć o tym, co prawdziwe, skromne, sprawiedliwe i święte? A może napełniamy ich młode serca ideami mody, próżności i światowości i uczymy je własnym przykładem, by troszczyły się głównie o przemijające rzeczy doczesne i zmysłowe? Jakich ofiar jesteśmy gotowi ponieść, by osłonić je od niebezpieczeństwa lub pomóc im i umocnić je wobec prób, przez które muszą przejść? Jakiej troski o bliźnich może ich nauczyć nasza własna egoistyczność? Jakiego zainteresowania sprawami lokalnymi udziela im nasza nieobecność? Jakiego przykładu dla towarzystwa musi im dawać nasza światowość? Jakiego poczucia odpowiedzialności nauczą się od naszego frywolnego życia? Jakiego poczucia obowiązku od naszego próżniaczego uganiania za uciechą? Słyszałem wiele ostatnio o ewangelii odpoczynku; ja chcę głosić ewangelię pracy. Wzywam moich rodaków — a przede wszystkim moich katolickich współziomków — by przepasali biodra, zabrali się do pracy, wiedli czyste, ciężkie i pracowite życie; by budowali charakter, realizowali siebie, postanawiali wyciągać z siebie to, co najlepsze, i nie spoczywali, aż pozostawią towarzystwo nieco lepszym dzięki swemu w nim udziałowi — tak by gdy skończy się ich dzień życia i odejdą stąd, stoczywszy dobry bój, dobiegłszy do kresu i zachowawszy wiarę, mogli otrzymać koronę, którą Pan, Sprawiedliwy Sędzia, im odda.
„Teraz jest czas życzliwy, teraz jest dzień zbawienia" dla Anglii. Porzućmy leniwe pocieszanie się, że nie jesteśmy gorsi niż nasi ojcowie przed nami; przestańmy usprawiedliwiać własną niegodziwość w domu, wskazując palcem z pogardą na miasta za granicą; i nie pielęgnujmy dłużej owej niebezpiecznej wyspiarskiej ślepoty, która nie pozwala nam widzieć siebie takimi, jakimi widzą nas inni. „Wstańmy tedy i działajmy", i zadbajmy o to, by „coś spróbować, coś zdziałać".
Do wszystkich prawdziwych Anglików, którym leżą na sercu najwyższe interesy ich kraju i którzy pragną widzieć jego córki tak czyste, jak jego synowie są dzielni — do nich się zwracam. Proszę was, moi rodacy, co więcej — błagam was, byście zmuszali siebie do uświadomienia sobie, że tylko przez ofiarowanie swych skupionych na sobie skłonności możecie pielęgnować i rozwijać owe altruistyczne cnoty, które służą dobru powszechnemu organizmu społecznego; że tylko wznosząc się na pełną wysokość waszej chrześcijańskiej dojrzałości możecie mieć nadzieję na poddanie waszych niższych natur nakazowi woli; że tylko sprawiając, by każda kobieta z waszego otoczenia była szlachetniejsza przez przebywanie w waszym towarzystwie, możecie się przyczynić do zdrowia towarzystwa w ogóle; i że tylko szanując żony i córki innych mężczyzn możecie obiecywać sobie zachowanie miłości tych, którym jesteście zaślubieni aż do śmierci, która was rozłączy.
I na koniec ośmielam się przypomnieć wszystkim, którzy mienią się naśladowcami Jezusa Chrystusa, że wśród ludu praktycznego, który mierzy wartość religii jej wpływem na codzienne życie, o wiele więcej zdziałają dla odrodzenia i reformy towarzystwa żyjąc życiem Ewangelii niż rozdzielając jej egzemplarze; że stając się mniej frywolnymi, a bardziej pracowitymi, mniej filozofującymi, a bardziej religijnymi, mniej zwadliwymi, a bardziej modlącymi się, będą oddawać Bogu i ojczyźnie najwyższe usługi.
Nam zaś, katolikom, droga jest jasna. Należymy do starej tradycji; wiemy, że jesteśmy członkami Kościoła, który jest równie blisko pod Przewodnim Ramieniem Boga dziś, jak był w epoce apostolskiej; że Papież Pius X jest naszym aktualnym Nieomylnym Nauczycielem w sprawach wiary i obyczajów, i że dopóki staramy się wznosić nasze postępowanie do poziomu naszej wiary, my też czynimy wszystko co w naszej mocy — zarówno dla Boga, jak i dla ojczyzny. Nie mamy czego się obawiać prócz tak zwanych liberalnych katolików. Są oni oczywiście używani przez naszych wrogów jako oręż, którym godzą w serce Kościoła; lecz nawet w rękach naszych nieprzyjaciół są pogardzani jako zdrajcy Tego, Który rzekł: „Kto nie jest ze Mną, jest przeciwko Mnie." Wielu z naszych odłączonych braci może wyśmiewać się z pozornej naszej głupoty w przyjmowaniu pewnych dogmatów, które dla nas są nieomylnie prawdziwe; lecz co muszą myśleć o tak zwanym katoliku, który przyjmuje w teorii to, czemu zaprzecza w praktyce? Gardzą takim niemal tak samo jak my. Nasi rodacy podziwiają człowieka, który ma odwagę własnych przekonań, który w sprawach, gdzie stawką są żywotne zasady, nie zna kompromisu — czczą i miłują człowieka podobnego do naszego pierwszego świeckiego, który nie traci okazji, by przypominać nam, że: „Każdy, kto rozejrzy się wokół siebie, zapewne bardzo łatwo znajdzie możliwości wystąpienia w życiu publicznym i wypełnienia swego obowiązku wobec Boga i ojczyzny."
*P.S.* — Od chwili, gdy ten tekst poszedł do druku, zwrócono moją uwagę na artykuł w „The Times" z 11 października, który więcej niż potwierdza moją tezę o samobójstwie rasowym. Pochodząc z pióra pana Sidneya Webba, ten artykuł o „Fizycznej degeneracji lub samobójstwie rasowym" ma wyjątkową wartość. Pozwalam sobie streścić jego główne tezy i przytoczyć ostatni ustęp tego znakomitego artykułu.
„1. Spadek wskaźnika urodzeń nie jest jedynie wynikiem zmiany w strukturze wiekowej ludności, ani w liczbie lub odsetku zamężnych kobiet, ani w ich wieku.
„2. Spadek wskaźnika urodzeń nie jest ograniczony do miast, ani — przynajmniej jeśli chodzi o Anglię i Walię — nie jest dostrzegalnie większy w miastach niż na terenach wiejskich.
„3. Spadek wskaźnika urodzeń jest wyjątkowo wyraźny tam, gdzie szczególnie dotkliwie odczuwa się niedogodność posiadania dzieci.
„4. Spadek wskaźnika urodzeń wydaje się być szczególnie wyraźny w miejscowościach zamieszkałych przez klasę trzymającą służbę.
„5. Spadek wskaźnika urodzeń wydaje się być znacznie większy w tych warstwach ludności, które dają dowody oszczędności i przezorności, niż w ludności w ogóle.
„6. Spadek wskaźnika urodzeń wynika z jakiejś nowej przyczyny, która nie działała dostrzegalnie przed pięćdziesięciu laty.
„7. Spadek wskaźnika urodzeń jest wynikiem głównie, jeśli nie wyłącznie, świadomej woli w regulowaniu stanu małżeńskiego.
„Możemy dołączyć inne dowody. Wśród katolików w Zjednoczonym Królestwie wszelka regulacja stanu małżeńskiego jest surowo zabroniona i w ostatnich latach była przedmiotem częstych, szczególnych upomnień, zarówno prywatnie, jak i z ambon. Znamienne jest, że Irlandia jest jedyną częścią Zjednoczonego Królestwa, w której wskaźnik urodzeń nie obniżył się; że w samej Irlandii obniżył się nieznacznie w półprotestanckim Belfaście, a wcale nie obniżył się w katolickim Dublinie; i że w miastach Wielkiej Brytanii spadek jest najmniejszy w Liverpoolu, Salford, Manchesterze i Glasgow — miastach, w których odsetek katolików jest znaczny. Wśród głównych miast z przemysłem włókienniczym spadek jest najmniejszy w Preston, które ma największy odsetek katolików. Wśród różnych dzielnic metropolitalnych — choć nie możemy dokładnie zmierzyć spadku wskaźnika urodzeń — obecny wskaźnik jest najwyższy, a zatem z wielkim prawdopodobieństwem spadek był najmniejszy w tych dzielnicach, w których najliczniej mieszkają Irlandczycy-katolicy (i Żydzi, którzy pod tym względem są w tej samej sytuacji). Wszystko to jest niezgodne z hipotezą, że spadek jest wynikiem fizycznej degeneracji, a zgodne z tym, że jest wynikiem świadomej woli. Powszechne doniesienia, że taka celowa regulacja stanu małżeńskiego — czy to w celu ograniczenia rodziny, czy też (co ma ten sam skutek) z zamiarem regulowania odstępów między porodami — stała się powszechnie rozpowszechniona w ciągu ostatniego ćwierćwiecza — dokładnie w okresie, w którym trwa ów spadek — napływają ze wszystkich stron: od lekarzy i aptekarzy, od funkcjonariuszy towarzystw dobroczynnych i filantropów pracujących wśród ubogich; i, co najbardziej znamienne, od tych, którzy są zaangażowani w bardzo rozległą działalność handlową, jakiej dała początek ta nowa praktyka społeczna."
Niekiedy zadaje mi się pytanie: „Jak ja, zwykły człowiek, mogę pomóc w reformie towarzystwa?"
Pozwolę sobie odpowiedzieć następującą sugestią:
Skoro towarzystwo składa się z rodzin, a rodziny z jednostek, czy nie jest oczywistym świętym obowiązkiem każdej jednostki, która chce powstrzymać grzechy towarzystwa, najpierw powstrzymać grzech w sobie samej? Napraw siebie samego — albowiem zauważ: „Siła wspólnoty zależy" — jak zostaliśmy przypomniani przez wysokie autorytety — „od liczby niezawodnych i cnotliwych jednostek, które zawiera." Bądź jedną z tej liczby, a przez to będziesz poważnie pomagał w reformowaniu towarzystwa, dając mu z siebie to, co najlepsze, gdyż żyjąc w sposób najlepszy, jaki jest ci dostępny.
Co mówi w tej mierze Boski Mistrz?
„Będziesz miłował Pana Boga twego całym sercem twoim... To jest pierwsze Przykazanie. A drugie podobne jest temu. Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego." Nie ma innego przykazania — przypomina nam Pan — „większego nad te."
Jakże dobrze zawarta jest ta nauka Mistrza w następujących wersach:
*Masz swą drogę do przejścia; masz swój dzień* > *Do przeżycia; masz swą potrzebę dania siebie* > *W sercach innych: czyń swoje rzeczy; tak — ugaś* > *Wielkie pragnienie świata jeszcze jednym człowiekiem!* > *I bądź tego pewien: żaden inny nie może* > *Uczynić za ciebie tego, co Bóg ci wyznaczył.*